piątek, 14 kwietnia 2017

Akcja! - SasuNaru

Myślę, że przegenialnym pomysłem będzie wrzucenie fika ze świąt bożonarodzeniowych tak jakoś na Wielkanoc xD. Nie, żeby działy się w nim rzeczy szczególnie świąteczne, ale padają śniegi (w sumie to akurat w niczym nie przeszkadza xD). Noaleno, DAWNO NIC NIE WRZUCAŁAM. A chyba jedyne co mam na dysku, a jeszcze nie pojawiło się na blogu, to to to.
W ramach wyjaśnień: jest to fik, który pisałam pod te same wytyczne co "Byłeś i bądź" jednak zdecydowanie ma inny... klimat xD. Jak dla mnie był to dosyć ciekawy eksperyment, jak bardzo różnie można potraktować te same wytyczne x). W każdym razie: jeszcze raz dziękuję wszystkim, którzy przyczynili się do jego powstania i jak zwykle za betację ściskam mocno Akari  :*.
No.
To cyt. Zapraszam do czytania i mam nadzieję, że kolejny wpis będzie już z lisem x). (WALCZĘ.) A. I: SMACZNEGO JAJKA :D. Luf ~~~


Akcja!


“Wszystko będzie w porządku.”
“Wiem. Tylko…” — nerwowy wdech.
“Nie myśl o tym, skup się na rozmowie ze mną.”
“Próbuję.” — Blady uśmiech. — “Ale ciężko to robić, kiedy ma się świadomość, że ta kupa gruzu może się w każdej chwili osunąć i…” — nie skończył kwestii. Kolejny nerwowy wdech.
W tle słychać syreny, szum śmigłowca i dźwięk pracujących pił. Skądś dochodzą krzyki ludzi. Zawodzenie. Fachowe polecenia strażaków i lekarzy.
Sasuke ignorował to wszystko. Leżał na plecach, nie mogąc się ruszyć, nad sobą widział pęknięty strop, zwisający zdecydowanie zbyt nisko jak na wysokość jaką zwykle takie elementy konstrukcyjne przyjmowały. Jednocześnie usilnie starał się nie patrzeć na postać, która majstrowała przy tym cholernym czymś, co przygniatało jego nogi, skutecznie uniemożliwiając wyciągnięcie go z grajdołu w jakim się znajdował.
Bo ta postać… bo to… był ON. Jego… ugh…
Skrzywił się nieznacznie, wypychając z myśli nieprzyjemne słowo. Na chwilę przymknął oczy, wolno wciągając powietrze, żeby się uspokoić. Tak. Dobry manewr. W takiej sytuacji jak najbardziej zrozumiały.
“Ja… po prostu…” — powiedział, rozchylając powieki. Był przekonany, że na jego twarzy w tej chwili widać marnie zamaskowany strach. Idealnie.“Po prostu… “
W zasięgu wzroku pojawiły się błękitne tęczówki, w których gościła powaga adekwatna do sytuacji. I również strach. W porządku.
“Inni już pracują nad dźwigarem. Nie rozłupiemy go, ale sprowadzamy już sprzęt, żeby móc go unieść.” — wytłumaczył mu klęczący tuż przy nim mężczyzna. — “To trochę potrwa. Wytrzymaj.” — Poprawił strażacki kask, który próbował zjechać mu na oczy. — “Wytrzymaj…”
“Wytrzymam… tylko… ja…” — Lekkie załamanie głosu. Następny nerwowy wdech, poprzedzony stęknięciem. — “Boję się… Po prostu: boję.” — Znowu zamknął oczy, zaciskając jednocześnie zęby. Nie chciał na to patrzeć. Jezu, jak on bardzo nie chciał patrzeć na to, co miało nastąpić.
“Jestem tu, więc…” — Sasuke poczuł jak ręka strażaka ląduje na jego ramieniu. Całą siłą woli skupił się na tym, żeby się nie wzdrygnąć. Och, cholera, nie wyszło. Na jego szczęście nikt tego nie zauważył, bo dało się słyszeć niezadowolone: — Boże, czy ja naprawdę muszę go DOTYKAĆ?
Uchiha czym prędzej strząsnął z siebie rękę osobnika, w którego wbił niezadowolone spojrzenie.
— Profesjonalnie, nie ma co, Uzumaki — warknął w jego stronę. — Tłuku.
— Och? Bo z ciebie taki niby profesjonalista, bałwanie? A ostatnią próbę, to ja cię proszę, kto zawalił, warcząc, że główna postać niczego się nie boi, co? Pewnie ciężko ci się wczuć w rolę człowieka, ty emocjonalna pokrako. Nie, żeby jakoś szczególnie mnie to dziwiło.
— Jezu — rozległ się głos nagłośniony przez megafon. — Stop, cięcie. Błagam.
Po planie rozległy się niezadowolone jęki i pomruki.
— Przerwa — zarządził producent, złowrogo łypiąc na aktorów okiem widocznym zza maski zakrywającej większość jego twarzy. — A wy kochaneczki — zwrócił się do gramolącego spod sztucznego gruzu Sasuke i wciąż klęczącego Uzumakiego. — Idziecie ze mną. Poważnie porozmawiać.

***

Sasuke Uchiha był aktorem. Ba! Nie byle jakim aktorem! A największą gwiazdą współczesnej telewizji. Wszystko zaczęło się od czasów gimnazjalnych, kiedy jego brat, będąc na stażu, wcisnął go do małej produkcji w zastępstwie za aktora, który zachorował. Okazało się, że młodszy Uchiha miał po prostu DAR do stania przed kamerą i odgrywania ról wszelakich, co szybko zostało dostrzeżone przez dyrektorów obsad. Błyskawicznie zyskał sławę, rozwijając swoje naturalne umiejętności w liceum aktorskim, a następnie na studiach.
W każdym razie: Sasuke był gwiazdą i bardzo dobrze zdawał sobie z tego sprawę. Dlatego teraz, siedząc w gabinecie producenta aktualnej produkcji, którym był Kakashi Hatake, miał zamiar z tego faktu skorzystać.
— Ja — oznajmił na wstępie, kiedy cała trójka (on, ten bęcwał Uzumaki i producent) zajęli miejsca — nie będę z nim pracował.
— Chyba ja z tobą, ty marna podróbo aktora! — sapnął Naruto, wbijając w niego gniewne spojrzenie, na które Sasuke odpowiedział wdzięcznym uniesieniem brwi. — Brzydzę się tobą, o! — dorzucił z wyraźnym tryumfem.
— Vice versa, bezmózgu.
— Tyyy…
— Widzę, moi drodzy — przerwał im producent przerażająco łagodnym głosem, przez co obaj spojrzeli na niego z niepokojem — że łączy was… hmm… szczególna więź.
— To jego wina, że … — zaczął Naruto.
— Po prostu go… — wtrącił jednocześnie Sasuke. W tej samej chwili zamilkli, słysząc łagodne westchnięcie dobiegające spod maski Kakashiego.
— Więź — kontynuował tym samym tonem starszy mężczyzna — która mnie, prawdę mówiąc, guzik obchodzi. Jednak wasze animozje nieszczególnie pozytywnie wpływają na nastrój panujący na planie.
— Po prostu go wywal — dokończył swoją wcześniejszą myśl Sasuke. — W końcu to ja jestem…
— Jeśli wywalę jego — Kakashi uśmiechnął się pod maską, radośnie mrużąc widoczne oko — to ty także polecisz. Tak moi drodzy, zostaliście dobrani w pakiecie. Tego sobie życzy jeden z inwestorów — oznajmił nic sobie nie robiąc z ich zdegustowanych wyrazów twarzy. — Więc szczerze radzę wam się dogadać. A teraz, raz, raz, zmykać na plan gołąbeczki, spróbujemy z inną sceną.

Jak można było się spodziewać próba… nie wyszła.
“Wszystko będzie dobrze! Zobaczysz, zaraz…”
“Czy możesz… czy… dasz…” Nie ma mowy, nie powiem tego! — Wściekłemu warknięciu Sasuke towarzyszył kolejny zbiorowy jęk reszty pracowników. Ostatnie poprawki do scenariusza wybitnie nie przypadły mu do gustu. A przecież już pierwsza wersja tekstu była… dziwna. — Mam go PROSIĆ O PODANIE RĘKI? Czy wy nie słyszycie jak to absurdalnie brzmi?! Co za kretyn to napisał?!
— Ten fragment akurat twój brat — oznajmił zmęczony głos reżysera.
— O.
— Tak: o. Dobra. Koniec na dzisiaj. — Zarządził mężczyzna. — Uzumaki, Uchiha. — Poczekał, aż obaj aktorzy wygrzebią się z planu i podejdą do miejsca w którym siedział. — Macie się dogadać. Szybko. Daję wam szansę tylko dlatego, że przy innych produkcjach naprawdę żaden z was nie sprawiał problemów. Nie wiem co jest z wami teraz, ale naprawcie to. Macie… trzy dni. Zgoda?
Odpowiedzieli niechętnym pomrukiem.

***

Sasuke siedział w swoim mieszkaniu i wgapiał bezmyślnie w telewizor. Zaległ na kanapie, sącząc wino i w międzyczasie się oburzał. Na całe swoje życie się oburzał! Och, no dobra, może nie CAŁE, ale na dni w których odbywała się cała ta cholerna lawiracja związana z ostatnią produkcją.
Była kontynuacją historii, dzięki której Sasuke wybił się na wyżyny swojej kariery. Dwanaście lat temu po raz pierwszy stanął na planie filmowym, co otworzyło mu drogę do innych obsad. Po trzech latach zatrudniono go do sequelu, będącego pełnometrażową produkcją krótkiego odcinka, który poniekąd był studialnym eksperymentem jego brata. Po kolejnych trzech, stworzono nowy film, z racji sukcesu poprzedniego i w nim również Uchiha otrzymał główną rolę. Tak samo jak i po trzech następnych. I kolejnych: tym razem miała to być ostatnia część o młodym bohaterze, który na własną rękę rozwiązywał zagadki kryminalne, mające go przybliżyć do znalezienia przyjaciela, którego niesłusznie oskarżono o zbrodnię, której nie popełnił, a przez którą został zmuszony do ukrycia własnej tożsamości.
Ostatni film miał być typowym wyciskaczem łez, który zamykał całkowicie sagę o bohaterze i jego niedługie życie. Tak. Wyciskacz łez kończył się śmiercią głównego bohatera. Ale również rozwiązaniem wszystkich powstałych wcześniej wątków i wyjaśnieniem tajemnic wszelkich. I szczerze mówiąc, Sasuke nawet cieszył się z takiego obrotu spraw, bo to oznaczało, że w końcu wyplącze się z tej produkcji.
W każdym razie: wiadomość, że to będzie ostatnia, zamykająca część serii była wspaniała. Gorzej, kiedy na Uchihe spadła informacja, któż to będzie odgrywał rolę długo poszukiwanego przyjaciela głównego bohatera. A padło na Naruto Uzumakiego, o którym ostatnimi czasy zaczynało być głośno w mediach. I który chodził z Sasuke do liceum. I który przed… komplikacjami był jego przyjacielem.
Był.
Już nie jest.
Bardzo nie jest. Nie, żeby Sasuke dziwił się postawie dawnego przyjaciela. Plus: jemu samemu również nieszczególnie przypadło do gustu granie z nim wspólnie w jakimkolwiek filmie. Przez pewne… wypadki — chociaż jakby Sasuke miał wskazać jedną rzecz, która była przyczyną tego wszystkiego, to byłoby to zwolnione bicie serca (jakkolwiek kretyńsko to brzmiało) — ich przyjaźń skończyła się, skutecznie przemieniając w obustronną nienawiść.
I nienawiść ta, jakoś nieszczególnie pozytywnie wpływała na scenę, jaką mieli wspólnie odegrać. Scenę, w której dwóch przyjaciół spotyka się po wielu latach. Scenę, w której wyznają sobie wzajemnie, jak bardzo brakowało im swojego towarzystwa. Scenę, w której obaj wspierają się, wiedząc, że co najmniej jeden z nich nie wyjdzie cało z niekomfortowej sytuacji, którą było zawalenie się budynku w wyjątkowo niefortunny sposób. Bo kończyny głównego bohatera zostały uwięzione pod zwalinami gruzu, przez co nie można było przetransportować go w bezpieczne miejsce.
Ogólnie rzecz biorąc, Sasuke był zły. Sam nie wiedział czemu obecność Naruto na planie nie pozwalała mu się skupić na grze. Miał takie problemy pierwszy raz w życiu i naprawdę go to irytowało, ale niekoniecznie wiedział co poradzić. Znaczy, okej, jak dla niego wywalenie Uzumakiego z produkcji było najlepszym rozwiązaniem, ale po rozmowie z Kakashim wiedział, że nie ma co na to liczyć. Nie miał pojęcia, który z inwestorów uparł się na taką obsadę w filmie, ale zdawał sobie sprawę z tego, że producent faktycznie był na tyle szalony, żeby wypierniczyć go z roli. Mimo tego, że przez tyle lat był przecież odtwórcą głównej postaci.
Tak. Kakashi chyba nawet dosyć chętnie by to uczynił. Och, nie żeby była między nimi jakaś spina. Po prostu producent lubił robić dużo szumu wokół projektów przy których pracował. A zwolnienie Sasuke Uchihy z pewnością odbiłoby się szerokim echem w świecie. Więc, młody aktor naprawdę nie wątpił w groźbę, jaką niedawno usłyszał. Co jeszcze bardziej pogłębiało jego irytację.
Siedział. Pił wino. Rozważał różne opcje. I w końcu doszedł do wniosku, że skoro ma trochę wolnego, to spokojnie w tym czasie oswoi się z myślą, że przyszło mu pracować z dawnym przyjacielem i przy kolejnych nagraniach pokaże na co go stać. Tak. To zdecydowanie był dobry plan.
Zadowolony dopił resztkę wina z lampki i chwycił stojącą na ławie butelkę, żeby nalać sobie kolejną porcję alkoholu, kiedy po mieszkaniu rozległ się dźwięk dzwonka. Zamarł na chwilę, gdyż nie spodziewał się gości, zwłaszcza o tak późnej porze, bo przecież zbliżała się dwudziesta trzecia. Poszedł otworzyć i, ku jego zdziwieniu, przywitało go wrogie spojrzenie niebieskich ślepi.
— Uzumaki — powiedział na przywitanie, szybko otrząsając się ze zdziwienia. I ignorując jednocześnie to, co wyprawiało jego serducho. To fascynujące, że mimo upływu lat ten organ w obecności Naruto wciąż zachowywał się tak samo. — Czego?
— Poćwiczmy — burknął Naruto po dłuższej chwili wrogiej ciszy, odwdzięczając się takim samym spojrzeniem.
— Co?
— Nie dam się wywalić z produkcji tylko dlatego, że mam grać z tobą — wyjaśnił. — Skoro mamy trochę czasu… i HEJ, WIDZĘ, że tobie też nie idzie, to… pomyślałem… noo… — zaplątał się. Zaraz w jego spojrzeniu ponownie zagościła hardość. — Poćwiczmy. Wspólne sceny.
— Hmm? — Usta Uchihy rozciągnęły się w złośliwym uśmiechu. Cóż, to nie tak, że chciał być mendą, ale prośba Uzumakiego dała mu do tego sposobność, więc… — Nie — odpowiedział z satysfakcją.
I zatrzasnął drzwi.

***

Właściwie zdziwił się, że Uzumaki nie torturował go przez pół nocy, próbując dobić się do mieszkania i wymusić na nim obietnicę wspólnych prób. Naruto, którego pamiętał, nie odpuszczał tak łatwo. Szkoda, bo szczerze mówiąc również doszedł do wniosku, że wspólne próby poza kamerami faktycznie mogły im się przydać. A sam przecież nie wyjdzie do tego pacana z taką propozycją.
Więc, kiedy rano ponownie usłyszał dzwonek do drzwi i po ich otworzeniu ujrzał w progu mieszkania Naruto, to nawet prawie się ucieszył. No… na pewno ucieszyło się jego serce, robiąc radosne, zwolnione ba-bam, które Sasuke skutecznie zignorował.
— Poćwiczymy. — Powitał go mężczyzna nieprzyjemnym warknięciem i gniewnym zmrużeniem oczu. — Czy ci się to podoba czy nie. Nie mam zamiaru dać się wywalić, tylko dlatego, że przyszło mi pracować z TOBĄ. Nie wiem czemu los mnie tak karze, ale NIE ZREZYGNUJĘ tylko dlatego, że jesteś patałachem, na którego naprawdę wolałbym nie patrzeć. Więc POĆWICZYMY. I nie masz w tej kwestii nic do gadania!
— Ciebie również miło widzieć — odpowiedział Sasuke ze złośliwą satysfakcją, napawając się widokiem zdziwienia, jaki zagościł na twarzy Naruto. — Może wejdziesz?
Ba-bam.
— Nie — parsknął Uzumaki, a wyraz zdziwienia błyskawicznie zmienił się w podejrzliwość. — Nie mam zamiaru przebywać z tobą sam na sam dłużej niż jest to konieczne!
— Dlatego prosisz mnie o wspólne próby? Faktycznie, logicznie.
— Nie proszę. STWIERDZAM. Że będziemy razem ćwiczyć. Złośliwość losu sprawiła, że niestety muszę z tobą grać. Więc będziemy współpracować, czy ci się to podoba czy nie.
— Wydajesz się być nad wyraz pewien tego, że zgodzę się na te próby. — Tym razem w głosie Sasuke pojawiła się czysta ciekawość. Bo faktycznie, z postawy Uzumakiego wręcz biła pewność siebie.
Ba-bam.
— Oczywiście, że się zgodzisz — przytaknął mężczyzna. — Możesz być tępym uczuciowo kołkiem, ale mimo wszystko masz te swoje jakieś pokręcone ambicje. Nie sądzę, żebyś pozwolił sobie zawalić tę produkcję. Co powiedziałyby na to twoje fanki? — Udał zadumę. — Nie zniszczysz swojego idealnego aktorskiego wizerunku, nawet jeżeli praca ze mną aktualnie nie jest ci na rękę.
— Uważasz, że mam idealny wizerunek? No, no...
— TY tak uważasz. Moje zdanie… — Zmierzył go krytycznym spojrzeniem. — Może lepiej, żebym nie wyrażał go na głos, skoro mamy wspólnie pracować.
— W jednym masz rację — przyznał Sasuke. — Nie pozwolę, aby twoje partactwo wpłynęło na moją karierę.
— MOJE PAR… CO?!
Ba-bam.
— Więc, okej. Poćwiczymy. Jutro. Od rana.
— Jutro Wigilia.
— No i?
— Nic. — Naruto wzruszył ramionami. Po czym odetchnął, wyraźnie się rozluźniając. — W porządku. Jutro. Daj znać gdzie i o której. — Wyszperał z przewieszonej przez ramię torby kartkę i długopis, na której szybko nabazgrał numer, który wcisnął w ręce Sasuke. Obrócił się na pięcie i odszedł bez pożegnania.

