piątek, 20 lipca 2012

Dżem i konfitury - NejiSasu


 Z racji tego, że pisanie czegokolwiek nie idzie mi wciąż... i wciąż... Publikuje o to, to, co powstało wyłącznie z winy i przyczyny Mecha (o, chyba się powtarzam xD), która jako jedyna miała okazję ów dzieło przeczytać. Kontynuacja Warzyw i owoców, a więc niczego mądrego nie należy się spodziewać, zapraszam ^ ^.

Dżem i konfitury

 ***   ***   ***   ***   ***   ***   ***

- Dżem, dżem, dżem… Hm…
- Sasuke?
- O tu, a nie. Fu…
- Sasuke?
- No cholera jasna… AŁA! – wrzasnął czarnowłosy, po efektownym wyrżnięciu głową w blat kuchennej szafki. Nie, żeby poprawiło mu to nastrój. Nie, żeby wyrżnięcie głową w blat poprawiało nastrój komukolwiek.
Sasuke skrzywił się, zmarszczył gniewnie czoło, a jego oczy przybrały kolor szkarłatu, kiedy przez długie sekundy wpatrywał się w półkę wypełnioną rozmaitymi słoikami.
- Neji – zaczął na pozór spokojnym tonem.
- Hm?
- Podaj mi dżem.
Hyuuga bez szemrania przycupnął obok chłopaka i wychylając się nieznacznie chwycił pierwszy lepszy słoik. Nie mówiąc ani słowa podał go czarnowłosemu.
Uchiha z jeszcze większą wściekłością spojrzał na trzymaną przez Neji’ego rzecz. I prychnął.
- Zwariowałeś – stwierdził, niebezpiecznie niskim tonem.
- Nie wydaję mi się.
- Więc dlaczego – warknął coraz bardziej rozwścieczony. – Podajesz mi to?
Białe oczy spojrzały na słoik ze zdziwieniem. No trzymał… Dżem, jak nic. Skierował wzrok na swojego chłopaka. I powoli zaczął się zastanawiać, czy Uzumaki nie posiada przypadkiem jakiejś instrukcji obsługi do Sasuke, skoro przyjaźnił się z nim przez tyle lat.
- Bo… Dżem? – zaryzykował odpowiedź.
- Wyprowadzam się.
Neji zerknął na słoik, a następnie znowu na swojego chłopaka. Hm… Chyba zaczynał mieć strasznie dziwne omamy słuchowe. Fakt, zawsze bardziej ufał swoim oczom, ale jakoś nigdy uszy mu nie szwankowały. Aż do dzisiaj.
- Naprawdę? – zapytał, postanawiając jednak zawierzyć swoim zmysłom.
- Skoro jesteś takim kretynem, że nie potrafisz dostrzec subtelnej różnicy między dżemem, a tym czymś, co dzierżysz w dłoni, to tak – powiedział Sasuke, wstając z klęczek.
Neji musiał przyznać, że chłopak prezentował się zabójczo, z wściekłością wyrytą w błyszczących szkarłatem oczach i głosem drgającym od powstrzymywanej furii.
I kiedy tak Hyuuga podziwiał wygląd Sasuke, to ten, mamrocząc pod nosem jakieś groźby i przekleństwa, opuścił jego kuchnie. A potem mieszkanie.
Chłopak zmarszczył brwi.
Chyba coś mu… Umknęło.

- Że co zrobił? – Naruto przyciągnął do siebie kolejną miskę zupy.
Kakashi delikatnie ją odsunął.
Naruto ponownie ją przyciągnął, rzucając siwowłosemu mężczyźnie wyzywające spojrzenie.
- Wyprowadził się – powtórzył Neji, z niejaką obojętnością patrząc, jak Hatake po raz kolejny próbuje odwieść blondyna od pochłonięcia trzeciej porcji ulubionego dania.
- Hej! – sapnął niebieskooki, odbierając swój posiłek i trzymając go po za zasięgiem Kakashi’ego. – Ale, że jak to? – zwrócił się ponownie do Hyuugi. – I nic nie powiedział?
- Że jestem kretynem.
- Tak bez powodu? – zapytał sceptycznie blondyn. – Tak bez powodu, to wybacz, ale wyzywa tylko mnie.
- Podałem mu to. – Neji postawił na barowym blacie słoik.
- O – bąknął niebieskooki, odkładając ramen i chwytając przedmiot, który rozwścieczył Sasuke.
- Co to? – zainteresował się siwowłosy, który w tym czasie zdążył pochłonąć zupę Naruto. Oczywiście w ramach uchronienia chłopaka, przed spożywaniem niezdrowych pokarmów.
- Dżem - stwierdził Neji.
- Konfitury – powiedział w tym samym czasie Uzumaki.
- A co za różnica? – Kakashi wzruszył ramionami.
- Dla nas? – zapytał blondyn, krzywiąc się śmiesznie na widok pustej miski. – Żadna. Dla Sasuke… Hm… Ja bym to określił nieco głębszą… sprawą na podłożu emocjonalnym.
- O.
- No właśnie. Dobra – Naruto podniósł się z krzesła. – Pogadam z nim. Cholera wie, co do tego ciemnego łba strzeliło. Za przeproszeniem Neji, ale twój chłopak ma nieźle napierdzielone pod czołem.  Kakashi pocze… A gdzie ten czort?
Oboje rozejrzeli się wokół siebie.
Ale Kakashi już był bardzo daleko od ramenowej budki.

