piątek, 1 kwietnia 2016

Na granicy fiksacji

Dziękuję za komentarze wszelakie i zapraszam na część kolejną! Tekst przed publiszem ogarniała AKARI <3.

***

IX

Dosyć szybko znowu pogrążyli się w rutynie, jaka towarzyszyła im przed ostatnim lisim atakiem. Nocne pobudki i picie kawy o ekstremalnych godzinach ponownie wróciły do ich życia. Tak samo jak i Sasuke wrócił do swojej sypialni, czy też po prostu: zaniechał nocnych wizyt w pokoju, w którym przyszło gościć Uzumakiemu. Wróciły również, co było do przewidzenia, senne wizje po których Naruto budził się gwałtownie, wymęczony i rozchwiany emocjonalnie. Z głową bolącą od rechotu lisa i z szalejącymi myślami, skupionymi na tym jak Sasuke dotykał go. Całował. Pieścił.
Dni wypełniały im poszukiwania metody na złamanie pieczęci chroniącej dane, które są zapisane na tablicach stworzonych przez przodków klanu Uchiha i oczekiwaniach na informacje od Hokage na temat badań prowadzonych przez Namikaze. Działali w kierunku ujarzmienia lisiego demona, jednak, ku rozczarowaniu Uzumakiego, ich prace słabo posuwały się do przodu. Mimo że podczas tych wielogodzinnych przesiadywań, ze strony Uchihy dało się słyszeć od czasu do czasu tryumfalne pomruki.
W trakcie jednego z popołudni wypełnionych poszukiwaniami, Sasuke zarządził koniec wiele godzin wcześniej niż mieli to w zwyczaju.
— Dlaczego? — Naruto przez chwilę spoglądał na niego podejrzliwie zza studiowanego właśnie zwoju.
— Wychodzimy.
— Hę?
— Spotkanie ze znajomymi. — Uchiha wzruszył ramionami.
— Co: spotkanie ze znajomymi?
— Nie pamiętasz zaleceń Tsunade? — zapytał, wstając z klęczek. — Masz się nie izolować.
— Ja… przecież… wcale… — zaczął się buntować, niekoniecznie wiedząc właściwie przeciwko czemu w sumie się buntuje. — No ej, no!
— No co?
— I, że co, że niby my razem, teraz mamy… co właściwie?
— Wyjść. Do ludzi.
Na to Naruto nie miał odpowiedzi. No może oprócz jednej.
— Ale ja nie chcę! — stwierdził butnie.
— Jaka szkoda — Sasuke uśmiechnął się złośliwie — że właściwie nie masz w tej kwestii nic do gadania.

***

Naruto dziwił się aktualnie dwóm rzeczom. Po pierwsze temu, że aż tak bardzo sam nie miał najmniejszej ochoty wyściubiać nosa z rezydencji Uchihy. Przez te wszystkie lawiracje związane z lisem, naprawdę odizolował się od innych ludzi i jakoś nie było mu tęskno do zmiany tego stanu rzeczy. W całym wariactwie jakie zagościło w jego życiu, nawet nie było czasu, żeby myśleć o czymś tak przyziemnym jak spotkania z przyjaciółmi. Więc teraz… Po prostu ciężko mu było do tego wrócić.
Drugą rzeczą, której się dziwił, było to, że to właśnie Uchiha zarządził wyjście. Tak, ten sam Uchiha, który przecież od ludzi stronił ZAWSZE i w ogóle raczej mało kiedy można go było ujrzeć w towarzystwie kogokolwiek.
Rozkaz. Rozkaz. Pieprzony rozkaz.
Naruto zmarszczył brwi, słysząc pod czaszką lisie marudzenie. Skroń zakuła go boleśnie.
— Hę? — mruknął nieco nieprzytomnie.
Rozkaz. Powtórzył Kyuubi, ze złośliwą uciechą słyszaną w głosie. No przecież nie chodzi o ciebie.
Uzumaki zacisnął wargi.
Czy Dziewięcioogoniasty miał racje? Cóż… zapewne. I chociaż na co dzień takie myśli Naruto starał trzymać od siebie jak najdalej, tak rzucone znienacka słowa wyjątkowo trafnie wwiercały się w jego świadomość. Jednak nie było mu dane długo nad tym rozmyślać.
— Gotowy? — Głos Sasuke rozbrzmiał z korytarza, skutecznie odwracając uwagę Uzumakiego od lisiego marudzenia.
— Yhm — mruknął. — Już!

***

Później Naruto dziwił się jeszcze bardziej. Bo w barze było mnóstwo znajomych twarzy i wszyscy właściwie zachowywali się nad wyraz normalnie. Nie wiedział w sumie ile wiedzą na temat jego ostatnich… problemów. I czy w ogóle cokolwiek wiedzą. W każdym razie, Uzumaki zdawał sobie sprawę z tego, że nie miał z nimi kontaktu przez długi czas, więc spodziewał się, że dzisiejsze wyjście będzie totalną klapą, że będzie drętwo i w ogóle, że przez większość czasu będzie czuł się nie na miejscu.
A jednak było zupełnie odwrotnie.
Przywitał ich serdeczny opierdziel ze strony Kiby, który zrugał Naruto za nagłe zaginięcie z życia towarzyskiego Konohy. I potem jakoś tak wszystko… poszło naturalnie. Bez wymuszonej uprzejmości, po prostu wszyscy zachowywali się, jakby tych dni izolacji Uzumakiego w ogóle nie było.
To z jednej strony było naprawdę miłe. Jednak z drugiej…
Z drugiej jasno wynika, że równie dobrze by cię mogło nie być.
Potrząsnął głową, starając się nie skupiać na prawionych przez lisa złośliwościach. I w trakcie tego potrząsania zauważył, że ciemne oczy, mimo tego, że Sasuke był zajęty rozmową, zerkają na niego czujnie.
Pilnuje cię, pilnuje.
— Och, zamknij się — burknął do siebie, chwilowo tracąc dobry humor.
— Co? — stęknął, siedzący obok niego Choji.
— Nic, nic — uśmiechnął się do niego uspokajająco. Nie miał zamiaru dać się stłamsić marudzeniu Kyuubiego. Nie dzisiaj. Tak więc reszta wieczoru minęła w spokojnej, wesołej atmosferze, przy wspominkach starych dobrych czasów, piwie i ogólnie dobrym humorze.

***

Najdziwniejszy w tym całym spotkaniu okazał się być Sasuke. Taki… NORMALNY, wyjątkowo uczłowieczony Sasuke, który nie aż tak bardzo stronił od ludzi, i który pozwalał się wciągać w rozmowy, odpowiadając taktownie na zadawane pytania i nawet od czasu do czasu pozwalający sobie na skrzywienie ust w delikatnym uśmiechu. Och, no jasne, w dalszym ciągu był sobą, tyle, że takim… bardziej ludzkim.
Właśnie tego wieczoru Naruto odkrył, że przegapił moment w którym przyjaciel odzyskał spokój.
Pamiętał, że lata temu, kiedy ich drogi rozeszły się na długi, długi czas, Sasuke był rozdarty. Pamiętał, jak pałał chęcią dokonania zemsty na bracie, jak rozpamiętywał masakrę mającą miejsce w dzielnicy jego klanu. Pamiętał jego nieustanne dążenia do zdobycia mocy, umożliwiającej wyznaczenie sprawiedliwości osobie odpowiedzialnej za śmierć jego rodziny.
Pamiętał ich walkę w Dolinie Końca.
Pamiętał jego czarne oczy, zbyt poważne jak na tak młody wiek. Zbyt zmęczone tym co zdołały już w życiu zobaczyć. Wypełnione jedynie gorącym pragnieniem zemsty.
I pamiętał również obojętność. Bo wtedy, w Dolinie Końca, dla Uchihy wszystko przestało się liczyć, oprócz chęci pozyskania odpowiedniej siły. I walka z Naruto była dla niego jednym z pierwszych kroków w tym kierunku.
Pamiętał, że bolało. Właśnie ten obojętny wyraz twarzy, ten brak emocji i deklaracje, że Sasuke właściwie ma gdzieś swoją własną przeszłość w Wiosce Liścia, a tym samym wszystkich swoich znajomych. W tym Naruto, który przecież przez kolejne lata ganiał za nim, nie dając sobie wmówić, że nie uda mu się sprowadzić przyjaciela do wioski. Że sprawi, że ten cholerny dureń przejrzy na oczy i wszystko będzie tak jak dawniej. Pamiętał, że to wtedy świadomie sięgnął po moc Dziewięcioogoniastej bestii, obnażając się tym samym przed nią ze wszystkich emocji. Tamtego dnia było to czyste przygnębienie i smutek.
Pamiętał również późniejsze spotkania, podczas których został wielokrotnie zraniony, zarówno psychicznie, jak i fizycznie. A potem, nagle, po wielu latach, Sasuke po prostu wrócił. Najwyraźniej zdobywając cel jaki przed sobą postawił i tym samym osiągając spokój, do którego aktualnie Naruto było bardzo daleko. Wrócił, pokonawszy Orochimaru i właściwie to było na tyle co wiedział Uzumaki. Bo zaraz też po jego powrocie zaczęły się dziksze nagabywania lisa i odważniejsze próby przejęcia jego ciała.
Dlaczego? Dlaczego akurat wtedy dziewięcioogoniasta bestia zaczęła wykazywać większą aktywność?
Naruto nie wiedział. A lis odpowiadał mu jedynie zjadliwym śmiechem.

***

Kolejne dni mijały. Do poszukiwań sposobu rozszyfrowania pieczęci i oczekiwań na wieści od Hokage, dołączyły stosunkowo częste spotkania ze znajomymi. Życie Naruto w pewnych aspektach stało się dosyć stabilne, mimo dzikich nocnych wizji czy dziennego lisiego marudzenia. A ta odrobina stabilności jak najbardziej mu odpowiadała, więc chwytał się jej kurczowo, z niejakim optymizmem patrząc w przyszłość.
I nawet mu się to optymistyczne nastawienie sprawdziło, bo nastał w końcu poranek, podczas którego w progach uchihowego domu pojawił Konohamaru ze stertą zwojów od Hokage. Tylko jakież było zdziwienie Naruto, gdy w końcu zapoznał się z ich zawartością.
Sasuke zastał Uzumakiego ślęczącego nad jednym z papierów w kuchni, z wystygłą kawą podstawioną pod nos, zgarbionymi plecami i oczami wbitymi w nakreślone na zwoju literki. Obowiązkami nad swoimi badaniami mężczyźni podzielili się w taki sposób, że Uchiha kontynuował męczenie sposobu odszyfrowania klanowych tablic, a Naruto wziął na siebie zaznajamianie się z treścią notatek czwartego Hokage. I aktualnie mu się takie rozwiązanie nie podobało, bo tak niekoniecznie łapał co czyta. Znaczy… łapał. Chyba. Trochę.
Ale jakoś ten czytany tekst nie za wiele mu rozjaśniał w głowie, a przecież dzięki notatkom Czwartego miał się czegoś dowiedzieć o lisim demonie, psia mać! A nie, że siedzi i czyta… czyta… no głupoty, no!
— Bez sensu — burknął do siebie, ledwo rejestrując fakt, że w kuchni nie znajdował się już sam.
— Hm? — mruknięcie mężczyzny, aktualnie stojącego przy blacie i nastawiającego wodę, wyrwało Uzumakiego z własnych rozmyślań. — Kawy?
— Poproszę. A bez sensu — dodał wskazując na leżącą przed nim dokumentację — są te świstki.
— Zapiski Czwartego? — Uchiha zerknął na niego, unosząc jedną z brwi. — Co niby z nimi jest nie tak?
— Bo to nie są zapiski! — jęknął Naruto, podnosząc jeden z papierów i machając nim z irytacją. — To jakieś… jakieś bajki durne, no!
— Bajki.
— TAK. CHROMOLONE BAJKI!
— Bajki czy może legendy?
— Nie sądzisz, że to jeden pies?
— W legendach ponoć zawsze tkwi ziarno prawdy. — Sasuke wzruszył ramionami. — Tylko trzeba umieć je odpowiednio odczytać.
— Sugerujesz, że nie umiem składać literek?
— Sugeruję, że patrzysz na to wszystko zbyt powierzchownie — odpowiedział poważnie. — Przeczytaj którąś.
Przez sekundę czy dwie Naruto wpatrywał się w postać mężczyzny, który usiadł właśnie na krześle naprzeciw niego, z wyraźną podejrzliwością. Zdusił jednak chęć warknięcia czegoś głupiego w ramach odpowiedzi, westchnął ciężko i z małego stosu wygrzebał zwój oznaczony pierwszym numerem. Zaczął czytać.