***

Sasuke zamknął drzwi i przez chwilę wpatrywał się w ich powierzchnię. Ręka zwisająca bezwładnie wzdłuż ciała, zacisnęła się mocniej na otrzymanej kartce.
Ba-bam. Ba-bam. Ba-bam…
Skrzywił się nieznacznie. Zaczynał mieć drobne podejrzenia, że jeżeli będzie spędzał z Naruto więcej czasu, to coraz ciężej będzie mu ignorować fakty, których był pewien już od czasów licealnych. O tyle dobrze, że Naruto nic nie podejrzewał i darzył go po prostu zwyczajną niechęcią, więc… kiedy produkcja się skończy, każdy wróci do swojego życia.
Tak jak kiedyś. Zupełnie tak jak kiedyś.

***

Przyjaźnili się od… można by było powiedzieć ZAWSZE. A to za sprawą ich matek, które były dobrymi przyjaciółkami i potrafiły godzinami przesiadywać u siebie nawzajem na kawie. Oczywiście w towarzystwie swoich synów. Więc siłą rzeczy Naruto i Sasuke spędzali ze sobą mnóstwo czasu.
Wszystko zmieniło się w drugiej klasie liceum, kiedy to Naruto zaczął oglądać się za spódniczkami i próbował swoich sił w miłosnych podbojach. Początkowo Sasuke reagował na to wszystko ironicznym uśmiechem i złośliwymi uwagami, że z tak popapranym charakterem to on naprawdę współczuje przyszłej wybrance przyjaciela. Ale kiedy na horyzoncie pojawiła się Sakura Haruno, sprawy przybrały nieco inny obrót.
To, że Sasuke nie polubił jej już przy pierwszym spotkaniu było drobnym niedopowiedzeniem. Bo, rety, babsztyl był straszny: wyniosła damessa z dobrego domu, mająca o sobie zdecydowanie zbyt wysokie mniemanie. A to, że z miejsca, (gdy przeniosła się do ich klasy) wszyscy zaczęli ją obskakiwać, bo była córką znanej aktorki, jakoś dla niego nie działało na jej korzyść.
— Jest cudowna — westchnął Naruto, patrząc na dziewczynę z rozmarzeniem, podczas gdy siedzieli w szkolnej stołówce.
— Cudownie pusta — skwitował Sasuke, łypiąc na niego złowrogo. — Pod tą warstwą szpachli pewnie nie ma nic wartościowego.
— Byś mnie kiedyś zaskoczył i powiedział coś dobrego o którymś z obiektów moich uczuć — mruknął, nie odrywając spojrzenia od różowowłosej dziewczyny, siedzącej nieopodal.
— Przerzuć się na facetów. To może coś zdziałamy w tym temacie.
— Mówisz? — Uzumaki parsknął śmiechem, w końcu ku uldze Sasuke, odlepiając oczy od tej bździągwy.
— Nie. — Przewrócił oczami. — Obawiam się, że masz fatalny gust. Czegokolwiek by on nie dotyczył.
— Och, jakże mi przykro.
Sasuke uśmiechnął się pod nosem i wrócił do spożywania swojego posiłku. Po niedługiej chwili ponownie został od tej czynności oderwany, bo na stolik przy którym siedzieli padł czyjś cień.
— Mogę się dosiąść? — zapytał ktoś słodkim głosem.
— Ja-jasne! — zawołał Naruto z entuzjazmem, przez co zarobił od Sasuke niedowierzające spojrzenie, które zaraz spoczęło na przeszkadzającym kimś. Na Sakurze. Uchiha z ledwością powstrzymał się od sapnięcia. Stracił nagle apetyt i tylko przyglądał się, jak dziewczyna z entuzjazmem zajęła miejsce obok Uzumakiego i zaczęła trajkotać, wciąż tym samym, irytującym go tonem.
Mniej więcej od tamtej pory wszystko zaczęło się chrzanić.

Sakura błyskawicznie zakręciła się wokół Naruto, który spędzał z nią zdecydowanie zbyt dużo czasu jak na gust Sasuke. Och, nie żeby był zazdrosny! Naprawdę! Po prostu… ona… irytowała go. Wszystkim: wyglądem, barwą głosu, a w szczególności zachowaniem, które dla Uchihy było naprawdę podejrzane. Bo szczerze mówiąc, jeszcze żadna nie lepiła się do Naruto AŻ tak. Nie, żeby Sasuke czuł się odsunięty od przyjaciela. Akurat w tej kwestii nie miał co narzekać, bo Haruno stanowczo nalegała, żeby często spotykać się we trójkę. Co również wybitnie działało mu na nerwy.
— Chce cię lepiej poznać — tłumaczył mu cierpliwie Naruto, który od pewnego czasu był w siódmym niebie, najwyraźniej bardziej niż zadowolony z zainteresowania jakie okazywała mu dziewczyna. Ale Sasuke nie dawał się przekonać. Bo okej, może i by uwierzył, że dziewczyna faktycznie próbuje się z nim zbratać z czystej sympatii, bo był przyjacielem jej chłopaka. Uwierzyłby, gdyby nie te podejrzanie sugestywne spojrzenia zaopatrzone w zalotne mruganie rzęsami, na których często ją łapał. — Daj jej szansę, co?
— Ale… — zaczął i przerwał gwałtownie, kiedy spojrzał prosto w oczy przyjaciela, teraz wgapiające się w niego z wyraźną prośbą.
Wtedy jego serce zabiło po raz pierwszy. Znaczy, no nie, że dosłownie pierwszy. Zabiło po raz pierwszy INACZEJ. Zdecydowanie głośniej, zdecydowanie mocniej, zdecydowanie wolniej niż miało w zwyczaju. Zabiło ZNACZĄCO.
Ba-bam.
Rozchylił usta, patrząc na Naruto jakby widział go pierwszy raz w życiu. I to poniekąd było prawdą, bo chłopak objawił mu się w tej chwili w zupełnie nowym obliczu: jako ktoś w kim mógłby się zadurzyć. O ile już tego nie uczynił. W tej chwili.
O boże. Nie.
Ba-bam.
— Sasuke?
Nie. Nienienienienie…
— Heeej? Uchiha, odbiór!
Ba-bam.


***

Sasuke otrząsnął się ze wspomnień. Cóż… zadurzenie, które dopadło go w tamtych latach nie było zbyt trafione. W końcu Naruto był jego przyjacielem. Heteroseksualnym przyjacielem, który wiedział o jego orientacji. Wiadomość o zauroczeniu zapewne nie spodobałaby się Uzumakiemu. Sasuke był niemalże w stu procentach pewien, że mężczyzna poczuł by się zdradzony. Jeszcze bardziej niż po wydarzeniach, jakie miały miejsce kilka dni później…
Więc pozwolił na to, żeby Uzumaki go znienawidził, sam również zdobył się na pewnego rodzaju niechęć, bo przecież tak było łatwiej. Ich drogi się rozeszły i przez wiele lat nie mieli ze sobą żadnego kontaktu. Aż do teraz. I w tym “teraz” okazało się, że (pomimo tej swojej wymuszonej nieco niechęci) wciąż czuje do Naruto to samo co zaczął czuć lata temu.
— Fatalnie — skwitował, marszcząc czoło. Nie sądził, żeby mogło wyniknąć z tego coś dobrego. Więc nie pozostało mu nic innego, jak dalsze ignorowanie własnych sfiksowanych reakcji i podejścia do całej sytuacji z dystansem. — Więcej wina — zawyrokował i ruszył do salonu. Tak. To był dobry plan.

***

— Spóźniłeś się! — Naruto przywitał go pochmurnym spojrzeniem, na co Sasuke tylko wzruszył ramionami.
— Zauważyłem. — Wprawdzie sam nie wiedział, dlaczego wybrał abstrakcyjnie wczesną godzinę na spotkanie. Ale wybrał. I się bezczelnie zjawił jakieś pół godziny po czasie, jednak nieszczególnie się tym przejął. Jasne, mógł się tłumaczyć, że winę za jego spóźnienie ponosił wszechobecny (i wciąż padający) śnieg i ślizgawica panująca na chodnikach, jednak nie za bardzo miał na to ochotę. Bardziej zainteresowała go kwestia tego, że jego serce, kiedy tylko ujrzał postać blondyna, ponownie zaczęło świrować. — Idziemy? Czy masz zamiar się boczyć?
Ba-bam.
— Idziemy — burknął mężczyzna.
Znajdowali się przed główną bramą prowadzącą na teren studia filmowego w którym odbywały się zdjęcia do produkcji w jakiej aktualnie brali udział. W jednej z hal został ustawiony plan imitujący zawalony budynek, gdzie Sasuke i Naruto mieli najwięcej problemów. Tak więc, Uchiha, korzystając ze swoich znajomości, załatwił możliwość skorzystania z tego miejsca, podczas ich nadprogramowych prób. Stwierdził, że łatwiej obaj skupią się na ćwiczeniach, jeżeli będzie otaczać ich odpowiednia sceneria.
Ruszył w kierunku przejścia, ale Naruto zatrzymał go, chwytając za łokieć. Sasuke zamarł na ten niespodziewany dotyk. Zamarło również jego serce, żeby po chwili rozbrzmieć mu w uszach głuchym, powolnym uderzeniem.
Ba-bam.
— Co…? — Obrócił się prędko, jednocześnie odtrącając jego rękę, bo, boże, nawet przez grubą warstwę materiału jego kurtki, dotyk był aż zbyt… zbyt… po prostu zbyt. I znowu jego serce zabiło tym ZNACZĄCYM rytmem, bo Naruto przez chwilę wpatrywał się w niego z rozbrajającym niezdecydowaniem w oczach i przygryzioną wargą.
— Słuchaj. — Na szczęście dla Uchihy drugi mężczyzna szybko zmienił ten rozczulający wyraz twarzy. Potrząsnął głową, a na jego obliczu zagościła już bardziej zwyczajowa powaga. — Nie możemy tak pracować. Znaczy, no… możemy, ale po co?
— Chcesz zrobić tę przysługę światu i samemu zrezygnować?
— Przestań być takim palantem, okej? — Naruto westchnął z wyraźną irytacją. — Nie możemy po prostu… no wiesz. Wrócić do tego, co było kiedyś? Oczywiście tylko po to, żeby łatwiej nam się pracowało!
Sasuke uniósł brew w geście lekkiego zdziwienia. Och, to co kiedyś? Miał dziwne wrażenie, że “kiedyś” Naruto różniło się znacznie od jego własnego. “Kiedyś” Uzumakiego raczej nie przewidywało tego, że przyjaciel się w nim zadurzył. I, mając na względzie jego wyraźnie heteroseksualną orientację, raczej by nie chciał do niego wracać.
— Nie — odpowiedział. — Zdecydowanie nie możemy. — I czym prędzej ruszył przed siebie.
— Co? — usłyszał oburzone parsknięcie za plecami. — OKEJ! JAK SE CHCESZ! MI NIE ZALEŻY. Ale ćwiczyć i tak będziemy!
— Oczywiście — przytaknął, nie oglądając się za siebie. Westchnął dyskretnie. Ciepły oddech ukształtował się w obłoczek pary na zimnym powietrzu.
Tak było lepiej. Zdecydowanie lepiej. Bo jeśli przestaliby utrzymywać wrogie stosunki, Sasuke nie był pewien czy zdołałby się powstrzymać od… od… no od niestosownych rzeczy. Zwłaszcza, że już teraz ciężko było mu się zachowywać NORMALNIE.
Naruto nie kontynuował tematu i w niedługim czasie zabrali się za ćwiczenie dialogów. Noo… przynajmniej próbowali zabrać.

***

“Wszystko będzie w porządku.”
“Wiem. Tylko…” — wdech.
“Nie myśl o tym, skup się na rozmowie ze mną.”
“Próbuję. Ale ciężko to robić, kiedy...” Czy ty NAPRAWDĘ nie potrafisz wykrzesać z siebie jakiś większych emocji?
— Zabawne słyszeć takie słowa od ciebie, wiesz?
— Totalne beztalencie z ciebie — stwierdził Sasuke, patrząc na niego z politowaniem. — Sądziłem, że coś się od czasów licealnych zmieniło w tej kwestii, skoro zaoferowano ci rolę w tej produkcji, ale chyba się przeliczyłem.
— Jeżeli próbujesz mnie obrazić…
— Nie próbuję. Robię to, stwierdzając fakty, ale to nie moja wina, że prawda cię bulwersuje.
— Weź się odwal, okej? Spróbujmy jeszcze raz!

***

„Wszystko będzie w porz...”
— Nie. Od nowa.

***

„Wszystko będzie w porządku!”
— Boże. Nie. Jeszcze raz!

***

„Wszys...”
— Ty to robisz specjalnie, tak?
— Nienawidzę cię, wiesz?

***

“W…”
— Stop.
— AGHRRR!

***

Prawdę mówiąc, Sasuke był zadowolony z ich prób. Po pierwsze, mimo swoich wcześniejszych słów, Naruto naprawdę sobie radził. Co nie znaczyło, że Uchiha mu nie docinał i nie kazał się poprawiać, bo przecież, mimo że było okej, to można było zrobić wszystko LEPIEJ. Po drugie, takie terroryzowanie Uzumakiego pozwalało mu się skupić na ćwiczeniu wspólnych scen, przez co jego głowy nie zaprzątały takie trywialne sprawy jak dzikie i nieregularne bicie jego serca, które dziwnie reagowało na bliskość drugiego mężczyzny. A po trzecie, mimo wszystko, wywoływanie zakłopotania bądź złości na twarzy Naruto sprawiało mu nie lada satysfakcję.
— Ty w ogóle miałeś takie skrajnie podstawowe przedmioty jak wprowadzenie do gry aktorskiej na studiach?
— Miałem! Oczywiście, że miałem!
— Aha. Ale wiesz. Skoro faktycznie, to mogłeś z nich skorzystać, na przykład uczęszczając na nie.
— KORZYSTAŁEM.
— A więc to ujma na honorze twojej uczelni, że na planie wypadasz, tak jak wypadasz. — Sasuke zmarszczył nos, wpatrując się w trzymany scenariusz. Jak dobrze pójdzie, to jeszcze uda im się dzisiaj przećwiczyć końcową scenę na wybudowanej scenografii… Z dotykaniem...
Boże. Nie był pewien, czy jest na to psychicznie gotowy. Bo o ile samo wypowiedzenie kwestii było akceptowalne i udawało mu się odegrać wszystko należycie, tak kiedy przychodziło do momentu w którym miał kontakt fizyczny (nawet przez gruby materiał strażackiej rękawicy) to zaczynały się dziać rzeczy straszne.
— Szuja. NIBY JAK WYPADAM? — Uzumaki kontynuował swoje oburzanie się.
— Tragicznie.
— CO CI ZNOWU NIE PASUJE, CO?
— Twoja twarz — odpowiedział, odrywając spojrzenie od kartek. — W porządku. Lecimy dalej.

***

“Jestem tu, więc…” wzdrygnąłeś się!
— Nieprawda.
— Prawda! WIDZIAŁEM.

