środa, 13 lutego 2013

Zostać geninem


Witaaam ! :) 
No więc tak: próbuję oderwać się nieco ciężkich rozkmin dnia dzisiejszego i przy okazji powrócić do formy pisując dziwne rzeczy. W efekcie powstało takie małe "cuś" :"D "Cuś" zawiera przekleństwa. I to właściwie tyle ;) Zapraszam wytrwałych do czytania.

***

Zostać geninem


***

Wszystko przez to, że nastał pokój. Nie, żeby to nie była dobra wiadomość. No, ale jak powszechnie w wiosce liścia wiadomo, w czasie pokoju, jonini się nudzą...

***

Grupa młodych joninów stała w rzędzie. Na baczność. Każdy z nich czujnym spojrzeniem obserwował Piątą, która spoglądała na nich złowrogo zza swojego biurka. Ciche warknięcie wyrwało się z kobiecych ust.
– Możecie mi wyjaśnić – zaczęła na pozór spokojnym tonem. – Dlaczego lasy wokół Konohy wyglądają, jakby przeszła po nich armia Orochimarowych pomiotów?!
– Kwaśne deszcze – rzucił na szybkiego Kiba. Reszta towarzyszy pokiwała zawzięcie głowami. – Cholerstwo popsuje nam drzewka, jak się nie weźmiemy za ochronę środowiska, ot co – dodał z miną znawcy.
– Inuzuka...
– Plaga mrówek mutantów – stwierdził Shino. – Straszą moje żuki.
– Z tego co wiem, Hinata wzięła się za ogrodnictwo.
– Zamknąć. Się. – Tsunade poderwała się z fotela, błyskawicznym krokiem przeszła przed swoje biurko, aby stanąć naprzeciw zgromadzonych mężczyzn. Uważnie zlustrowała twarz każdego z nich. Aż w końcu zatrzymała się na wyraźnie zadowolonym z siebie Sasuke.
– Gdzie Uzumaki? – zapytała nagle. Grupa spięła się nieznacznie. – Lee? – zwróciła się do najsłabszego ogniwa. Najsłabszego - w sensie nie potrafiącego kłamać.
Czarne oczy spojrzały na nią bezradnie. Nie dało się nie zauważyć szybkiego zerknięcia na Uchihe.
– Sasuke – Uśmiechnęła się słodko do Uchihy. – Gdzie jest Naruto?
Mężczyzna coś mruknął w odpowiedzi.
– Słucham? – dopytała uprzejmie.
– W lesie – padła nieco wyraźniejsza odpowiedź.
– A po co?
– Dyżur ma.
– Za dwie godziny – warknęła Hokage. Zaraz jednak odetchnęła, próbując uspokoić skołatane już nerwy. – Dobrze, dobrze. Zostawmy Uzumakiego. Niech hasa po lesie, niech mu to nawet na zdrowie wyjdzie. Ja chcę wiedzieć, co żeście zrobili, że lasy wokół wioski są przeorane, jakby stado dzików tamtędy przegnano. Dzików, że tak wspomnę, uzbrojonych i najwyraźniej mających dar do niektórych technik ninja.
– Zdolne bestie – stwierdził z zadumą Nara.

***

Zaczęło się dosyć niewinnie. Od letniego popołudnia, tuż przed dyżurem.
– Nudzi mi się – jęknął Naruto, ziewając potężnie. – Zróbmy coś.
– Nie – opowiedział Neji. O dziwo, Sasuke mu przytaknął. – Żadnych sparingów. Jak znowu ktoś wyląduje w szpitalu, to Hokage nas pozabija.
– Już tam, pozabija – mruknął Uzumaki, mrużąc zabawnie oczy. – Nie moja wina, że mnie nieco poniosło. A Kiba to cienias.
– Sam jesteś cieniasem! Gdyby nie to, że...
– Sza, dzieci – uciszył ich Nara, pojawiając się w kłębie dymu. – Bez burdy.
Grupka młodych joninów stała aktualnie przed bramą miasta w oczekiwaniu na... Cokolwiek. Czas płynął nieubłagalnie wolno, sprawiając, że wszelka dotychczas znana im rozrywka już nie wystarczała i zaczynali się po prostu nieludzko nudzić.
– Nudzi mi się – oznajmił Narze Uzumaki. Neji, Sasuke, Shino i Kiba pokiwali twierdząco głowami. Nikt z nich nie pomyślały, że w czasie pokoju może być tak cholernie nieciekawie. Nie, żeby którykolwiek chciał wrócić do wojny. Tylko fajnie by było, żeby jakaś miła rozrywka mogłaby zapukać do ich umysłów, dając chociaż chwilowy relaks. – Tak bardzo.
Shikamaru uśmiechnął się przebiegle.
– Co powiecie na grę – powiedział, uśmiechając się przebiegle. – Zostać geninem?
Przed oczami zebranych błysnął mały, srebrny dzwoneczek.

***

Zasady były proste. Należało odebrać przeciwnikowi dzwonek. Było siedmiu zawodników, czy też raczej: siedem wtajemniczonych osób, czyli grupa wyjątkowo znudzonych Joninów. Ten, kto zdobędzie wszystkie dzwonki - Wygrywa. Okazja, do kradzieży upragnionego przedmiotu była jedna w tygodniu, podczas nocnych dyżurów, kiedy to byli zmuszani do biegania wokół Konohy. Podobno mieli patrolować okolice, jednakże nikt nie widział w tym większego sensu. I upraszało się o nie używanie chakry. Tak więc, zaczęli grę.
– A ty, Shikamaru? – zapytał Naruto, odbierając od mężczyzny swój dzwoneczek. – Przecież siedzisz w dokumentacji. Jesteś za dobry w planowaniu, żeby Tsunade wypuściła cię z biura.
– Dlatego też, ja zajmę się tym, aby grafik nam pasował do rozgrywek. I postaram się, aby nasza wspaniała, aczkolwiek nie za bardzo wyrozumiała Hokage nie nabrała za dużo podejrzeń. Oh, zapomniałbym. – Pogrzebał w kieszeni i wyciągnął z niej dzwonek. Zerknął na niego przelotnie i wcisnął w ręce zdezorientowanego Naruto. – Stawiam na ciebie miesięczną pensje. Nie zawal tego.
– Zaraz. – Uzumaki spojrzał na niego bez zrozumienia. – ŻE CO?

***

Kiedy w grę weszły zakłady, zaczęło się robić nieco brutalniej.
– Ała! Kurwa! NARUTO! – wrzask Kiby wstrząsnął lasem. – ZABIJĘ CIĘ, GNOJU!
– Oho – rozległ się głos, wśród szelestu odbiornika. – Dorwał cię?
– Podpierdolił mi spodnie! – Inuzuka był wyraźnie wściekły z tego powodu.
– Co?
– SPODNIE. KURWA! – Krzyk zakończył się piskiem. – Shikamaru! To niezgodne z zasadami! Miałem tam dzwonek!
– Cóż – głos w słuchawce wyraźnie brzmiał na rozbawiony. – Nikt o tym nie wspominał, a w grze chodzi właśnie o zdobycie dzwonka, więc...
– JAK TO?! ŻĄDAM REWANŻU!
– No już, już – W urządzeniu odezwał się nowy głos. Wyraźnie zadowolonego z siebie osobnika. – Zaraz ci je oddam. Nie gorączkuj się tak.
– ZBOCZENIEC!
– Nie schlebiaj sobie – parsknął Uzumaki. – Akurat dobieranie się do twoich spodni mnie nie rajcuje.
– Czyżby? - Do rozmowy dołączył się kolejny głos. Wyraźnie kpiący i znudzony. – A kogoż to spodnie wzbudziły twoje zainteresowanie?
– Odwal się, Sasuke.