***

Mędrzec ze zmęczeniem i smutkiem patrzył na rosnące w świecie skupiska złych emocji. Na lęk, na wstyd i gniew wśród pierwszych shinobi się szerzące, które pchały ludzi ku czynom dalekim od chwalebnych. Które stawiały brata naprzeciwko bratu, dzieci przeciwko rodzicom, które z przyjaciół czyniły wrogów i przez które zrywano wszelakie więzi.
Widząc więc, że pod natłokiem tych odczuć wojownicy i ich klany wybijają się wzajemnie, poszukując mocy do własnego przetrwania, wziął Mędrzec i zebrał negatywną energię w jedno skupisko, aby następnie podzielić ją na części, które pod odpowiednie piecze trafić miały.
Trzech strażników więc z lęku towarzyszącego ludziom powstało, lęku objawiającego się niepokojem, napięciem i oczekiwaniem najgorszego. Trzech kolejnych ze wstydu zlepiono. Z toksycznego uczucia własnej ułomności, przeświadczenia o przegranej oraz bezwartościowości. Trzech ostatnich strażników zrodziło się z gniewu. Z narastającej frustracji i złości. Z wszechobecnej agresji.
Po trzech strażników z trzech emocji więc stworzył Mędrzec.
Każdy z jasnym zadaniem mu przyświecającym, aby nad swą częścią negatywności panować i do uwolnienia jej nie dopuścić. I tak nastał pokój wśród shinobi. Dzięki Mędrca interwencji, świat mógł na przód przeć, wolnym będąc od negatywnych emocji. Więc nastały lata świetności i wspaniałości o których po dzień dziś mówić z dumą możemy. Bo z klanów niegdyś zaciekle ze sobą walczących, do dziś przetrwały wioski przez ich przywódców budowane i zarządzane z rozwagą i mądrością.


***

— I tak mniej więcej wygląda też reszta. — Naruto przerwał czytanie tekstu. — Czyli bajki.
— Albo zapiski z pierwszych lat istnienia shinobi.
— Ach, no tak. Bełkot o emocjach zapewne ma z tym wiele wspólnego. Oczywiście. — Skrzywił się. Zupełnie to do niego nie przemawiało. — Zwykłe banialuki.
— Niekoniecznie. — Sasuke wstał, żeby zalać kawę gorącą wodą. — Nie sądzisz, że dziewięciu strażników to najprawdopodobniej jinchuuriki?
— Ja nawe…
Głośny rechot lisa spowodował nagły, ostry ból, sprawiający, że Naruto zamilkł gwałtownie, jednocześnie przymykając oczy. Nie wiedział co też spowodowało taką wesołość demona, ale chyba nawet nie chciał wiedzieć.
— No. Może — mruknął w końcu, masując skroń, jednak dziki śmiech wcale nie chciał ucichnąć, a ból zniknąć. — Ale nawet jeśli, to wiedza z tych zapisków na niewiele nam się przyda, nie?
— Być może.
Naruto uchylił powieki, żeby zerknąć na przyjaciela, kiedy do jego uszu dotarł stuk stawianej na stole kawy. Przez sekundę miał wrażenie, że widzi w jego oczach coś na kształt… troski? A może smutku?
Wzbudzasz litość?
Ciemne spojrzenie przeniosło się zaraz na rozłożony na stole świstek. Wąskie brwi zmarszczyły się wyraźnie, kiedy mężczyzna dojrzał na nim coś, co najwyraźniej wzbudziło jego zainteresowanie.
— Tam w rogu — wskazał palcem na rozwinięty zwój. — Jest coś dopisane?
Naruto podążył wzrokiem na wskazywane przez Uchihe miejsce. Faktycznie. Na skraju papieru ktoś nabazgrał coś nieco niechlujnym, pochylonym pismem. Zupełnie jakby były to rzucane na szybko myśli, zapisywane naprędce, byleby ich nie zapomnieć. Nachylił się nad zwojem, jednocześnie mrużąc oczy.
Kiedy budzą się strażnicy? — odczytał z trudem krótką notatkę. — Pod wpływem silnych emocji. — Przerwał na chwilę, nie mogąc rozszyfrować kolejnych zdań. — Kiedy ...zgs… nie. Kiedy zyskują najwięcej? Gdy odradzają się z przeciwności.
Oderwał spojrzenie od tekstu i spojrzał z niezrozumieniem na Sasuke, który wyglądał na równie skonfundowanego co on sam.
— Załapałeś coś z tego? — zapytał mimo wszystko.
Uchiha pokręcił głową.
— No — westchnął Uzumaki. — To cudownie.
Kurwa.

***

wtorek, 15 marca 2016

Na zdrowie!

 To nie nowa część lisa, ale mam lekkie wyrzuty sumienia, że nic tu się nie dzieje, a naprawdę nie mam pojęcia kiedy capnie mnie na kolejny rozdział. Bo nawet szło OKEJ, ale żem się wzięła i rozchorowała, co jakoś popsuło mi plany w macaniu tekstu. Ale w sumie dzięki kichaniu ogarnęłam, że tej miniaturki nie wrzuciłam na bloga x). Już trochę miesięcy ten tekst ma, bo z tego co pamiętam, to powstał jakoś w 2014. Aleno, proszę traktować jako typowy rozluźniacz x). Dziękuję za komentarze pod poprzednimi nociami! :"D  Tytuł: Na zdrowie!
Długość: jakieś 4,7k słów.
Gatunek: obyczaj z lekką nutką komediową.
Beta: Akari! <3 <3 <3 
Ostrzeżenia: kilka przekleństw.
Uwagi: fik, jaki życzyła sobie TAT w temacie "napisz dla mnie" na forum SN. Chociaż z tego co pamiętam trochę nie trafiłam w wytyczne xD.
  ***

Olśnienie przyszło nad ranem. A kiedy już nadeszło i w pełni do niego dotarło, to nie mógł dać wiary we własną głupotę.

***

Nie.
Nie zgadzał się.
Po prostu nie zezwalał na taki stan rzeczy.
No... No nie i już!
Bo przecież to była słabość. To była taka ludzka niedoskonałość, która zdarzała się innym! Ale nie jemu! Po prostu N.I.E. Definitywnie i ostatecznie. Nie wyrażał zgody, więc nie życzył sobie, aby dopadło to jego! Zwłaszcza w tym feralnym dla niego okresie...
— Trzydzieści osiem i osiem. No to żeś się załatwił. — Tsunade gwizdnęła cicho pod nosem, zaraz po tym, jak zerknęła na termometr, który jeszcze przed chwilą znajdował się pod pachą Sasuke.
— Niemożliwe — mruknął niemrawo, zezując lekko na kobietę. I pociągnął donośnie nosem. — Uchiha nie chorują... — powiedział nieco nieprzytomnie, zastanawiając się jednocześnie, czy to on się trzęsie, czy może Konohę właśnie nawiedzają fale sejsmiczne, bo jakoś tak wszystko mu... drgało dosyć nieprzyjemnie. — Nigdy... — zakończył kulawo, przymykając oczy.
— Doprawdy?
— Tak, psi... psia... APSIK! — Kichnął potężnie, zamykając jednocześnie oczy. — Cholera, psia mać — parsknął. Nie był do końca pewien, czy na pewno chce uchylić powieki. Nie po tym, co spotkało go dzisiaj rano. Czy też: co spotkało jego kuchnię.
Jednak, kiedy do jego uszu dotarło ciche parsknięcie hokage, zaryzykował otwarcie oczu. Rozejrzał się niepewnie. I zaraz z jego ust wyrwało się nieco nieuchihowe, zrezygnowane westchnięcie. Bo tuż obok niego siedział... Sasuke. A po drugiej jego stronie... również Sasuke.
— Jeżeli cię to pocieszy — powiedziała tymczasem Tsunade, uśmiechając się przy tym jakoś tak... wrednie. — To jeszcze nigdy nie widziałam nikogo, kto podczas zwykłej grypy nie potrafiłby kontrolować swojej chakry.
— Cudownie — burknął Uchiha. Jego klony pokiwały zgodnie głowami w geście poparcia.

***

Naprawdę miał nadzieję, że to się nie działo. Czuł się po prostu paskudnie. Gardło drapało go boleśnie, w nosie miał gigantyczną kluchę, której za nic w świecie nie mógł wysmarkać, dodatkowo jeszcze ledwo łaził. Nogi miał jak z waty i podejrzewał, że jak będzie nadużywał zdolności utrzymywania się w pionie, to niechybnie ją straci i będzie zmuszony do pełzania w celu przemieszcza się z jednego pomieszczenia do innych.
Boże... Marzył o herbacie.
Chociaż nie...
Poprawka: marzył o tym, żeby ktoś zrobił mu herbaty. I najlepiej, żeby był to Naruto.
— Yh — sapnął mimowolnie, zagłębiając się bardziej w fotelu na którym właśnie dogorywał. Zawinął się ciaśniej kocem, czując kolejne nieprzyjemne dreszcze gorączki. Po prostu fenomenalnie. Weźmie i tu umrze. Serio. Siedząc na fotelu przed telewizorem.
Wracając jednak do Naruto. Uzumaki nie zrobi mu herbaty z jednego, dosyć ważnego, choć nie do końca zrozumiałego dla Sasuke powodu. Otóż, mężczyzna był po prostu na niego wściekle zły. I to tak zły, że właściwie z nim zerwał. I wyprowadził się z domu Uchihy, w którym mieszkali wspólnie niemalże już pół roku.
Sasuke niekoniecznie wiedział, co takiego zrobił, że Naruto postanowił podjąć tak drastyczne kroki. Mimo wszystko w ich związku nawet się układało i wszystko było jak najbardziej okej. Przynajmniej z perspektywy Uchihy. Teraz jednak szczerze żałował, że ich związek się sypnął. Znaczy, wcześniej też żałował, bo bycie z Naruto mu się podobało i naprawdę, naprawdę doceniał jego obecność w swoim życiu, jednak... Boże. Najbardziej perwersyjną myślą dzisiejszego dnia było wyobrażenie w którym Uzumaki stał w jego kuchni i przyrządzał mu herbatę. Z cytryną. I miodem.
Musiał mieć naprawdę, naprawdę wysoką gorączkę.
Na potwierdzenie swojego marnego stanu rozkaszlał się. Przez chwilę miał wrażenie, że chyba wypluje płuca i za kilkanaście dni może ktoś się nim zainteresuje i znajdzie jego zwłoki, zawinięte w ten przeklęty koc.
— Cho...lera — wystękał, próbując złapać oddech. — Wykończę się.
Jednak zanim radosne wyzionięcie przez niego ducha zdążyło mieć miejsce, usłyszał pukanie do drzwi. Z jednej strony naprawdę miał ochotę je olać i zgnić w fotelu, bo przecież dostanie się do przedpokoju wymagało kolosalnego wysiłku. Jednak z drugiej... to prawdopodobnie był ktoś od Tsunade z tabletkami, którymi będzie mógł się nafaszerować i zasnąć w spokoju, próbując przespać ten swój chorobowy stan. A jeżeli nie, to może przy odrobinie szczęścia, zaćpa się tymi cholernymi prochami.
Pukanie rozległo się ponownie. Z ciężkim westchnieniem zwlekł się więc ze swojego siedziska, odwinął z koca i oplatając ciasno własnymi rękoma, ruszył w kierunku drzwi. To była długa i męcząca podróż. Miał wrażenie, że żadna kończyna jego własnego ciała nie chce go słuchać i każde polecenie wykonuje z wyraźnym oporem. Dodatkowo, bolały go chyba wszystkie możliwe mięśnie.
— No przecież idę! — zaskrzeczał dosyć niewyraźnie, kiedy osobnik znowu zapukał ze zniecierpliwieniem. — Pali się, czy co... — Otworzył drzwi i zamarł, ze zdumieniem wpatrując się w postać stojącą przed wejściem do jego mieszkania. — O.
No cóż... Tego się raczej nie spodziewał. Znaczy, po ostatnich wydarzeniach Sasuke nie spodziewał się, że Naruto we własnej osobie pojawi się w progu jego domu. Nawet, jeżeli przed chwilą marzył o tym, że mężczyzna mu usługuje, robiąc niezliczoną ilość herbat. Przecież to były tylko nierealne fantazje wywołane durną gorączką.
Stali tak w ciszy przez dobre kilka sekund, przy czym Naruto wyglądał jakby miał ochotę się roześmiać! Bezczelny młotek! Przecież Sasuke był CHORY. Zdawał sobie sprawę z tego, że nie wyglądał zbyt kwitnąco w wyświechtanych ubraniach, z chorobliwie bladą cerą, sińcami pod oczami i fryzurą przypominającą pobojowisko. Ale, psia mać, MIAŁ PRAWO prezentować się jak ktoś na kim testowano maszynkę do mielenia mięsa! I to nie był powód do śmiechu.
— Ja... — zaczął Sasuke głosem zniekształconym przez nieprzyjemną chrypkę. Jednak zanim zdążył powiedzieć, to co chciał powiedzieć, zrobił coś, czego z całą pewnością nie chciał zrobić. A już na pewno nie przy Naruto.
Kichnął.
"Po prostu, kurwa, pięknie" pomyślał smętnie. Odczekał sekundę i uchylił niepewnie powieki, aby zobaczyć co wspaniałego przydarzyło się tym razem.
Pierwsze, co dane było mu dostrzec, to rozdziawione w szoku usta Uzumakiego, który po chwili zaczął się bezczelnie śmiać. Sasuke przyglądał mu się przez moment pochmurnym spojrzeniem. Nie za bardzo był w stanie ochrzanić go za zachowanie, więc zerknął w dół na swoje własne ciało.
— No tak... — mruknął ponuro, dziwnie nieswoim głosem, podczas gdy Naruto prawie stracił równowagę, poddając się kolejnemu wybuchowi śmiechu. — Tego jeszcze nie było.
Zamienił się w kobietę.