***

Kilka godzin później Sasuke wyszedł na zewnątrz hali z nieskrywaną przyjemnością. Ćwiczenia były dosyć wykańczające, więc miło było w końcu wyrwać się z obiektu i udać do domu na zasłużony odpoczynek. O tak, za nic w świecie nie przyznałby tego na głos, ale razem z Naruto odwalili dzisiaj kawał dobrej roboty. I, ku jego uldze, on sam nie reagował AŻ TAK źle na dotyk drugiego mężczyzny. Więc, po kilku próbach udało mu się opanować to niechciane wzdryganie, które Uzumaki pewnie brał za objaw obrzydzenia czy jakiejś innej, równie uroczej emocji. Swoją drogą, ciekawe jakby zareagował na wieść, że sprawa wyglądała zupełnie odwrotnie.
W każdym razie: obaj byli nieco wymęczeni, ale usatysfakcjonowani, kiedy wychodzili poza teren studia filmowego. Drogę przebyli w ciszy i dopiero za bramą Naruto, który cały czas dreptał za nim, postanowił się odezwać, przystając tuż za furtką, przez którą przed chwilą przeszli.
— Um… Słuchaj… W sumie… co dzisiaj robisz?
— Co? — Sasuke obrócił się w jego stronę. Pytanie… zaskoczyło go. Głównie dlatego, że zabrzmiało jak niezbyt pewny wstęp do zaproszenia na randkę.
— Co robisz — powtórzył cierpliwie Naruto. — Wiesz, jest Wigilia. Moi rodzice standardowo udali się na wycieczkę, więc nie mam z kim zjeść świątecznej kolacji. A i z tego co widzę, tobie również szykuje się samotny wieczór… więc… pomyślałem… może…
— Czy ty teraz nieudolnie próbujesz zaprosić mnie na kolacje? — Sasuke zmarszczył brwi, wpatrując się w niego uważnie.
— Cóż…
— Dlaczego?
— Bo od czasu do czasu nawet dla ciebie wypada być miłym — sapnął Uzumaki. — Daj spokój i po prostu chodźmy, co? Potraktuj to jako podziękowanie za próby.
— Nie potrzebuję twoich podziękowań. Sam również skorzystałem na tych ćwiczenia, więc akurat w tej kwestii jesteśmy kwita. Nie potrzebuję żadnej formy zapłaty, jeżeli o to ci chodzi.
— Jezu, Uchiha, bądź człowiekiem. — Mężczyzna przewrócił oczami. — Czy to takie dziwne zjeść razem kolację?
— Z tobą? Tak.
— A niby co jest ze mną nie tak, że cię to mierzi?
— To, że nie zaprasza się na kolację ludzi, których się nienawidzi, jeżeli nie ma się w tym jakiegoś głębszego celu. A, pozwól, że ci przypomnę, od liceum mnie nienawidzisz, czyż nie?
— No… — Uzumaki wyraźnie się zawahał. — Taak. Niby tak. Ale… Hej, nawet jeśli, to co z tego? — Spochmurniał. — W końcu to JA byłem ofiarą twojej ZDRADY, więc powinieneś się cieszyć, że wspaniałomyślnie pozwalam ci na spędzenie ze mną czasu. Może uda ci się jakoś zrekompensować swoje niechlubne wyczyny.
— W liceum dosyć dosadnie zaznaczyłeś, że nigdy mi nie wybaczysz — skwitował Sasuke, splatając ręce na klatce piersiowej. — Kilkukrotnie.
— A kto tu mówi o wybaczaniu? Jeżeli ci to w czymś pomoże, to proszę: wciąż cię nienawidzę. Zadowolony? — zapytał, a w jego głosie nie dało się usłyszeć jakichś większych emocji. — Uznajmy, że ubolewam po prostu nad twoim samotnym losem, mimo tego, że nie mam o tobie zbyt wysokiego mniemania. Nawet takie sztywniackie i oschłe farfocle jak ty zasługują na nieco dobroci ze strony innych. Więc? Kolacja?
— Nie — odpowiedział i błyskawicznie obrócił się na pięcie, żeby odejść jak najszybciej. Za sobą usłyszał oburzone okrzyki, ale nic sobie z nich nie robił.
Zupełnie nie rozumiał, co też temu kretynowi strzeliło do łba. Przecież według planu Sasuke, powinien on się trzymać od niego z daleka! Bo za nic w świecie Naruto nie mógł, po prostu NIE mógł się dowiedzieć o jego postrzelonych uczuciach! O nie. Co to, to nie!
— Tyy… TY CIUĆMOKU TY! Ja tu z sercem na dłoni, a ty! TYY! — usłyszał za sobą wściekły krzyk, jednak nigdy nie dowiedział się co “on”, bo w kolejnej chwili wrzasnął cienko, bardziej z zaskoczenia niż czegokolwiek innego. Ten… TA BLOND POCZWARA! WALNĘŁA GO. ŚNIEŻKĄ.
Obrócił się z zamiarem wywrzeszczenia Uzumakiemu, że jest niedorobioną bulwą wymagającą specjalistycznej opieki, ale ta wizja szybko umknęła z głowy, kiedy kilkanaście metrów od siebie ujrzał pałającą chęcią mordu sylwetkę. Och, nie, żeby się przestraszył. Po prostu serce na ten widok po raz kolejny wywinęło niedorzecznego koziołka.
Ba-bam…
— Jesteś POPAPRANY! — oznajmił mu Naruto, po czym wystawił w jego kierunku środkowy palec, a następnie wykonał taktyczny “w tył zwrot” i odszedł wściekłym krokiem.
Sasuke przyglądał się jego plecom, aż mężczyzna zniknął za najbliższym zakrętem.
— Jestem — przyznał po chwili, nieco zbolałym tonem. Cała jego złość już dawno wyparowała. — Zdecydowanie, jestem.
Po chwili otrzepał się z resztek śniegu i również powlókł się do mieszkania.

***

Kiedy Sasuke odkrył swój dziwny stan, (który wyjątkowo się pogłębiał, kiedy patrzył na Naruto) był… tak szczerze mówiąc, przerażony. Bo przecież Uzumaki był jego przyjacielem! Ufającym mu bezgranicznie przyjacielem. Więc, gdyby prawda o jego uczuciach wyszła na jaw… cóż… Uchiha nawet nie chciał sobie wyobrażać tego, co mogło nastąpić. Zdecydowanie.
Kiedy Uzumaki zaczął umawiać się z Sakurą jakoś tak bardziej poważnie, to nawet Sasuke przyjął to z niejaką ulgą, bo przecież dzięki temu, ten nadpobudliwy młot miał być zbyt zajęty, żeby zauważyć uczucia Uchihy. Zresztą, Sasuke podejrzewał, że myśl o tym, że jego przyjaciel GEJ mógłby się w nim zakochać, była na tyle abstrakcyjna dla Uzumakiego, że nawet nie było mowy, żeby kiedykolwiek wziął ją pod uwagę.
Ha. Sasuke też by tak chciał. Ale na to chyba już było nieco za późno. Zupełnie nie rozumiał, dlaczego złośliwość losu, była aż tak złośliwa, że ze wszystkich ludzi na świecie, obiektem jego młodzieńczych uczuć musiał zostać Uzumaki.
W każdym razie: stało się. I Sasuke, dla dobra ich przyjaźni postanowił trzymać wszystko w tajemnicy. Nawet dobrze mu szło w tej kwestii. Zwłaszcza, że Uzumaki, aktualnie będący zaślepiony uczuciem do Sakury, naprawdę na mało rzeczy zwracał uwagę, więc chyba słabo zauważył, że przyjaciel z dnia na dzień coraz bardziej usuwa się w cień. Oczywiście wszystko musiało się sypnąć.
— Porozmawiamy?
Sasuke podniósł głowę, odrywając się od czytanej książki. Miał aktualnie okienko i postanowił w trakcie jego trwania ukryć się w bibliotece, do której Uzumaki nie miał w zwyczaju zaglądać. W każdym razie, po przerwaniu lektury, spojrzał prosto na tego różowowłosego potwora, który z upływem czasu coraz bardziej działał mu na nerwy i który teraz przypatrywał mu się z przesłodzonym uśmiechem, zalotnie mrugając rzęsami.
— O czym? — zapytał z wyraźną niechęcią. Nie miał najmniejszej ochoty przebywać z tą bździągwą w tym samym pomieszczeniu. W tym samym budynku. Boże… w tym samym kraju!
— O nas — odpowiedziała z promiennym uśmiechem. Od którego, swoją drogą, Sasuke zrobiło się nieco niedobrze. Ona… była… okropna. Że też ze wszystkich ludzi na świecie, akurat nią zainteresował się Naruto.
— Co? — W jego głosie pojawiło się rozdrażnienie. — Nas?
— Och, nie udawaj — zaśmiała się kokieteryjnie.
Nie udawał. Zupełnie nie miał pojęcia, co ta postrzelona dziewucha miała we łbie.
— Jes…
— Chodźmy za szkołę, okej? Żeby było bardziej… prywatnie. — Puściła mu oczko i z gracją obróciła się na pięcie, ruszając ku wyjściu z biblioteki.
— Prywatnie? — mruknął do siebie. Miał złe przeczucia.

Pójście wtedy za Sakurą nie było najlepszą rzeczą, jaką w życiu zrobił. Do dzisiaj nie miał pojęcia, dlaczego pojawił się w wyznaczonym przez dziewczynę miejscu. Czuł się cholernie nieswojo, bo Haruno wybrała zakątek, który dla całej szkolnej społeczności był znany jako miejsce miłosnych schadzek. Coo… było nieco podejrzane. Ale jeszcze bardziej podejrzane było zachowanie dziewczyny.
Stanęła do niego plecami i milczała przez chwilę, aby po chwili obrócić się w jakiś dziwaczny sposób, który zapewne miał być aktorsko dramatyczny. Obróciła się, zalotnie mrugnęła powiekami i spomiędzy jej wymalowanych warg wypłynęły słowa, które chyba w jej mniemaniu brzmiały kusząco:
— Widzę, jak na mnie zerkasz.
Sasuke uniósł brew. Nie był do końca pewien o które „zerkania” jej chodziło. Te z jawną czy skrywaną pogardą? Bo mimo dawniejszej prośby Naruto jakoś nie potrafił się przekonać do tej dziewuchy. I jego kontakty z Sakurą, kiedy przebywali we trójkę, ograniczały się tylko do niedowierzających spojrzeń.
— Tak? — rzucił uprzejmie, zastanawiając się do czego Haruno dąży.
— Z tęsknotą — oznajmiła i zaśmiała się kokieteryjnie. — Widzę, że miałam rację, że uda mi się zwrócić na siebie twoją uwagę poprzez zadawanie się z Naruto.
W pierwszej chwili Uchiha po prostu wciąż się na nią gapił. Bez emocji. Zastanawiając się, co jest z nią nie tak, że plecie takie bzdury. W drugiej dotarł do niego fakt, że ta plastykowa zołza wykorzystywała jego przyjaciela.
— Czekaj, co? — warknął, mrużąc gniewnie oczy. — Chcesz powiedzieć, że…
— Że nie masz się co martwić. — Zamrugała zalotnie. — Chętnie się z tobą umówię. — Podeszła do niego i położyła mu dłoń na ramieniu, przybliżając się stanowczo ZA BLISKO. — W końcu, ty jesteś znany, ja również. Pasujemy do siebie.
Sasuke powstrzymał się od pogardliwego „NO CHYBA NIE” tylko dlatego, że w tej chwili był za bardzo wściekły, żeby cokolwiek z siebie wydusić. I to był pewnego rodzaju błąd, bo jego milczenie najwyraźniej dziewczyna wzięła za jakiegoś dzikiego rodzaju zachętę.
I zrobiła rzecz straszną.
Przysunęła się jeszcze bliżej, wspięła na palce i wpiła usta w jego własne.
Sasuke sparaliżowało. Nie wiedział, czy to z oburzenia, czy zatruł się tymi przesadnie słodkimi perfumami, którymi Sakura się wypryskała, czy po prostu jego mózg był tak przerażony, że niekoniecznie wiedział jaką komendę wydać właścicielowi.
Był całowany. Przez dziewczynę. On. GEJ. Był całowany. PRZEZ SAKURĘ.
To. Było. OBRZYDLIWE.
— Ja pierdolę! — oznajmił w końcu, po błyskawicznym opamiętaniu się, chwyceniu Haruno za ramiona i odsunięciu jej od siebie na odległość wyprostowanych rąk. Wpatrywał się w nią z… sam nie wiedział czy w tej chwili było to obrzydzenie, czy chęć mordu. W każdym razie, patrzył na nią i już miał zamiar oznajmić jej prosto w twarz, że jest nienormalna, kiedy za jego plecami rozległo się pełne żalu:
— Sasuke? Sakura…
Uchiha przymknął na sekundę oczy. Złość na tego wstrętnego babsztyla zniknęła, bo pojawił się poważniejszy problem. W końcu na nią zdąży jeszcze nawrzeszczeć, a wytłumaczenie Naruto, co tu się wyprawiało było sprawą priorytetową. Zwłaszcza, że takie banalne „to nie tak jak myślisz!” nawet dla Sasuke wydawało się w tej chwili mało przekonywujące. Pomimo tego, że właściwie było prawdziwe.
— Naruto… — zaczął, obracając się w jego stronę. Wszystkie słowa jakie chciał powiedzieć wyparowały z głowy, bo niebieskie tęczówki patrzyły na niego z rozdzierającym smutkiem.
Ba-bam… Ba-bam…
— Ja… jak… — wydukał Uzumaki. Mruknął pod nosem coś niezrozumiałego, a następnie czmychnął, nie dając szansy na jakiekolwiek usprawiedliwienia.
— Naruto! — krzyknął za nim. Chciał ruszyć za przyjacielem. Chciał mu wytłumaczyć co się stało. Chciał… nooo… cokolwiek. Ale zatrzymało go rzucone przez Sakurę, olewcze:
— Ojej. — Wtedy zapłonął w nim GNIEW. Któremu szybko dał upust, wyrzucając dziewczynie wszystko co o niej myśli.


***

Sasuke siedział na kanapie, pił wino i rozmyślał.
Znowu.
Podejrzewał, że jeszcze kilka dni pracy z Uzumakim i popadnie w alkoholizm. Ale to nie jego wina, że pojawienie się Naruto budziło wiele wspomnień, które musiał sobie poukładać od nowa, żeby przypadkiem nie zrobić czegoś głupiego.
Na przykład się, na dawnego przyjaciela, nie rzucić.
Westchnął ciężko, poniekąd żałując, że nie zgodził się na wspólną kolację. Bo, samotne siedzenie i chlanie wina w Wigilie brzmiało… źle. Ale wiedział jednocześnie, że nie powinien sobie pozwalać na spędzanie większej ilości czasu z Uzumakim, jeżeli nie było to całkowicie konieczne.
Ponownie wrócił do wspomnień.
W dniu, w którym Sakura rzuciła się na niego (swoją drogą, to wspomnienie wciąż budziło w nim skrajne przerażenie. I obrzydzenie. I w ogóle… ugh.) całkowicie rozpadła się jego przyjaźń z Naruto. Początkowo Uchiha naprawdę chciał mu wszystko wyjaśnić, ale przy każdej próbie kończyło się na wrzaskach drugiego mężczyzny wyrażających jak bardzo go teraz nienawidzi. Jasne, Sasuke rozumiał, że Uzumaki poczuł się wyjątkowo zdradzony. Ale jego również w pewnym stopniu zabolało to, że pomimo tylu lat przyjaźni, Naruto nawet nie chciał go wysłuchać. Więc, kiedy po wielu próbach zakończonych niepowodzeniem, nadszedł dzień w którym to dawny przyjaciel zapragnął rozmowy, Uchiha kazał mu spływać. Zwłaszcza, że w międzyczasie doszedł do wniosku, że może lepiej, że tak się stało.
W końcu, dzięki temu mógł wciąż uparcie twierdzić, że wszystko rozpadło się przez Sakurę. A to było w jakiś sposób pocieszające, bo nie zniósłby myśli, że ich przyjaźń skończyła się przez niego i to palące uczucie, które w nim znienacka rozkwitło. Tak. Tak było lepiej. Zdecydowanie lepiej, że Uzumaki nie był niczego świadomy. Inaczej… Naruto by cierpiał obarczony tym nieszczęsnym uczuciem, a Sasuke długo nie mógłby się podnieść po odrzuceniu, jakie zapewne by nastąpiło.
Potrząsnął głową, odganiając natrętne myśli. Nieważne. Przecież już wszystko było nieważne.
— Wesołych świąt — rzucił w przestrzeń, unosząc lekko w górę lampkę wypełnioną winem. Słowa zabrzmiały gorzko i ponuro w ciszy panującej w mieszkaniu.

***

Świąteczne dni Sasuke spędził na leczeniu kaca. Sam nie wiedział, co go podkusiło do otworzenia kolejnej butelki. W każdym razie, to spowodowało, że na planie filmowym pojawił się rozdrażniony, ponury i nieco rozkojarzony.
Ale też zdeterminowany, żeby jak najszybciej zakończyć nagrywanie wspólnych scen.