***

– Dawaj dzwonki – warknął już wyraźnie wściekły Naruto, kiedy po dłuższej gonitwie w końcu zagonił Sasuke w ciemny zaułek.
To była... Druga runda. Jedna z bardziej wyczekiwanych, z racji tego, że brali w niej udział główni faworyci. A jednak nie było w niej zawiłych zwrotów akcji. Nie było w niej żadnej akcji właściwie, a wyłącznie rozmowa.
– Sam sobie weź – odpowiedział Uchiha z bezczelnym uśmiechem. Z wyraźną sugestią zerknął na swój... Rozporek.
Uzumaki zerknął na mężczyznę bez zrozumienia.
– Co? – sapnął zdumiony. Po chwili podążył za spojrzeniem Sasuke. Na jego twarzy wykwitł wyraz olśnienia. – Och. – Zaczerwienił się intensywnie. – CHYBA KPISZ!
Druga runda zakończyła się, pomimo spekulacji i początkowych przewidywań, dosyć spokojnie i bez wskazania zwycięzcy.

***

Shino zerknął zza okularów na Lee, który otwarcie rzucił mu wyzwanie.
– Naprawdę chcesz się bić? – zapytał dla pewności. – O dzwonki?
– Tak! – Rzucił z pasją Rock. 
– Jesteś tego pewien?
– Owszem! Przeznaczeniem moim jest zdobyć dzwonki, tym samym zdobywając serce mojej lubej! – zakrzyknął dziarsko mężczyzna.
– Co dzwonki mają do Sakury? – zdumiony głos Naruto zabrzmiał w słuchawce.
– WSZYSTKO! – wrzasnął, wręcz desperacko Lee i rzucił się na przeciwnika.
Zanim jednak Rock dopadł drugiego mężczyznę, para żuczków zdążyła przetoczyć jego dzwonki pod nogi zwycięzcy.

***

– Jestem gejem – powiedział na wstępie Naruto.
I nagle otoczyło go cisza. Mała słuchaweczka w uchu milczała. Nawet las, tak jakby zamarł. A przede wszystkim zamurowało Shino, do którego właśnie Uzumaki się podkradł i palnął tekst o swojej orientacji.
Naruto zamrugał, w swoim mniemaniu, zalotnie.
– Słyszałeś? – zapytał słodko.
– Tak. – Rozległa się niemrawa odpowiedź. – Nie.
– Co?
– Przyjmijmy, że nie. Przyjmijmy, że ta sytuacja nie miała miejsca. Nie wydarzyła się.
– Hm... No dobra – zawyrokował Uzumaki, wyszczerzając zęby w uśmiechu. – Pod jednym warunkiem.
Spod naciągniętego na głowę kaptura rozległo się ciche westchnięcie. Aburame sięgnął do kieszeni, wyciągnął z nie dzwonek swój i Lee, a następnie, zerkając na nie z lekkim żalem, rzucił ku ucieszonemu Naruto.
– Przyjemnie się robi z panem interesy!
– Ty tak serio? – Kiba chyba jako pierwszy otrząsnął się z rewelacji. Jego głos w słuchawce można było określić jako co najmniej podekscytowany.
– A co? Zainteresowany? – parsknął blondyn, chowając zdobycz do kolekcji.
– A co? Jesteś wolny w tę sobotę? – W odbiorniku rozbrzmiało pytanie innej osoby.
– Wolny, to jesteś ty, kiedy miażdżę cię w sparingach, Uchiha.
– Uh, ach, Uzumaki, cięty jak nigdy. A czy w...
– Nie wydarzyło się! – Shino zbolałym tonem przerwał wymianę zdań.

***

– NEJI! WYGRAJ TO DLA MNIE!
– Zamknij się, młocie.
– Co Sasuke, zazdrosny?

***

Neji wpatrywał się w Sasuke, jakby właściwie widział go pierwszy raz w życiu.
– Co? – burknął Uchiha. Najwyraźniej był nie w sosie. A Hyuuga wyjątkowo chciał wiedzieć, co do takiego stanu doprowadziło drugiego mężczyznę. Miał nawet pewne podejrzenia.
– Neji! Neji! Neji! – Gorący doping Uzumakiego było słychać głośno i wyraźnie. I to nie tyle, że w słuchawkach, ale głos nadpobudliwego jonina niósł się po lesie, do miejsca, w którym Hyuuga natrafił na wyraźnie oczekującego go Sasuke.
Neji sięgnął palcem za ucho i wyłączył słuchawkę. Uchiha, mierząc go podejrzliwym spojrzeniem, uczynił po chwili to samo.
– EJ! – wrzask Naruto przedarł się ponownie przez las. – NIE MA TAKIEGO ODCINANIA SIĘ!
Obaj go zignorowali.
– Więc – zaczął Neji konwersacyjnie. – Faktycznie JESTEŚ zazdrosny o Naruto, nieprawdaż?
Uchihowa brew drgnęła w nerwowym tiku.

***

To, jak przebiegła walka między Nejim, a Sasuke, było jedną wielką niewiadomą. I cholernie to wszystkich denerwowało. Jedynym pewnikiem było to, że to Uchiha zdobył dzwoneczek przeciwnika.