***

— Ha. Ha. Bardzo zabawne — burczał Uchiha, który już wrócił do swojej naturalnej postaci i zaraz po tym jak Naruto przestał się śmiać, został wepchnięty do mieszkania. Usadzono go w fotelu i nawet owinięto tym samym kocem, którym do niedawna sam się przecież opatulał.
To wcale nie było miłe, że został wyśmiany.
W końcu, kurde, nie jego wina, że pierwszy raz w życiu właściwie złapał grypę i przy niej jego chakra szalała podczas głupiego kichnięcia! Każdemu mogło się zdarzyć... No, ale dobra. Koniec rozpamiętywania. Skoro Uzumaki już się pofatygował w jego skromne progi, to mógłby się na coś przydać.
Herbata. TAK.
— Naruto? — Głos Sasuke może i brzmiał na lekko proszący. Może. Jednak na pierwszy plan wychodziła chrypka, przez którą ledwo dało się zrozumieć, co mężczyzna powiedział. I załamanie przy literce "o", które powodowało tyle, że w ogóle jej się nie słyszało. Uchiha pociągnął nosem. — Yh...
— Nie podoba mi się ta chrypa — stwierdził Naruto wchodząc do pokoju. Sasuke spojrzał na niego spod byka. Jednak zaraz jego oblicze przybrało wyraz nieograniczonego szczęścia, bo Uzumaki niósł duży, parujący kubek, najprawdopodobniej wypełniony herbatą. Boże. Właśnie spełniały się jego fantazje! I właściwie nie musiał nawet marudzić! Chyba umarł i znalazł się w raju.
— To dla mnie? — zapytał jednak z pewną dozą nieufności, kiedy Uzumaki postawił kubek tuż przed nim na ławie.
— A no. — Po odłożeniu naczynia Naruto usiadł w drugim fotelu. — Dla ciebie. Z miodem. I z cytryną.
— Cytryną — powtórzył bezwiednie Sasuke, jednocześnie przymykając oczy i wzdychając. Znaczy, westchnąłby, gdyby nie to, że w jego nosie chyba zaklinowały się korki od szampanów i raczej słabo przedostawało się przez niego jakiekolwiek powietrze. W każdym razie, chyba naprawdę był w raju. Herbata podana przez Naruto! Z miodem! I CYTRYNĄ! Teraz mógł umrzeć szczęśliwy. — Normalnie, kocham cię.
Dopiero po kilku sekundach ciszy, podczas których nachylił się, żeby chwycić ciepły kupek w dłonie i podstawić go sobie pod nos (o tak, dobre ciepełko z kubka!), dotarło do niego, że chyba chlapnął coś, czego nie powinien mówić facetowi, który z nim niedawno zerwał.
— Za herbatę znaczy się — dorzucił, próbując uratować sytuację. Co mu niekoniecznie wyszło.
— Ta... — burknął Naruto, patrząc na niego tymi swoimi cholernymi, zdecydowanie zbyt niebieskimi oczami, z lekkim wyrzutem.
— Właściwie, to co tu robisz? — zapytał, tylko po to, żeby zmienić temat.
— A co? Nie cieszysz się, że mnie widzisz? — rzucił zaczepnie Uzumaki. W jego spojrzeniu dało się dostrzec coś na kształt wyzwania. Zaraz jednak zmiękło wyraźnie. Sasuke podejrzewał, że Naruto po prostu nie potrafił wściekać się na kogoś, kto przedstawiał sobą wyjątkowo nędzny obraz smutku i rozpaczy. A tak właśnie prezentował się Uchiha. I do dopełnienia tego uroczego obrazka, co chwilę pociągał nosem. — Byłem u Tsunade złożyć raport — kontynuował nie czekając na odpowiedź. — Więc jak powiedziała, że byłeś u niej rano, z drobnym problemem gorączkowo-chakrowym... — Machnął ręką, jednocześnie przerywając myśl. — Nieważne. Właściwie, to co się stało w kuchni?
Sasuke spojrzał na niego bez zrozumienia. W kuchni? O. No tak. Zapomniał o tym. Cóż... Rano zwlekł się z łóżka, nie wiedząc jeszcze, że dopadła go grypa, ale już czując się paskudnie. Postanowił zrobić sobie herbatę i kiedy tak stał przy kuchence, odkrył, że ma drobne problemy z kontrolowaniem chakry. Potrójne kichnięcie spowodowało przypalenie firanek, ścian i jednej z półek.
— Katon — przyznał z lekkim zażenowaniem.
— Katon? — W głosie Naruto znowu dało się słyszeć rozbawienie. Jednak tym razem podarował sobie jakieś głośniejsze manifestacje dobrego humoru. — No nic. Przyniosę ci tabletki i przygotuję łóżko — rzucił, jednocześnie wstając z fotela. — Musimy cię porządne wygrzać.
Sasuke zmarszczył brwi, obserwując jak mężczyzna wychodzi z pomieszczenia. Cóż... O co on wcześniej pytał? Czy się cieszy? No...
— Cieszę się — mruknął do siebie, tym swoim schrypniętym, wyraźnie schorowanym głosem. — No jasne, że się cieszę.
I to, ku jego zdziwieniu, była najprawdziwsza prawda. Kurde, chyba właśnie zdawał sobie sprawę z tego, że brakowało mu obecności Uzumakiego w domu.

***

Jakiś czas później został wciśnięty do łóżka. Kołdra, którą został opatulony, krępowała każdy ruch, więc jedyne co mógł robić to gapić się. Aktualnie patrzył, nieco rozkojarzonym wzrokiem, jak Naruto siada tuż na skraju materaca i wpatruje się w niego z uwagą. Mimo gorączki i ogólnego rozkojarzenia, Uchiha dostrzegł lekkie wahanie w oczach drugiego mężczyzny, zanim ten przyłożył mu dłoń do czoła.
— Właściwie, dlaczego mnie zostawiłeś? — wymruczał Sasuke, nie odrywając spojrzenia od twarzy Uzumakiego. Teraz widoczne na niej było zaskoczenie.
— C-co? — wystękał po chwili wyraźnej konsternacji, gwałtownie zabierając dłoń z jego czoła.
— No. Zerwałeś. I to tak wiesz, znienacka.
— Sasuke, majaczysz — stwierdził Uzumaki, kręcąc głową. — Przyniosę jakiś zimny okład, okej?
Gdyby miał nieco więcej siły, to przewróciłby oczami. Och, jasne. Był chory, ale to nie znaczyło jeszcze, że mówił głupoty. Akurat przemyślenia o tym, że Naruto zakończył ich związek były dosyć jasne i i klarowne. A jeszcze bardziej klarowna była myśl, że chce wiedzieć, dlaczego taki stan rzeczy miał w ogóle miejsce. Bo chyba coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że bardzo, bardzo pasowałoby mu gdyby Uzumaki znowu krzątał się codziennie po jego domu. No odzyskać go chciał, no!

***

Sasuke zasnął niespojonym snem, podczas gdy Naruto cały czas ocierał jego ciało wilgotną, chłodną szmatką. Takie bycie smyranym, było jedną z najlepszych rzeczy, jakie spotkały Uchihe do tej pory, podczas tej nieszczęsnej choroby. Dawało wręcz niewyobrażalną ulgę.
Tak więc, jakimś cudem zasnął, mimo dręczącej go wysokiej temperatury i ogólnego „nieczucia się najlepiej”. W końcu, ciężko jest zdrzemnąć się chociażby na chwilę z zatkanym nosem. Jednak jego szczęście nie trwało za długo, bo przebudził się, drżąc niekontrolowanie. Po prostu cudownie.
Przekręcił się nieco i dopiero wtedy dostrzegł, że Naruto zasnął w dosyć nieporadnej pozycji. Twarz opierał na dłoniach wspartych o materac, na którym spał Sasuke, przy czym jednocześnie reszta jego ciała znajdowała się na podłodze. Musiało być mu nieco niewygodnie.
— Naruto? — szepnął, próbując go dobudzić. No przecież nie pozwoli, żeby Uzumaki przespał całą noc w takiej pokracznej pozycji! Rano będzie marudził, że jest obolały, połamany, czy coś i jeszcze... no... i jeszcze przypadkiem nie będzie chciał mu zrobić herbaty! — Naruto!
— Hę? — mruknął niewyraźnie mężczyzna, dopiero po kilku sekundach uchylając powieki. — Sasuke?
— Ty... — zaczął Uchiha. Jednak nie skończył. Przerwało mu dosyć donośne dzwonienie zębów. Jego własnych zębów. Nagle odkrył, że jest mu cholernie, cholernie zimno. Och, kurwa, miał dreszcze. Znowu.
I chyba Naruto dosyć szybko zarejestrował fakt, że Sasuke drży niekontrolowanie, bo zaraz po przetarciu oczu,wstał, podniósł się z klęczek i chwycił rąbek kołdry, którą był przykryty Uchiha.
— Posuń się — mruknął nieco nieprzytomnie, kładąc się tuż obok niego.
— Co?
— No posuń się, no.
I zaraz Naruto wcisnął się pod przykrycie, ciasno przytulając do Sasuke. Wetknął nos w zgłębienie jego szyi.
— I jak? — zapytał szeptem, po krótkich chwili, w której umościł się wygodnie, zarzucając jedną nogę na biodro drugiego mężczyzny, a ręce wciskając pod jego koszulkę.
Naruto był... ciepły. Grzał niczym piecyk i było to cholernie przyjemne doznanie. Sasuke niepewnie wziął z niego przykład i wsunął ręce pod t-shirt Uzumakiego. Naga skóra mężczyzny rozgrzewała cudownie, tak, że nawet po niedługiej chwili Uchiha przestał się trząść.
— Łaskoczesz — stwierdził niewyraźnie, będąc właściwie w lekkim szoku, że mężczyzna tak się do niego przykleił. Przecież był na niego wściekły o... o coś.
— Och, to...
— Nie. Zostań — mruknął sennie Sasuke, jeszcze bardziej wtulając się w ciało blondyna. Boże. Za nic w świecie teraz by go nie puścił. O nie. Pozycja w jakiej się właśnie znajdowali była niebiańsko komfortowa i nie miał zamiaru z niej rezygnować. — Jest idealnie.
Leżeli przez chwilę w ciszy. Z każdą sekundą Sasuke było coraz cieplej i wygodniej. Naruto, z nosem w szyi Sasuke, opuszkami palców zaczął gładzić skórę na plecach drugiego mężczyzny. O tak, faktycznie, było idealnie. Uchiha z ledwością powstrzymał się od zadowolonego westchnienia.
— Przepraszam. — Dopiero po chwili Sasuke odkrył, że wypowiedziane schrypniętym głosem słowo wydobyło się z jego krtani.
— Hm?
Nie odpowiedział. Po pierwsze dlatego, że sam niekoniecznie wiedział, za co przeprasza. A po drugie, że właściwie zaraz zasnął — z mocnym postanowieniem, że dowie się, o co wściekł się na niego Naruto.