***

Sasuke leżał na zimnym gruncie, otoczony gruzem. Nad nim wisiał pęknięty strop, który oparł się między ścianą a podłogą, wisząc nisko, zdecydowanie niżej niż powinien. I krzywiej.
Gdzieś w tle słyszał zgiełk, nawoływania innych ludzi, krzyki, zawodzenia. Do tego odgłos śmigłowca i sygnał strażackiej syreny.
“Wszystko będzie w porządku.” — usłyszał łagodne słowa.
“Wiem. Tylko…” — Urwany oddech.
“Nie myśl o tym, skup się na rozmowie ze mną.”
“Próbuję. Ale ciężko to robić, kiedy ma się świadomość, że ta kupa gruzu może się w każdej chwili osunąć i…” — Kolejny wdech. — “Ja… po prostu… Po prostu… “ — Chwilowe zaciśnięcie oczu.
“Inni już pracują nad dźwigarem. Nie rozłupiemy go, ale sprowadzamy już sprzęt, żeby móc go unieść. To trochę potrwa. Wytrzymaj. Wytrzymaj…”
“Wytrzymam… tylko… ja… Boję się… Po prostu: boję.” — powiedział, ostatnie słowo wypowiadając szeptem. Tak. Idealnie. Tak…
“Jestem tu, więc… — Ręka strażaka wylądowała na jego ramieniu. Dłoń obleczona w grubą rękawicę zacisnęła się opiekuńczo na nim. — „Jestem tu” — powiedział mężczyzna. Jego głos był niewyraźny. Jakby stłumiony przez natłok emocji. — „Zajmiemy się tobą. JA się zajmę.”
Sasuke uśmiechnął się z wdzięcznością. Otworzył usta, żeby powiedzieć wdzięczne „dziękuję”, jednak zamiast tego wciągnął gwałtownie powietrze i rozkaszlał się przeraźliwie, nie mogąc przestać. Słyszał przez chwilę, jak Naruto panikuje, wzywając lekarza, jak ktoś gramoli się do nich poprzez gruz. A potem… potem…
— CIĘCIE! Brawo! Mamy to!
Uchiha uśmiechnął się z satysfakcją, prosto do kamery, która jeszcze przez chwilę była wycelowana w jego twarz. Podniósł się do siadu i wyszedł spod scenografii, specjalnie przygotowanej w taki sposób, żeby widz miał wrażenie, że nogi bohatera zostały całkowicie zmiażdżone.
Szło idealnie. Perfekcyjnie wręcz. Wszyscy byli wyraźnie zadowoleni z tego, jak dzisiaj odbywała się praca przy nagrywaniu. Noo… prawie wszyscy. Znaczy… no jedna osoba nie wyglądała na szczególnie poruszoną, podczas gdy innych wyraźnie radował fakt, że wszystko idzie do przodu.
— Czego? — warknął Sasuke w kierunku Naruto, który wciąż przy nim klęczał. I się patrzył. Natarczywie. Z namysłem. Naruto, który to właśnie był tym „jednym kimś’.
— Hę?
— Gapisz się.
— Och.
Brew Sasuke podskoczyła do góry. Cóż… pomijając to, że Uzumaki w swojej roli aktualnie spisywał się świetnie, to w momentach kiedy kamera była wyłączona, zachowywał się dosyć… nietypowo jak na siebie. A przynajmniej nietypowo jak na chłopaka z którym Uchiha przyjaźnił się te wiele lat temu.
Dla Sasuke to było nawet pomocne. Bo dzięki temu, że Naruto najwyraźniej nie był sobą, jego serce nie świrowało w żaden dziwaczny sposób. I w pełni mógł się skupić na swoim zadaniu. Dobrze. Bardzo dobrze wręcz.
Jeszcze jedna poważniejsza scena i będą mogli zakończyć ten etap filmowania. Co znacznie ułatwi Sasuke możliwość ponownego odsunięcia się od Naruto. Tak jak było przed rozpoczęciem produkcji. I tak, jak powinno być już zawsze.

***

Wciąż leżał. Odrętwiały, zmarznięty. Przerażony.
Nerwowo wciągał powietrze wypełnione kurzem. Wciąż słyszał krzątaninę w oddali i syreny. Ale to nie było ważne. Bo przed sobą miał twarz. Twarz dawnego przyjaciela, którego dopiero co odnalazł, który był tu teraz przy nim, w najgorszych chwilach, który wpatrywał się w niego niebieskimi ślepiami.
“Wszystko będzie dobrze!” — krzyknął tonem świadczącym o tym, że słowa te niekoniecznie kieruje tylko do bohatera, ale i do siebie. — „Zobaczysz, zaraz…”
Niebieskie oczy błyszczały pełną gamą emocji. Niebieskie oczy wpatrywały się prosto w niego. Niebieskie oczy…
Ba-bam.
Niebieskie…
Ba-bam. Ba-bam.
Ba-bam.
… oczy. Oczy Naruto.
— Ym? Sasuke?
— Hm?
— Tak jakby… teraz twoja kwestia.
Uchiha zamrugał. Tęczówki drugiego aktora wpatrywały się wciąż w niego. Z ciekawością.
Poderwał się gwałtownie do siadu i gdyby nie refleks Naruto, Sasuke przywaliłby w jego łeb swoim własnym. Nie, żeby się tym przejął. Bo docierało do niego, że chyba znowu zaczyna mieć drobny problem z własnymi odruchami.
Oj.
— Oj — powiedział, ponownie mrugając. — Przerwa! — zarządził. I wywołał tym takie zdziwienie, że nikt się nie sprzeciwił.

***

Ba-bam. Ba-bam. Ba-bam.
Z frustracją przemył twarz zimną wodą i wbił nieco sponiewierane spojrzenie w wiszące nad umywalką lustro. Psia mać! Już myślał, że udało mu się ogarnąć! Wszystko przez te cholerne, wwiercające się w niego, błękitne ślepia. To przez nie serce Sasuke świrowało i w ogóle działało nie tak jak powinno.
Durny Uzumaki. Durny film, a przede wszystkim jego DURNE emocje, których za cholerę nie potrafił, jak widać, opanować!
Ba-bam.
— Och. Kurwa — warknął w kierunku swojego odbicia. — Przestań!
Po raz kolejny przemył twarz zimną wodą. Po błyskawicznym osuszeniu wypadł z łazienki, szybkim krokiem zmierzając na plan. Koniec tego… emocjonowania się! Ogarnie się, raz dwa skończą tę cholerną scenę i nareszcie będzie po wszystkim!
No!

***

“Wszystko będzie dobrze!”
Ba-b…
— TAK — odpowiedział Sasuke, wyczuwając, że jego serce ma zamiar robić dziwne rzeczy.
Na planie zaległa cisza.
Okej. To nie była najlepsza rzecz, jaką mógł zrobić.
— Cięcie!
Kilka prób później nie był pewien, czy ogarnięcie faktycznie nastąpi jakoś “zaraz”, jak to sobie zaplanował będąc w łazience.

***

— Wszystko okej?
Sasuke spojrzał na Naruto, mając nadzieję, że z jego twarzy nie da się nic wyczytać. Tak. Zachować spokój. Zero emocji. Zero.
Ba-bam. Ba-bam…
— Dlaczego taki jesteś? — zapytał w końcu. Stali przed planem, dokładnie w miejscu, w którym przez wiele godzin w Wigilię ćwiczyli swoje role.
— Taki?
— Miły — sprecyzował, wkładając w to słowo całą niechęć na jaką go było aktualnie stać. Nie wyszło.
Ba-bam.
— Bo zachowujesz się dosyć… uhm…
— Guzik cię to — sapnął.
Ba-bam.
— Ale…
— Nie — przerwał mu. Miał lekkie obawy, że jeżeli Naruto będzie mówił do niego COKOLWIEK, to jego plan polegający na odgrodzeniu się od mężczyzny spali na panewce. — Okej. Gramy!

***

“Wszystko będzie dobrze!” — Krzyknął Naruto tonem świadczącym o tym, że słowa te niekoniecznie kieruje tylko do bohatera, ale i do siebie. — „Zobaczysz, zaraz…”
Sasuke przymknął oczy. Następnie uchylił powieki, z wysiłkiem, jakby z całych sił musiał walczyć o ten drobny ruch. Na jego ustach pojawił się delikatny, nieco bolesny uśmiech.
Leżał. W półmroku rozjaśnianym tylko lampami podwieszonymi przez strażaków na połamanym stropie. Leżał na zimnym gruncie w otoczeniu gruzu i kurzu. Ale już się nie bał. Przecież nie było czego.
“Czy możesz…” — wyszeptał cicho, z wysiłkiem podnosząc własną dłoń. Jego głos brzmiał żałośnie, ledwo słyszalny wśród panującego wokół harmidru. Nie zwracał na to uwagi, patrząc prosto w niebieskie oczy mężczyzny, który klęczał tuż przy nim. Patrząc z niemą prośbą, którą strażak trafnie odczytał, ściągając rękawiczki i chwytając w dłonie jego rękę, która dotychczas leżała bezwładnie na jego klatce piersiowej.
Ba…
Świat zwolnił.
Błękitne oczy patrzyły na niego. Twarz Naruto była tak blisko, bardzo, bardzo blisko. Wisiała tuż nad jego własną, podczas gdy mężczyzna wciąż trzymał jego dłoń.
… bam.
Wąskie, jasne usta coś mówiły. Wypowiadały jakieś słowa, których Sasuke nie słyszał. Bo w uszach miał tylko spowolniony dźwięk własnego serca. Na tyle donośny i zajmujący, że żadne inne dźwięki nie były w stanie się przez nie przedrzeć.
Wąskie usta wciąż coś gorączkowo szeptały. A jedyne co docierało do świadomości Uchihy to to, że bardzo chętnie by poczuł te wargi na swoich własnych. Że to przecież bardzo naturalne w takiej chwili, żeby do czegoś takiego doszło. Tak. Zdecydowanie naturalne.
Dlatego w kolejnej chwili, jego ręka już nie spoczywała w objęciach dłoni Naruto, tylko wylądowała (razem z drugą) na twarzy mężczyzny, żeby przyciągnąć ją jeszcze bliżej i pocałować go.

***

Ba-bam.
Ba-bam.
Ba-bam…


***

Pocałunek trwał trzy spowolnione uderzenia serca. I najzabawniejsze w nim było to, że pierwszą myślą, jaka nawiedziła mózg Sasuke, gdy ten zaczął działać, było, że Naruto go nie odtrącił. Zamiast myśleć o własnym zachowaniu, skupił się na tym, że Uzumaki nie oderwał się od niego i nie trzasnął go w twarz. Tylko przysunął się bliżej i…
ODWZAJEMNIŁ POCAŁUNEK.
Przez chwilę po prostu dawał się całować, żeby zaraz mocniej naprzeć własnymi ustami na te należące do Uchihy. To było… dobre. Przyjemne. Zniewalające. I zaskakujące na tyle, że Uchiha sapnął i stanowczo odsunął mężczyznę od siebie, przez chwilę jeszcze mocniej zaciskając dłonie na jego policzkach, przez co wargi Naruto ułożyły się w kaczy dzióbek.
— Ciekawa interpretacja sceny — odezwał się komicznie poważny głos Kakashiego. Dopiero wtedy do Sasuke dotarło w pełni, gdzie się znajdują. — Ale mimo wszystko chyba nie kręcimy LGBT?
— Um… — mruknął Naruto, nie obracając się. Tylko odsunął od twarzy ręce Sasuke i gapił się na niego z lekkim zażenowaniem. Jego policzki przybierały właśnie kolor dojrzałej czerwieni. Za to Uchiha… Cóż… Uchiha jakoś nie czuł zażenowania. Właściwie to wpadł w nad wyraz dobry humor.
— Nie? — zapytał producenta, gramoląc się do pozycji siedzącej, żeby móc na niego swobodnie spojrzeć. I nieco osłupiałego reżysera. I zaszokowaną resztę ekipy. Cóż… trzeba się było jakoś… usprawiedliwić przed wszystkimi, żeby sobie nie myśleli bóg wie czego. — To tego nie było w scenariuszu?
Odpowiedziała mu wymowna cisza.

***

Został niemalże siłą wepchnięty do jednego z pomieszczeń, które służyło za tymczasowy skład na kostiumy wszelakie, które aktualnie nie były aż tak niezbędne na planie. Pokój był zagracony i nieco ciasnawy. Sasuke nie miał większej okazji się rozejrzeć, bo przed nim stał rozjuszony Naruto, który wycelował palec prosto w jego klatkę piersiową i warknął oskarżycielskie:
— Tyyy! — zaczął. Chyba nie do końca wiedział, co chce powiedzieć albo też co powinien powiedzieć w sytuacji w jakiej się znaleźli, bo przez chwilę na przemian tylko otwierał i zamykał usta. — Tyy! — ponowił próbę. — POCAŁOWAŁEŚ MNIE.
— Yhm — przyznał Uchiha, wpatrując się w niego z jawnym zainteresowaniem.
— I NIE ZAPRZECZASZ?!
— Przypominam ci, że również w tym pocałunku uczestniczyłeś, więc nie sądzę, żeby moje zaprzeczenia coś ci dały.
— Niby tak… ale… — zająknął się. — POCAŁOWAŁEŚ MNIE!
— Zgadza się. — Sasuke skrzyżował ręce na klatce piersiowej patrząc na Naruto z lekkim… och, czy to było rozbawienie? — Jestem gejem. Zdarza mi się całować innych facetów. W przeciwieństwie do ciebie, hm?
— Oczywiście! Jestem hetero!
— To tym bardziej ciekawi mnie kwestia, czemu tego naszego pocałunku nie przerwałeś.
— Bo… to… bo… POCAŁOWAŁEŚ MNIE.
— Zdajesz sobie sprawę z tego, że się powtarzasz?
— Bo… DLACZEGO?
— Bo jakaś nad wyraz złośliwa złośliwość losu sprawiła, że mi się podobasz. I, gdybym wiedział, że twoje hetero ma skłonności do bycia co najmniej bi, to być może zrobiłbym to wcześniej — przekrzywił głowę, patrząc na niego podejrzliwie. — Od kiedy twoje hetero nie jest tak bardzo hetero jak zawsze myślałem?
Naruto zaczerwienił się efektownie.
— Dawna? — spróbował zgadnąć Sasuke. Czerwień pogłębiła się. — Bardzo dawna? — Czerwień stała się wyraźnie bordowa. — Chyba mi nie powiesz, że od czasów liceum — parsknął. I ku jego zdumieniu, Naruto jęknął przeciągle, chowając twarz w dłoniach.
Uchihe nieco… zamurowało. Wychodziło na to… że to co miało miejsce dwanaście lat temu było jednym wielkim nieporozumieniem. Zarówno z jego strony, jak i strony Naruto. Czyżby… Uzumaki odkrył swoje własne uczucia niedługo po tym, jak był świadkiem tamtej nieszczęsnej sceny, której inicjatorem była Sakura? To by się nawet zgadzało, bo przecież w późniejszym czasie Naruto PRÓBOWAŁ z nim porozmawiać, porzucając swoje deklaracje o wiecznej nienawiści. I wtedy, tak dla odmiany, Uchiha postanowił się od dawnego przyjaciela odgrodzić, bo (już nawet pal licho bolesną świadomość, że nie dał mu się nawet spróbować wytłumaczyć, tylko z góry założył najgorsze) nie chciał na niego narzucać własnych uczuć, skoro dobrze wiedział, że Naruto jest heteroseksualny. I nawet teraz… czy to dlatego Uzumaki był taki… no miły? To dlatego zaprosił go na kolację, gapił na niego i w ogóle momentami wydawał się zachowywać dziwniej niż zazwyczaj? LECIAŁ na niego?
Dopiero teraz… po tylu latach… okazało się, że niezłomna wiara w heteroseksualizm Uzumakiego była totalną głupotą. To było wręcz abstrakcyjne!
Zaśmiał się, nieco gorzko, kiedy powoli docierała do niego straszna prawda. Dwanaście lat. Osobno. Bo obaj byli tępymi bucami. Dwanaście… cholernych… LAT.
— Chodź tu! — sapnął w końcu, stwierdzając, że nie opłaca mu się złościć. Podszedł do Naruto, odciągnął jego ręce od twarzy. I go pocałował. Ponownie. I jeszcze raz. I kolejny. W międzyczasie wplótł dłonie w blond kosmyki, a krótkie pocałunki stały się nieco bardziej intensywne.
— Znowu — stęknął Naruto, między kolejnymi oderwaniami warg. — Mnie CAŁUJESZ!
— Ty to jesteś mistrzem dedukcji, nie? — skwitował Sasuke, odsuwając się nieco od niego, wciąż nie wyplątując palców z włosów drugiego mężczyzny. Jeszcze raz nachylił się, krótko muskając ciepłe wargi. — Tak. Całuję cię. I mam zamiar to robić wyjątkowo często w najbliższej przyszłości. — zmarszczył brwi. — W końcu mam do nadrobienia DWANAŚCIE lat.
— Och — odpowiedział Uzumaki i ku zdumieniu Sasuke, położył dłoń na jego karku i tym razem to on, a nie Naruto, został przyciągnięty do pocałunku. Najwyraźniej on też poczuwał się do nadrobienia tych wszystkich lat. — Okej.
Serce zabiło radosnym, swoim spowolnionym rytmem. A Sasuke pomyślał, że, cóż, chyba serio nie ma co żałować tych straconych lat, bo czasy „nadrabiania” zaczynały się nad wyraz… ciekawie. Po chwili ta myśl umknęła mu z głowy, bo ciepłe usta przykryły ponownie jego własne. W końcu było tak jak powinno być.
Ba-bam. Ba-bam.
Ba-bam.


A gdzieś w tle wzywano głównych aktorów na plan. Ci nie słyszeli. Bo… cóż… byli zajęci CIEKAWSZYMI sprawami.


KONIEC

poniedziałek, 6 lutego 2017

Na granicy fiksacji

DOROBIŁAM SIĘ NOWEJ CZĘŚCI. W końcu :o. W sumie nawet nie wiem co napisać, po takim czasie xD.
To. OK. Lecimy z tym koksem :"D.
Betowała niezmordowanie AKARI ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥.

***

XVI

Przyjemnie było smyrać palcami krótkie, niespodziewanie miękkie włoski porastające kark drugiego mężczyzny. Przyjemnie było czuć jego bliskość, ciepło. Jego zapach. Przyjemnie było zacisnąć powieki i delektować się obecnością Sasuke wszystkimi innymi zmysłami. Przyjemnie było słyszeć dudnienie własnego serca i ciche westchnięcie, zanim usta musnęły nieśmiało kącik warg mężczyzny.
I jeszcze raz. I kolejny.
Przyjemnie było złożyć krótki pocałunek niżej, na ostrej linii żuchwy. Przyjemnie było nosem przejechać wzdłuż bladej szyi. Przyjemnie, przyjemnie, przyjemnie…
… i dziwnie. I może trochę niekomfortowo, bo Naruto niekoniecznie wiedział co robić dalej. Zamarł, nieco zdezorientowany i zaśmiał się nerwowo, prosto w gładką szyję, do której aktualnie przyciskał nos.
— Nie za bardzo wiem… — ponownie parsknął. — Nie…
Boże.
Tyle razy śnił o tej chwili. Tyle raz marzył, żeby móc zrobić to, co w sennych marach przychodziło z taką łatwością. A kiedy nareszcie nadszedł moment w którym bez przeszkód mógł zawładnąć ustami Sasuke, nie miał kompletnie wizji jak się zachować.
— Głupek — usłyszał. Jednak nie zdążył się odszczeknąć, bo Sasuke przejął inicjatywę, ujął jego twarz w dłonie i przycisnął swoje usta do jego.