Sasuke z nie lada satysfakcją spoglądał na pole treningowe, które właśnie dewastował. Znaczy… Spopielał. Właściwie, to jedyne co usiłował spopielić, to trzy drewniane pale umieszczone na środku terenu. I prawdę powiedziawszy nie za dobrze mu szło. Chociaż… Środkowy pal się chyba lekko dymił, a ten po prawej był nieco zwęglony i…
- AGHR – Uchiha jęknął przeciągle opadając bez sił na plecy.
- No, no, no. Takich emocji nie widziałem u ciebie chyba od dnia, w którym Naruto skopał ci dupsko przy…
- Zamknij się, jeżeli chcesz dożyć świtu.
- Ranisz mnie – stwierdził Kakashi, usadawiając się obok byłego ucznia. Pomimo wypowiedzianych słów wcale na zranionego nie wyglądał.
- Dopiero mogę cię zranić, jeżeli nie zejdziesz mi z oczu.
- Przecież wcale na nich nie stoję.
Sasuke westchnął wewnętrznie, nie reagując na marny dowcip.
- Czego chcesz? – zapytał, jak najszybciej pragnąc pozbyć się niechcianego gościa.
- Ha, pytanie brzmi, czego TY chcesz.
- Nie filozofuj mi tu, tylko mów, nie mam czasu na użeranie się z tobą.
- O – mruknął Kakashi, wyciągając z kieszeni uniformu pomiętą paczkę papierosów. Wyciągnął jedną fajkę, przyjrzał się jej z pewnym wahaniem, poczym ponownie schował ją do paczki. – A co, dzieci w domu płaczą, czy chcesz pognać tłumaczyć się Hyuudze?
- Ty weź lepiej…
- Albo przeżyjesz tę rozmowę ze mną, albo czeka cię pogawędka z Naruto. Osobiście wolałbym, żebyś skłonił się ku otwarciu swojej duszy w mojej obecności, bo po waszej ostatniej poważnej rozmowie Naru na trzy dni wylądował w szpitalu.
- Aghr…
- Bo przecież nie poszło o dżem.
- Podał mi konfitury – mruknął Sasuke w ramach wyjaśnień.
- Straszne.
- A żebyś wiedział – warknął czarnowłosy, podrywając się do siadu. – Jak mam żyć z człowiekiem…
-I tu jest pies pogrzebany.
- Hę?
- Słuchaj, Sasuke, jesteś dosyć… Ciężką osobą do zniesienia, mówiąc delikatnie. Tak samo jak Hyuuga. Ale, szczerze powiedziawszy, od razu widać, kto w tym związku robi problemy i muszę od razu przyznać, że nie jest to Neji.
- Jakie problemy? – oburzył się czarnowłosy. – Ja nie robię…
- Ile wytrzymałeś zanim się wyprowadziłeś? Ile u niego mieszkałeś, po kilkumiesięcznym zastanawianiu się, czy w ogóle to zrobić? Trzy dni? Cztery?
- …
- No? – ponaglił go.
- Dwa.
- Sam widzisz.
- No właśnie nie widzę! – niemalże wrzasnął Uchiha, mierząc byłego mistrza wściekłym wzrokiem. – Nie rozumiem o co ci chodzi!
- Uciekasz. – Kakashi z ciężkim westchnięciem. – Boisz się. Nie wiesz, jak się zachować. Właściwie to się nie dziwię. Od zawsze byłeś… Sam.  Ciężko jest się nagle przestawić, nie? 
- Dlaczego ty tak… Grrr… - warknął, zrywając się z trawy.
- Przemyśl to sobie, Sasuke – powiedział spokojnie Hakate, również się podnosząc. – I leć później do Neji’ego, bo nic lepszego ci się w życiu nie trafi.

I tak Sasuke kolejnego dnia wylądował przed bramą do domu Neji’ego.
I wgapiał się w klamkę przez dobre dziesięć minut, zanim nie obrócił się na pięcie i nie pognał przed siebie. A raczej, pognałby, gdyby nie to, że tuż przed jego nogami pojawił się słoik, o który by się wychrzanił, gdyby nie refleks nabyty na treningach.
Z typową dla siebie podejrzliwością schylił się słój.
I zaraz o mało go nie wypuścił.
Trzymał… Dżem.
Porzeczkowy.
Z dziwną miną wgapiając się w słoik wrócił do domu. Swojego.

Powieka Sasuke zadrgała gwałtownie. Poczym zadrgała jeszcze raz.
Pośpiesznie wyskoczył z wanny, obwinął się ciasno ręcznikiem w pasie i podreptał do zlewu, na którym…
Na którym, tuż obok kubka ze szczoteczką do zębów, stał słoik. Dżemu.
Śliwkowego.
Coś tu stanowczo było nie tak.

Sasuke miał już powoli… Dosyć.
Znalazł dżem w kaburze, między zwojami. Wiśniowy.
Znalazł go też na dawno nieużywanym strychu, na który wlazł wynieść część nieprzydatnych gratów. Brzoskwiniowy.
W gabinecie Hokage. Ananasowy.
To wcale nie pomagało mu rozwiązać swojego problemu z nieumieniem mieszkania z drugim człowiekiem. Chociaż może…
Uśmiechnął się lekko, widząc przed drzwiami do swojego pokoju kolejny słoik dżemu. Malinowego.
Chociaż może troszeczkę dawało mu to do myślenia.

Do ostatecznych wniosków doszedł, gdy kisząc na polu treningowym, znalazł na jednym z pali dżem o smaku aronii. Właściwie to Sasuke nie wiedział, że otrzymał słoik z dżemem z aroni, bo nigdy w życiu nie słyszał, że można te nieszczęsne owoce na dżem przerobić. Ale, skoro jego prezenty zaczynały mieć coraz dziwniejszy wygląd, to musiał interweniować.

I tak Sasuke ponownie znalazł się przed wejściem do domu Neji’ego.
Westchnął ciężko, popychając toporne drzwi.
Zdołał ustalić kilka niezaprzeczalnych faktów.
Po pierwsze: po kilku miesiącach marudzenia, w końcu zgodził się zamieszkać u Neji’ego. No może nie marudzenia. W końcu Hyuuga nie marudzi, on… Pytał. I w końcu, po którymś pytaniu zadanym z zaskoczenia, zgodził się. I po dwóch dniach od zamieszkania u chłopaka, Sasuke zdecydował się zdezerterować.
Iście nie w jego stylu.
Po drugie: Uchiha musiał się zgodzić z Kakashim. Bał się. A nie powinien. Nie znał za dobrze uczucia strachu, ale Neji je w pewnym sensie  wywoływał. No… Tak samo jak radość, czułość, czy podniecenie. Zdecydowanie, Neji wywoływał więcej pozytywnych, niż negatywnych uczuć. I to chyba irracjonalne, w dziwaczny sposób bać się osoby, którą się koch… Lubi.
Po trzecie: Nawet, jeżeli uznałby, że z Hyuuga i on nie mają większych szans na wspólne, udane życie… To nie powinien wykorzystywać dżemu, jako przyczyny rozstania.