***

Naruto, z iście kobiecym piskiem, przylgnął do drzewa, w ramach schronienia się przed zbliżającym się niebezpieczeństwem.
– POBITE GARY! – wrzasnął zaraz po tym, jak ciepło wszechobecnych płomieni zgasło, wraz z zakończoną techniką. – Sasuke, oszukańcu! Nie ma... OŻEŻ! – krzyknął, dając się zaskoczyć kolejnej fali techniki. Blond postać zniknęła w kłębie szarego dymy.
– Cholera – sapnął Uchiha. – Hyuuga, widzisz go? – rzucił do nadajnika przymocowanego do ucha.
– Nie gram z tobą – rozległ się spokojny głos w słuchawce.
– Ale przegrałeś ZE MNĄ – zaznaczył dobitnie Sasuke. Satysfakcja pobrzmiewała w jego głosie. – Jesteś zobowiązany mi pomóc, jeżeli mamy trzymać się reguł.
– Czy to właśnie nie ty przed chwilą złamałeś regulamin używając Sharingana?
– W momencie, kiedy zostałem na polu bitwy z Uzumakim, ta zasada przestała obowiązywać.
W słuchawce na chwilę zapadła cisza.
– Czy on o tym wie?
– Jeszcze nie – rzucił złośliwie Uchiha.
Pierwsze promienie słońca zaczęły przebijać się przez drzewa. Zabawa dopiero się zaczyna, Naruto.
Uzumaki był godnym przeciwnikiem, to fakt. Ale na plus Sasuke działało to, że Naruto nie podejrzewał, że w całej tej rozgrywce Uchiha miał swój własny, prywatny cel.
– Och, już wiem – rozległ się wściekły syk tuż za jego plecami.
– Tak? – zapytał niewinnie Sasuke, obracając się do niego.
– O co ci chodzi, kretynie?! Próbujesz mnie faktycznie zabić? – warknął Uzumaki, oskarżycielsko celując palcem w klatkę piersiową bruneta. – Czy tak ci cholernie zależy na tej popapranej grze? Odbiło ci kompletnie Uchiha!
– Hm... – mruknął Sasuke. ­– Przyznaję, odbiło. Na grze? Nie, nie zależy mi właściwie w ogóle. A co do zabicia... Przydasz mi się żywy.
W kolejnej sekundzie złapał Naruto za nadgarstki, przyciągnął zdziwionego mężczyznę do siebie i złączył ich usta w pocałunku. I, jak szybko akcję przeprowadził, tak też szybko ją zakończył, odsuwając się od Uzumakiego, aby godnie przyjąć stertę wyzwisk i grad ciosów, jakich się spodziewał po tym wybryku. Jednak nic takiego się nie stało. Naruto tkwił jak kołek w tym samym miejscu i wlepiał w niego te wielkie błękitne ślepia.  I zwilżył wargi językiem.
Wtedy to Sasuke, można by rzec, rzucił się na niego. Wplótł dłonie w blond kosmyki i zagłębił się w nieco brutalnym pocałunku, w którym czynny udział brał nie tylko jego język, ale i Naruto. Nigdy nie spodziewałby się, że sytuacja tak się potoczy. Że Naruto nie tyle go nie zabije na wstępie, ale i odpowie na jego pocałunki. Z przyjemnością smakował drugiego mężczyznę. To było zniewalające doznanie, dokładnie tak, jak się tego spodziewał.
Kiedy w końcu się od siebie oderwali, aby móc zaczerpnąć oddech, w słuchawce Uzumakiego rozległ się rozbawiony głos:
– Sądząc po odgłosach, wygrałem.
– No nie, moja pensja – jęknął Kiba, w odzew na słowa Shikamaru.
– Co? – wystękał oszołomiony Uzumaki, który najwyraźniej dopiero odzyskiwał zdolność mowy.
Sasuke uśmiechnął się kącikiem ust. Dłonie miał wciąż wplątane we włosy Naruto, tak więc kciukiem odczepił małą słuchawkę z jego ucha, a gdy spadła na ziemię przydepnął ją butem.
– Najwyraźniej podczas trwania gry powstał jeszcze jeden zakład – skwitował, ponownie przyciągając twarz towarzysza do swojej.
– Zabiję – warknął Uzumaki, przed tym, jak Sasuke uraczył go kolejnym pocałunkiem. – Ale może trochę później – dodał po chwili. Rysy jego twarzy wyraźnie złagodniały, gdy spojrzał w ciemne oczy Uchihy.  

sobota, 22 grudnia 2012

Rozdział II.XXI


Jestem! Późno, bo późno, ale jestem! :D
I zapraszam na kolejną część, więcej mojego smęcenia pod rozdziałem ^ ^.

***   ***   ***   ***   ***   ***

               Przerażający wrzask wstrząsnął szpitalnymi ścianami. Czy też, szpitalem wstrząsnął towarzyszący temu wrzaskowi, nagły i niekontrolowany wzrost chakry wypływającej z ciała Naruto. 
               Krzyczał. Głośno, próbując wyzbyć się strachu, który ogarnął go w chwili, gdy w małym, pękniętym lustrze szpitalnym udało mu się ujrzeć swoje oblicze. I, jak nagle wrzask wydobył się z jego gardła, tak też szybko się urwał, akurat w chwili, gdy do pomieszczenia wpadła wyraźnie wzburzona Hokage, wraz z kilkoma pomagierami.
               Osunął się, jakby w zwolnionym tempie, padając na kolana, na których zacisnął dłonie. Zamknął oczy, nie chcąc... Widzieć. Urwany oddech, towarzyszył chwilą, w których starał się uspokoić. A w pomieszczeniu, pomimo tego, że znajdowała się w nim spora garstka osób panowała cisza. Wszyscy najwyraźniej oczekiwali na kolejny ruch Uzumakiego.
               – Jestem potworem – wyszeptał w końcu. – Ja...
               Nagłe poruszenie, uświadomiło mu to, że z małej szpitalnej salki właśnie wyszło kilku ludzi, którzy przed chwilą do niej wpadli. Czy też, kilka osób zostało bez słowa wykopanych za drzwi.
               – Jestem potworem – powtórzył. Jedną z dłoni, które dotychczas trzymał na kolanie, przycisnął zaraz do twarzy. Pod powieką zatańczyły mu kolorowe mroczki. W kącikach oczu pojawiło się coś mokrego. I zaraz spłynęło po policzkach.
               – Idiota. – Ciepłe ramiona owinęły się wokół jego szyi. – Bezczelny głupiec.
               – Wyglądam...
               – Wyglądasz, jak Naruto – spokojny głos Tsunade wdarł się do jego ucha. Uspokajał. Z każdą sylabą, wypowiedzianą przez Hokage, Uzumakiego opuszczało napięcie. – Sponiewierany po walce, mocno uszkodzony Naruto.
               – Jestem potworem – powiedział ponownie. Jednak głosem wypranym z wszelkich emocji.
              
               Ze szpitala został wypisany w ciągu kolejnych kilkunastu minut. Na własne żądanie.
               Część torsu, wraz z lewą ręką została ciasno obwinięta bandażem. Za to opaska ze znakiem liścia, którą dotychczas z dumą umieszczał na swoim czole, została przewiązana tak, że przysłaniała jedno z jego oczu.
               Niemalże, jak Kakashi, pomyślał, nieco złośliwie, spoglądając w swoje lustrzane odbicie. Poprawiając materiał ochraniacza, ułożył go tak, że przysłaniał niemalże pół twarzy. W tym, lekko poszerzone lisie blizny. Chętnie również skorzystałby z czegoś, co wyglądem przypominałoby hatakową maskę.  Jednak...
               Westchnął.
               Blond kosmyki zniknęły pod czarnym kapturem.
               Musiał... Pomyśleć. 