***

Naruto leżał i nieruchomym spojrzeniem wpatrywał się w sufit, podczas gdy palce lewej ręki, bez udziału jego woli, delikatnie wodziły po wargach. Wargach, które jeszcze nie tak dawno były całowane przez Sasuke.
To nie był delikatny, niewinny pocałunek. Zdecydowanie nie.
Za to, mimo swojej niezdarności, pełen… pasji. Pożądania. Pełen zniewalających doznań, pełen zapachu drugiego mężczyzny i ciepła jego ciała. I w pewien sposób pełen tęsknoty, jakby nawet lekkiej desperacji, bo przecież najwyraźniej obaj już od dawna czekali na takie zajście między nimi i… i… i…
Naruto uśmiechnął się głupkowato, wciąż jakby z pewnym niedowierzaniem dotykając ust. Kto by się spodziewał, że Uchiha może być aż taki… namiętny? Jasne, w sennych wizjach jakie dręczyły Uzumakiego, akurat tego czynnika nie brakowało nigdy, jednak to zupełnie coś innego przeżyć takie doznania we śnie, a w rzeczywistości. Kto by się spodziewał, że Sasuke aż tak bardzo przed nim przy tym pocałunku się otworzy? Pozwoli poczuć jego własne palące pragnienie kontaktu, jego tęsknotę za dotykiem drugiego człowieka? Za właśnie JEGO dotykiem — Naruto Uzumakiego? Kto by się spodziewał, że z pomrukiem aprobaty zareaguje na dłonie Naruto, bezkarnie zaciskające się na jego biodrach, czy też gładzące plecy? Kto by pomyślał, że…
— Nie śpisz.
Ciche stwierdzenie, które niespodziewanie padło, wybiło go z rozmyślań. Obrócił delikatnie głowę i w ciemności dostrzegł czarne ślepia, wpatrujące się w niego.
Palce lewej ręki wciąż muskały wargi. Za to prawej były splecione z palcami Sasuke. Bo Uchiha znowu, bez słowa wyjaśnień, pojawił się w wejściu do tymczasowej sypialni Uzumakiego, z futonem pod pachą i bez wytłumaczenia położył się obok niego, zaborczo chwytając jego dłoń i właściwie zaraz pogrążając się we śnie.
Bo mógł. Bo przecież już żadne rozterki dotyczące tego, czy zrobi coś czego nie powinien w stosunku do przyjaciela, nie mogły go męczyć.
— Aha — potwierdził.
W końcu, jak miał spać, kiedy głowę rozsadzało tysiące myśli, kiedy wspomnienie niedawnego pocałunku było wciąż tak żywe?
— Śpij — zażądał Sasuke, mrugając z niejakim wysiłkiem. Leżąc na boku, przysunął się bliżej, wciąż nie puszczając trzymanej dłoni. Aż znalazł się w na tyle małej odległości, że oparł głowę o ramię drugiego mężczyzny. — Jutro… będziemy rzeszsz… — mruknął niewyraźnie, znowu zapadając w sen.
Naruto uśmiechnął się z lekkim rozbawieniem. Zaraz westchnął, w końcu czując pod powiekami zmęczenie. W końcu dzisiejszego dnia miał aż nadto wrażeń.
Ciepła dłoń owijała się wokół jego własnej. Czarne włosy delikatnie smyrały jego policzek. Spokojny, równomierny oddech drugiego człowieka działał usypiająco i dawał dziwne poczucie bezpieczeństwa.
Idealnie, pomyślał, zamykając oczy, żeby niedługo faktycznie pogrążyć się we śnie. Tak bardzo idealnie.

***

Kiedy wstał, Sasuke już zdążył ulotnić się z pokoju i sądząc po odgłosach szykował w kuchni śniadanie. Po szybkim ogarnięciu Uzumaki dołączył do niego i po spożytym posiłku, udali się do świątyni Naka. Naruto z ciekawością rozglądał się po jej ścianach. Och, jasne, bywał tu już, jednak nigdy nie przyglądał się wnętrzu. Nie, żeby było jakoś szczególnie interesujące: zwykłe drewniane ściany i podłogi, a w rogu pomieszczenia zejście do podziemi i tam swoje kroki skierował Sasuke. Część powierzchni wyłożona została kamiennymi, szarymi płytami. Na jednej ze ścian były wymalowane dwa klanowe symbole rodu Uchiha, pomiędzy nimi zawieszony zwój, a tuż pod nim położona duża kamienna tablica z wyrytymi znakami.
To właśnie przed nią stanęli. Naruto przez chwilę wpatrywał się w ciąg szlaczków, który kompletnie nic mu nie mówił.
— Co teraz? — zapytał, a jego głos echem rozniósł się po sali.
— Teraz. — Sasuke złożył dłonie w pieczęć. W jego oczach błysnęła czerwień sharingana. Krwiste oczy z dwoma różnymi symbolami w kolorze czerni czujnie wpatrywały się w pomnik. — Spróbuję złamać pieczęć. Dzięki czemu będziesz mógł również zobaczyć zawarte tu dane.
— Tu? — Naruto zamrugał, wlepiając wzrok w płaską nawierzchnię.
— Yhm — mruknął mężczyzna i zaraz jego dłonie zaczęły układać sekwencje skomplikowanych znaków. I po chwili, gdy Uchiha zakończył technikę, szyfr zaczął przekształcać się w smoliste symbole, które był w stanie rozpoznać i odczytać.
— Łał — wyrwało mu się, kiedy z fascynacją obserwował cały proces. Zaraz jednak zmarszczył brwi, bo niektóre części kamiennej płyty wciąż pozostawały puste. — Też widzisz dziury?
— Hm?
— Luki w tekście — wyjaśnił, wskazując na fragment przestrzeni niewypełnionej znakami, który znajdował się najbliżej Sasuke. Chyba największy. — Tu.
— Nie — zaprzeczył Uchiha, przez chwilę przypatrując się bez słowa wskazanej nawierzchni. — Najwyraźniej nie wszystko da się obejść i tylko posiadacze sharingana są w stanie przeczytać całość. Tu akurat — wyjaśnił — są opisane właściwości kekkei genkai.
— Czyli coś, co już przestudiowałeś?
— Nie do końca.
— Więc co? Znaczy, okej, ty się zajmiesz tą częścią, bo chyba jest najważniejsza, nie? — stwierdził Naruto. Z racji tego, że nie był w stanie przeczytać jednak tych istotnych fragmentów poczuł się nieco… zbędny. — A co mam robić ja?
— Przejrzyj to, co jesteś w stanie zobaczyć. Może trafi się coś przydatnego.
— No dobra — mruknął, starając się nie brzmieć na naburmuszonego. — To do dzieła!

***

Mrużąc oczy wpatrywał się w serie szlaczków znajdujących się tuż przed jego nosem. Prawdę mówiąc słabo potrafił skupić na nich swoją uwagę, chociaż starał się tego nie okazywać, bo pracujący obok Sasuke zapewne nie przyjąłby tego z aprobatą. A Naruto się rozpraszał, bo to, że nie mógł odczytać pewnych treści ze świątyni, uświadomiło mu pewne fakty o których nieustannie myślał.
Zdał sobię sprawę z tego, że w sumie jest bezradny. Znaczy, w kwestii lisa. Bo wychodziło na to, że całą robotę z kontrolą demona odwalał Sasuke, a Uzumaki w tej chwili nawet nie był w stanie mu pomóc w poszukiwaniu przydatnych informacji, tylko czytał jakieś pierdoły o historii klanu Uchiha. Nie… nie podobało mu się to. Nie podobało, że nic nie był w stanie zdziałać w kierunku poskromienia lisiego demona. Zupełnie nic, bo do kontroli biju potrzebny był ten nieszczęsny sharingan i nic innego im nie mogło pomóc w okiełznaniu szalejącego pchlarza.
A co, jakby nagle zabrakło tej niezwykłej mocy oczu Sasuke?
Co, jeśli nagle też przestałaby ona działać na Kyuubiego?
Co jeśli… jeśli…
Potrząsnął głową, próbując odgonić czarne myśli. Takie rozważania zdecydowanie nie przysłużą się sprawie, więc z dyskretnym westchnieniem zabrał się za dalsze studiowanie przydzielonego mu tekstu. I kiedy jego zniechęcenie pogłębiło się na tyle, że zapragnął zarządzić przerwę, jego wzrok padł na fragment opisu, który zawierał słowo dosyć dla niego niespodziewane.
Jego nazwisko.
Uzumaki.
Mito Uzumaki. Mito?
To… przeleciał szybko wzrokiem tekst… to była historia jednej z Jinchūriki lisiego demona! Może coś… może coś się tu znajdzie?
— Hej, Sa… — zaczął, czując ekscytację z faktu, że być może znalazł coś ciekawego. Zaraz jednak zamilkł, zdając sobie sprawę, że może przecież niekoniecznie. Chyba lepiej najpierw było samemu się zaznajomić z tą treścią.
— Hm?
— Nie, nic — rzucił szybko, zerkając na Sasuke przelotnie. Posłał mu uśmiech, zanim zaraz znowu odwrócił się do tekstu. — Rób swoje, sprawdzałem tylko, czy nie śpisz.
— Pf.

***

Szeroko rozwartymi oczyma Naruto po raz kolejny pochłaniał słowa pokrywające ścianę. Nie był do końca pewien, czy dobrze rozumie ich treść, jednak… jednak… jeżeli tak… to oznaczało, że było…
Podskoczył gwałtownie, kiedy czyjaś ręka wylądowała niespodziewanie na jego ramieniu.
— Boże! — sapnął. — Sasuke!
— Coś przydatnego?
— Um… — zająknął się, patrząc na niego przez chwilę. Zaraz znowu zerknął na tablicę. — Nie?
— Więc co cię tak wciągnęło?
— Dzieje twojego rodu — palnął, samemu nie wiedząc dlaczego chciał zataić przed Sasuke to, co niedawno wyczytał. Chociaż może jednak wiedział… — Twoja rodzina była nieźle pokręcona, wiesz?
— Wiem — odpowiedział, krzywiąc nieco usta.
Okej. To nie była najmądrzejsza rzecz, jaką Naruto mógł powiedzieć w tej chwili. Właściwie, jaką mógł powiedzieć kiedykolwiek, jeżeli spojrzy się na historię klanu, nawet tę stosunkowo niedawną.
— Cóż… no… nie do końca to miałem… — zaczął się tłumaczyć, jednak Sasuke przerwał mu rozbawionym prychnięciem i rzucił:
— Jesteś głodny? Czas na przerwę.
— W porządku! — rzucił z entuzjazmem. I zaraz ruszył za oddalającym się mężczyzną.
Było… było wyjście. Jeszcze jedno wyjście, jeżeli sharingan miałby zawieść.
Chociaż nie do końca mu się ono podobało. I miał wrażenie, że Uchiha, czy Tsunade również nie aprobowaliby takiego rozwiązania, nawet jeżeli miałoby dojść do niego już w totalnej ostateczności.


***

Jakiś czas później siedzieli obaj przy kuchennym stole, w ciszy siorbiąc przygotowaną niedawno kawę. Naruto był pogrążony we własnych, dosyć… nieciekawych myślach, dotyczących tego, co udało mu się wyczytać z kamiennej ściany. Jedno, czego się dowiedział, a co po prostu potwierdził, to to, że lis użyczał mu swojej chakry przy licznych okazjach tylko z jednego konkretnego powodu: nie pasowała mu śmierć swojego Jinchūriki. Sam demon, jasne, odrodziłby się, ale w jakim stanie i po jakim czasie, tego nawet on sam nie mógł wiedzieć, więc było to najwyraźniej w interesie Kuramy, aby utrzymywać Uzumakiego przy życiu i znaleźć inną metodę na powrót do świata w swojej własnej formie.
Metodę znalazł. A i owszem. Metodę związaną z pragnieniami Uzumakiego.
Naruto zachmurzył się, kiedy ta myśl wybiła się na pierwszy plan. Niby potrafili stłumić lisie działania, niby jako-tako udawało się aktualnie kontrolować tego ryżego popaprańca, ale… ale…
… no właśnie. Zawsze to cholerne “ale”.
I dodatkowo: to co wyczytał… informacje, jakie udało mu się znaleźć… ISTNIAŁ sposób, żeby przymknąć lisa. Istniał sposób, żeby to Naruto był w stanie go, chociażby na jakiś czas, poskromić. Jednak…
Zamrugał, wyrywając się gwałtownie z ponurych myśli. Oderwał spojrzenie od kubka, w który najwyraźniej cały czas je wlepiał i, wyczuwając na sobie wzrok Sasuke, podniósł na niego oczy.
— Gapisz się. Tak znacząco. — skwitował. W ramach odpowiedzi Sasuke wzruszył ramionami. — Więc?
— Hm?
— Znowu masz jakieś dzikie pytanie, czy co?
— Nie. Nie mam — zaprzeczył. — Po prostu… Stało się coś?
— E?
— Jesteś jakiś cichy— zmarszczył brwi.
— No wybacz, mi też zdarza się czasami myśleć — sapnął w udawanej złości. — Właśnie w ciszy.
— Doprawdy? — zapytał ze złośliwym uśmiechem. Zaraz jednak spoważniał. — Wiem, tylko…
— Hej — przerwał mu. Jednocześnie wyciągnął jedną z dłoni, żeby zapleść jej palce wokół ręki Sasuke i ścisnąć ją delikatnie. — Wszystko okej. Naprawdę. — Uśmiechnął się. — Wracamy jeszcze do świątyni?
Miał nadzieję, że naprawdę wszystko było i będzie “okej”. I to co znalazł w czytanych fragmentach nigdy nie zostanie przez niego użyte.

***

Dwa kolejne dni upłynęły na przyswajaniu nowych informacji (co nieco już go nużyło) i ciekawszych rzeczach, jakimi były próby odnajdywania się w ich nowej relacji. Z jednej strony nic się między nimi nie zmieniło, bo Sasuke wciąż był typowym milczkiem, od czasu do czasu tylko nawiązującym rozmowy i rzucającym złośliwościami. Jednak z drugiej… no druga strona była zdecydowanie bardziej ekscytująca. A polegała na, być może dosyć skrępowanych i czasami lekko niezdarnych pieszczotach, coraz śmielszych dotykach i, to co Naruto lubił najbardziej: obezwładniających pocałunkach.
Z każdym dotykiem warg, z każdą chwilą, kiedy smukłe dłonie spoczywały na jego ciele, z każdą chwilą, gdy był na tyle blisko, że czuł zapach Sasuke, pragnął go mocniej. Bardziej. Przez co sam się sobie dziwił, że jest czasami w stanie prowadzić z nim normalne konwersacje, tak jak przykładowo przy odpieczętowaniu treści ukrytych w świątyni Naka. To chyba była trochę kwestia tego, że jeszcze nie w pełni do niego docierało, że są tak jakby…
… razem? Ze sobą.
Jak… para?
Wzdrygnął się, kiedy zimne dłonie obleczone zieloną, leczniczą chakrą dotknęły jego pleców.
— Siedź spokojnie — sapnęła Tsunade, nie przerywając badań.
— Przecież siedzę, noo — burknął. — Od dobrej godziny siedzę. Długo jeszcze?
— Chwila.
— Jasne — sapnął. — Trzydzieści minut temu też to mówiłaś.
Kobieta nie odpowiedziała, najwyraźniej koncentrując się na badaniach. Naruto musiał się u niej stawić (zresztą i tak wcześniej składali razem z Sasuke raport z postępów w poszukiwaniach), bo chciała sprawdzić, czy, po uciszeniu lisa sharinganem, wszystko w jego organizmie trybi tak jak powinno. I czy przypadkiem demon nie wykazuje aktywności. I czy nie czuje jakiś dziwnych bólów, zawrotów, czy cholera wie czego.
— Babciuuu — jęknął. — Wszystko okej przecież. Naprawdę…
— Lis się nie odzywał?
— Nie.
— Na pewno? Nie męczył w sn…
— Nie! Mówiłem już!
— A tabletki, które ci ostatnio dałam. Masz je jeszcze?
— Hę? No. — Szczerze mówiąc, ten fakt zupełnie wyleciał mu z głowy. Nawet nie pamiętał, kiedy ostatnio którąś z nich brał. Chociaż… Okej. To była noc, w której tak jakby próbował zmacać Sasuke bardziej.
— Nie łykaj ich.
— E?
— Mówiłeś, że lis nie babrał w twoich snach, prawda? — Naruto zaczerwienił się efektownie, przypominając sobie treść swoich wizji i słowa demona o tym, że były one wynikiem tylko i wyłącznie jego wyobraźni. — Skoro faktycznie, to nie sądzę, aby było dobrym pomysłem, żeby je brać. Mogą mieć całkiem inny efekt niż powinny.
— Och. — Coś mu przyszło do głowy. — Mogły osłabić pieczęć?
— Co masz na myśli?
— Po ostatnim razie, kiedy je łykałem, lis przejął dyskretnie kontrole, co nie? — odpowiedział.
— Hmm — mruknęła kobieta, w końcu odrywając ręce od jego pleców i podchodząc do niego z drugiej strony. — Być może? Dlatego lepiej nie zażywaj ich, w porządku? W każdym razie, wracając do samego lisa: czy w ciągu…
Na szczęście kolejne pytanie zostało przerwane cichym pukaniem do drzwi i czyimś wejściem do pomieszczenia.
— Dzień dobry — przywitał się ktoś znajomym głosem. — Przyszłam trochę wcześniej. O. Naruto?
Uzumaki miał wrażenie, że jego serce załopotało szybciej. Jakby… z przerażenia? Jakby… jakby… sam nie wiedział, jak to określić. Przez sekundę czy dwie siedział odrętwiały, zanim w końcu obrócił się w kierunku, z którego padło pytanie.
— Sakura? — wykrztusił. I zamarł.