Sasuke skradał się wzdłuż korytarza. Właściwie to nie bardzo wiedział, co powinien powiedzieć, czy też zrobić, jak już znajdzie Neji’ego. Właściwie to najchętniej by znalazł się gdzieś daleko stąd. Nie… Właściwie… To najbardziej by chciał, żeby jego głupia ucieczka nie miała w ogóle miejsca.
Słodki zapach uderzył go w nozdrza.
Pociągnął nosem.
To coś w kuchni.
Przyczaił się przy drzwiach do pomieszczenia.
To… Hm… Pociągnął jeszcze raz. Kurde, nie potrafił zidentyfikować zapachu.
Z rozmachem otworzył drzwi.
I zamarł.
Neji… Jego Neji… Kucharował. Coś… Coś śmiesznie bulgotało w dużym garze ustawionym na największym palniku kuchenki. Hyuuga nie zareagował na wejście gościa. Zamiast tego, wyciągnął z lodówki talerz, wcześniej ściągając garnek na ułożony na blacie ręcznik. Nabrał na łyżkę gotującej się wcześniej substancji i… Chyba ciapnął ją na talerz. Sasuke nie mógł jednak tego jednoznacznie stwierdzić, gdyż chłopak był odwrócony do niego tyłem.
Z ciekawością Uchiha podszedł do niego i zerknął mu przez ramię.
Dżem.
Tam. Na talerzu.
Dżem.
Nabrał z talerza na palec nieco substancji, nie zwracając uwagi na to, że Neji odsunął się i właśnie spoglądał na niego z wyraźnym tryumfem w oczach.
Sasuke skosztował wyrobu.
I zamarł.
- Dżem – wyszeptał po chwili. Na jego twarzy wykwitł promienny uśmiech. – To…
Obrócił się, żeby coś powiedzieć, jednak w kolejnej sekundzie Neji przyciskał go do kuchennego blatu, całując zachłannie i nie zważając na to, że ręka Uchihy wylądowała w talerzu z dżemem.
A Sasuke dawał się całować, czując, że znajduje się w odpowiednim miejscu. O nie, nie pozostawał dłużny. Zwłaszcza, że Naji smakował dżemem. Słodkim, wspaniałym dżemem z…
- Truskawki – mruknął między pocałunkami.
- Hm?  
- Kocham dżem z truskawki.
- Ja… - zaczął Neji. I dał mu buziaka w nos. Tak jak za pierwszym razem, gdy Sasuke przebywał w tej kuchni. – Ja ciebie też.
Sasuke zamarł. Rozdziawił usta w chwilowym szoku, aby po chwili rozciągnąć je w uśmiechu.
- Dokładnie. Mój ty truskawkowy dżemie.  

środa, 4 lipca 2012

Jeden pozytywny...

Po dobroci, czy też nie, jakoś mi nie idzie pisanie nowego rozdziału, a więc, w ramach obrony przed widłami przedstawiam... "coś" xD 100 słów z tytułem ^ ^ - czyli scenka rodzajowa: "A gdyby tak Sasuke i Naruto dostali pod opiekę zgraję dzieciaków z akademii" . Smacznego, nie bić - wynik ciężkich rozkmin stropowych. Ach, moje kochane konstukcje xD




"Jeden pozytywny..."


- Hm? - Sasuke uniósł brwi.
- Komentarz - parsknął Uzumaki, nakreślając rękoma dziwaczny gest. - Nie podobało mi się to, co powiedziałeś do dzieciaków. Powinieneś...
- Zdajesz sobie sprawę z tego, że nie obchodzi mnie twoja opinia, na temat moich metod wychowawczych? - westchnął.
- Metod? Jakich metod?! To dzieciaki, Sasuke! Trzeba je motywować, a nie mieszać z błotem!
- Nie będę prawił komplementów za spartoloną robotę...
- Pewnie nawet nie potrafisz żadnego sklecić!
- Nie? - mruknął czarnowłosy, jego usta rozciągnął drapieżny uśmiech. Przyciągnął blondyna do siebie, zaciskając dłonie na jego pośladkach. - Masz fajny tyłek.

poniedziałek, 28 maja 2012

Rozdział II.XV

Widzisz, Mecha? PISZĘ! xD Żulerstwo i plakaty najwyraźniej działają na mnie inspirująco xD. 

***   ***   ***   ***   ***   ***   ***  


Plan Kyuubi'ego był prosty.
Dla lisa.
- I to niby ja oberwałem o kilka razy za dużo? - zapytał ze zwątpieniem.
- Co ci znowu nie pasuje?
- Wszystko! - wrzasnął, a w jego głosie zabrzmiały nutki histerii. - Niby jak mam wleźć w jego podświadomość?!
- Jakoś z moją nie masz większych problemów.
- No tak, ale ty jesteś moim pasożytem od dobrych dwudziestu lat! Zresztą, odwal się, to moja podświadomość, tylko żeś się w niej zalęgnął!
- Dasz radę.
Naruto z pochmurnym wzrokiem zmierzył czteroogoniastego.
"Ekstra." Pomyślał sarkastycznie. Wcale, a wcale mu się to nie podobało.
- Wszystkim się zajmę. Ty się musisz tylko porządnie skupić.
- Łatwo ci mówić -  mruknął, a jego spojrzenie stało się jeszcze bardziej pochmurne.
- Pękasz?
- Chciałbyś.
- Słuchaj, jeżeli masz rację i demony są faktycznie kontrolowane, to musisz tylko odpowiednio potrząsnąć Yonbim. To silny dzieciak, nie powinien mieć problemów z zerwaniem więzi.
- DZIECIAK?! TO GIGANTYCZNA BESTIA, ŚLEPY JESTEŚ?!
- Nie panikuj, tylko działaj.
- JAK?!
- No wybacz, od tej strony nigdy nie komunikowałem się z żadnym z demonów, kombinuj! Jakąś wprawę ze mną w końcu masz!
- A zamknij się - warknął już nieźle wkurzony. - Jakby to było takie łatwe, to...
Yonbi zaatakował, przez co Naruto o mało nie zleciał z lisiego łba. Uratowała go smużka czerwonej chakry, która owinęła się wokoło jego ciała.
- Trzymam cię.
Naruto pokiwał głową.
"Dobra."
Odetchnął głęboko. I przymknął oczy.