               Z początku to było nawet zabawne.
               Obserwowanie Sasuke, kiedy miota się po wiosce, poszukując Uzumakiego naprawdę mogło dostarczyć sporej rozrywki. A przynajmniej tak, w przypływie nieco wisielczego humoru, myślał sam poszukiwany, który z pewnością odnalezionym zostać nie chciał.
               Aczkolwiek, wiedział, że tego nie uniknie. W końcu Sasuke był dobrym shinobi. Można by nawet rzec: znakomitym. Więc to tylko kwestia czasu, kiedy w końcu Uchiha wścieknie się na tyle, że przestanie przebierać w środkach, aby go dopaść. Co nie przeszkadzało Naruto w nieułatwianiu, a wręcz przeszkadzaniu w poszukiwaniach Sasuke.
               Jednak jego dobra zabawa skończyła się tuż przy polach treningowych, gdzie to czaił się na skraju lasu, czujnie obserwując poczynania Uchihy. Tam to właśnie wypatrzyło go spojrzenie szkarłatnych oczu.
               – Wyleziesz, czy mam cię sam wytargać? – Dobiegło do uszu Naruto ciche, wciekłe warknięcie. Najwyraźniej podchody po wiosce mu się nie spodobały.
               – Nie – odpowiedział, o dziwo spokojnie.
               – Co: nie? Słuchaj...
               – Nie, nie wylezę. I nie, nie masz mnie wytargiwać – kontynuował tym samym tonem. – Możemy porozmawiać, a i owszem, należy ci się. Ale nie chciałbym, abyś mnie oglądał.
               Kiedy skrywał się w cieniu, Uzumaki faktycznie czuł pewien komfort psychiczny, związany z tym, że nikt nie widzi tego, jak teraz wyglądał. Nawet jeżeli najbardziej przerażające go fakty były zamaskowane bandażami, to i tak wolał, aby nikt go nie oglądał. A zwłaszcza Sasuke.
               Uchiha zamilkł, mierząc majaczącą w ciemności sylwetkę Naruto złowieszczym spojrzeniem, wciąż mając aktywowanego sharingana.
               Tak więc, Naruto spodziewał się wrzasków. Spodziewał się awantury. Nawet się spodziewał tego, że Sasuke się fochnie, warknie coś bardzo obraźliwego w odzewie i sobie pójdzie. Spodziewał się naprawdę wszystkiego.
               Tylko nie tego, że mężczyzna jęknie, najwyraźniej sfrustrowany i powie coś w stylu:
               – Co ci znowu durnego wpadło do tego pustego łba?
               – Ekhm? Co? – zapytał, nieco skołowany Uzumaki.
               – Pstro – syknął. I w kolejnej chwili znajdował się tuż przy swoim kochanku, przytrzymując go za nadgarstki, najwyraźniej obawiając się, że bez takich zabezpieczeń Naruto mu zwieje. Co było manewrem, tak nawiasem mówiąc, który mężczyzna dosyć często stosował, jeżeli chodziło o konfrontacje z Sasuke. – To ja się pytam: co? Powinieneś wypoczywać, a nie bawisz się w ganianego zaraz po wyjściu ze szpitala! Dlaczego żeś nie dał znać, że się wypisałeś? W ogóle, dlaczego się wypisałeś? Tsunade o tym wie? Nic ci nie jest? Zrobiłeś wszystkie badania? Powinni cię nafaszerować jakimiś prochami, abyś się przez tydzień ruszać nie mógł, to przynajmniej miałbym pewność, że wszystko w porządku.
               – Dobrze się czujesz? – zapytał podejrzliwie Naruto, korzystając z chwili, kiedy Uchiha zrobił sobie przerwę na zaczerpnięcie oddechu.
               – To ja powinienem się o to pytać – padła odpowiedź, w której pobrzmiewały nutki złości.
               – Masz słowotok – rzucił nieco zdziwiony blondyn.
               – Idiota. – W kolejnym momencie Uzumaki został niemalże zgnieciony w zaborczym uścisku. Po sekundzie lekkiego zawahania splótł ręce na plecach Sasuke i wcisnął nos w zgłębienie jego szyi. Westchnął, rozluźniając się nieco. – Kretyn – Uchiha kontynuował tymczasem wyzwiska. – Nieodpowiedzialny debil.
               Trwali w uścisku długie minuty i pewnie by tak jeszcze stali jakiś czas, gdyby nie to, że Naruto był dręczony przez kilka istotnych dla niego kwestii. Tak więc, blondyn w końcu odsunął się nieznacznie od kochanka, spoglądając mu prosto w oczy zapytał:
               – Dlaczego tu jesteś?
               – Ty naprawdę jesteś idiotą? To chyba jasne, że...
               Naruto pokręcił głową, wbijając oczy w ziemię.
               – Widziałeś mnie w szpitalu.
               – Dosyć często cię tam widuję. Przez twoją głupotę, tak nawiasem mówiąc.
               – Wiesz o co mi chodzi! – Naruto podniósł głos. – Ja... Widziałeś jak wyglądam! Wiesz, co się dzieje  pod tymi cholernymi bandażami! Ja jestem...
               – Idiotą.
               – Potworem, ślepy debilu! Widziałeś, co mi się stało! Widziałeś, że ostatnie pieczęci się poluzował i...
               – I jakoś to nie wpłynęło na twoją wątpliwą inteligencję. Wciąż jesteś głupkiem.
               – Czy ty nic nie rozumiesz?! – wrzasnął, całkowicie tracąc wcześniejszy spokój. – To patrz!
               Szarpnięciem zerwał bandaż z dłoni i kolejnym wściekłym ruchem zerwał ochraniacz zasłaniający jego twarz. Z zaciętym wyrazem twarzy wbił spojrzenie w oczy Sasuke.
               Jego ręka... Wyglądała jakby obdarto ją ze skóry, spod której nie wystawały poszarpane mięśnie, a złowrogo mieniąca się czerwono-czarna chakra. Blizny na jego prawym policzku, które dotychczas były zasłonięte materiałem opaski, były poszerzone, a oko... Błękitne dotychczas źrenice zostały zastąpione szkarłatem, a zamiast białko pokryte było czernią. Zdawał sobie sprawę z tego, że wygląda odrażająco. Jak jakaś dziwaczna mieszkanka demona i człowieka. Był potworem.
               Ale na twarzy Sasuke nie zobaczył odrazy. Widział wyłącznie czystą maskę obojętności, z jaką mężczyzna obserwował widok przed sobą.
               – No i? – zapytał bez cienia emocji.
               – Ty naprawdę jesteś ślepy?
               – Ty naprawdę jesteś głupi?
               – Przestań mnie obrażać! – warknął wyraźnie roztrzęsiony Naruto. Chciał już to mieć za sobą. Żeby Sasuke już sobie poszedł, a on mógł zwinąć się gdzieś w ciemnym koncie i nie oglądać nikogo. Czy też, nie zmuszać innych, aby go widzieli w takim stanie.
               – To przestań robić z siebie głąba.
               – Ja...
               – Słuchaj – przerwał mu stanowczo Uchiha, a Naruto, o dziwo, posłusznie zamilkł. – Nie będę tego powtarzał, więc się raczej postaraj skupić, okej? – Nie czekając na żadne potwierdzenie kontynuował. – Tsunade wyjaśniła, że poprzez operacje Nanabi została zachwiana równowaga twojej chakry. Tak więc, moc Kyuubiego nieco wyszła spod kontroli, dlatego też wyglądasz teraz, jak wyglądasz. Cóż, pewnym jest, że nie będzie można tego tak łatwo naprawić, ale...
               – Naprawić? – w głosie Uzumakiego pojawił się cień nadziei. – Da się coś z tym zrobić? Cokolwiek?
               – Cicho – fuknął Sasuke. – Może. Może i nie. Co za różnica?
               – Jestem...
               – Nie. Nie jesteś – wtrącił Uchiha, przewidując co jego towarzysz chciał powiedzieć. – Orochimaru był potworem. Setki popierdolonych Shinobi, których spotykaliśmy, byli potworami. Potworem był Kakuzu, Deidara, mogę ci wymieniać długi czas, ale to teraz nieistotne. TY tymczasem POTWOREM nie jesteś.
               – ALE JAK POTWÓR WYGLĄDAM! – wrzasnął histerycznie Uzumaki. Rzucił Sasuke kolejne wściekłe spojrzenie, a następnie obrócił się na pięcie. Zacisnął oczy i przycisnął do nich zdrową dłoń. Nie uciekał, to i tak już nie miało większego sensu. Jakoś nie miał ochoty rozpoczynać tej rozmowy jeszcze raz w innym terminie.
               Siłą woli starał się powstrzymać napływające do oczu łzy złości.
               Nawet nie zauważył, kiedy ręka Sasuke oplotła go w pasie, przyciągając do torsu mężczyzny. Broda Uchihy oparła się o jego ramię. Ciemne włosy przyjemnie łaskotały go po szyi.
               – Idź sobie – zaprotestował słabo. Nie miał siły na dalsze sprzeczki. Dlaczego Sasuke nie rozumiał...
               – Gdybym – zaczął mężczyzna, ignorując wcześniejsze słowa Uzumakiego. – stracił rękę w walce, rzuciłbyś mnie?
               – Ochujałeś? – zapytał zmęczonym głosem Naruto.
               – A jakbym stracił wzrok? Słuch?
               – Nie, przecież...
               – Gdybym stracił chakre?
               – Przestań! Ja...
               – A gdyby przeklęta pieczęć Orochimaru nie zeszła i przemieniłbym się częściowo w maszkarę, w którą mnie zmieniała?
               – Przestań! Przecież wiesz, że nie! – warknął Uzumaki. Pod wpływem słów Sasuke emocje znowu zaczęły się w nim podnosić. – Kocham cię, nie ważne, co by się działo! Nie ważne jakbyś wyglądał, czy... – zamilkł nagle.
               – No właśnie – mężczyzna oderwał się od niego i obrócił go ku sobie. Na jego obliczu zagościł delikatny uśmiech. – No właśnie – powtórzył. Chwycił twarz Naruto w dłonie i przyciągnął do pocałunku. Delikatnego i pełnego czułości. Uzumaki miał wrażenie, że tym gestem Sasuke próbuje mu przekazać całe oferowane przez siebie wsparcie. – Wyobraź sobie – zaczął, po chwili, gdy się od siebie oderwali. – Że to działa w obie strony.
               Uzumaki patrzył na kochanka, jakby go właściwie widział przerywszy raz w życiu.
               – Myślałem... – zaczął niepewnie, ale Sasuke mu przerwał kolejnym, krótkim pocałunkiem.
               – Więc przestań – odpowiedział z lekkim rozbawieniem mężczyzna.
               – Nie, słuchaj – Naruto jednak czuł, że musiał coś jeszcze wyjaśnić. – Sasuke, jesteś... No kurde! Wiesz, jak wyglądasz! Leci na ciebie każda dziewczyna w wiosce, a i kilka facetów z pewnością też by się za tobą obejrzało. Możesz mieć każdego! Więc, ja, z takim wyglądem...
               – Hm... Każdego? – Uchiha przez chwilę sprawiał wrażenie, jakby poważnie zastanawiał się nad wyborem. – Każdego mówisz? No, to chyba nawet mam kandydata, który mi odpowiada.
               – Hę?
               – Ciebie, młocie.
               – Co? Och...
               Kolejny pocałunek był już bardziej stanowczy, wręcz nachalny. Pokazywał dominację Sasuke i sprawił, że Naruto zmiękły kolana.
               Złapał gwałtowniejszy oddech, kiedy Uchiha się od niego oderwał. Nieco zamglonym wzrokiem wpatrywał się w tą bezczelnie uśmiechniętą twarz.
               – Pamiętasz, co ci powiedziałem, kiedy żeś w końcu przyjął do wiadomości, że jesteśmy razem? – zapytał ni z tego, ni z owego Sasuke. Naruto zmarszczył brwi w zamyśleniu, jednak kochanek wybawił go od odpowiedzi. – Powiedziałem, że przypieczętowałeś swój nędzny los i skazałeś się na moje wieczne towarzystwo.
               Och, pamiętał to. To było... Po libacji u Tsunade, po wpadnięciu w stanie wskazującym na Sasuke, po tym, jak odbyli cholernie długą rozmowę, po... Obudzeniu się w jednym łóżku z ukochanym, tuż przy jego boku.
               Uśmiechnął się delikatnie. Uniósł ręce i wplótł je w ciemne kosmyki Sasuke i przyciągnął jego twarz ku sobie.
               – Mam przerypane, nie? – zapytał przekornie. A ich usta złączyły się w kolejnym, już nie tak grzecznym pocałunku.
               