piątek, 30 grudnia 2016

Byłeś i bądź - SasuNaru

Tytuł: Byłeś i bądź
Długość: około 6k
Gatunek: AU, UWAGA: POWIEWA DRAMATEM (dzieją się katastrofy! :o)
Ostrzeżenia: przekleństwa
Uwagi: OKS. WIĘC. Jest to druga wersja fika pisana pod wytyczne do prezentu (które podam w komciu). Ogólnie fik powstał, bo musiał powstać, bo w głowie pojawiła się IDEA, która bardzo mocno chciała być napisana xD. Oprócz głównego motywu pojawia się tu pewien pomysł/myk/niewiemjaktonazwać, o którym (i tu właśnie nie pamiętam, czy dokładnie o tym pisałyśmy, czy o czymś podobnym, ale efekt jest taki, że przez to zostałam naprowadzona na pomysł do tego ff xD) kiedyś pisałam z TAT, więc można powiedzieć, że fik powstał przez nią (nie tylko patrząc na główne wytyczne), bo po otrzymaniu życzenia w głowie zaświergolił mi radosny głosik "OMG, OMG, DEJMY TO TAM! PASUJE!"  W każdym razie: FANIEK, DZIĘKUJĘ ZA POMYSŁY ♥ ♥ ♥. I dziękuję Akari, która ten tekst betowała ♥ ♥ ♥. Akari jest super, kochajmy Akari! Życzę najlepszości w Nowym Roku dla wszystkich! ♥ ♥ ♥

Jeszcze raz przypominam: POWIEWA DRAMO xD. I chyba nie jest to typowo irdowy fik :o. Chociaż może trochę jednak tak, na swój własny sposób xD. (A w ogóle to jestem dumna z siebie, bo mimo wszystko PRAWIE wyrobiłam się z rzeczami, które chciałam pacnąć w grudniu xD) Dziękuję za komcie i zapraszam!

Byłeś i bądź




Część I — Jeszcze będzie...

24 grudnia 2016, (?)

Będzie… dobrze. Będzie dobrze. Będzie, będzie dobrze.
Nie.
Nie będzie.
— Ugh. Kurwa!
Sasuke bierze głęboki wdech. Uspokajający. Zaciska oczy, zaczerpując powietrza. Zimnego, wypełnionego kurzem i pyłem. Zaraz uchyla powieki, żeby móc rozeznać się w patowej sytuacji w jakiej się znalazł. W tej chwili nie potrafi jednak, nie jest w stanie przypomnieć sobie co właściwie się stało, że leży na zimnym betonie, że jest obsypany fragmentami tynku i budowlanych łupin.
Gdzie… co?
Nieskładne pytania krążą mu po głowie. Otacza go ciemność, do której wzrok nie chce się przyzwyczaić. Całkowita ciemność, w której nie może nawet dostrzec konturów otaczających go kształtów. Gruz? Więcej gruzu? Leżał gdzieś, wśród gruzu. Otoczony stertą roztrzaskanych budowlanych elementów. Tylko tyle był w stanie ustalić. Plus, że chyba nic go nie przygniotło. Tak, zdecydowanie, mógł się ruszać.
Co…?
Pytanie urywa się gwałtownie, kiedy na przód wybija się inne. Gdzie się do cholery znalazł? Czy był sam? Sam w tej ciemności?
Sam? Czy nie?
Coś mu mówiło, że powinien być sam. Jedna z myśli uparcie się tego trzymała, mimo że Sasuke nie chciał i obawiał się takiej możliwości. Och, boże. Nie. Nienienie. Nie mógł być sam, nie teraz, nie w tym mroku!
Chwilowa panika zostaje zduszona, kiedy chwyta się kurczowo odpowiedzi, że nie. Jednak nie. I tylko to się liczy. Chociaż coś w jego podświadomości wciąż alarmuje go wyraźnie, że powinien, że przecież… po prostu powinien. Jednak głos, który rozlega się w pobliżu zaraz rozwiewa wątpliwości.
— No powiem ci, że ździebko przekichane.
Wbrew wszystkiemu Sasuke uśmiecha się krzywo, typowo po swojemu. Lawirujące myśli w końcu skupiają się na jednej kwestii. Boże. Jest tu z kimś. Nie sam....
— Chcesz nagrodę za wyciąganie błyskotliwych wniosków?
— Nie bądź złośliwą mendą — beszta go łagodnie głos Naruto. Głos z ciemności, bo przecież Uchiha nie widzi kompletnie nic, tylko wszechobecną czerń. — I nie ma co się załamywać. Zawsze mogło być gorzej. Patrz, przynajmniej mamy chwilę dla siebie!
Sasuke prycha krótko. Tylko Uzumaki byłby w stanie znaleźć jakieś plusy w tak beznadziejnym położeniu. Nawet jeżeli plusy te były bardziej niż naciągane. Nawet jeżeli miały tylko na celu odwrócenie uwagi od powagi sytuacji.
— Jesteś popaprany — kwituje. Zaraz z jękiem podciąga się na łokciach, przy okazji zrzucając z siebie kawałki betonu, tynku i cholera wie czego jeszcze. Przez chwilę jeszcze leży na plecach i zaraz wyciąga rękę, żeby zbadać swoją przestrzeń. Dotyka w ciemności czegoś, co kiedyś prawdopodobnie było sufitem, a teraz smętnie opierało się nad nim na stertach gruzu, stanowiąc pewnego rodzaju ochronę przed większą ilością ruin, która mogła znajdować się nad nimi. Opuścił dłoń i pociągnął jeszcze trochę. Czując za sobą chłód budowlanego materiału, oparł się o niego. — Co się… — syczy gwałtownie, kiedy jego skroń przeszywa ostry ból. Mimowolnie podnosi do niej rękę i zaraz czuje na palcach lepką substancję. — Kurwa.
— Kawałek stropu musiał trachnąć cię w głowę — informuje go Naruto. — Raczej powierzchowna rana.
— Dzięki, Sherlocku.
— Pamiętasz cokolwiek?
— Hę?
— Pamiętasz coś, sprzed znalezienia się tutaj? — uściślił.
— Nie — kolejny uspokajający wdech. — Nie bardzo. — I faktycznie. Wszelkie wspomnienia są jedną wielką rozmazaną plamą, niespójnymi fragmentami, które nie chcą połączyć się w jakąkolwiek całość. — Jest bardzo źle?
— Och. Nie mam pojęcia. Ale z dobrych informacji, wiesz, mamy dach nad głową. — Kolejny marny żart mający na celu odwrócić uwagę od ich obecnej sytuacji. Jednak tym razem Sasuke nie jest w stanie zdobyć się na jakikolwiek objaw rozweselenia. Dociera do niego, że jest źle. Bardzo, bardzo źle.
— Raczej strop. Grożący kolejnym zawaleniem strop.
— Ty to potrafisz zdusić każdą drobinkę optymizmu, nie?
— Znajduję się w pierdolonej, betonowej trumnie. Ciężko nie dostrzegać tej dosyć pesymistycznej strony sytuacji — warczy. Serce wali mu nieregularnym rytmem. Głowę znowu przeszywa ból. Pył zalega w krtani, wywołując krótki, niezdrowy kaszel. — Ja… — niedobrze. Czemu jest tak ciemno? Czemu nic nie widzi? — Jezu… Nie… — Oczy zapiekły, kiedy nagle dotarła do niego oczywistość z którą musiał się zmierzyć. Zginie.
Boże. Zginie.
— Nie — nagle ostry głos Naruto wwierca się w jego mózg, sprawiając, że skupia spojrzenie w ciemności, skąd dobiegały do niego słowa. — Zasada trójek.1 Pamiętasz?
— Nie pie…
— Sasuke. Zasada trójek. Jeszcze żyjesz. Jeszcze jest dobrze. Pierwsza zasada.
— Trzy sekundy — mruczy niechętnie. Powietrze jest ciężkie od pyłu. Jednocześnie zimne, niemiłosiernie zimne, na tyle, że każdy oddech niemalże boli, kiedy wciąga je do płuc. — Trzy sekundy na opanowanie paniki. Okej. — Kolejne westchnięcie. — Okej.
— Panika to największy wróg.
— Wiem — rzęzi z lekką złością. — Wiem. — I naprawde, wie. Niekoniecznie potrafi skojarzyć SKĄD. Ale wie. — Trzy minuty. Wytrzymam bez powietrza trzy minuty.
— Siedzimy tu dłużej niż trzy minuty. I czuć przewiew.
— Więc powietrzem, nawet jeśli marnej jakości, nie ma się co martwić. Przynajmniej na razie. Dalej… dalej…
— Trzy godziny.
— Na znalezienie schronienia. Ciepłego. — odpowiada i na potwierdzenie tych słów jego ciało przeszywa dreszcz. — Nie jest ciepło. Człowiek przetrwa trzy godziny bez bezpiecznego miejsca.
— Och, ale nie ma tragedii. Przynajmniej jesteś suchy. I masz płaszcz. I szalik.
Sasuke marszczy brwi. Faktycznie. Był ubrany w sposób wyraźnie świadczący o tym, że… no przynajmniej miał zamiar wychodzić. Właściwie jakby był już gotowy do wyjścia.
— Wybierałem się gdzieś — skwitował.
— Teraz to nieważne. Trzy godziny. Dalej, Sasuke, mów do mnie.
— Trzy dni… bez wody. Nie mam wody.
— A masz zamiar siedzieć tu trzy dni?
— Nie — zaprzecza. — Nie. — Nie dopowiada, że może nie mieć większego wyboru. Przez chwilę panika znowu próbuje wziąć nad nim górę, jednak po kolejnym uspokajającym wdechu udaje mu się ją opanować.
Panika to wróg.
— Wyjdziesz z tego.
— Wyjdę — odpowia. — Wyjdę.
Okej. Więc spokojnie. Spokojnie. Co teraz? Czekać? Próbować się wydostać? Jak czekać, to na co? Jakie są szanse, że ktoś wie, że pod stertą gruzu znajduje się… znajdują… znajd…
Ponownie marszczy brwi.
— Który dzisiaj jest? — pyta. Jednocześnie to samo pytanie zadaje mu Naruto.
24 grudnia.
Odpowiada sam sobie w myślach i to też zaraz powtarza Uzumaki.
24. 24 grudnia.
Coś… nie gra. Nawet gdyby zignorować fakt, że leży pod stertą gruzu i niekoniecznie wie co się w ogóle wydarzyło. Coś się nie zgadzało.
— Nie powinno cię tu być — mówi wolno, wyrażając na głos to, co nie pasowało mu najbardziej w tej chwili.
— Tak — odpowiada mu spokojny ton. Zbyt spokojny.
— Nie. To… Ty po prostu nie masz prawa tu być — wyjaśnia i potrząsa głową, próbując zebrać myśli. Ciemność wiruje. Myśli szaleją. Wszystko się miesza, tak bardzo, tak nielogicznie. — Powinienem być tu sam — mamrocze niewyraźnie.
24 grudnia.
Przymyka oczy. Część wspomnień wskakuje na swoje miejsce. A do jego uszu dociera łagodny szept:
— Masz racje, Sasuke. Zdecydowanie masz rację.
Kiedy uchyla powieki, wie, że w swojej betonowej trumnie jest sam. Że nie znajdzie w niej uśmiechającego się, dodającego otuchy blondyna.
Będzie… dobrze?

***

17 grudnia 2016, wieczór

— Zwariowałeś.
— Nie sądzę.
— To może zacznij. — Naruto jest zły, bardzo zły. Sasuke przygląda się mu bez krzty emocji. — NAPRAWDĘ uważasz, że normalne jest stawianie chromolonego wyjazdu ponad mnie?
— To tylko trzy dni, nie rób…
— WAŻNE dni! To święta ty głupi bucu! Czas, który spędza się z najbliższymi, a nie w delegacji! Mogłeś odmówić!
— Mogłem — przyznaje bez krępacji. — Ale po co?
— DLA MNIE? Dla mojej rodziny? Dlatego, że to dla nas ważny…
— Przesadzasz.
— Nie. Nie przesadzam. — Głęboki oddech. — Kocham cię Sasuke. Naprawdę. Ale momentami mam wrażenie, że tylko mi w tym związku zależy, żeby nam wyszło. Tak samo jak zależało mi, żeby spędzić te święta razem. W otoczeniu bliskich.
— Twoich bliskich.
— Miałem nadzieję, że moja rodzina stanie się również TWOIMI bliskimi. Ale ciężko o to, skoro nawet nie dajesz im szansy się poznać, nie? — W jego głosie już nie ma złości. Wypełnia go tylko przygnębienie. Przygnębienie, którego Sasuke nie jest w stanie zrozumieć. — Zresztą Itachi również był zaproszony. Przekazałeś mu to w ogóle?
— Jest zajęty.
— Aha. — Naruto nie komentuje jego słów. Nawet jeżeli zauważył, że Sasuke nie odpowiedział bezpośrednio na jego pytanie, to najwyraźniej nie chciał zgłębiać tej kwestii.
— Będziesz się teraz boczył?
— Nie — odpowiada, kręcąc głową. — W porządku. Nie rozumiem. Ale w porządku. Jeśli uważasz, że faktycznie… jeśli no… okej. Okej — powtarza, po kolejnym uspokajającym wydechu. — Teraz jest mi tylko… przykro. W te dwa dni chciałem po prostu być przy tobie skoro nigdy… — urywa gwałtownie, a Sasuke wie, że w niewypowiedzianych słowach Naruto chciał przywołać jego przeszłość, w której nigdy nie spędził świąt wśród ukochanych osób i świątecznego klimatu.
— Jeszcze będzie okazja — stwierdza lekceważąco, mając nadzieję, że to zamknie temat.
— Uhm.
Zamyka.


***

23 grudnia 2016, popołudnie

Sasuke akurat poprawia zsuwające się z nosa okulary, które zakładał do pracy przy laptopie, kiedy Naruto staje w drzwiach. Z podróżną torbą przewieszoną na ramieniu, opatulony grubym szalikiem i czapką wciśniętą na głowę.
— Będę się zbierał — mówi cicho, zwracając na siebie uwagę Uchihy.
Ten odrywa spojrzenie od ekranu komputera, żeby przenieść je na Uzumakiego. Przez chwilę się nie odzywa. Przez chwilę rozważa ich stosunki z ostatniego tygodnia i nie potrafi sprecyzować, dlaczego nagle czuje lekkie wyrzuty sumienia. Naruto nie nagabywał go więcej tematem wspólnych świąt. Najwyraźniej przyjął do wiadomości, że nic z tego w tym roku nie będzie i po odmowie przeszedł z tym tematem do porządku dziennego. I Sasuke jest mu za to wdzięczny, nawet jeżeli nigdy nie wyraził tego w słowach.
Tak więc, późnym popołudniem 23 grudnia, Naruto wychodził na pociąg, żeby dostać się do rodzinnego domu. Sasuke w mieszkaniu miał zostać sam, przynajmniej na najbliższą noc, bo na rano miał zabukowany bilet na samolot.
— Jesteś pewien, że nie podrzucić cię na dworzec? — pyta, ściągając okulary i jednocześnie wstając od biurka, żeby podejść do drugiego mężczyzny.
— Przy dzisiejszych korkach? — Naruto uśmiecha się delikatnie. — Nie dzięki. Chcę dojechać w trzydzieści minut, a nie godzin. — Zaraz jednak poważnieje. — Wiesz. Jeśli jednak byś… jeśli byś chciał…
— Widzimy się w niedzielę?
— Taa… tak — mruczy Uzumaki, nie odnosząc się do jego gwałtownego ucięcia tematu. — Wrócę wieczorem. — Całuje go krótko, zanim wychodzi. — Kocham cię, wiesz? I zadzwoń jak będziesz na miejscu — rzuca jeszcze, zanim znika za drzwiami mieszkania. Nie czeka na odpowiedź.
Kilka godzin później pewnie jest już ze swoją rodziną, podczas gdy Sasuke wciąż siedzi przed laptopem zawzięcie klepiąc w klawiaturę.


***

24 grudnia 2016, poranek

— Kurwa! — Sasuke zrywa się z łóżka, żeby gwałtownie wpaść do łazienki. Zaraz wypada z niej zdenerwowany, żeby rzucić się do szafy, wygrzebać z niej przygotowane wczoraj ubranie na podróż. Zaspał! Psia mać, zaspał! Już naprawdę nie pamiętał, kiedy mu się takie faux pas ostatni raz zdarzyło. Fakt, był zmęczony, długo siedział przed komputerem, a później słabo udawało mu się zasnąć, ale… cholera!
Po założeniu spodni i zapięciu koszuli zatrzymał nerwowe ruchy, złe spojrzenie wbijając w ścianę. Bez sensu. Teraz i tak nie uda mu się dotrzeć na lotnisko. No dobra. Nie ma co szaleć. Sprawdzi loty na popołudnie. I tak zaplanowane spotkanie ma dopiero wieczorem. Poranny lot był tylko po to, żeby móc się wcześniej zakwaterować i wypocząć po podróży.