Stalowe pręty bramy skrzypnęły nieprzyjemnie.
Naruto wzdrygnął się mimowolnie.
Wcale mu się nie podobało bycie w miejscu, gdzie zazwyczaj przebywał lis. Że też sierściuch tu wytrzymywał sam przez tyle lat...
- No dobra - powiedział do siebie, żeby nieco podnieść się na duchu. - Co teraz?
Skaliste ściany nie dały mu niestety odpowiedzi.
Rozejrzał się po zaciemnionym miejscu.
Właściwie... Gdyby nieco oświetlić tu i ówdzie, to można by było uznać jaskinię za coś w rodzaju... Świątyni? Ciekawa myśl.
Jak nie patrzeć, jeszcze nigdy nie przyjrzał się dokładnie temu miejscu. Może dlatego, że klatkę lisa odwiedzał wyłącznie w kryzysowych sytuacjach.
- Ale odrobinę światła naprawdę by się tu przydało - wymamrotał i po chwili tu i ówdzie pojawił się migotliwy blask pochodni.
- Ło - sapnął z zaskoczenia. - Ekstra!
Jego słowa odbiły się odległym echem.
- Skoro załatwiłeś światło, to dasz mi też pogadać z Yonbim? - zapytał, sam nie wiedząc do kogo się zwraca. Jednak nic się nie wydarzyło. - Hm... Tak myślałem...
"MÓGŁBYŚ SIĘ ZABRAĆ DO ROBOTY, A NIE URZĄDZAĆ SOBIE POGADUSZKI Z SAMYM SOBĄ?!"
- No już, nie gorączkuj się tak!
"TO SIĘ OGARNIJ!"
- Że też teraz mnie słyszysz, a jakoś wcześniej miałeś z tym spore problemy...
"NARUTO!"
- No już! Boże, nie dadzą człowiekowi chwili spokoju...
Podszedł do jednej z pochodni i wysunął ją z mosiężnego stelaża. Zmarszczył brwi. Na skalistych ścianach było... Coś... Przejechał dłonią po niewyraźnych kształtach. Jakby malowidła. Odsunął się nieznacznie i oświetlił powierzchnię przed sobą.
- Łał - sapnął ze zdziwieniem. Skała była pokryta licznymi malowidłami i rycinami. Niektóre z nich z pewnością były napisami. A nawet nie samymi napisami, tylko też całymi historiami. Ale znaczna część przestawiała stwory wszelkiego rodzaju.
"Wycieczkę krajoznawczą urządzisz sobie kiedy indziej, dobrze?" Głos lisa przesycony był wymuszonym spokojem.
"No już, no..."
Odwrócił się od ściany i rozejrzał wokół siebie. 
- Tylko co ja właściwie mam zrobić? - zapytał, smętnie wpatrując się przed siebie.
I wtedy to zobaczył.
Drobna, świetlista smużka, pojawiająca się w blasku pochodni.
Nie zwlekając podreptał wzdłuż niej.
Skalna jaskinia zwężała się, zaczęły się pojawiać dziwaczne korytarze, rozwidlenia. W pewnym momencie musiał zniżyć pochodnie, żeby wyłapać błysk śledzonej nitki.
- Witaj, śmiertelne dziecię.
Naruto wzdrygnął się, gdy odległy szept doszedł jego uszu.
- Kyu?
"Czego?"
- To, to nie byłeś ty?
"Co?"
- Nie słyszałeś?
"Naruto, wyczuwam zaledwie namiastkę tego, co tam wyprawiasz. Z łaski swojej pośpiesz się i daj mi spokój!"
- Ale ktoś tu jest! - Uzumaki ścisnął mocniej pochodnie. Nie podobało mu się to, że najwyraźniej nie był tu sam, ani to, że jego głos stawał się nieco piskliwy.
- Nie bój się mnie, śmiertelne dziecię.
- Gdzie jesteś!? Kuźwa, kim jesteś?! Ja pierdzielę, kolejne pasożyty we własnej podświadomości - jęknął. - Mamo, ja nie chcę...
Do jego uszu dobiegł dźwięczny śmiech. Kobiecy śmiech.
- Gobi?
- Znasz mą siostrę, śmiertelne dziecię. A nie wyczuwam w tobie odrazy, gdy używasz jej imienia.
- ŻE CO?!
- Niech ci się przyjrzę, śmiertelne dziecię.
Naruto zamarł.
Przed nim zmaterializowała się piękna istota.
Miała ciemnoniebieskie oczy i długie białe włosy. Wyglądała niemalże, jak pięcioogoniasta w swojej ludzkiej postaci.
- Czuć od ciebie dobro - powiedziała melodyjnym głosem.
- Jesteś siostrą Gobi? - wystękał Uzumaki, będąc w niemałym szoku. - Ja pierdzielę, to demony mają jakieś więzy krwi?
- Oczywiście, głuptasie. - Pogroziła mu palcem przed nosem. - Jak cię zwą?
- Eee... Naruto.
- Witaj - zachichotała. - Eee... Naruto.  Jestem Nanabi.
- Siedmioogoniasta - szepnął blondyn, wciąż wgapiając się w nią ze zdziwieniem. - Co ty tu robisz?! Ej, to moja podświadomość! Jeden demon mi wystarcza!
Kobieta ponownie zachichotała.
- To jest mój dom, głuptasie. Jak i zarówno wszystkich innych demonów. Lata temu, zostaliśmy tu uwięzieni. Część klatek została otwarta. Niestety, nie miewam tu zbyt wielu gości.
- Kyuubi o tobie wie?
Po twarzy białowłosej przebiegł grymas bólu.
- Wie, że istnieję na tym świecie.
- Ale...
- Nie mów mu, proszę. Nie mów mu, czego się dowiadujesz o tym miejscu.
- To jest...
- To nasz dom. To był nasz dom... Nasza świątynia - zaczęła ze smutkiem. - Kiedyś, gdy shinobi darzyli nasz szacunkiem. Gdy nasze imiona nie wzbudzały w nikim strachu, a podziw. Tu ,przed wzrokiem ludzi, schowana jest historia. Moja. I wszystkich demonów. Urodziliśmy się tu, wychowaliśmy, a następnie zostaliśmy zamknięci, spętani niczym niemyślące, dzikie bestie...
- Jestem jakimś pokręconym łącznikiem między lęgowiskiem demonów, a własną głową? Psia mać...
Po twarzy kobiety przemknął cień uśmiechu.
- Jesteś zabawny, głuptasie.
- Dlaczego... Ej, nie rozumiem, przecież ty nie jesteś...
- To nie jest historia na to spotkanie, Naruto.
- Hę?
- Uratuj Yonbi'ego. - Kobieta zaczęła niknąć. Systematycznie jej postać stawała się coraz bardziej przeźroczysta.
- Chwila, ale jak to jest, że Kyubi nic o tym miejscu nie wie?! Jak to jest, że nie wie o tobie?!
- Zaślepiała go nienawiść.
- CO?
- Do tego miejsca - jej głos cichł powoli. - I do... Mnie.
Zniknęła.
A Naruto wciąż wgapiał się przed siebie.
- Nanabi? Eeeej! Nanabi! No nie zostawiaj mnie taaaak - jęknął po chwili.
Cholera, to... To było dziwne.
"MOŻESZ MI POWIEDZIEĆ, CO ŻEŚ TAKIEGO ROBIŁ PRZEZ OSTATNIE KILKA MINUT?!"
- Że co, proszę?
"CO TY WYPRAWIASZ LENIWY BACHORZE, DO ROBOTY!"
- Szukam!
"Czego, poczwaro?! Jak cię dorwę..."
- Klatki.
"CO?!"
Aj, Kyu najwyraźniej nie słyszał jego rozmowy z Siedmioogoniastą. I również słyszalne było, że nie był w dobrym nastroju.
- To... No nie ważne! Zajmij się sobą. Już wiem co robić!
"Cholerny bachor..."
Naruto ponownie podążył za świetlistą smużką.