THE END 

Tak! W końcu, po ponad półtorarocznym smęceniu doczekaliśmy się końca opowiadania ^ ^ Pisanie szło różnie, to gładko, to opornie, to znowu tylko podpełzywało, ale muszę powiedzieć, że osobiście odczuwam pewną dumę, że nie rzuciłam go w cholerę i udało mi się je skońćzyć : ) .
Bardzo chciałam podziękować wszystkim, którzy przetrwali moją radosną twórczość. W szczególności dziękuję bardzo za wszystkie komentarze, które zgromadziły się pod notkami ( wielbię je i czytuję czasami na poprawę humoru : ) To właściwie tyle, co mi przychodzi do głowy w tej chwili. Dziękuję jeszcze raz : D
Ach, no tak: WESOŁYCH ŚWIĄT i (bardzo) PIJANEGO SYLWESTRA! :D

niedziela, 25 listopada 2012

Ile?



Witam serdecznie, i na wstępie bardzo dziękuję za wszystkie komentarze :) 

Dawno się nic nie działo, więc wrzucam coś, co mi od dłuższego czasu łazi po głowie. Z chęcią bym to potraktowała jako wstęp do dłuższego opowiadania. Niestety nie mam teraz do tego głowy. Jeżeli chodzi o inne moje opa, no to będą one musiały nieco poczekać. Nie wiem ile, muszę wybrnąć nieco ze spraw studialnych, a niestety nawet jeszcze nie wlazłam w fazę nocnego napierdzielania projektów, a taka zapewne mnie czeka w najbliższej przyszłości. 

Zastanawialiście się kiedyś, co się dzieje w głowie Naruto, gdy kolejne spotkanie  z Sasuke, nie przynosi oczekiwanych efektów?

*** *** ***

Ile?
"Ile Cię trzeba dotknąć razy żeby się człowiek poparzył?
Ale tak żeby już więcej ani razu
Żeby już więcej za nic
Żeby już więcej nie miał odwagi
No ile razy?!"*

Budzisz się z krzykiem, tak podobnym do krzyków wydawanych poprzednimi nocami. Z krzykiem niosącym jego imię, oczami rozwartymi w przerażeniu. Senna zjawa ponownie ci umknęła sprzed nosa, znów nie zdołałeś jej pomóc. 

I wiesz, że to nie tylko marny sen. To ściga cię ponura rzeczywistość, w której po raz kolejny... Przegrałeś. Prawie zginąłeś, niemalże zabijając tym samym swoich towarzyszy kolejnej bezcelowej wyprawy. 

Kubek z niedopitą kawą ląduje na ścianie, kiedy rzucasz nim w przypływie goryczy. Jednak spływające po tynku ciemne smugi nie przynoszą ulgi. Rozbite kawałki porcelanowego naczynia nie dają ukojenia, którego potrzebujesz. 

– Wyglądasz jak namiastka samego siebie – słyszysz, gdy z rana stawiasz się w biurze Piątej. Wiesz. Wiesz, że się wykańczasz. Że wszystko to bezcelowe. Że nie zdołasz wypełnić danej Sakurze obietnicy. Za każdą próbą umierasz. Kawałek po kawałku, tracąc nie tylko przyjaciela, ale także coś z siebie. – Naruto... 

– Wszystko w porządku – syczysz gniewnie, kłamiąc. Bo w porządku nie jest nic. Nie jest na pewno to, że przez tyle lat nie wskórałeś nic. Ty o tym wiesz. Wiedzą wszyscy. – Do rzeczy. 

Z nowymi dokumentami potwierdzającymi kolejną jego lokalizację wyruszasz. Determinacja ponownie rysuję się w twoich błękitnych oczach. 

Jednak w końcu się złamiesz, kryształowy chłopcze. Twoje dobro cię zgubi. Zatracisz się w ciemności, zadręczany koszmarami dnia. Złamiesz się raz. I pozostaniesz w odłamkach, niezdolny do sklejenia swojej osobowości w jedną całość, bo zawsze będzie brakowało tego jednego, cholernego kawałka. 