***

Nie wiedział, czy obudził się rano, czy było już po południe, ale jednego był pewien: pobudka została spowodowana męczącym, suchym kaszlem, który za cholerę nie chciał dać mu spokoju. Na wszystkie demony tego świata... Czuł się jeszcze gorzej niż dzień wcześniej. Teraz naprawdę umierał. Definitywnie.
Rozkaszlał się ponownie, mimo tego, że wcześniejszy atak dopiero co ustąpił. Po prostu cudownie.
— No Uchiha, naprawdę ładnie się zaprawiłeś — stwierdził Naruto, wchodząc do pokoju. W rękach dzierżył tacę. A na tacy... zupę? Sasuke zerknął na niego nieufnie. — Co?
— Ugotowałeś coś?
— No. A co?
— I to nie jest instant?
— Dzięki za niezłomną wiarę w moje możliwości — mruknął Uzumaki podając mu tacę, gdy tylko podciągnął się na łokciach do pozycji siedzącej. — Mimo wszystko umiem gotować. Jako tako. W każdym razie, nie ograniczam się wyłącznie do zalewania zupek w proszku.
— Więc dlaczego jak mieszkaliśmy razem nie pokusiłeś się nigdy o przygotowanie jakiegokolwiek obiadu? — zapytał, patrząc nieufnie w zawartość swojego talerza. Wyglądała... zjadliwie. Spróbował. — Hej, to dobre jest!
— No widzisz? Jedz. Ja muszę iść do akademii. Wpadnę wieczorem, sprawdzić jak się czujesz, okej?
Nie czekając na odpowiedź, Naruto wyszedł. Sasuke wpatrywał się przez chwilę w miejsce, gdzie przed chwilą stał mężczyzna. Odłożył tacę na szafkę stojącą obok łóżka. Ale jak to: musiał iść? Przecież... No przecież Uchiha był chory i wymagał całodobowej opieki! Nie ma takiego chodzenia do akademii, kiedy on umiera!
Warknął pod nosem, zwlekając się z łóżka.
I jak on w takiej sytuacji miał w ogóle wydobyć z Naruto jakiekolwiek informacje?

***

Och, to nie tak, że był zazdrosny o to, że Naruto właśnie spędza czas cholera wie z kim. Po prostu uważał, że jak Uzumaki już zdeklarował chęć niesienia pomocy, to powinien siedzieć w jego mieszkaniu i najlepiej przyrządzać mu herbatę. Tak właśnie powinno być!
— APSIK! — kichnął potężnie. Aktualnie znowu siedział wciśnięty w fotel w salonie i dosyć nieobecnym spojrzeniem wgapiał się w telewizor, w którym buczał jakiś wyjątkowo kretyński serial. Znaczy, teraz w sumie zaciskał powieki i zastanawiał się, czy na pewno chce je otworzyć. Pociągnął nosem.
— Na twoim miejscu użyłbym chusteczki.
Och. Pięknie. Uchylił powieki i wgapiał się właśnie... no w samego siebie. Znowu przypadkiem stworzył klona.
— Wyglądasz okropnie — stwierdził, wpatrując się w swoje własne oblicze. Miał dziwnie stłumiony głos. A może chodziło o to, że przez tę cholerną grypę miał lekko zatkane uczy i wszystko słyszał jako„dziwnie stłumione”? — Ale co do chusteczek, to chętnie. O ile mi jakieś podasz.
Klon prychnął z niesmakiem. Wyglądał na równie chorego co oryginał. I nawet był zawinięty w taki sam koc!
— Sam sobie weź.
— Na herbatę również nie mam co liczyć?
— Domyśl się.
Sasuke westchnął, stwierdzając jednoczenie, że jest strasznym dupkiem. I kichnął ponownie. Klon nie zniknął...
— Do diabła... nie — jęknął Uchiha, zezując na niego lekko.
… Tylko zamienił się w Sakurę. No, przynajmniej z wyglądu.
— Serio? — Różowowłosy klon parsknął, najwyraźniej będąc rozbawionym tą sytuacją. Uchiha jednak jakoś nie widział w tym nic śmiesznego. — W Haruno?
— Uwierz, jakbym miał na to jakikolwiek wpływ, zamieniłbym cię w... w coś innego — stwierdził, lekko zrezygnowanym tonem.
— W co?
Zastanowił się chwilę. I zaraz uśmiechnął wrednie.
— W chusteczki.

***

Z jego kichania wyszło tyle, że wyprodukował jeszcze kilka klonów. Na szczęście już żaden nie zamienił się w któregoś z jego znajomych. Tylko, że... Pociągnął nosem, wpatrując się czajnik ustawiony na kuchence. I zaraz przeniósł spojrzenie na tacę znajdującą się na kuchennym blacie. Na niej ustawione było pięć kubków. Zmarszczył brwi.
Coś mu się nie zgadzało. Bo raczej nie powinno być tak, że to on robi herbatę swoim klonom, a nie one jemu. Właśnie. Dlaczego on w ogóle robi im herbatę?
— Niesłodzona, pamiętaj! — rozległ się skrzeczący krzyk z salonu.
Przewrócił oczami.
— I z cytryną! — dorzucił kolejny klon.
— I...
— Z MIODEM! — dokończył oryginalny Sasuke, z ledwością powstrzymując się od zgrzytania zębami. — Przecież, kurwa, WIEM!
Uchiha stwierdził, że jego własne klony są cholernie irytujące.
— Skoro my jesteśmy, to ty też.
Och. Pięknie. I najwyraźniej potrafią czytać mu w myślach.
— A odwal się — burknął do Sasuke siedzącego przy kuchennym stole i zabrał się za zalewanie kubków wrzątkiem.

***

— Przyniosłem herba... a... a... APSIK! — kichnął, kurczowo zaciskając dłonie na trzymanej tacy. — Ha! — Z satysfakcją zarejestrował, że nie wylał ani kropelki napoju. — Kurwa. — Zaraz również zauważył, że wszystkie jego klony zniknęły. — Na cholerę mi teraz tyle herbaty?

***

Naruto, gdy tylko wrócił, znalazł go leżącego na dywanie w salonie. Sasuke umierał. Znaczy, on twierdził, że umierał. Inni zapewne by powiedzieli, że przesadzał, ale nie mieliby przecież racji, bo Uchiha nie przesadzają nigdy, i skoro twierdził, że umiera, to znaczyło, że no... że UMIERA!
— Sasuke?! — zawołał od progu Uzumaki, gdy tylko zarejestrował obecność nieco nieprzytomnego ciała na dywanie.
— Co? — burknął Uchiha, z twarzą wciśniętą w dywan. Właściwie sam do końca nie wiedział, jak wylądował na ziemi. Po prostu w pewnym momencie podłoga wydała się być dobrą opcją do leżenia, a zresztą fotel był przecież taaak daleko i w ogóle...
— Boże, myślałem, że straciłeś przytomność. Nie strasz mnie tak. — W głosie Naruto pojawiła się wyraźna ulga. Sasuke usłyszał, jak podłoga skrzypi lekko, przy każdym kroku mężczyzny, gdy ten podchodził do niego. — Właściwie, dlaczego tu leżysz?
— Bo klony zrobiły mnie w konia. Bo herbata w końcu wystygła. Bo fotel był za daleko. I bo zostawiłeś mnie tu na pastwę losu, żebym umarł w samotności.
— Nie umiera się od grypy, wiesz?
— Ja umieram.
— Nawet jeśli, to nigdy nie sądziłem, że akurat tobie będzie przeszkadzała samotna śmierć.
— Czy ty właśnie starasz się być uszczypliwy?
— Nie. Skąd.
— Super. Dobij leżącego. — Sasuke obrócił głowę, aby móc na niego spojrzeć. — Ale skoro postanowiłeś jednak potowarzyszyć mi w tych ostatnich momentach życia, to może powiesz w końcu, dlaczego mnie zostawiłeś?
— Mówiłem: musiałem iść do akademii i...
— Nie dzisiaj — przerwał mu Uchiha, gramoląc się przez chwilę, tak, że teraz klęczał i patrzył z dołu na Naruto pochmurnym spojrzeniem. — Dlaczego ze mną zerwałeś?
— Co cię tak wzięło na ten temat? — zapytał mężczyzna po chwili ciszy. Jego oczy zwęziły się, gdy wpatrywał się w Sasuke podejrzliwie. — Jakoś nie wykazywałeś takiego zainteresowania, kiedy oznajmiałem ci radosną nowinę, że się wynoszę.
— Bo nie dałeś mi się nad nią zastanowić!
— A co tu jest do zastanawiania się? — prychnął Uzumaki. — Jakbyś chciał ze mną być...
— Skąd wiesz, że nie chcę?!
— JAKBYŚ CHCIAŁ — warknął, ignorując jego pytanie. — To byś nie musiał się zastanawiać nad niczym CHOLERNY EGOISTO! I wstań w końcu z tej pieprzonej podłogi, bo się jeszcze bardziej zaziębisz! — wrzasnął, obrócił się na pięcie i pomaszerował do kuchni.