- Pomocy...
Naruto stanął przed zamkniętą bramą.
- Pomocy... Proszę...
- Halo? - zawołał. Przełożył pochodnie przez kraty, żeby oświetlić sobie wnętrze klatki. W rogu zamajaczył kontur postaci.
- Boli... Boli... Pomóż mi...
- Już do ciebie idę! - wrzasnął. Przywołał klona, wcisnął mu w dłonie pochodnie i zerwał widniejącą na kratach pieczęć. - Ej, słysz...
Postać błyskawicznie zerwała się i rzuciła na Uzumakiego, zwalając go z nóg.
- Ty mała... - sapnął wściekle, szarpiąc się z osobnikiem. W końcu, bo kilku chwilach szamotania przycisnął go do ziemi, przyciskając mu kunai do szyi. - Dzieciak?!
- Sam jesteś dzieciak! - parsknął... Chłopiec. Na oko dziesięciolatek. - Puszczaj mnie!
- Ani mi się śni, gówniarzu! - warknął Naruto. Wstał, przytrzymując wciąż dzieciaka, a po chwili przekazał go dwóm kolejnym stworzonym klonom. - Żebyś mi oczy wydrapał?! Co cię napadło?! Pomóc ci chciałem!
- Jasne!
Blondyn ze zmarszczonymi brwiami przyjrzał się małej postaci.
Czerwone oczy spoglądały na niego z wyraźną wrogością. Krótko przycięte rude kłaki latały na każdą stronę, podczas gdy chłopak próbował się wyrwać.
- Już ja bym ci pokazał, gdyby nie zabrano mi siły!
- Co?
- Gówno!
Jeden z klonów strzelił go w potylice.
- Zachowuj się, bachorze - warknął Uzumaki. Cholera, ostatnimi czasy naprawdę miał dosyć opieki nad jakimikolwiek dzieciakami. A już zwłaszcza takimi, które go znienacka atakowały. - Kto ci zabrał siłę?
Nie odpowiedział. Tylko jego spojrzenie stało się jeszcze bardziej nienawistne.
- Madara?
- Rozniosę tego patałacha! - wrzasnął więzień, jeszcze mocniej się szamocąc. - Tylko się wydostanę! Rozniosę go!
- Spokojnie! - Naruto uciszył go gestem ręki. Na jego twarzy wykwitł dosyć kretyński uśmiech. - Masz na imię Yonbi, tak?
Dzieciak przestał się wiercić i pokiwał niepewnie głową.
- A co ty na to, że ci z chęcią pomogę?

- No, no młody. Jak żeś w końcu ruszył dupę to udało ci się nawet nie spaprać sprawy.
Naruto wybudził się z tego dziwacznego miejsca, gdzie miał aż za dużo styczności z demonami.
Ledwo zdawał sobie sprawę z tego, że lis go podtrzymuje za ramiona. Zamrugał kilka razy i stanął o własnych siłach.
- Marne słowa pochwały - skwitował, lustrując otoczenie. - A ty czegoś się zmienił? Jeszcze nie koniec walki.
- Nie pyskuj szczeniaku, ja...
- WUJEK!
Mały rudowłosy chłopiec rzucił się Kyuubi'emu na szyję.
- No. - Naruto wyszczerzył się w stronę zdziwionego czerwonookiego mężczyzny. - To ty załatwiaj sprawy rodzinne, a ja lecę ratować jednoogoniastego z sideł Madary, bo coś widzę, że Sasuke z resztą sobie nie za dobrze radzą...