***

24 grudnia 2016, popołudnie

Jakimś cudem udaje mu się znaleźć wolne miejsce na ostatni, popołudniowy lot. Wychodzi z małego mieszkania znajdującego się w dwupiętrowym budynku, w którym razem z Naruto zajmował górną jego część. Swoje kroki kieruje do garażu, do którego wejście znajdowało się od podwórka.
Osiedle na którym mieszka jest na obrzeżach miasta, większość ulic zapchana małymi, dwurodzinnymi domkami. Jednak tu i ówdzie budowane są od niedawna kilkunastopiętrowe blokowiska - nowe, potężne obiekty, pnące się wysoko w niebo. Jeden z takowych znajduje się dosyć blisko. Zaraz na sąsiedniej ulicy.
Sasuke przygląda mu się przez chwilę, zanim znika za drzwiami prowadzącymi do piętra obiektu częściowo wbudowanego w podziemie - mniej więcej w połowie kondygnacji. Przechodzi przez krótki korytarz. Jednak nie otwiera drzwi. Nie zdąża.
Ziemia drży pod wpływem gwałtownego wstrząsu. Przez dłuższą chwilę stoi, zdumiony tym co się dzieje, nie będąc w stanie ruszyć się z miejsca. Wstrząsy się nasilają.
I nagle świat gaśnie.


***

24 grudnia 2016, (?)

Sasuke ma wrażenie, że budził się dwa razy. Za pierwszym fakty nie chcą ułożyć się w całość. Dopiero do świadomości docierają przebłyski paniki. Jednak pierwsza pobudka jest o tyle lepsza, że znajduje się w tej krzywej sytuacji z Naruto. Za drugim nie ma tyle szczęścia. Za drugim razem wie, po prostu wie, że Uzumaki jest daleko, daleko od niego, że w budynku znajdował się sam, bo rodzina mieszkająca na parterze wyjechała na okres zimowy już dobry tydzień temu.
To… przeraża. Tak po prostu, po ludzku przeraża. Ta świadomość totalnej samotności wbija się boleśnie w mózg, paraliżując, sprawiając, że Sasuke nie jest nawet w stanie myśleć, a co dopiero się ruszyć.
Śmieszne, beszta się zaraz w myślach. Przez większość życia był sam. Zawsze sam. Więc nie… nie powinno mu to…
Kolejny wdech. Nerwowy. Kończący się dziwnym, niekontrolowanym skowytem.
Panika to największy wróg.
Łagodne słowa krążące w pamięci, wypowiedziane ciepłym głosem Naruto pozwalają mu się uspokoić. Okej, może i wcześniej słyszał blondyna tylko przez to, że miał halucynacje albo też po prostu śnił, jednak jego słowa były jak najbardziej pomocne.
Trzy sekundy na opanowanie paniki.
Trzy minuty na zdobycie powietrza.
Trzy godziny na znalezienie schronienia.
Trzy dni… Trzy tygodnie...
— W porządku — mruczy do siebie, opanowując się. Na jeszcze jakiś czas zdołał przekonać samego siebie, że nie ma tragedii. Że nie ma co panikować. Że trzeba, krok po kroku, ogarnąć sytuację.
Wciąż otacza go ciemność. Najczarniejsza z możliwych, pozbawiona jakichkolwiek źródeł światła. Wciąż opiera się o chłodną ścianę.
Spokojnie. Spokojnie.
Będzie… dobrze.



Jakiś czas później, po pierwszym rozeznaniu, Sasuke wie, że jego komórka została roztrzaskana, kiedy jakimś trafem wypadła z kieszeni podczas trzęsienia. A może trzymał ją w dłoni? Wspomnienia wciąż były niejasne, jednak zgniecione kawałki, które udało mu się wymacać w ciemności, wyraźnie świadczyły o jej zniszczeniu. Wie również, że uratowało go to, że deskowanie stropu budynku oparło się na mocnej, działowej ścianie, która znajdowała się tuż za nim i w momencie zawalenia stworzyła tak zwany trójkąt życia2. Klaustrofobiczny trójkąt, w którym może tylko trochę poruszać się na czworaka. Wie również, że ma dwa wyjścia: czekać albo spróbować się wydostać samemu.
Pierwsze miało ten minus, że nie wiadomo kiedy ktoś zacznie go szukać pod gruzami. Bo teoretycznie powinien znajdować się przecież w innej części kraju. Służby ratownicze, w zależności od szkód jakie przyniosło trzęsienie, zajmą się obszarami bardziej zaludnionymi. Drugie znowu niosło za sobą ryzyko, że próbując dostać się na powierzchnię naruszy niestabilną konstrukcję i znajdzie się w jeszcze gorszej sytuacji niż dotychczas.
Mógłby czekać. W ciemności i ciszy, którą przełamywały od czasu do czasu dziwne stuki, zsuwającego się wciąż gruzu. Mógłby.
Gdyby nie to, że miał bolesną świadomość, że nikt go nie zacznie szukać jeszcze przez długi, długi czas. A nie wiedział czy niedługo dostęp powietrza nie zostanie zablokowany. I czy temperatura nie spadnie na tyle, że po prostu zamarznie.
Zanim podjął decyzję znowu trafiła go myśl, że był sam.
Wyłącznie z własnej winy, przez swoje durne wybory. Bo przecież los mógł potoczyć się inaczej. Mógł, psia mać, po prostu nie zaspać i już od jakiegoś czasu przebywać w zarezerwowanym hotelu. Albo mógł po prostu… być z Naruto i z jego rodziną.
— Jeszcze będzie okazja — mruczy do siebie, wspominając własne słowa z jednej z ich rozmów i z ledwością powstrzymuje się od desperackiego śmiechu. — Dobre sobie. — Właśnie dociera do niego, jakbym był kretynem. Ile okazji do wspólnego spędzania czasu odrzucił, bo przecież zawsze był sam, więc tego nie potrzebował. A teraz, w tak kryzysowej sytuacji wie, że gdyby nie to jego popaprane podejście do innych ludzi, jego los toczyłby się właśnie innym rytmem. Lepszym rytmem. Szczęśliwszym.
Chciał być z Naruto. Po prostu. Przy nim. Z nim.
— Okej — szepcze, żeby dodać sobie otuchy. — Okej. Będzie. — Podejmuje decyzje. Jeszcze będzie okazja. Postara się o to. Musi.
Po omacku przeczołguje się do miejsca, gdzie wcześniej wyczuł mocniejszy powiew. Po chwili grzebania i przesunięciu fragmentu gruzu udaje mu się wymacać coś na kształt przejścia, w który spokojnie powinien się zmieścić. Po chwili wahania próbuje się przez niego przecisnąć. W końcu, co innego może zrobić?

***

22 grudnia 2016, noc

Sasuke leży w łóżku, razem z Naruto, który tuż obok zawinął się w koc. Uzumaki śpi. Świadczy o tym wyrównany oddech oraz to, że od czasu do czasu mruczy do siebie w reakcji na nawiedzającego go sny.
Uchiha przygląda mu się z wyraźnym zamyśleniem.
Czasami nie rozumie, jak to się stało, że wylądowali w związku. W związku, który właściwie trwał już grubo ponad rok.
Znali się wcześniej. Dużo, dużo wcześniej, bo już w szczeniackich latach zostali sobie przedstawieni i na dzień dobry nie przypadli sobie do gustów. I tak, z biegiem czasu rywalizowali ze sobą zaciekle w każdej możliwej kategorii, aż w czasach licealnych zawarli coś na kształt sojuszu, który na studiach, podczas mieszkania w akademiku, przerodził się w przyjaźń. Po ukończeniu edukacji wylądowali jako współlokatorzy na przedmieściach miasta, wynajmując piętro w budynku, w którym właśnie się znajdowali. To ściany tego obiektu były świadkami ich pierwszych pokracznych wyznań, dojrzewania do świadomości, że może jednak to coś więcej niż przyjaźń, pierwszych pocałunków i innych pierwszych razów wszelkiego rodzaju.
Czasami Sasuke nie był w stanie pojąć, z jakiego powodu to trwanie w związku wciąż miało miejsce i naprawdę się sprawdzało. Bo wiedział, bardzo dobrze zdawał sobie z tego sprawę, że ma ciężki sposób bycia, obaj mieli zupełnie inne charaktery i zostali wychowani w całkowicie różnych środowiskach. Naruto wśród kochających go krewnych, Sasuke tylko z wiecznie zapracowanym bratem, który starał się stworzyć mu godne warunki życia.
Tak więc Sasuke zawsze był sam, aż do momentu, kiedy Naruto wlazł w jego życie, ofiarowując mu całe ciepło, jakie się w nim tliło, zdając sobie sprawę, że na swój obiekt miłości wybrał wyjątkowo potrzaskanego przez los człowieka. Akceptując wszystkie jego wady, nawet jeżeli czasami darli koty o pierdoły. Uzumaki po prostu był. Zawsze przy nim. Starając się za ich obu, żeby nie przyzwyczajony do takiej atencji Uchiha, nie był już nigdy bez oparcia.
Przerywa swoje rozważania, kiedy Naruto, mrucząc z niezadowoleniem mości się przez chwilę na łóżku, przysuwając nieświadomie do drugiego ciała. I dopiero kiedy blond czupryna opiera się o ramię Sasuke, ponownie zalega bez ruchu, mamrocząc przez sen coś niezrozumiałego, jednak będącego najwyraźniej wyrazem aprobaty.
Sasuke przygląda mu się przez chwilę, nawet nie zdając sobie sprawy z tego, że na jego twarzy zagościł delikatny uśmiech. Po niedługim czasie również zasypia.


***

24 grudnia 2016, (?)

Nie wie ile czasu minęło, nie ma zupełnie pojęcia, która jest godzina. Stara się skupić tylko i wyłącznie na systematycznym przemieszczaniu się do przodu, czołgając między budowlanymi elementami, raniąc o ostre kawałki betonu, drewna i innych rzeczy, nie wiedząc nawet co znowu boleśnie wbija mu się w bok, co zraniło dłoń, którą próbował przesunąć kolejną przeszkodę.
Bo wciąż jest cholernie ciemno. Bo oddycha mu się źle, bo ciężko się myśli i bo wszystko idzie mozolnie, nieznośnie powoli. Bo panujący tu chłód nie sprzyja skupieniu ani jakiemukolwiek działaniu.
Bo jest po prostu źle.
Przecisnął się przez wygrzebaną szparę nawet nie wiedząc, czy nie podąża do kolejnego ślepego zaułka i wolno prze do przodu. Centymetr po centymetrze. Bo to w jakiś pokręcony sposób daje mu zajęcie, dzięki któremu nie panikuje. Dzięki któremu ma cel, do którego chce dążyć. Musi dążyć. Żeby faktycznie była jeszcze okazja, żeby być z Naruto. Żeby była możliwość nie być samemu. Już nigdy.
Gdzieś przed sobą słyszy stuk. Głuchy odgłos, kiedy coś ciężkiego spada z góry i obija się o przeszkodę.
Zamiera.
Przez chwilę nie rusza się w ogóle, wytężając wzrok.
I wtedy widzi mdłą, marną, jaśniejszą plamę. Jakby gdzieś z góry próbował się wedrzeć w otaczającą go ciemność promień światła. Plamę, która daje mu nadzieję, że boże, faktycznie, będzie jeszcze miał okazję. Na wszystko.
Tam jest światło. Gdzieś tam jest jaśniej. Czyli tam też może być wyjście na powierzchnię!
Ze zdwojoną mocą zaczął znowu przesuwać się do przodu. Z większą nadzieją, z większym optymizmem.
Bo może być dobrze.
Jeszcze będzie dobrze.
Będzie.

Zamiera ponownie, bo ziemią wstrząsa kolejnie tąpinięcie.
Będzie… dobrze?

***

23 grudnia 2016, wieczór

Sasuke przeciera oczy, zmęczone ciągłym wpatrywaniem się w ekran komputera. Ściąga okulary, kładzie je na stole i wstaje z krzesła, żeby rozruszać zesztywniałe od wielogodzinnego siedzenia mięśnie.
Jest sam. Naruto już pewnie dotarł do swoich rodziców.
Nie wiedzieć czemu, dopiero teraz przypomina sobie, że nie odpowiedział na wyznanie miłosne, które mężczyzna rzucił zaraz przed wyjściem. W głowie Sasuke przez chwilę kołacze się myśl, że nie pamięta, kiedy i czy w ogóle wyznał Uzumakiemu, że również go kocha.
Zdumiewająca myśl. Dziwna. Nieswoja.
Myśl, którą zdusza, żeby zaraz wrócić do pracy. Przecież jeszcze będzie okazja, żeby to nadrobić. Nadrobić wszystko.


***

Część II — … dobrze, bo byłeś…

24 grudnia 2016, (?)

Nie wie czy traci przytomność, czy zwyczajnie urywa mu się film. Wie natomiast, że ten wstrząs był zdecydowanie słabszy niż poprzedni, jednak dostatecznie mocny, by niebezpiecznie poruszyć rumowiskiem, pod którym się znajdował.
Przez chwilę nie rozumie co się dzieje, nie czuje nic, nie jest zupełnie niczego świadomy. Jakby ktoś wyłączył na moment świat, który zaraz powraca w kolejnych tumanach kurzu, w drapiącym kaszlu i zimnym powietrzu wdzierającym się do płuc.
Świat powraca. Razem z niespodziewanym, rozdzierającym bólem.
Sasuke krzyczy, kiedy jego ciało reaguje na powrót do świadomości. Krzyczy głośno, bez udziału własnej woli. Krzyczy, szarpiąc się do przodu, jakby to miało pomóc wyciągnąć się z morza cierpienia, który właśnie czuł. I wtedy odkrywa, że nie jest w stanie się przemieścić. Że coś przygniotło jedną z jego nóg, być może nawet przebiło łydkę na wskroś, unieruchamiając go, nie pozwalając na dalsze czołganie się. Nie rozumie, nie wie co się dzieje, wciąż bezskutecznie próbując wyszarpać kończynę spod gruzu, który najwyraźniej ją przygniatał.
Wciąż wrzeszcząc. Bo to boli, to wszystko tak piekielnie boli.
Ściska kurczowo dłonie, przenosi ciężar ciała na łokcie, desperacko próbując się podciągnąć do przodu. Jak najdalej, jak najszybciej. Ale nie może, po prostu nie jest w stanie. Łzy bezsilności pojawiają się w kącikach zaciśniętych oczu i mimo że Sasuke nie chce, tak bardzo, bardzo nie chce, spływają po policzkach, mocząc zakurzoną twarz.
Boże.
Umrze. Krzyk przechodzi w ciche łkanie. Szarpie się wciąż. Jednak coraz mniej, coraz słabiej.
Umrze. Sam. W tej cholernej kupie gruzu.
— Halo?! — drze się, mimo że nie ma nadziei na to, że ktoś go usłyszy. — Halo! Pomocy! — Jego głos jest zachrypnięty, zniekształcony, załamuje się, przechodząc w cichy szept. — Pomocy…
Jednak wie, że nikt mu nie pomoże.
Jest sam. Przecież jest sam.

***

— Wiesz, że zamieszkujemy jedną z głównych stref czynnych sejsmicznie?
— Każdy to wie.
— A wiesz, że w trakcie wstrząsów lepiej nie chować się pod stołem? Bo to w sumie słabe oparcie? Chyba że kupimy lepszy. Taki wiesz. Mocniejszy.
— Co cię tak wzięło na trzęsienia ziemi? Nie masz ciekawszych…
— Nie, patrz! Znalazłem artykuł. I tu jest napisane…
— Naruto…
— O zasadzie trójek jest napisane. Wiesz co to zasada trójek jest, ignorancie? Jasne, że nie wiesz, ale spoko, przeczytam ci.
— Naruto.
— Trzy sekundy. — Czyta, ignorując jego niezadowolony ton. — Trzy sekundy na opanowanie paniki…



***

24 grudnia 2016, (?)