***

O dziwo, Naruto sobie nie poszedł. Znaczy, nie, żeby Sasuke nie był zadowolony z tego stanu rzeczy. Nawet jeżeli jeszcze niedawno Uzumaki na niego nawrzeszczał. I wyzwał go! A przecież... Przecież wcale nie był egoistą. Chyba. Nie?
Uchiha zmarszczył brwi w zamyśleniu. No cóż, jeżeli chodzi o dowiadywanie się, za co Naruto się wściekł to nie zrobił za dużych postępów. Wyglądało nawet na to, że przez to swoje dopytywanie się sprawił, że Uzumaki jeszcze bardziej się na niego rozzłościł. A nawet mimo tego rozzłoszczenia mężczyzna został w jego domu, pogonił go do łóżka, opatulił ciasno kołdrą i teraz chyba krzątał się po kuchni, coby przygotować herbatę do popicia leków, jakie zapisała mu Tsunade.
Dlaczego? Skoro był na niego wściekły, to nie powinien się przejmować tym, czy Sasuke w końcu wypluje własne płuca przy kolejnym ataku kaszlu, czy też nie.
— Jak się czujesz? — Burkliwy głos wyrwał go z jego własnych myśli.
— Dlaczego pytasz? — Wlepił w Naruto pytające spojrzenie. Podciągnął się na łokciach i przyjął od mężczyzny herbatę i tabletki, które to natychmiastowo połknął. Skrzywił się nieznacznie. Leki były paskudne w smaku.
— Z powodów, których osoba z twoim charakterem nie zrozumie. Więc?
— Z moim charakterem? — mruknął, podczas gdy Naruto nachylił się nad nim, przykładając swoją chłodną dłoń do jego czoła. O. Przyjemnie.
— Odpowiesz na pytanie czy nie?
Sasuke przygryzł wargę. I o mało nie jęknął z zawodem, kiedy Uzumaki zabrał rękę.
— Jeżeli wszystko okej, to już sobie pój...
— Właściwie to jest mi zimno — palnął, zanim Naruto dokończył zdanie. O nie. Nie miał zamiaru pozwolić, żeby ten sobie poszedł, bo przecież... bo przecież... no nie pozwoli i już. A coś mu mówiło, że jak odpowiednio rozegra sytuację, to go nie zostawi.
— Zimno? — Uzumaki uniósł jedną z brwi. — Serio?
— Bardzo, bardzo zimno — zapewnił. — Zimniej niż wczoraj, wyobraź sobie.
— Naprawdę?
— Naprawdę. — Pokiwał głową, jednocześnie przesuwając się bliżej ściany i poklepując materac. — Musisz mnie ogrzać.
— Och. — Naruto spoglądał na niego z namysłem. — To przyniosę dodatkowy koc.
I czmychnął z pokoju.
— Co? — Sasuke spoglądał za nim nieco zdezorientowany. Zaraz jednak zacisnął zęby, jednocześnie mrużąc oczy. — Cholera no.

***

Jednak Naruto nie poszedł do siebie zaraz po przyniesieniu mu koca. Krzątał się po kuchni, podczas gdy Sasuke robił to, co w ciągu ostatnich dni wychodziło mu najlepiej. Czyli chorował. Aktualnie przeklinał w myślach swoje drobne kłamstwo, którym chciał zmusić Naruto do wpakowania się do łóżka, bo chyba los właśnie się postanowił na nim mścić i naprawdę było mu przeraźliwie zimno.
— Dobra — zaczął Uzumaki, ponownie wchodząc do pokoju. — Przygotowałem ci na jutro … Czy ty się trzęsiesz?
— Y-hy — sapnął z trudem, ciaśniej zawijając się w przykrycia. Jednak to nie dawało większego efektu. — Chy-yba ma-mam dre-dreszcze — stwierdził, dając spokój z marnymi próbami dostarczenia sobie większej ilości ciepła.
Usłyszał ciężkie westchnienie i zaraz materac na którym leżał ugiął się pod ciężarem drugiego ciała. Naruto usiadł na łóżku i nachylił nad nim, żeby przyłożyć mu dłoń do czoła.
— Znowu jesteś rozpalony — stwierdził z wyraźnym rozczarowaniem. — Zimno ci?
— Y-hy.
W kolejnej sekundzie Naruto znowu leżał tuż przy nim i Uchiha mógł swobodnie się w niego wtulać. Sasuke odetchnął z wyraźną ulgą. O tak. Ciepło. Ciepełko. Cudownie!
— Dlaczego to robisz, skoro jesteś na mnie wściekły? — zapytał, kiedy dreszcze wstrząsające jego ciałem w końcu ustały.
— Zamknij się.
— Ale...
— Serio: zamknij się. Bo sobie pójdę.
— Nie. Nie pójdziesz.
— Założymy się?
— Dobra — skapitulował, kiedy tylko Naruo odsunął się od niego nieznacznie. — Już o nic się nie pytam. — Zamilknął na chwilę. — Ale serio, mógłbyś mi odpowiedzieć.
— Draniu!
— No już, no. Siedzę cicho.

***

W ciągu kolejnych dwóch dni Naruto wciąż opiekował się Sasuke, który z dnia na dzień czuł się zdecydowanie lepiej. No przynajmniej jeżeli chodzi o względy zdrowotne. A tak poza tym... Uchiha czuł się dosyć nieswojo.
Bo Uzumaki robił wszystko, żeby jakoś pomóc mu w tej nieszczęsnej chorobie, ale jednocześnie dawał mu sygnały, że wciąż jest na niego zły. Przy czym nie chciał mu powiedzieć, dlaczego w ogóle taki stan rzeczy ma miejsce. Każda próba wyduszenia z niego jakiejkolwiek informacji kończyła się kolejnymi wyzwiskami i wściekłymi warknięciami.
I jak on miał go odzyskać, skoro nie wiedział, dlaczego tak właściwie Uzumaki z nim zerwał i o co wciąż się wściekał?
Westchnął ciężko. Siedział przy ławie w salonie, z łokciami ciężko opartymi o jej blat i wpatrywał w krzątającego się po pokoju Naruto. Wyglądało na to, że musi sam się domyślić, o co chodziło temu głąbowi. Ciężkie zadanie.

***

Chociaż może nie takie ciężkie, bo olśnienie przyszło nad ranem, zupełnym przypadkiem, kiedy już po kolejnej — spokojnie przespanej tym razem — nocy poczłapał do kuchni i odkrył, że Naruto znowu opuścił jego dom.
Na blacie stołu znalazł zapisaną przez niego kartkę, na której były informacje o tym, że w lodówce ma zupę do odgrzania, że ma wziąć jeszcze dwie porcje tabletek, które leżą w salonie i, że „nie choruj już i trzymaj się” co jakoś jednoznacznie nasunęło mu do głowy myśl, że Uzumaki już go nie odwiedzi w najbliższym czasie. Pociągnął nosem, odłożył trzymaną właśnie kartkę i rozejrzał się po pomieszczeniu. Wydawało się jakieś takie puste. Stropił się.
„Jak to jest, że osoba, która jest na ciebie wściekła, mimo wszystko o ciebie dba” zapytał sam siebie i nie wiedział, czy to zasługa tego, że faktycznie czuł się znacznie lepiej niż wcześniej, czy po prostu nagłe olśnienia mają to do siebie, że są nagłe, ale znalazł odpowiedź na swoje pytanie.
Naruto musiało po prostu na nim zależeć. I to tak normalnie, ludzko i prawdziwie, że był w stanie mimo swojej ogólnej złości przyjść do niego i się nim opiekować podczas choroby. To było... no... rozczulające.
Skrzywił się z niesmakiem, ale jakoś żadne inne słowo nie przychodziło mu do głowy. Jednak to, że najwyraźniej Naruto na nim zależało nie było największym odkryciem, jakiego dokonał podczas tego dnia. Większym było, że jemu również los Naruto nie jest obojętny. Znaczy, wiedział o tym od dawna. Tylko za bardzo mógł sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek dał Uzumakiemu jakiś dowód na taki stan rzeczy.
Jakby przejrzeć historię ich związku, to Naruto był tym, który wszystko inicjował. Spotkania, pierwszy pocałunek i takie tam... Z perspektywy postronnego obserwatora dobrze było widać, że to jemu bardziej zależało na związku. Właściwie to nie tak, że Sasuke zależało mniej. Tylko on niekoniecznie umiał to pokazać.
I...
Kurwa.
Naruto po prostu myślał, że Sasuke ma go głęboko gdzieś!
Z ledwością powstrzymał się od uderzenia głową w ścianę. Cholera jasna, cały związek padł przez to, że ma drobne problemy z okazywaniem uczuć! Po prostu cudownie. Chociaż tak właściwie to nie było coś, z czym nie mógłby sobie poradzić.
Na jego twarzy wykwitł wyraz determinacji.

***

Bez chwili wahania zapukał do drzwi kawalerki. Po kilku sekundach jej właściciel w końcu pofatygował się, żeby je otworzyć.
— Sasuke? — zapytał Naruto ze zdziwieniem, otwierając szerzej drzwi. — Co ty tu robisz? Powinieneś jeszcze wypoczywać!
— Zależy mi na tobie — powiedział, ignorując jego słowa. Uzumaki zamrugał, przyswajając rzuconą mu właśnie informację.
— Okeeej? — Mężczyzna wpatrywał się w niego przez sekundę czy dwie, zanim zamrugał ponownie, zmarszczył brwi i parsknął:
— Czekaj, co?
— Zależy mi na tobie — powtórzył Sasuke neutralnym tonem. Nie odrywał wzroku od twarzy blondyna, który również nie pozostawał mu w tym dłużny.
— Och, naprawdę? — Założył dłonie na ramiona. Nie wyglądał na przekonanego.
— Naprawdę — przytaknął Uchiha. — Niekoniecznie rozumiem, dlaczego mi po prostu nie powiedziałeś, że czujesz jakby mi nie zależało na naszym związku. To musi być jednak dosyć nieprzyjemne, kiedy jest się jedynym, który się stara. Ale sądzę, że jestem w stanie, no wiesz, także się starać, jeżeli mi powiesz, czego oczekujesz. Jak już wspominałem, zależy mi na tobie i zdaję sobie sprawę z tego, że również nie jestem ci obojętny, więc nie widzę przeciwwskazań, żebyśmy nie mogli spróbować być ze sobą ponownie.
— Jej. — Naruto wydawał się być autentycznie zdziwiony jego wywodem. — Jeszcze nigdy nie słyszałem, żebyś wyprodukował z siebie aż tyle słów w tak krótkim czasie.
— Bo jeszcze nigdy nie wyprodukowałem z siebie aż tylu słów w tak krótkim czasie — przyznał, uśmiechając się delikatnie. — To co?
— No... Musi ci serio zależeć, skoro uraczyłeś mnie takim słowotokiem, nie?
Pokiwał głową, zaciskając jednocześnie wargi. No cóż... Powiedział co miał do powiedzenia. Reszta należała do Naruto.
— Och, no dobra no — parsknął Uzumaki, widząc jego niepewną minę. — Co mi tam. Najwyżej znowu cię rzucę.
Sasuke pokręcił głową.
— Nie ma takiej opcji — powiedział poważnym głosem, zanim przysunął się do drugiego mężczyzny i musnął wargami jego usta. — Zero rzucania.
Odpowiedział mu krótki śmiech.
Zdecydowanie. Zero.

wtorek, 23 lutego 2016

Ociupinka zazdrości — SasuNaru

Tytuł: Ociupinka zazdrości
Długość: około 3k
Gatunek: raczej na wesoło :”D.
Beta: AKARI
Ostrzeżenia: Jakieś przekleństwo
Uwagi: Pisane pod pomysł rzucony przez FANIE.

***

Zazdrość jest kojarzona jako negatywne uczucie. I słusznie. Zwłaszcza taka chorobliwie niezdrowa zazdrość… no, nie jest dobra dla żadnego związku. Jednak w niektórych przypadkach odrobina tej specyficznej emocji może prowadzić do odkryć co najmniej ciekawych. Och, i przydatnych. Bardzo, bardzo przydatnych.
Zwłaszcza jak zazdrosne są pewne neurotyczne bubki, które nie zawsze zdają sobie sprawę z tego, jak silne uczucia potrafią żywić do swoich partnerów.