Sparzysz swoje dłonie, niczym nieposłuszne dziecko igrające z ogniem. Nauczysz się, że o niektóre sprawy nie warto walczyć. Dowiesz się, że świat tak nie działa. Nie wszystko układać się będzie po twojej myśli. 

Ile jeszcze Naruto? 

Ile razy wytrzymasz? 

*** *** ***

*Happysad - długa droga w dół

piątek, 19 października 2012

Rozdział II.XVIII

Takżetego... Mechowy komć "komć" jak widać zmotywował do działania :"D Przerwa była długa, za co serdecznie przepraszam, noale... Pomimo wrodzonego uporu nie miałam siły tego napisać wcześniej. W końcu jednak się udało, dlatego też mam przyjemność zaprosić do czytania kolejnej części opa głównego! (juhu!)

 A i tak w ogóle to,co to za minusowanie mechowego arcydzieła D:

Dziękować za wszystkie komentarze :3 (Lubię komentarze, komentarze są fajne :"D)
 Tratatata, oto przed państwem:

Rozdział II.XVIII

***   ***   ***   ***   ***   ***



- Kyu.
- Słucham.
Naruto odetchnął. Z całych sił próbował nie stracić spokoju, który jakimś cudem mu jeszcze towarzyszył. To było za dużo: walka z Madarą, informacje o świątyni demonów, śmierć jednego z nich, a przede wszystkim, to co spotkało Sasuke. Jednak miał świadomość tego, że jeżeli teraz zacznie szaleć z rozpaczy, czy bóg wie czego, to nic nie zdziała. Próbując opanować delikatne drżenie własnego głosu powiedział:
- Przez najbliższy czas, proszę cię, abyś udawał, że nie istniejesz.
- Co?
- Ma cię nie być, nie odzywaj się, najlepiej nie patrz. Nieważne co się będzie dziać, jasne?
- Chyba nie podoba mi się to, że starasz mi się rozkazywać.
- Proszę. Kyu... To ważne.
Lis warknął coś pod nosem. Jednak Naruto chętnie uznał to zgodę. Przymknął oczy, starając się wyciszyć. Nie pomagała mu myśl, że z każdą sekundą Uchiha staje się coraz słabszy. Że z chwili, na chwilę mają coraz marniejszą szansę go uratować.
"Nanabi?" Spróbował przywołać siednioogoniastą. Nawet we własnych myślach, jego głos zabrzmiał zdecydowanie żałośnie. "Nanabi" spróbował ponownie. Jednak demon uparcie ignorował jego zawołania. Albo też, po prostu go nie słyszał. W końcu Uzumaki nie miał pewności, że może się tak komunikować z kimkolwiek po za Kyuubim.
"Nie proś mnie o coś, czego nie mogę zrobić, Naruto." Rozległ się głos w jego głowie. To było... Dziwne. Do głosy Kyu, który co chwila próbował wyprowadzić go z równowagi już zdołał się przyzwyczaić, ale rozmowa w ten sposób z kimś innym była całkowicie nowym doświadczeniem.
Blondyn przełknął ślinę. A przynajmniej próbował. Gardło miał tak ściśnięte, że prawdopodobnie nie byłby w stanie wypowiedzieć aktualnie żadnego słowa.
"Nanabi" Zaczął, a nawet w myślach jego głos zabrzmiał chyba jeszcze gorzej, niż przed chwilą. Demon był jego ostatnią deską ratunku. Jedyną deską ratunku. "Proszę."
Chłopak bardziej poczuł, niż usłyszał jak siedmioogoniasta wzdycha delikatnie.
"Kochasz go, prawda?"
"Tak" odparł bez wahania.
"Też kochałam, śmiertelne dziecię." Powiedziała, z wyraźnym bólem. "Nie była to szczęśliwa miłość."
"Jednak?"
"Co?"
"Kochałaś" zaczął. " I poddałaś się."
"Czasami tylko to pozostaje, Naruto. A ty nie znasz na tyle mojej historii, by móc mnie ocenić."
"Nie. Masz racje. Ja tylko snuję domysły, a wydaje mi się, że robię to nawet dosyć trafne. Nanabi, proszę..."
"Wymagasz ode mnie za dużo."
" To przez Kyu, tak? To on cię tak zranił?"
Demon nie odpowiedział.
"Nanabi, tylko ty możesz nam pomóc. Tylko ty, możesz uratować Sasuke. Zrobiłbym wszystko, żeby cię przekonać."
Zamilkł. Siedmioogoniasta również się nie odzywała. Sekundy mijały niczym niezmąconej ciszy, a Naruto popadał w coraz większą rozpacz. Nie wiedział co robić, nie wiedział jak przekonać demona. Jedyne co było w tym momencie dla niego pewne to to, że miał coraz mniej czasu i, że z każdą chwilą Sasuke jest coraz bliżej śmierci.
"Dobrze"
W pierwszej chwili nie wierzył, że to usłyszał.
" Dobrze." Powórzyła Nanabi. " Jednak muszę cię ostrzec."
"Co?"
"Jeżeli przejmę twoje ciało, aby go uleczyć, to może się skończyć dla ciebie śmiercią." Przerwała na chwilę, najwyraźniej oczekując jakiejś reakcji. Jednak Naruto nie odezwał się. "Twoja chcakra nie współgra tak ściśle z moją, jak z chakrą Kyuubi'ego. Może być dla ciebie śmiertelna. Może cię okaleczyć, możesz stracić swoją siłę, możesz... Zginąć, Naruto. Chcesz podjąć takie ryzyko?"
Pytanie było dla Uzumakiego absurdalne.
"Oczywiście."
W następnej chwili Naruto poczuł, jak jego własna świadomość zostaje zepchnięta gdzieś na bok. Tak jakby stał się biernym obserwatorem, z całkiem nowej perspektywy. Niby widział sytuację, która się przed nim rozgrywała, ale patrzył na nią całkowicie obcymi oczyma.
- Naruto? - usłyszał zaniepokojone pytanie, chyba Sakury, ale to nie on udzielił krótkiej odpowiedzi.
- Nie. - Rozległ się spokojny głos, który wypłynął z jego ust.
Nanabi przejęła całkowitą kontrolę nad jego ciałem, tak, że Uzumaki mógł tylko bezczynnie patrzeć na jej poczynania. Siedmioogoniasta wbiła przeszywające spojrzenie w Kyuubi'ego. Wpatrywała się w niego przez chwilę, poczym westchnęła delikatnie i, bez zbędnych słów, nachyliła się w kierunku Sasuke. Jedną dłoń przyłożyła do jego czoła, a drugą w okolicy jego serca. Ciało Uchihy zostało spowite przez delikatny poblask jej chakry.
- Nie dobrze - powiedziała do siebie, jednak głos jej był wciąż spokojny.
"Co jest?"
- Wroga chakra rozprzestrzeniła się po większości jego siatki. Cud, że jeszcze oddycha. To twardy chłopak, ale nawet tacy jak on mają swój limit wytrzymałości.
- Pomożesz mu?
- Pomogę.
"Ale najprawdopodobniej twoim kosztem, Naruto."
" Nieważne." Stwierdził zacięcie.
- Dobrze - wyszeptała Nanabi. Dłonie mocniej przycisnęła do ciała Sasuke. Przymknęła oczy i odetchnęła spokojnie. - Zaciśnij zęby, Naruto.
W pierwszej chwili nie zrozumiał dlaczego siedmioogoniasta tak mówi. Przecież nic nie czuł, widział tylko obraz przed sobą i słyszał, co inni mówią. Jednak po chwili... Po chwili poczuł, coś, jak delikatne mrowienie, które powoli objęło całe jego ciało. To mrowienie nasilało się z każdą sekundą i o ile na początku mogło jedynie irytować, tak po jakimś czasie Naruto zaczął odczuwać stopniowo nasilający się ból. Czy też raczej, jego ciało zaczęło odczuwać ból, którego chłopak był całkowicie świadomy.
"O... Kurwa." Stęknął, kiedy jego cierpienie osiągnęło poziom krytyczny. "Kurwa, kurwa, kurwa!"
Miał wrażenie, jakby każda cząsteczka jego ciała była wyrywana fragment po fragmencie, a co najgorsze, nic nie mógł na to poradzić. Nanabi wciąż pieczołowicie pracowała nad wyleczeniem Sasuke, a Naruto chciał, żeby to się skończyło. Jeszcze nigdy w życiu nie odczuwał takiej udręki, agonii wręcz.
"Wytrzymaj."
Starał się. Naprawdę się starał. Ale takiej dawki bólu nie dostarczono mu jeszcze nigdy. Gdyby chociaż mógł coś zrobić. Cokolwiek. A niestety pozostało mu tylko czekać, aż wszystko się skończy.
I skończyło, o dziwo.
Nanabi odsapnęła, wyraźnie zmęczona zabiegami jakie dokonywała jeszcze przed chwileczką. Twarz Sasuke zmarszczyła się wyraźnym grymasie. Tsunade odetchnęła z ulgą, Sakura pisnęła radośnie, a Naruto powrócił do normalności. Przynajmniej jeżeli chodzi o kwestię bycia kontrolowanym przez jakiegoś demona.
Uzumaki zacisnął oczy starając się wyciszyć.
Ból wciąż nie mijał. Ba, on się wciąż, o ile to w ogóle było możliwe, nasilał.
Przygryzł zębami wargę, starając się powstrzymać krzyk. Rękoma objął się w pasie, jakby tym ruchem miał powstrzymać to, co się z nim aktualnie działo. Paznokcie samoistnie wbiły się w skórę dłoni, momentalnie ją przebijając, a łzy spłynęły po jego policzkach.
- Zabierzciego - wystękał przez zaciśnięte zęby, gwałtownie otwierając oczy. Widok, jaki się przed nim roztaczał był lekko zamazany, a w dodatku wielobarwne mroczki tańczyły mu zawzięcie przed oczami. - Zabierzcie, zabierzciezabierzcie!
- Naruto! - Usłyszał krzyk i czyjeś dłonie złapały go za ramiona. Wrzasnął i... Zemdlał.