środa, 18 kwietnia 2012

Rozdział II.XIV

Dawno nic się tu nie działo , więc chyba pora na jakąś aktualizację. Mam lekki zachrzan na uczelni aktualnie niestety >.<
Rozdział będzie krótki, ale myślę, że treściwy :) I z masą błędów, co mi musicie wybaczyć, gdyż po drugiej zarwanej nocce mój mózg i tak średnio funkcjonuje xD.
Dziękuję bardzo za komentarze (bardzo mi miło widzieć nowe nicki pod postami(niach, niach, ŚWIEŻYNKI :D ), jak i zarówno moje kochane dinozaury komentujące od dużego czasu :D) i zapraszam ^ ^.

*** *** *** *** *** *** ***

Był bohaterem.
Odważnym shinobi.
Mężnym człowiekiem.
Nie lękał się niczego, ani nikogo. Nie straszne mu były ciężkie obrażenia i urazy.
Potrafił w kryzysowych sytuacjach ryzykować własnym życiem.
I…
I zrobił to, co pierwsze wpadło mu do głowy.
Wrzasnął przeciągle i zaczął zwiewać. Oczywiście niemalże gubiąc Risu po drodze.
- RATUNKU! – zawył, nie zważając na to, że właśnie zza bariery obserwuje go niemalże połowa wioski. Z Sasuke na czele.
Niestety, nie uciekł za daleko.
Po panicznym przebiegnięciu kilkudziesięciu metrów został zmuszony do gwałtownego wyhamowania. Bo przed nim zmaterializował się Madara.
Zawrócił.
Znowu się zatrzymał, gdy uświadomił sobie, że z tej strony wpadnie na jednoogoniastego, który właściwie nie ruszył się jeszcze z miejsca, tylko obserwował jego poczynania.
Z namysłem zerknął przez ramię na zamaskowaną postać. I wyglądało na to, że znowu zmieni kurs biegu, jednak chyba szybko uznał to za dosyć durny pomysł.
- Eee… - zaczął po chwili zastanowienia. – To ten…
- Jakże miło jest cię znowu widzieć, Naruto. – Głos Madary przepełniony był mściwą satysfakcją. – Mam nadzieję, że tym razem nasze spotkanie potrwa nieco dłużej.
- Jest mi niezmiernie przykro, że nie podzielam twoich odczuć – parsknął. – Czego znowu chcesz?
- Och, tylko ciebie.
„Perwers.”
- Niestety, jestem zajęty. Zresztą, nie gustuję w zamaskowanych typach.
Naruto zignorował odległe „słyszałem to”, które najprawdopodobniej pochodziło od Kakashi’ego.
- Zrobimy tak. – Przywódca Akatsuki klasnął w dłonie. – Ty potulnie pójdziesz ze mną, a ja obiecam, że nie zmiotę Konohy z powierzchni ziemi, co ty na to?
- Nie.
- No, no, ależ twardy z ciebie negocjator. – Przytłumiony maską głos nie brzmiał, jakby jego właściciel był rozczarowany. – A jeżeli ten mały szkrab, byłby moją kartą przetargową?
- Chyba kpi… - Naruto nie dokończył zdania. W jednej chwili ściskał w dłoniach Risu, a już w następnej… Córka Gobi dyndała w ręce Madary, podniesiona za kołnierz kimona.
A po chwili dziewczynka wywinęła się i wbiła pazury w rękę, która ją trzymała. Madara wrzasnął, bardziej z zaskoczenia, niż bólu, wypuścił ją, a Risu, korzystając z okazji kopnęła go w piszczel. Albo też mniej więcej w piszczel, gdyż obszerny płaszcz zamaskowanego osobnika skutecznie ograniczał jej dokładne określenie, gdzie ów kość się znajduje i uciekła.
A w tym samym czasie, od strony wioski rozniósł się wściekły ryk.
Naruto zamarł. I przełknął ciężko ślinę. Risu wczepiła się w jego nogi, niemalże pozbawiając go równowagi. Ta kilkusekundowa akcja nie umknęła najwyraźniej pięcioogoniastej.
Wraz z rykiem rozniósł się niemiłosiernie głośny brzdęk, jakby tłuczonego szkła.
- Masz nadpobudliwą matkę - wystękał do dziewczynki, wpatrując się uważnie w Madare. Chociaż bardzo ciekawiło go, co się dzieję za jego plecami, to jakoś nie miał ochoty odwracać wzroku od Uchihy.
Wodna struga śmignęła tuż nad głową Naruto w kierunku zamaskowanej postaci, zmuszając ją, do wykonania uniku, ciemna smuga minęła chłopaka i rzuciła się na Madare. Następnie czyjaś dłoń strzeliła Uzumakiego w potylice.
- To, za komentarz o zamaskowanych typkach.
- Ej!
Oberwał jeszcze raz.
- A to za głupotę.
- NO EJ! - Blondyn rzucił Joninowi oburzone spojrzenie.
- Ciesz się, że to nie Sasuke dorwał cię pierwszy. A teraz śmigaj z dzieciakiem, uspokoić ogoniastą, bo jeszcze nam pół wioski rozpierdzieli.
Z pomrukiem niezadowolenia chwycił Risu pod pachy i obrócił się w stronę Konohy. I akurat zdążył zobaczyć, jak jeden z budynków zostaje zmieciony przez ogon Gobi. Rozbita tarcza ochronna, którą rozciągnęła Tsunade, iskrzyła się jeszcze w promieniach słońca. Jej odłamki znikały leniwie z cichymi pyknięciami. Cóż... Najwyraźniej nie była odporna na wściekłe, demoniczne matki.
Powieka drgnęła mu gwałtownie, gdy jedno z kopyt przeorało brukowaną ulicę. Oj, Hokage się wścieknie.
- No pięknie - sapnął. Już szykował się do ekspresowego przemieszczenia swoich czterech liter do demona, gdy pięcioogoniasta sprężyła się i długim susem znalazła się tuż przy Shukaku. I rzuciła mu się do gardła.
"Kyu, na pewno nie chcesz wypęłznąć?"
"Niech pomyślę..."
"Więc?"
"Zdecydowanie: NIE"
"Leniwa bestia."
- Może lepiej poczekam, aż się z nim rozprawi, co? - zagadał do Kakasi'ego. Wcale nie miał ochoty znaleźć się między dwoma walczącymi demonami.
- JUŻ!
- Bez ner... - Naruto przerwał gwałtownie. Nad czubkami drzew Konohańskiego lasu mignęło mu coś, czego stanowczo wolałby jednak nie widzieć. Cztery czerwone ogony wirowały szaleńczo na tle nieba, a to oznaczało, że do wioski zbliżał się Yonbi.- Trzymaj! - wrzasnął, wciskając Hatake wiercącą się dziewczynkę. - Zostajesz honorowym dziadkiem!
"Kyu?!"
"NIE."
Ruszył błyskawicznie przed siebie, nie czekając na odpowiedź Jonina. Złożył dłonie w pieczęć.
"Cóż, chyba jednak tak!"
- Technika przywołania: Lisi demon! - wrzasnął, rozpaczliwie próbując zrobić... Cokolwiek. Nie, żeby miał nadzieję, że technika podziała. Nie, żeby kiedykolwiek jej próbował na lisie. Jednak coś desperacko podkusiło go do podjęcia tej marnej próby. I...
Naruto stanął oniemiały.
Wszystko jakby zamarło, a oczy zgromadzonych ludzi i demonów zwróciły się w jedną stronę.
Kłęby dymu unosiły się swobodnie przez chwilę, tylko po to, aby zniknąć przy mocniejszym podmuchu wiatru. A z nich wyłonił się... Kyuubi.
- Chyba kpisz - warknęła monstrualna postać lisa, pochylając pysk ku swojemu jinchūriki. - Mnie? Pospolitą techniką przywołania?!
Uzumaki cofnął się o krok.
- Ale... - zająknął się. - Ale, że jak to? Jakim cudem to podziałało?
- Mnie się pytasz gówniarzu?! - Lis wyprostował się dumnie, wciąż spoglądając na niego z wyraźną złością. - Powinienem teraz...
Niestety Naruto nie dowiedział się, czym chciał mu zagrozić demon.
Yonbi postanowił wykorzystać okazję i rzucił się dziewięcioogoniastego.
Uzumaki przez chwilę obserwował walką. Wciąż nie mogąc się nadziwić, że zwykła technika przywołania podziałała na dziewięcioogoniastego demona. A w dodatku... Coś mu w tym wszystkim wyraźnie nie pasowało. Demony przywołane przez Madare zachowywały się jak... No walczyły, atakowały, a i owszem. Tylko, że wyglądało to tak jakby były... Nienaturalne?
"Kyu!"
Lis nie odpowiedział na mentalne zawołanie. Cholera, niedobrze.
- Kyu! - Ruszył biegiem do przodu. Jednak nie zaszedł znowu za daleko, gdyż drogę zagrodził mu Sasuke.
- Gdzie znowu? - warknął nieprzyjemnie, chwytając Naruto za nadgarstek.
- Pogadać. Muszę powiedzieć Kyu...
- Między demony chcesz się wepchać?! - Uchiha wzmocnił uścisk. - Zwariowałeś!
- Nie! - sapnął, zerkając z paniką na lisa, który aktualnie wgniatał Yonbi'ego w ziemię. Nie ma co, siła dziewięciu ogonów, znacznie przewyższała cztery. Jakimś cudem gigantyczna małpa po chwili wywinęła się z pazurów Kyuubi'ego. - Słuchaj, one nie mogą się atakować!
- Co?
- Demony!
- Naruto. - W głosie Uchihy pojawiła się rezygnacja. - Odbiło ci.
- Nie, posłuchaj, one się nie kontrolują. Pamiętasz, jak wioskę zaatakowała Gobi? Teraz jest tak samo! Musimy przerwać...
- Niby jak chcesz to zrobić? Do czasu, aż znajdziemy osobę kontrolującą, Yonbi i Shukaku zdążą zmieść Konohę z powierzchni ziemi!
- No, ale... - Blondyn spojrzał na niego z błaganiem w oczach. - Nie możemy pozwolić im walczyć.
- Naruto...
- Sasuke, proszę. Możemy je powstrzymać. Jeżeli wyrwą się spod kontroli, to będzie można z nimi normalnie pogadać. To nasza szansa! Nie ma siły, żeby chciały walczyć po stronie Madary. Sasuke, zaufaj mi.
Czarnowłosy westchnął, równocześnie przymykając oczy. Z wahaniem puścił jego rękę i odsunął się nieznacznie.
- Leć - powiedział, z wyraźnym przymusem. - Znajdę Hinate. A ty wyjaśnij Kyuubi'emu i Gobi, jak się sprawy mają.
Naruto odsunął się z wyraźnym niezdecydowaniem. Był nieco zagubiony. Jednak... Nie było czasu. Musiał jak najszybciej dostać się do Kyuubi'ego. Obrócił się już, gdy Sasuk ponownie chwycił go za dłoń, przyciągnął ku sobie i delikatnie musnął jego wargi własnymi.
- Kocham cię.
Naruto uśmiechnął się nieznacznie.
- Wiem.
I ruszył.