***

— Brakuje mi ciebie, wiesz?
— Wspominałeś.
— No tej!
— Hm?
— Normalny facet odpowiedziałby „JA TEŻ TĘSKNIĘ”, albo opcjonalnie pognałby na pociąg, coby położyć kres mej tęsknocie.
— Jakby ten normalny facet związał się z innym normalnym facetem, to może. A z racji tego, że w granice normalności się słabo jednak wpisujesz…
— Sasuke…
— Słucham.
— Pacnąłbym cię. Bardzo, bardzo mocno bym cię właśnie pacnął. W ten pusty łeb. Czymś ciężkim.
— Czyli już nie tęsknisz?
Sasuke obserwował z lekkim uśmiechem twarz Naruto wyświetlającą się aktualnie na ekranie jego laptopa. Mężczyzna właśnie parsknął i zaraz spojrzał na niego z wyraźnym politowaniem.
— Zrób mi tę przyjemność i sam sobie czymś przywal, okej? — powiedział Uzumaki po kilku sekundach, kręcąc głową.
— Nie.
— Zero współpracy. — Kolejna chwila ciszy. — Na pewno nie?
— Na pewno.
— W porządku, ale zapiszę to w kalendarzu. I pacnę cię przy kolejnej okazji. — Ciężkie westchnięcie. — Na którą się nie zanosi za szybko, nie?
— Zależy.
— Tak wiem. Od tego czy się sprawdzisz. Taaak. — W jego głosie było słychać wyraźne niezadowolenie, na które Sasuke zareagował zniecierpliwionym sapnięciem.
— Myślałem, że tę kwestię mamy już wyjaśnioną — stwierdził z lekkim poirytowaniem.
— Co nie znaczy, że to mi się podoba…
— Naruto…
— No nie moja wina, że wolałbym mieć cię przy sobie, no!
— To przecież tylko rok.
— AŻ. Aż rok! — jęknął. — Ogarniasz to w ogóle, że to miliony dni, miliardy godzin i w ogóle dużo za dużo czasu? Zejdę z tęsknoty, mówię ci.
— O tym też już wspominałeś. — W reakcji na ten komentarz, Naruto nadął policzki, wpatrując się w niego przez zmrużone oczy. Przez chwilę znowu żaden z nich się nie odzywał.
Sasuke powstrzymał się od złośliwego przytyku. Nawet był w stanie wyobrazić sobie to, że jego wyjazd nie pasował Uzumakiemu. Nie, żeby to rozumiał, bo niby czemu miałby rezygnować z dobrej fuchy, skoro nadarzyła się super okazja do nabycia ekstra doświadczenia w zawodzie? Och, no jasne. Miał propozycję z firmy znajdującej się w tym samym mieście, gdzie aktualnie przebywał Naruto, jednak nie była ona aż tak renomowana jak ta, do której się właśnie zgłosił. A przecież projekt nad jakim miał pracować zajmie tylko rok czasu. Więc… No, jak dla niego głupotą byłoby nie skorzystać z takiej propozycji.
I za takie myślenie Naruto początkowo się na niego fochnął, bo przecież to, że są parą jak dla niego było dostatecznym powodem by odrzucić ofertę. Och, no dobra, Uzumakiemu chodziło bardziej o to, że Sasuke nawet nie wziął pod uwagę, że ich związek mógłby jakoś wpływać na jego decyzję.
Wiele złośliwości posypało się, zanim jako tako doszli do porozumienia. W każdym razie, skończyło się na tym, że Sasuke faktycznie wyjechał. I miał wrócić dopiero za długi, długi rok, więc stanęło na związku na odległość. Bo przecież żaden z nich nie wyobrażał sobie, żeby wyjazd Uchihy miałby być powodem rozstania.
Zdecydowanie nie.
Oczywiście nie obyło się bez obietnic, że przynajmniej raz dziennie Sasuke ma korzystać z dobrodziejstwa Internetu i komunikować się z Naruto przez videorozmowy. Ten warunek Uchiha był skłonny zaakceptować, mimo iż na początku bardzo otwarcie dał do zrozumienia swojemu facetowi, że to zdecydowanie za często. Ale spoko. Wszystko, byleby tylko Uzumaki przestał marudzić. Zresztą, podejrzewał, że w niedługim czasie mężczyźnie znudzi się to codzienne paplanie przez komputer i będą to robić zdecydowanie rzadziej. No, a przynajmniej taką miał nadzieję Uchiha.
Tak więc Sasuke siedział tutaj — w nowej pracy — miliony kilometrów od Naruto, który został, mieszkając w akademiku, coby uporać się ze swoim ostatnim rokiem studiów.
— Naprawdę wolałbym mieć cię tu przy sobie — przyznał ponownie Uzumaki, wzdychając ciężko. — Nie wiem, jak to wytrzymam.
— Dasz radę — odpowiedział Uchiha, kręcąc głową z delikatnym uśmiechem na ustach. — Z pewnością.
Właściwie w tej kwestii Sasuke akurat miał rację.

***

Po dwóch tygodniach Uchiha na tyle przyzwyczaił się do tych ich internetowych rozmów, że niemalże automatycznie odpalał komputer zaraz po przyjściu z pracy, odkładając ogólne ogarnięcie się i zrobienie sobie obiadu na później. Byleby tylko się przywitać imóc przez te kilka sekund znowu zobaczyć uśmiech Naruto. I nawet nie zdawał sobie sprawy z tego swojego małego uzależnienia, aż do tego jednego konkretnego wtorku, kiedy wrócił z firmy, zasiadł przed komputerem, zalogował na swoje konto w programie, który umożliwiał mu prowadzenie internetowych rozmów i odkrył, że jego facet jest offline.
To go… zaintrygowało.
Na tyle, że przez kilka pierwszych sekund od kiedy zorientował się w sytuacji, wpatrywał się w ekran komputera z wyraźnym niezrozumieniem. Bo przecież…
… no jak to?
No ej. To Naruto nalegał na te codzienne rozmowy. A teraz go nie było. Tak się przecież nie robi. Zwłaszcza, że Sasuke był na sto procent pewien, że mężczyzna aktualnie nie miał zajęć, bo znał jego plan i wiedział, że teraz z pewnością nie jest na uczelni. Więc, skoro to nie wykłady powstrzymywały Uzumakiego przed pojawieniem się na videorozmowie…
Uchiha zmrużył gniewnie oczy, sięgając do kieszeni po telefon. W kolejnej chwili już stukał smsa o treści „gdzie jesteś?” i bez większego zastanowienia wysłał go w świat. Długo nie musiał czekać na odpowiedź brzmiącą „na piwie, nie wiem kiedy wrócę, dam znać”.
Przez kilka długich sekund wpatrywał się w wyświetlacz krzywiąc się wyraźnie podczas tej czynności. Jakoś… było… mu… dziwnie. Zdecydowanie bardzo dziwnie. Tym bardziej, że nie był w stanie sprecyzować co też takiego aktualnie odczuwał. Może był lekko zadziwiony, że Uzumaki nie wyczekiwał na jego pojawienie się, tak jak to właściwie miało miejsce w ciągu ostatnich dni. O tak. To musiało być tylko i wyłącznie zdziwienie, bo niby co innego?
Przecież nie był zazdrosny.
Nie?
Naruto był tam, on tutaj, nic dziwnego, że nie zawsze mieli czas na pogaduchy przez Internet. A jako, że Sasuke był raczej małomównym człowiekiem, to przecież tym bardziej nic nie szkodziło, jak Uzumaki nie miał czasu, bo wyszedł na piwo ze znajomymi.
Każdy przecież mógł wyjść i się zabawić.
Tylko miło by było, żeby ten konkretny „każdy” wcześniej poinformował swojego faceta o tym, że najwyraźniej dzisiejszą pogadankę sobie odpuszczają. Ale jasne, spoko. Sasuke nie będzie przecież wściekał się o taką drobnostkę.
No oczywiście, że nie będzie.
Odpisał „OK.” i z trzaśnięciem odłożył telefon na biurko, przy którym właśnie siedział. Wcale nie był zły. Naprawdę. Może tylko lekko się zirytował.
Ale na pewno nie miało to nic wspólnego z zazdrością!

***

Kiedy kolejnego wieczoru Sasuke siedział przed ekranem swojego komputera, jego mina wyraźnie mówiła, że jest nie w sosie. Znaczy… Jego mina nie mówiła w sumie nic, ale Naruto jako przykładny chłopak zauważył, że coś jest nieteges.
— Coś jest nieteges? — zapytał więc, zaraz po tym, jak udało im się uzyskać połączenie.
Sasuke zgromił go gniewnym spojrzeniem.
— No co? — kontynuował dopytywanie Uzumaki. — Coś w pracy?
— Nie.
— Więc?
— Nieważne.
— Brzmisz jak baba.
— A ty jak pacan.
— Serio? — Brew Naruto uniosła się ku górze. — Nie gadaliśmy od przedwczoraj, a ty masz zamiar dzisiaj być taki… bucowaty?
— Chyba ty.
— Sasuke.
— Co.
— Ta riposta była modna kilka lat temu, stać cię na więcej.
Wtedy Sasuke postanowił jednak nie zachowywać się bucowato, tylko bardziej jak dorosły facet. Którym zresztą był. I czym się przecież szczycił przed Uzumakim, gdy się wyprowadzał.
— Naprawdę. Nieważne — powiedział już normalniejszym głosem. — Jak tam… wczorajsze wyjście?
— Och? — Początkowo Uzumaki był widocznie zdumiony nagłą zmianą wątku. Zaraz jednak podchwycił temat. — W porządku. Miło było się w końcu wyrwać z tego cholernego akademika, bo od początku roku nic tylko trzaskam projekty albo nawijam z tobą, więc wiesz. Wręcz wypadało wyjść do ludzi, co nie?
Sasuke słuchał w milczeniu paplania Naruto i wcale a wcale nie był zazdrosny.
Naprawdę!

***

Przez kolejne kilka tygodni nie było źle. Wciąż według planu, rozmawiali ze sobą każdego wieczoru. Więc to dziwne uczucie, jakie nękało Sasuke, kiedy Uzumaki wybrał się na piwo ze znajomymi, dało mu nieco spokój.
Ale bardzo chętnie uaktywniło się pewnego pięknego piątku, kiedy Naruto oznajmił, że wybiera się na imprezę.

***

— Otrzęsiny.
— No.
— W listopadzie?
— Organizatorzy nieco… opierniczali się z organizacją.
— Otrzęsiny.
— Przebierane! — dorzucił Naruto z entuzjazmem, jawnie ignorując nietęgą minę Uchihy. — W tym roku: superbohaterowie. Właściwie miałem nie iść, bo to już jutro i w ogóle, ale dziewczyny z roku stwierdziły, że to właściwie ostatnie nasze wspólne otrzęsiny, więc dałem...
— Nie jesteś trochę za stary na takie imprezy? — wypalił Sasuke, przerywając wypowiedź Uzumakiego i tym samym wprawiając go w lekką konsternację.
W końcu Sasuke mało kiedy komukolwiek przerywał w połowie zdania. Właściwie sam Uchiha był również nieco zdziwiony swoim zachowaniem. Ale… ale. Mały potworek, który NA PEWNO NIE BYŁ ZAZDROŚCIĄ, a który już dawał o sobie wyraźne znaki, znowu się uaktywnił. Tak. To nie była zazdrość. Zdecydowanie.
Bardziej coś na kształt… hm… troski o opinie Uzumakiego. To musiało być to! Bo przecież, naprawdę. W swoim wieku Naruto powinien poważnie myśleć o przyszłości, a nie o bawieniu się ze studentami pierwszego roku! Sam był już na piątym, co oznaczało, że swoje najlepsze imprezy ma już za sobą, więc… więc…
— Co.
— Po prostu nie sądzę, żeby to był dobry pomysł — powiedział pewnym głosem, dla potwierdzenia własnych słów kiwając głową. — Powinieneś być bardziej poważny.
— Nie sądzisz, że jeden „poważny” w tym związku zdecydowanie wystarczy?
— Ale, pomyśl racjonalnie, po co ci ta impreza?
— Ja rozumiem, że możesz nie pojmować idei dobrej zabawy, Sasuke, ale daj żyć innym. Coś tak nagle z tym wyskoczył? Jeszcze jakiś czas temu razem ze mną biegałeś po takich eventach i jakoś ci nie przeszkadzał brak „poważności” — sarknął.
— To było… — Uchiha zamilknął gwałtownie. Bo na język cisnęło mu się coś w stylu „to było dopóki biegaliśmy po nich razem!”. Och, nie, żeby był jakoś szczególnie rozrywkowy na tych wszystkich wypadach, jednak… jednak zawsze… no…
Sasuke zamrugał gwałtownie, zdając sobie nagle sprawę z tego, że niekoniecznie potrafi poskładać sam swoje myśli, a co dopiero przekazać je Naruto. Och. Cholera. Może łapało go jakieś dziwne przeziębienie albo co, skoro zaczynał miewać takie ciężkie do zinterpretowana stany.
— To było: co? — warknął Uzumaki, gniewnie wpatrując się w niego z ekranu komputera.
— Wciąż myślę, że powinieneś przemyśleć to wyjście — odparł, zamiast odpowiedzi.
Przez dobrą chwilę Naruto nie odzywał się, tylko gapił na niego bez słowa, najwyraźniej nie wiedząc co powinien odpowiedzieć w takiej sytuacji. Zaraz jednak się zreflektował.
— Sasuke?
— No co?
— Kij ci w oko, ty burkliwa mendo! — warknął.
A następnie się rozłączył.
Po sekundzie, czy dwóch, Uchiha przestał wpatrywać się w czarny ekran i z ciężkim westchnięciem zamknął swojego laptopa. Cóż… Nie rozegrał tego najlepiej.