Przebudził się jakiś czas później. Wokół niego panował harmider, czyjeś głosy spierały się najwyraźniej. I wciąż czuł ten ból.
Stęknął i ponownie pogrążył się w stanie nieświadomości.
Kolejnym razem, gdy na moment znowu odzyskał przytomność, rozbudziły go zimne dreszcze, które co chwile wstrząsały jego ciałem. Znowu słyszał krzyki. Ale coś się zmieniło. Uchylił niepewnie powieki i zobaczył garstkę ludzi, która niemalże w amoku biegała po sali. Po chwili obserwacji znowu zasnął.
Następnym razem obudzony został bez gorączkę. Czuł, że pot spływa po jego ciele, a jeszcze ktoś najwyraźniej opatulił go ciasno kocem. Z wysiłkiem podniósł dłoń do czoła, usiłując je przetrzeć, jednak ktoś go wyprzedził, kładąc mu na głowie nawilżony chłodną wodą materiał.
Westchnął z ulgą i coś zarzęziło mu wyraźnie w płucach. Lekkie ukłucie w klatce piersiowej uświadomiło mu, że już nie czuje tego przenikającego przez każdą cząstkę ciała bólu. Czyjaś dłoń pogłaskała go delikatnie po głowie, odsuwając od twarzy nieposłuszne, mokre kosmyki.
- Gorąco - sapnął, przytłumionym, schrypniętym wyraźnie głosem. Wciąż mając zamknięte oczy spróbował kopniakiem pozbyć się okrywającej go warstwy.
- Zostaw, idioto - w cichym głosie pobrzmiewał ton wyraźnej ulgi.
- Sasu? - Tak bardzo chciał go zobaczyć, aby upewnić się, że z nim naprawdę wszystko w porządku, że nic mu nie jest. Rzucić się na niego, przytulic, pocałować, poczuć jego dotyk. Ale nie mógł. Nie miał siły nawet uchylić tej cholernej powieki!
- Tak, a teraz śpij.
- Nic. - Przełknął ciężko ślinę. - Ci nie...
- Tak, wszystko ze mną w porządku, czego nie można powiedzieć o tobie. Śpij, młotku. Niedługo będzie z tobą lepiej.
- Okej - powiedział słabo i ponownie pogrążył się we śnie.
Nie wiedział, ile czasu minęła, do momentu, gdy obudził się po raz kolejny. Ale był całkowicie świadomy tego, że jego głowa wisiała nad miską, czyjeś ręce przytrzymywały mu głowę, a gardło paliło go żywym ogniem. Wymiotował. W ustach miał nieprzyjemny posmak,a łzy szkliły się w kącikach jego oczu. Splunął nieumiejętnie, a dłoń, która jeszcze przed chwilą wplatała się w jego końcówki, już po chwili chusteczką wycierała jego usta.
Jego ciałem wstrząsnęła kolejna fala torsji.
Kiedy w końcu ten okropny czas minął, dygoczącą dłonią osunął od siebie miskę, którą ktoś natychmiast zabrał sprzed jego oczu i, czując, że już nikt go nie podtrzymuje, opadł na poduszki. Zamrugał, starając odzyskać się ostrość widzenia i mętnym spojrzeniem przebiegł po pomieszczeniu.
Przy łóżku, w którym leżał, siedział Sasuke. Uzumaki skupił wzrok na nim i nawet spróbował się nieco uśmiechnąć.
- Hej - szepnął.
- Hej. Jak się czujesz?
- Źle - odpowiedział zgodnie z prawdą. Wszystko wokół kręciło się nieznośnie i był wciąż lekko rozkojarzony. Najwyraźniej nieźle nafaszerowali go lekami. - Chcę do domu - wystękał, nieco żałośnie.
I wtedy przez twarz Uchihy przeszedł grymas, którego Naruto nie mógł w żaden sposób rozszyfrować. Mieszanka ulgi i... Współczucia? Nie spodobało się to Uzumakiemu. Ani trochę.
- Co jest? - zapytał z wysiłkiem, walcząc wciąż z wirującym przed oczami obrazem. - Sasuke?
- Pójdę po Tsunadę - zadeklarował Uchiha, podrywając się z miejsca i nie patrząc na niego wyszedł z pomieszczenia.
- Co? - wyrwał mu się niewyraźny pomruk. Podciągnął się na łokciach, co zaowocowało krótkim bólem, ale nie zważając na niego, wyciągnął przed siebie rękę, jakby tym gestem próbując zatrzymać Sasuke.
Nie zdołał. Uchiha wyszedł, a Naruto zamarł i z rosnącym przerażeniem wpatrywał się we własną dłoń. 