Dostanie się do Kyubi'ego nie było łatwe. To dziwne, jak takie monstrualne cielska potrafiły błyskawicznie się poruszać.
- KYUUBI! - wydarł się blondyn, nie wiadomo już który raz.
Nie miał pojęcia, czemu lis nie reaguje. Być może naprawdę go nie słyszał. Albo też, robił mu po prostu na złość.
- Zabiję tego wyleniałego pchlarza - warknął pod nosem.
I wpadł na pewien pomysł.
Wyciągnął z kabury kunaia
- Hiraishin... - krzyknął początek techniki, robiąc równocześnie lekki zamach i jęknął, zataczając się nieznacznie. Zamrugał, aby obraz przed oczami mu się wyostrzył. Cholera, niedobrze. Jego zasoby chakry zostały już nieźle nadszarpnięte. Ale musiał jakoś dogonić oddalające się wciąż demony. Kyuubi najprawdopodobniej starał się odciągnąć czteroogoniastego jak najdalej od wioski. To dobrze, jednak teraz Naruto miał drobne problemy z dogonieniem ich.
Odsapnął ciężko kilka razy.
- Weźże się w garść, cieniasie - powiedział sam sobie.
Zebrał siły, rzucił kunaiem, jednocześnie wywrzaskując treść formuły techniki.
Podziałało.