***

Przewracając się w nocy z boku na bok i nie mogąc zasnąć, Sasuke w końcu postanowił poddać się z próbami, usiadł na łóżku, spuszczając nogi na podłogę i wpatrując się w ścianę, zapytał sam siebie:
— Dlaczego reaguję, tak jak reaguję? — Zmarszczył brwi, rozmyślając o rozmowie z Naruto, która miała miejsce zaledwie kilka godzin temu.
Zdradliwa podświadomość orzekła, że jest zazdrosny.
Zignorował ją.
I bardziej skłonił się ku myśli, że może faktycznie jest nieco bardziej rozdrażniony niż zwykle, bo chwyta go jakieś choróbsko. Tak. To zdecydowanie było LOGICZNE wytłumaczenie. A nie jakaś chromolona zazdrość!

***

Nastała sobota. Większość dnia Sasuke spędził na wykonywaniu domowych obowiązków. I podczas ich wykonywania udało mu się zupełnie wyrzucić z głowy myśl o swoich nocnych rozterkach. Jednak temat narutowego wyjścia na dzisiejszą imprezę wciąż tkwił gdzieś w jego myślach, niczym cholerny cierń, niepozwalający o sobie zapomnieć. A wbił się jeszcze mocniej, kiedy odpalił komputer i wszedł na portal społecznościowy, który razem z Uzumakim wykorzystywali do internetowych rozmów.
Wbił się na tyle mocno i gwałtownie, że w pierwszej chwili Uchiha zamarł, wpatrując się z oburzeniem i niedowierzaniem w komputerowy ekran, z kubkiem herbaty znajdującym się tuż przy jego nosie. Bo ujrzał zdjęcie.
Nie byle jakie zdjęcie.
Zdjęcie świadczące o tym, że w akademickim światku nastąpiły już przygotowania do nadchodzącej imprezy i część osób, ku tej okazji, już od popołudnia biegała w swoich przebraniach na otrzęsiny. Na fotografii znajdował się przebrany za czerwonego rangersa Naruto. Zadowolony z siebie Naruto. Tuż obok niego był Kiba, dumnie noszący obcisły kombinezon czarnego wojownika. Po drugiej stronie blondyna stał za to ktoś, kogo Sasuke za cholerę nie kojarzył, a kogo Uchiha w tej chwili miał szczerą ochotę zabić.
Czarnowłosa bździągwa, nosząca strój żółtej wojowniczki, która z delikatnym uśmiechem trzymała jedną ze swoich dłoni na RAMIENIU JEGO FACETA.
— Ja — warknął, wpatrując się wciąż płomiennym wzrokiem w zdjęcie. Nagle dotarło do niego, że to jednak nie przeziębienie męczyło go od tych kilku tygodni. Zdecydowanie nie. — jestem KUREWSKO zazdrosny!
O tak.

***

Szybkie zerknięcie na zegarek uświadomiło Sasuke, że zdąży zrobić coś, co sprawi, że poczuje się lepiej. A jako, że był człowiekiem, który nie za bardzo przepadał za spontanicznym działaniem… cóż… wbrew temu zadziałał spontanicznie.

***

Naruto wybitnie nie miał nastroju do imprezowania. Wyjątkowo.
I nic nie dawało to, że właściwie wraz ze znajomymi zaczął już od wczesnych godzin popołudniowych wczuwać się w dzisiejszy klimat — przebierając się we wcześniej przygotowany strój i pijąc duże ilości piwa. Wciąż był trzeźwy i raczej pesymistycznie nastawiony na dzisiejszy wieczór.
Wszystko przez tego cholernego Uchihe, który zachowywał się jak… jak… niedogolona lama. I w ogóle burak jakich mało!
Uzumaki zupełnie nie miał pojęcia, o co mogło mu chodzić. Ale postanowił, że jeszcze przed pójściem do wynajętego klubu, porozmawia z mężczyzną i może coś się rozjaśni. Albo najwyżej jeszcze bardziej spapra sobie humor. W każdym razie z tej chęci przeprowadzenia pogadanki wyszło na to, że aktualnie zamiast siedzieć na akademickim korytarzu i chlać browara, urzędował przed kompem, próbując nawiązać połączenie.
Ale mu to wybitnie nie wychodziło.
Bo Sasuke był offline.
Podejrzane.
Nie zdążył jednak jakoś dłużej zastanowić się nad tą sprawą, bo ktoś zapukał do drzwi jego akademickiego pokoju. Co było dosyć dziwne, bo w tym przybytku jakoś nikt nie kwapił się do szanowania czyjejś prywatności i nawet jeżeli już pokusił się o pukanie, to tylko po to, żeby nie czekając na jakikolwiek komunikat od osoby siedzącej w pomieszczeniu wejść dumnym krokiem do pokoju. Ale aktualny pukacz jakoś… wciąż pukał.
— Chwila! — wrzasnął więc Naruto, żeby wstać, podejść do drzwi, otworzyć je z rozmachem i doznać szoku.
Tak. Zdecydowanie szoku.
Bo po drugiej stronie stał Sasuke.
— Och? — stęknął tylko i na większą reakcje jakoś nie dane było mu się zdobyć, bo oczy Uchihy błysnęły dziko, gdy tylko go ujrzały i w kolejnej chwili został porwany do dosyć zaborczego uścisku. — Ał?
— Mój — rozległo się gdzieś w okolicach jego szyi, bo Sasuke aktualnie nosem gmerał właśnie w tamtymi miejscu, nic sobie nie robiąc z tego, że Uzumaki właśnie był lekko podduszany.
— Twój? — zapytał jednak z lekką konsternacją, odkrywając, że jednak da się jako tako oddychać, będąc w tak pokracznym uścisku. Dłonie Uchihy swobodnie macały go po plecach, zupełnie, jakby mężczyzna nie do końca dowierzał, że to Naruto trzyma właśnie w swoich ramionach. Noo… Sam Uzumaki również nieco nie dowierzał. Był właściwie rozdarty, między chęcią wrzeszczenia z radości, a szokiem i aktualnie w kwestii reagowania postawił na to drugie.
— Mój — powtórzył więc Sasuke, odrywając się od niego, tylko po to, żeby zaraz pocałować go krótko, prosto w usta. — O tak. Mój — westchnął zaraz z wyraźną ulgą.
— Okej. Twój — poparł Uzumaki, jeszcze nie do końca będąc w pełni świadomym, co się właściwie dzieje. Bo na dobrą sprawę to było dosyć nieprawdopodobne, że Sasuke tu był. W końcu mieli się zobaczyć, przy dobrych wiatrach, dopiero na Wigilię. Ale… ale jednak. To był Sasuke. Uchiha Sasuke. Jego Sasuke. — Ty mój? — rzekł więc, czując, że faktycznie zaczyna rozpierać go szczęście.
— Twój. — Kolejne pocałunki. Wyrażające ukojenie. Tęsknotę. — Zdecydowanie.
— Och, dobra — zaśmiał się Naruto, odsuwając się nieznacznie, tak, że wciąż ręce Sasuke spoczywały na jego plecach, ale teraz miał możliwość obserwowania jego twarzy. — Co ty tu robisz? Przecież…
— Związki na odległość są do kitu — powiedział Uchiha, jakby to miało wszystko wyjaśniać. I w pewnym stopniu faktycznie wyjaśniało, jednak… jednak…
— O? I co cię skłoniło do takiej kontrowersyjnej zmiany poglądów w tym temacie?
— Cóż. — Sasuke zastanowił się przez chwilę. — Okazuje się, że przy zwiększonej odległości staję się… ociupinkę… zazdrosny…
— Doprawdy? — Usta Naruto rozciągnęły się w uśmiechu samozadowolenia. — O mnie?
— Oczywiście, że o ciebie, tłuku. — Sasuke przewrócił oczami. — Zadowolony?
— Bardzo — odparł z tym samym uśmiechem. — Ale — spoważniał nieco — to co zrobimy?
— Hm?
— Z tą odległością. Praca. Twoja. Wiesz. Ty tam, ja tu. Trochę problematyczne to to.
— Myślę, że — powiedział, nachylając się do kolejnego pocałunku. Z wargami tuż przy ustach Naruto szepnął: — Mogę rozważyć pracę zdalną.
Och. Cudownie! Uzumaki chciał nawet burknąć, mimo nastroju, że cholera, nie można było tak od razu? Jednak… jednak nie udało mu się, bo zaraz znowu był całowany. Dłużej. I zdecydowanie namiętniej. I jak można się domyślić, na otrzęsiny dzisiejszego wieczora… cóż… nie dotarli. Tym bardziej, że przebranie Naruto lekko ucierpiało w kolejnych minutach, kiedy Sasuke zapragnął zmacać go bardziej.
Nie, żeby któryś z nich tego żałował. Tylko w głowie Uzumakiego majaczyła przyjemna myśl, kiedy Sasuke popchnął go w stronę łóżka, że taka ociupinka zazdrości może być naprawdę, ale to naprawdę przydatna.

***

KONIEC

niedziela, 14 lutego 2016

Na granicy fiksacji

Mało walentynkowo, alecotam x). 
Betowała AKARI :"D.
Dziękuję za komentarze i zapraszam! 