Wrzeszczał, szarpał się. Targała nim złość, zaraz przechodząca w mroczną rozpacz. Panika znowu starała się wziąć nad nim górę tylko po to, żeby po chwili nadal próbował walczyć, krzyczeć, wezwać pomocy. A wszystko to w towarzystwie bólu, wszechobecnego bólu, który nie chciał za nic złagodnieć.
Rozpaczliwie pragnął wierzyć, że jeszcze będzie dobrze. Że jeszcze jego los nie jest przesądzony. Jednak z sekundy na sekundę przychodziło mu to z coraz większą trudnością. Nie wiedział ile czasu minęło, aż w końcu zachrypnął na tyle, że z jego gardła wydobywał się tylko niezrozumiały skrzek. Nie wiedział ile razy się szarpał, zanim mięśnie odmówiły mu posłuszeństwa i opadł bezwładnie na gruzowisko, po którym się czołgał. Nie wiedział jak długo siłował się, próbując rękoma zbadać i zniwelować przeszkodę, która teraz przygniatała jego nogę, ale nie był po prostu w stanie, bo przestrzeń w jakiej się znalazł skutecznie ograniczała mu ruchy. Tylko koniuszkami palców zdołał smyrnąć blokujące kończynę rumowisko.
Umrze.
Leżąc wśród porozbijanych odłamków, bez siły, żeby krzyczeć, żeby wciąż walczyć. Umrze sam, w ciemnościach, bez nikogo w pobliżu, bez tej odrobiny ciepła, którą dawała mu zawsze obecność Naruto. Bez tej odrobiny ciepła, z jakiej nawet nie zdawał sobie sprawy, a jaką przecież przez ostatni rok miał zawsze przy sobie i tylko przez głupie perypetie losu ją ignorował, momentami nawet odrzucał, bo przecież zawsze był sam. I nie potrafił docenić tego, co mógł ofiarować mu drugi człowiek. Co ofiarowywał mu Naruto.
Umrze.
24 grudnia. Samotnie. Mimo że jest to dzień, który powinien spędzać z najbliższymi, w domowym zaciszu, wśród radości, do czego przecież miał sposobność, ale beztrosko ją odrzucił z pobudek, których w tej chwili nawet nie potrafił sobie przypomnieć. I nawet nie chce, bo i bez tego cholernie żałuje wszystkich popapranych decyzji przez które znalazł się w takiej, a nie innej sytuacji.
Leży. Bez sił, bez nadziei.
Pustym spojrzeniem wpatruje się przed siebie. W ciemność. Nieskładne myśli krążą po głowie. Nie ma sił. Zupełnie już nie ma sił. I coraz bardziej uświadamia sobie, że umrze. Przymyka oczy. Wilgotne oczy.
Dobrze. Dobrze…

***

6 grudnia 2015, wieczór

— Wszystko dobrze?
Sasuke przez chwilę wpatruje się w twarz Naruto, która pojawiła się w zasięgu jego wzroku dosyć niespodziewanie. Właśnie leżał na kanapie, z dłonią przyłożoną do czoła i wpatrywał się w sufit. Znaczy, wpatrywałby się, gdyby nie to, że widok zasłoniły mu niebieskie tęczówki.
— Hm? — mruczy. Nie czuje się zbyt dobrze. Czyżby… gorączka?
— Nie wyglądasz kwitnąco — stwierdza Naruto, marszcząc nos. — Chyba zbiera ci się na jakieś choróbsko, co? Herbaty?
— Yhm… zaraz wstanę. Zrobię — mówi cichym głosem, na chwilę przymykając powieki. Na chwilę, chwileczkę, zaraz będzie lepiej.
— Daj spokój. Leż. — Głos Uzumakiego cichnie nieco, kiedy najwyraźniej przechodzi do kuchni. — Jestem tu, więc się tobą zajmę.
Przez chwilę Sasuke faktycznie leży i dodatkowo nie wie co powiedzieć. Zaraz jednak otwiera oczy i kieruje spojrzenie w stronę krzątającego się blondyna. Jest mu… nieswojo. Dziwnie nieswojo, ale i jakoś… przyjemnie.


***

24 grudnia 2016, (?)

— Sasuke? Sasuke! Boże, Sasuke! Nie odpływaj!
Wciąż leży. Słyszy głos, blisko, tuż przed sobą, a nie ma siły, żeby unieść głowę i spojrzeć na wołającą go osobę. Nie ma siły na nic. Wszystko go boli, tak kurewsko boli. Przede wszystkim noga, teraz tkwiąca pod kupą gruzu, ale również i skroń daje o sobie znać. Bolą także obtarte już łokcie, bolą wszystkie mięśnie, od tego szarpania, od prób wydostania się.
— Weźże się w garść, Uchiha! — W głosie pobrzmiewa złość. Jednak Sasuke nie ma, naprawdę nie ma siły, żeby jakoś zareagować. Ani na rozkazujący ton, ani nawet na to, że czyjeś ręce chwytają go za policzki i unoszą twarz do góry. Musi przez chwilę walczyć ze sobą, żeby zmusić się do otwarcia oczu. Marszczy zaraz brwi, widząc intensywne spojrzenie niebieskich ślepi.
— Naru… to? — Udaje mu się wykrztusić.
— Naruto, Naruto — przedrzeźnia go drugi mężczyzna, gniewnie marszcząc brwi. — Jak ty wyglądasz? Wiesz, że chętnie bym ci przyłożył, gdyby nie to, że i tak sprawiasz wrażenie, jakbyś zaraz miał zejść? Widzisz co się dzieje, kiedy spuszczam cię na chwilę z oka? Budynki się walą, to się dzieje!
Sasuke parska krótko. Boleśnie.
— Chciałem… chciał… żebyś tu był — mówi z wysiłkiem, podnosząc rękę, żeby przykryć nią jedną z dłoni, które wciąż znajdowały się na jego policzkach.
— A ja chciałem, żebyś był ze mną u moich rodziców. I kogo plan na święta okazał się być lepszym, panie-wiecznie-samotny, co? Jasne, że mój. Zobaczysz, jak za rok będziesz świrował i kombinował, żeby znowu być z daleka ode mnie, to ci centralnie nakopię. Masz dożywotni szlaban na zgrywanie samotnika.
Jest zimno. Ciemno. Wszystko go boli. Jednak na twarzy wyraz rezygnacji zmienia się w delikatny uśmiech, bo może słuchać tego marudzącego głosu, który nawijał z rozbrajającą prędkością. Do Sasuke niewiele docierało z przekazywanych mu właśnie słów, ale nie było to ważne. Liczył się fakt, że były wypowiadane tym konkretnym, niezmiernie przyjemnym dla jego ucha głosem, lekko zachrypniętym, teraz pełnym nagany. Głosem, który po kolei wyrzuca mu wszystkie jego błędy, złe zachowania i przyzwyczajenia. Głosem, który stwierdza, że wszystko będzie dobrze, jeszcze wszystko będzie dobrze, a kiedy już tak się stanie, to Naruto skopie jego cztery litery tak, że zapamięta sobie raz na zawsze, że nie jest SAM.
— Jesteś idiotą — stwierdza Uzumaki. W jego głosie już nie ma nagany. W jego głosie jest tylko nuta czułości. — Upartym, nie dającym sobie wytłumaczyć, że ma wsparcie, idiotą. A teraz: WEŹ. SIĘ W GARŚĆ!
Sasuke patrzy w te niebieskie oczy i myśli, że tak. Właśnie tak zachowywałby się Naruto w takiej sytuacji. Mimo wszystko nie odpuściłby mu opierniczu, mimo wszystko byłby tą tlącą się iskierką nadziei, że jeszcze faktycznie będzie dobrze. Że nie roztkliwiałby się nad jego ranami, przynajmniej jeszcze nie teraz, nie w chwili kryzysu, bo przecież nic by to nie dało. W przeciwieństwie do stanowczego “weź się w garść”. Trajkotałby, byleby trajkotać i swoim słowotokiem odwrócić uwagę od najgorszego, od złych myśli nachalnie kłębiących się w głowie.
— Chciałem, żebyś… był — mówi ponownie, kiedy Uzumaki milknie, żeby nabrać powietrza do kolejnej tyrady. Ściska trzymaną wciąż dłoń.
— Jestem, głupku — odpowiada Naruto, a jego głos znowu nabiera łagodnych nut. — Zawsze przy tobie jestem. Nawet jak mnie nie ma.
Sasuke uśmiecha się z wdzięcznością, starając się skupić spojrzenie na błękitnych tęczówkach. Zdaje sobie sprawę, że coś w tym jest. Że nawet bez fizycznej obecności od pewnego momentu jego życia ten konkretny mężczyzna jest przy nim zawsze. Jest w myślach. W sercu. Po prostu. Szkoda tylko, że Uchiha potrzebował przygniecenia przez budynek, żeby to zrozumieć.
— Mówiłem ci — charczy i zaraz przerywa mu atak nieznośnego kaszlu. Powietrze jest zimne, wciąż wypełnione tumanami kurzu. — Mówiłem, że cię… — próbuje wykrztusić, ale głos ponownie mu się załamuje.
— Teraz ci się zbiera na wyznania, bucu ty? — Kciuki Naruto obcierają kąciki jego oczu. Kąciki, w których wciąż szklą się niechciane łzy. — Nie, nie mówiłeś. Ale powiesz. Musisz mi powiedzieć. Będę, w odpowiedniejszej chwili, stanowczo na to nalegał.
Zalega między nimi cisza.
Sasuke nie odpowiada, że taka chwila może właściwie nie nadejść. Nie musi. Więc zamiast tego patrzy, tylko patrzy, chłonąc spojrzeniem twarz znajdującą się zaledwie kilkanaście centymetów od jego własnej. Chłonąc spojrzeniem sylwetkę leżącą, podobnie jak on sam, na brzuchu, wśród gruzu i tumanów kurzu. Wśród ciemności.
— Wiesz — zaczyna. Chce powiedzieć, że jest w tej chwili pieprzonym egoistą. Że nie powinien… że… że… Marszczy brwi. Myśli kotłują się w głowie, otępiałe, nieskładne. Dopiero po dłuższej chwili dociera do niego, że bezdenna ciemność, która go otaczała wcale już nie jest przecież taka ciemna. Że, okej, może nie poraża go słoneczny blask, ale w przejściu, przez które niedawno jeszcze próbował się przecisnąć, jest… szaro. Ciemnoszaro, ale na tyle jasno, że widzi niedługi tunel, do którego z góry przebijają się promienie. Że może dostrzec kontury ruin.
Będzie… dobrze?
Byłoby. Bo gdyby tylko mógł się ruszyć, gdyby tylko nie ta cholerna noga, to być może przeczołgałby się do tej jaśniejszej plamy, znajdującej się jakieś dwa metry za Naruto i mógłby się uwolnić. Mógłby wyczołgać się, prawdopodobnie, już na powierzchnię i… i… i…
Z jękiem zaciska powieki, kiedy atakuje go kolejna fala wzmożonego bólu.
Myśli wirują, świat znika, powoli znika, żeby jednak zaraz znowu stać się boleśnie realnym miejscem, w którym jest tylko ból, tumany kurzu, suchy, nieznośny kaszel i przeraźliwe zimno, które teraz wstrząsa jego ciałem, powodując kolejne uderzenie palącego cierpienia.
Będzie dobrze…
...nie. Nie będzie.
Gdzieś nad nim rozlega się irytujący dźwięk, którego nie potrafi zinterpretować. Którego nie ma siły interpretować, bo świat jest jednym wielkim cierpieniem i on już nie chce, on już nie może… nie ma siły…
— Nie mam… — szepcze z wysiłkiem. Dłonie Naruto mocniej zaciskają się na jego policzkach, delikatnym szarpnięciem ponownie zmuszając go do otworzenia oczu i spojrzenia prosto w jego. — Nie…
— Zamknij się, Uchiha — warczy Naruto. W jego oczach lśni determinacja. — Będzie dobrze, słyszysz? Będzie. DOBRZE — powtarza dosadnie. Kawałki tynku gwałtownie opadają z góry, obsypując ich obu. — Rozumiesz?!
— Tak — dyszy z wysiłkiem. Jego powieki ponownie opadają. — Tak…
Dotyk z twarzy znika. Postać Naruto rozmazuje się i znika powoli, kiedy Sasuke jeszcze na chwilę, na sekundę, udaje się ponownie uchylić oczy.
— Więc krzycz, Sasuke — słyszy.
— Nie mogę — jęczy. Słowa bolą. Wszystko boli. Tak bardzo, bardzo boli. — Nie mam… sił.
— Krzycz. Jeszcze tylko raz: krzycz!
— Nie…
— Krzycz! — ostatni raz nakazuje niknąca halucynacja.
I Sasuke krzyczy.
W podrygu nadziei, głośno, niekształtnie. Po prostu wrzeszczy, nie starając się nawet skłaniać głosu do formułowania jakichkolwiek słów. Wrzeszczy, ostatkami sił, desperacko. Wrzeszczy, mimo braku sił, mimo zmęczenia i świadomości, że to na nic, że już… że już nie ma… że…
Krzyczy. Aż traci dech.
Zanim jego głowa bezwładnie opada pojawia się w niej myśl, że nieznośnym dźwiękiem był sygnał strażackiej syreny.


Część III — ...i bądź.

***

— Hej, tam…!
— Słysze…?!
— Tu! …dze go! Szybko!

***

— … jego stan?
— Nie jesteśmy jeszcze pewni, jednak…
— Czy… z tego?
— To sil… jesteśmy pełni… ...zmu.
— Ale…
— Robimy co możemy.

***

— Może pójdzie pan…
— Nie!
— Nie wybudzi się przez najbliższe… ...ęc… mo…
— Nie. Już nigdy.

***

— W wyniku wstrząsów sejsmicznych zawaliła się konstrukcja nowobudowanego wieżowca, niszcząc sąsiednie obiekty mieszkalne. Jak dotąd nie odnotowano ofiar śmiertelnych, jednak prace…

***

— Zamorduję cię, jak się obudzisz, słyszysz? Wezmę i cię po prostu zamorduję.

***

— Święta.
— Święta: co?
— Jak zazwyczaj spędzasz święta.
— W pracy. — Sasuke wzrusza ramionami, patrząc na swojego faceta z lekką konsternacją. — Jak większość japończyków.
— Och, no… niby tak. — Ze zdziwieniem Uchiha rejestruje fakt, że Naruto najwyraźniej jest skrępowany. Świadczyły o tym zaczerwienione policzki. — Wiesz. Bo moja mama. Noo… Robi wystawną kolację. Taką typową. Bożonarodzeniową.
— Tak po europejsku?
— Yhm. Dokładnie — przytakuje.
— Aha.
Zalega między nimi cisza, w której Naruto zdążył zaczerwienić się jeszcze bardziej.
— Pojedźzemną — mruczy w końcu niewyraźnie, patrząc na Sasuke z oczekiwaniem.
— A teraz powiedz to samo, tylko tak, żebym był w stanie cokolwiek zrozumieć.
— Pojedź. Ze mną. Do moich rodziców. Na święta.
Nie odpowiada. Nie wie co. Po chwili rzuca niezobowiązujące:
— Pomyślę.


***

Sasuke budzi się powoli. Niechętnie.
Jasność pomieszczenia w którym przebywał drażni jego oczy, przez co przez chwilę mruga zawzięcie. Kiedy udaje mu się przyzwyczaić wzrok, pierwszym faktem, jaki do niego dociera jest to, że znajduje się w szpitalu. Charakterystycznego zapachu i mdłego koloru ścian i sufitu nie dało się pomylić z innym obiektem.
W szpitalu. Bezpieczny.
Nie pod gruzowiskiem.
Przyjmuje ten fakt bez większych emocji. Nie do końca dociera do niego obecna sytuacja i nie wie, czy wynika to z faktu, że został naćpany lekami, czy może po prostu jednak wciąż tkwi pod zawalonym budynkiem i wszystko co obecnie widzi jest tylko kolejną, bardziej złożoną halucynacją. Nie wie, którą opcję by wolał. Właściwie jest mu to obojętne, dopóki nie czuje bólu, tego przeraźliwego zimna i totalnej niemocy.
Jest jasno, cicho. I bezpiecznie.
Przenosi spojrzenie w bok. I widzi Naruto. Siedzącego tuż przy jego łóżku, z łokciami opartymi na materacu i twarzą schowaną w dłoniach. Sasuke obserwuje przez chwilę jego posturę. Skulone ramiona. To, jak oddycha, ciężko, jakby z wysiłkiem. Jakby był przeokrutnie wymęczony. Sasuke obserwuje i tym razem wie, że siedząca przy nim postać jest prawdziwa, realna. To powoduje, że na jego twarzy wykwita lekki uśmiech.
Sięga dłonią w kierunku drugiego mężczyzny, żeby go dotknąć, zwrócić na siebie jakoś jego uwagę. Nie zdąża jednak, bo Naruto wybudza się z letargu podnosząc głowę. Na chwilę znowu zamiera i Uchiha ma możliwość zobaczenia zmęczenia na jego twarzy, ciemnych cieni pod oczami, suchych warg i czającego się w spojrzeniu strachu.
Zaraz Naruto zrywa się gwałtownie z miejsca, na którym dotychczas siedział, żeby klapnąć na skraju szpitalnego łóżka, żeby rękoma dotknąć jego twarzy, delikatnie smyrając palcami policzki, zarys podbródka. Żeby na chwilę wplątać palce w jego włosy, delikatnie pociągnąć za kosmyki.
Jakby sprawdzał, czy Uchiha faktycznie tu jest.
— Boże — mówi głosem, przepełnionym emocjami. — Boże, Sasuke. — Nachyla się, żeby ucałować go w czoło, w nos, w policzki. — Boże. Zabije cię — szepcze, muskając jego usta, żeby zaraz znowu powrócić do czubka nosa. — Zabiję, zamorduję. Już nigdy… nigdy… — Jego głos się łamie. Przez chwilę kontynuuje drobne pocałunki, aż w końcu wciska twarz w szyję Sasuke, wciąż mamrocząc groźby pod jego adresem.
Sasuke podnosi rękę, żeby pogłaskać nią łaskoczące jego policzek kosmyki. Milczy, pozwalając sobie całym sobą chłonąć obecność drugiego człowieka. Czuje na swojej skórze wilgoć. Do jego uszu docierają urywane słowa, na skórze czuje ciepły oddech. I wie, że Naruto tu jest. Przy nim.
Naruto tu jest. Był z nim także tam, pod gruzami, w najgorszych chwilach.
Jest.
Był.
I już zawsze będzie.



Koniec


1. http://survivalwpraktyce.blogspot.com/2 ... rojek.html
2. „trójkąt życia” - przestrzeń tworząca się między zawalonymi ścianami, które oparły się na czymś stabilnym (choćby na innej ścianie). To w tych trójkątach przeżywa najwięcej osób podczas wielkich katastrof walących się budynków. (inf. http://meksykanskafala.blogspot.com/201 ... .html)