sobota, 13 października 2012

Część ostateczna - Mechowe zakończenie

 Jako, że ja jestem stworzonek leniwym i jak widać ostatnimi czasy nie mogącym się ogarnąć jeżeli idzie o kwestie ff to wymarudziłam u Mecha, żeby napisała mi rozdział. A i owszem, córa za zadanie się zabrała ochoczo, ale jako, że Mecha to swoisty maniak SasuNejiowy, to... No, dzieją się tu rzeczy co najmniej dziwne xD

Tak więc... Zapraszam do czytania ALTERNATYWNEGO ZAKOŃCZENIA mojego opa, które zostało stworzone przez moją wspaniała córę Mechalice, lof you :"D

Edit: Ostatnie, jakże istotne zdanie jest wytworem wspaniałej Pico, która właśnie wykręca mi się od pisania nextów, Ciebie też lof :"D


***   ***   ***
Rozdział II.XVIII - Część ostateczna - Mechowe zakończenie xD

Żeby ocalić Sasuke, tak w istocie, nie potrzeba jednak było wcale pomocy Nanabi, jak to poinformował Naruto Kyuubi. Blondyn jednak pchany żądzą ocalenia swojego ukochanego natychmiast zerwał się na nogi znad zakrwawionego i nieruchomego, jakby martwego (aczkolwiek chwilowo jedynie sparaliżowanego), ciała Sasuke i ruszył na poszukiwanie demona, który będzie w stanie ocalić wiszące na włosku życie znajdującego się trzy ćwierci do śmierci Uchihy.
Także — Naruto tego nie wiedział, sam Sasuke również, gdyż wszelkie zdolności poznawcze w tym stanie trwały tak samo on sam sparaliżowane i zamrożone. Nie myślał, jedynie krew toczyła się w jego żyłach i tętnicach, co jakiś czas malowniczo rozlewając się przez rany na upaprany szkarłatną posoką mundur — czy prościej mówiąc, jakiekolwiek odzienie miał na sobie wówczas kruczowłosy, nieprzytomny mężczyzna pozostający w stanie między życiem i śmiercią, w półtrwaniu niemalże, jak to mają w zwyczaju pierwiastki promieniotwórcze w odpowiednich warunkach.
Uzumaki, obrócił się jeszcze na pięcie, spojrzał ostatni raz na leżące w błocie ciało swojej miłości, na to jak Sakura rosi łzami jego rozchełstaną, splamioną szlachecką krwią koszulę, czy w co tam był odziany Sasuke. Przyłożywszy palce do ust, wyszeptał: — Nie minie jesień, a wrócę, mój kochany. Wrócę z medykamentem.
I pognał w siną dal, wgłąb wrzosowisk Yorkshire — jego jasna niczym len czupryna szybko zatonęła w strzępach porannej mgły pory przedświtu. Zmierzał ku Szkocji, miał nadzieję, ze gdzieś wśród celtyckich ludów i tych zabawnych dziadków z brodami, piszących runami druidów znajdzie tę demonice, która jako jedyna miała potrafić przywrócić do życia Sasuke.
No tak, ale Naruto nie wiedział, że tak naprawdę, to nie musiał…
Sasuke gorączkował, broczył krwią i majaczył na zmianę, kiedy tylko zapominał, że jest sparaliżowany i nie bardzo może, a na pewno nie powinien. Nie wyglądało jednak na to, żeby przeżył jesień, o której wspominał Naruto w swoim pełnym krytego, dławiącego w gardło wzruszenia pożegnaniu. Nie wyglądało nawet na to, żeby przeżył jakiś tydzień, czy wręcz jedną noc!
Fortunnie jednak, złożyło się tak, że od dłuższego czasu z współczesnych okolic Inverness, w szkockich Highlands, podróżował na południe bardzo odważny, młody, sliny celtycki wojownik, Neji. Nie posiadał co prawda brody, ale druid Ecwedghown uznał, że jego piękne, długie włosy za brodę nadrabiają wystarczająco. Celt schodził z zielonych zboczy wzgórz w kierunku Anglii, grając na dudach, pogryzając hagis oraz popijając whiskey (na pewno nie whisky, bo to szkockie, a Neji czuł się bardziej z Eire, niż jakiekolwiek innego kraju, nawet mimo że urodził się w Szkocji), a wiatr podwiewał mu jego klanowy kilt albo, cóż, jakiś tego prototyp. W czasach pogańskich, z których nadchodził Neji, kiltu jako takiego raczej nie było, ale w miarę podróżowania rzeczona kraciasta część odzienia jakoś tak coraz bardziej materialnie opinała się na jego biodrach, a jego dudy zdawały się grać coraz donośniej.
W końcu, po wielu mękach i udrękach takich jak wizyta w Danii i pokonanie jakiegoś potwora, dalekiego kuzyna Kaina, tego co zabił Abla i kilku innych pomniejszych gadów oraz po zwyczajowych biesiadach, czy koronacjach lub uroczych pogańskich pogrzebach, Neji doszedł w końcu do polany, na której konał Sasuke. Rychło w czas, bowiem trafił tam akurat w tym momencie, w którym los Sasuke choć niepewny nie był jeszcze przesądzony, a Naruto z zawziętością gnał na północ i znajdował się już co najmniej kwadrans drogi od polany.
Jutrzenka rozjaśniła niebo, a powietrze rozbłysło prawie elektrycznym blaskiem, tylko że bardziej różowym, jak to jutrzenka, a nie niebieskofioletowawym, jak to prąd. Dudy na których do tej pory grał odważny Celt Neji umilkły iż ostały odrzucone precz, na gęsty, miękki mech, na którym spoczywało pielęgnowane przez Sakurę ciało Sasuke. Coś zgrzytnęło-trzasnęło w powietrzu, znów, jakby prąd, a wokół zaczęły unosić błyszczące drobinki, jakby świetlisty pył, czy brokat, czy kolorowe konfetti, którym czasem rzuca się na Sylwestra.
Celt padła na kolana i ujął w dłonie bladą, zakrwawioną twarz Sasuke – nie dostrzegł większych powierzchownych ran na niej, więc doszedł do szybkiego wniosku, że nikt Sasuke nie próbował rozwalić szlacheckiego łba nieco mniej szlacheckim toporem.
— Þu – stwierdził po staroangielsku i urwał, ponieważ poczuł, jakby mu mowę odjęło. Na pewno poczuł, jakby zastąpiono mu wokabularz i zamiast użyć słowa: libban, jak przedtem miał w zamiarze, powiedział po prostu: — Przeżyjesz.
Dudy zagrały same z siebie, Neji poczuł, jak ogarnia go dziwne niepohamowane uczucie, po czym nachylił się i pocałował skrwawione usta bruneta. Po czym tenże brunet obudził się, co było dziwne i przypominało jakąś Śpiącą Królewnę.
— Gdzie Naruto? – zapytał Sasuke po przebudzeniu. — Chyba chciałem go uratować, a potem ktoś mnie zabił.
— Nie ma go – odparł Celt, choć nie wiedział kimkolwiek ten Naruto jest. W tym uniwersum solidnie się minęli, w pięćdziesięciu innych też. — Ja jestem.
— Och, widzę. Cieszę się – powiedział i pocałował Nejiego, ponieważ to niepohamowane uczucie owładnęło i jego. Brokat posypał im się na głowę, a dudy grały same z siebie dość skrzekliwą piosenkę weselną.
Naruto podróżował ku Szkocji, ale się zgubił i tutaj narratora przestał obchodzić jego los, bo miał SasuNeji w rozkwicie. I tak nagłówek z sasunaru stał się nagłówkiem z sasuneji.

THE END