VIII

Mimo obaw jakie czuł na myśl o wizycie u Hokage, Naruto nie przeciwstawiał się, kiedy po porannej kawie, Uchiha zarządził wyjście do siedziby Tsunade. Sprawa po prostu stawała się za poważna, zbyt przytłaczająca, żeby móc zignorować kolejny lisi atak i udawać, że wszystko jest w porządku. Zresztą, jakoś nie sądził, żeby Sasuke mu odpuścił. A on sam był za bardzo zmęczony na jakiekolwiek protesty, więc rano bez słowa dreptał za Uchihą, który swe kroki kierował do przywódczyni wioski.
Coś się zmieniło. Myślał, wpatrując się we własne stopy, kiedy wędrowali główną ulicą Konohy. Coś musiało się zmienić, bo sam Naruto czuł się jakoś inaczej. Och, nie chodziło o niewyspanie i zmęczenie, ani tym bardziej o emocje, jakie towarzyszyły mu w trakcie rozmyślań o lisie i ciulowości własnego żywota.
To coś dotyczyło jego samego. I Sasuke.
Myśl o domniemanej zmianie dopadła go w nocy. Kiedy ciepła dłoń wciąż spoczywała na jego własnej, chociaż już nie ściskała tak zaborczo jak wcześniej. Patrząc na postać śpiącego przyjaciela czuł się… jakoś tak jak jeszcze nigdy wcześniej. Dlatego też niekoniecznie potrafił nazwać to słowami.
To nie było zwykłe podniecanie się jego wyglądem, och nie. Na pewno. To nie były również te dzikie, lubieżne uczucia, jakimi mężczyznę obdarzył lis. To nie było nawet jakieś szczeniackie zauroczenie się, bo… no nie. Nie o to chodziło.
I im dłużej Naruto myślał, tym bardziej czuł się sfrustrowany i zagubiony, bo za cholerę nie mógł rozgryźć, dlaczego, psia mać, było INACZEJ.
Po prostu. 
Coś się zmieniło. W nim.
W każdym razie, doszedł do tego wniosku podczas dzisiejszej nocy. Podczas gdy Sasuke był tak blisko, bardzo, bardzo blisko. I ciepła skóra jego dłoni dotykała ręki Naruto. Tak… jakoś naturalnie. Nieskrępowanie. Uchiha po prostu przy nim był, znowu wybawiając od mroku i strachu przed snem.
Po prostu był. Wspierając samą milczącą obecnością, ale jednak swoją postawą dając mu siłę do dalszej walki. I Naruto, mimo że wciąż nie wiedział z czego wynika postępowanie mężczyzny — troska? ciekawość? — był wdzięczny. Cholernie wdzięczny.
Więc może to dziwne uczucie, które uciskało go w piersi to było właśnie to? Wdzięczność?
Złośliwy rechot lisa rozległ się nagle i sprawił ostry ból w skroni, przez co Naruto zachwiał się nieznacznie, automatycznie mrużąc oczy i przyciskając dłoń do głowy. Jednak nieprzyjemne uczucie zaraz minęło, więc odetchnął i rozwarł powieki. Zaraz sapnął zaskoczony, zatrzymując się gwałtownie, bo tuż przed nim wyrósł Uchiha, który najraźniej zauważył jego dziwne zachowanie. Czarne oczy wpatrywały się w niego podejrzliwie z zaledwie kilku centymetrów odległości.
— Co? — mruknął, usilnie starając się nie zaczerwienić.
— Wszystko w porządku? — zapytał Sasuke, a to dziwne uczucie, jakie Naruto w sobie odkrył znowu dało o sobie znać.
— Tak — odpowiedział zdecydowanym tonem.
— To potknięci…
— Wszystko okej — uciął i ruszył dalej, wymijając Uchihe.
Cichy lisi śmiech znowu rozległ się w jego głowie.

***

Pomalowany paznokieć zastukał o blat. Tsunade najwyraźniej trawiła usłyszaną dopiero co historię ostatniego lisiego ataku. Zaraz jednak wyprostowała się w fotelu i opierając łokcie o biurko, podparła twarz na splecionych dłoniach, wbijając jednocześnie orzechowe tęczówki prosto w Naruto.
— Coś mi tu nie gra — stwierdziła w końcu.
— Hę?
— Czy te ataki były takie same?
— Takie same?
— Porównując ten z tym mającym miejsce przed twoim przeniesieniem się do Sasuke.
— Um… — Naruto zamyślił się. Właściwie, jakby się tak głębiej zastanowić… to już dawno lis nie dawał mu się we znaki w taki sposób, jak przed okresem mieszkania u Uchihy. Tamte nękania były bolesne. Uzumaki zazwyczaj skręcał się z bólu, będąc w pełni świadomym co takiego wyprawiał lis. I mogąc jeszcze jakoś zareagować, czyli w sumie nawżerać się przygotowanych wcześniej ampułek. Po ostatnim, najbardziej groźnym ataku jaki nastąpił… podobnych już nie było.
Gdy zamieszkał u Sasuke zaczęły za to nawiedzać go senne, erotyczne wizje. Ale jak nie patrzeć, tylko w chwilach warczenia na lisa i gdy ten mu odpowiadał zjadliwym śmiechem dokuczał mu ból. A przy ostatnim ataku… Cóż, ten zdecydowanie był najdziwniejszym. Bezbolesnym. Bo przecież do pewnego etapu Naruto był święcie przekonany, że to sen, a jego krokami kieruje on sam, a nie żądza demona.
To było zastanawiające. Bo, jasne, po tym ataku, którego światkiem był Sasuke, Kyuubi potrzebował dużo czasu, żeby zregenerować siły. Naruto był tego świadom, mając na względzie wszystkie wcześniejsze jego próby przełamania pieczęci. Więc to wyjaśniało, czemu przez dłuży czas miał spokój i był tylko nawiedzany dziwnymi snami. Ale zupełnie nie tłumaczyło, dlaczego ostatni atak był inny. Bezbolesny. I w ogóle jakiś… no dziwny.
— Więc? — ponagliła go przywódczyni wioski.
— Nie — odparł i zaraz podzielił się swoimi przemyśleniami.
Tsunade nie odrywała od niego spojrzenia w trakcie jego opowieści.
— I sądzisz — podjęła po tym, jak skończył mówić — że z czego to wynika?
— Nie mam najmniejszego pojęcia — przyznał. — Ale…
— Hm?
— Myślę, że takie ataki się powtórzą.
Się nie mylisz, kochaniutki.
Skrzywił się, kiedy marudny głos rozległ się w jego głowie. Postarał się go zignorować i nie pokazać po sobie kolejnego ukłucia bólu, jaki nastąpił po odezwaniu się demona. Lis najwyraźniej miał radochę z dręczenia go w tej chwili, bo znowu zaśmiał się złośliwie.
Zwariujesz, zwariujesz…
Tsunade tymczasem westchnęła i oparła się wygodniej w fotelu. Polakierowany paznokieć znowu zastukał o blat biurka.
— Nawet nie wiesz, jaką mam ochotę zatrzymać cię w szpitalu — powiedziała w końcu, sprawiając, że Naruto spiął się momentalnie.
— Na badania? Przecież…
— Żeby mieć cię na oku — sprostowała. — Jednak…
— Przecież to bez sensu by było! — przerwał jej, chociaż niekoniecznie wiedział czy ma rację z tą bezsensownością. W końcu, może będąc pod baczną obserwacją Hokage, ta miałaby większą możliwość wykombinowania czegoś, co pomoże na dłuższą metę, ale…
...ale to by się wiązało z tym, że będzie zamknięty w czterech ścianach szpitalnego budynku i zostanie na długie godziny sam na sam z lisem. Bez… Bez… Bez Sasuke.
Wzdrygnął się gdy, jak na zawołanie, dłoń Uchihy, który dotychczas podpierał się o ścianę, a teraz podszedł do niego, wylądowała niespodziewanie na jego ramieniu, ściskając je delikatnie.
Wsparcie?
— Szanowna wybaczy, ale…
— Sza — warknęła przywódczyni wioski, jednak w jej głosie i spojrzeniu nie było widać złości. Bardziej… rozbawienie? — Jeszcze raz mi któryś przerwie, to naprawdę się zdenerwuję! — Zaraz zwróciła się ponownie do Naruto. — Chciałabym mieć cię na oku, ale nie sądzę, żeby odseparowanie cię od Uchihy przyniosło jakieś dobre skutki. Na pewno lepiej poradzicie sobie z atakami razem, niż gdybyśmy musieli walczyć z nimi w szpitalu. Zwłaszcza, że odcięcie lisa od Uchihy może skutkować jego niezadowoleniem, skoro faktycznie, jak to kiedyś określiłeś „ma na niego chrapkę”. Zresztą ufam, że relacjonujecie mi wszystkie ważne szczegóły, hmm?
— Oczywiście — odpowiedział jej Sasuke. Naruto tylko niemrawo pokiwał głową.
— Więc cudownie, na razie nie mam powodów, żeby rozdzielić waszą uroczą parkę. Chyba — kontynuowała szybko, widząc, że chcą jej przerwać jękami protestu za określenie jakiego użyła — że coś się w tej kwestii zmieni. Yamato założy na ciebie pieczęć informującą o aktywności demona, żebyśmy w razie co mogli interweniować na czas. I to by było na tyle. Myślę, że i tak nic nie zdziałamy, póki nie zdobędziemy więcej informacji. Ach. I co do informacji. Jak postępy z sharinganem?
— Wiemy, że w jakiś sposób działa na demona — Uchiha zaczął tłumaczyć. — I, z tych zapisów, które udało się rozszyfrować, jasno wynika, że DA się kontrolować biju. Właśnie przy pomocy sharingana.
— Ale na dobrą sprawę wciąż nie wiecie jak — bardziej stwierdziła, niż zapytała.
— Pracujemy nad tym.
— Yhm… — Kobieta nie wyglądała na szczególnie zdziwioną. — Może w zapiskach Czwartego znalazłyby się jakieś przydatne dane.
— Czwartego?
— Swojego czasu badał lisiego demona. W końcu potrzebował informacji, żeby stworzyć nałożoną na Naruto pieczęć. Cóż… — zastanowiła się przez chwilę. — Zlecę grupie badawczej rozszyfrowanie i przygotowanie ostatnich zapisków. Może coś się z tego urodzi. Wy oczywiście kontynuujcie swoje poszukiwania. I oczekuję raportów z postępów.
— To wszystko? — zapytał Naruto z powątpiewaniem. Jakoś nie chciało mu się wierzyć, że Tsunade aż tak idzie im na rękę.
— A chciałbyś coś jeszcze? — Uniosła brew, patrząc na niego wymownie. — Radzicie sobie. Jakoś. I ufam, że poradzicie sobie sami nawet z najgorszym lisim szałem lepiej, niż gdyby miałby się zająć tym ktoś inny.
— Poradzimy — poparł Sasuke.
— No widzisz? — Uśmiechnęła się krzywo. — Uchiha cię dopilnuje. A w razie gdyby pojawiły się nowe problemy, to wiecie, że jestem do waszej dyspozycji.
— Czyli, że teraz, że co? — zapytał nieskładnie Naruto.
— Czyli, że teraz robicie to, co robiliście dotychczas. Plus, radziłabym nieco wyściubiać nosa z tego waszego zamknięcia. W końcu najlepszą terapią na lisie ataki będzie normalne życie. Nie ma sensu się izolować, Naruto. Przecież jesteś wśród przyjaciół, czyż nie?

***

Kiedy wszystko się tak pogmatwało? Myślał Naruto podczas kolejnej nocy.
Ciepła dłoń przyjaciela znowu owijała się wokół jego własnej. Tak jak wieczór wcześniej, Sasuke bez słowa położył się tuż przy nim, zapadając zaraz w dosyć czujny sen. A czujny, bo gdy Uzumaki próbował się chociażby ruszyć, to powieki rozchylały się, ukazując czarne tęczówki, wbijające się w niego z wyraźną przyganą.
To, swoją drogą, było nieco rozbrajające.
W każdym razie, Naruto ZNOWU miał drobne problemy z pogrążeniem się we śnie, Sasuke za to ZNOWU postanowił wprawić go w konsternację swoim zachowaniem, a lis na to wszystko rechotał złośliwie, sprawiając, że tępy ból raz po raz przeszywał skroń Uzumakiego.
Westchnął cicho, przez sekundę czy dwie wpatrując się w ich złączone dłonie, zastanawiając się, co też to całe zachowanie Uchihy ma niby znaczyć. I nie doszedł do żadnych konkretnych wniosków, oprócz tego, który towarzyszył mu rano w drodze do gabinetu Hokage.
Coś się zmieniło. W nim.
Tylko co? Zapytał sam siebie, przenosząc spojrzenie na twarz przyjaciela. Rozluźnioną, spokojną. Taką… inną niż za dnia.
Ciemne włosy w nieładzie rozsypały się na poduszce. Wąskie usta były lekko uchylone. Nozdrza drgały lekko przy każdym spokojnym oddechu. Lis mruczał zadowolony z tego widoku, a Naruto przez chwilę miał szaleńczą ochotę się do niego przyłączyć w tym zachwycie, jednak w porę zbeształ się w myślach.
— Boże — burknął do siebie w złości, zamykając oczy. Kiedy je otworzył sapnął lekko zaskoczony, bo czarne tęczówki wpatrywały się w niego z naganą.
— Przepraszam — powiedział, zanim Sasuke zdążył się odezwać. — Nie chciałem cię obudzić. 
Spojrzenie wyraźnie złagodniało. 
— W porządku. — Cichy głos był lekko zaspany. — Śpij.
— Yhm — mruknął w odpowiedzi.
Po jakimś czasie faktycznie zasnął.

***