Walcząc z osłabieniem, znalazł się przy lisim demonie. Wyszarpnął gwałtownie kunai z drzewa, w który się wbił i zanim czas zdążył wrócić na swoje miejsce, wspiął się na łeb Kyuubi'ego.
- Czy ty mnie jawnie ignorujesz, sierściuchu!?
- Spadaj, dzieciaku - warknął lis, gniewnym spojrzeniem gromiąc Yonbi'ego, który znajdował się dobre kilkadziesiąt metrów przed nim, również racząc go nieprzyjemnym spojrzeniem. - Zajęty jestem.
- Nie pieprz. Kyu, zostaw go!
- Co?!
- Nie atakuj go!
- Czyś ty oberwał o kilka razy za dużo?
- Nie, słuchaj... - Uzumaki pokrótce przedstawił lisowi zarys sytuacji.
- To na cholerę, żeś mnie przywoływał?
- Cicho, myślę...
- Jasne.
Naruto sapnął. Nie miał pomysłu. Nie miał pomysłu. No, nie miał...
- Nie spinaj się tak. Mam pewien plan.

*** *** *** *** *** *** ***

No, to wracam do projektów xD

niedziela, 11 marca 2012

Rozdział II.XIII

O! Napisałam nexta :D
Więc, bez marudzenia: dziękuję bardzo za komentarze, zapraszam na część kolejną ;)

*** *** *** *** *** *** ***

Naruto rozejrzał się wokół siebie.
- Okeeej – wyjąkał po chwili. – Chyba podziałało.
- Ty… - Sasuke wyglądał na nieco skołowanego. – Coś ty zrobił?
- Hiraishin no Jutsu – odpowiedział wyraźnie z siebie zadowolony. – Ba! Poprawnie wykonane Hiraishin no Jutsu! Wiesz, że oni wszyscy w rzeczywistości się ruszają? – Puścił rękę Uchihy i wskazał na grupkę shinobi, która znajdowała się najbliżej nich. – Ale w tak ślimaczym tempie, że tego nawet nie widzimy. SUNE!
W jego dłoni pojawił się miecz. Pogładził jego ostrze, niemalże z czułością.
- Rozpoznasz klony? – zapytał czarnowłosy, mierząc siły wroga beznamiętnym spojrzeniem.
- Głupie pytanie.
- To według planu. Klony niszczyć, ludzi unieszkodliwiać.
- Się wie, Sasu. Nie musisz mi przypominać! No to Powo…
Czarnowłosy przyciągnął do siebie Uzumakiego i wycisnął na jego ustach mocny pocałunek.
- Powodzenia, Naruto.
I ruszył na przeciwników.
A blondyn stał niczym słup soli. Jego usta rozciągnęły się w głupkowatym uśmiechu.
„Młody…”
„Huh?”
„Rusz dupę, a nie się szczerzysz jak idiota.”
„O, no. Racja.”

Skoczył w kolejną grupę, już na wstępie niszcząc dwa klony i unieszkodliwiając kolejnego wrogiego shinobi. To wyglądało dosyć komicznie, kiedy bezwładne ciało po prostu wisiało w powietrzu, zamiast opaść swobodnie na ziemię, posłusznie poddając się grawitacji.
„Zaczynam się nudzić powoli.”
„Nie marudź.”
„Nie no, naprawdę. Ile można…”
Jęknął głucho, wstrzymując gwałtownie powietrze.
Ostry ból przeszedł jego ciało. Zachwiał się, a Sune zniknęła.
„Naruto?”
„To… To…” Zaczerpnął głębszego oddechu. Ból jak szybko się pojawił, tak szybko też zniknął. „Nic, już w porządku, tylko…”
„Koniec nudy?” Głos lisa zabrzmiał co najmniej… Mściwie.
- Ja pierdzielę – sapnął, potrząsając gwałtownie głową. Zamrugał, żeby się pozbyć wkurzających mroczków przed oczami. – To było…
Zamilkł gwałtownie.
Dziesiątki par oczu wpatrywały się w niego z nieskrywaną nienawiścią.
„Eee, coś mi się wydaje… Że moja technika przestała działać.”
„Jakżeś to wywnioskował, o najbłyskotliwszy?”
„Zamknij się.”
Rzucił szybkie spojrzenie wokół siebie. Był otoczony. Co się dziwić, skoro na pewniaka wskoczył w sam środek pola bitwy. A mógł przezornie, jak Sasuke, poruszać się po boku.
Spróbował powstrzymać drżenie rąk.
Słabo mu to wychodziło. Jakoś nie czuł się na siłach, aby użyć kolejnego jutsu.
„Trzeba było dłużej używać jakiejś dziwacznej techniki.”
Fakt, nie przemyślał sprawy. Ale na wypominanie było już raczej za późno.
„No przecież…”
Kilka sekund odpoczynku i będzie sprawny… Tylko jak do cholery miał wygospodarować kilka sekund, skoro z każdej strony chciano go zadźgać?!
„I ochoczo rozciągnąć ją na drugą osobę. „Patrzcie na mnie, jestem mocarny Naruto i nie pozwolę, aby mój chłopak miał chakrowe ubytki. Ale jestem fajny.” No nie pogadasz…”
„Zamknij się.”
„Powtarzasz się. I krew ci leci z nosa bałwanie.”
Naruto nie zwrócił na to uwagi. Może miało to coś wspólnego z tym, że zaczynało mu się robić przyjemnie ciemno przed oczami.
I pewnie by stracił spokojnie przytomność, gdyby nie to, że po pierwsze, moment był nieodpowiedni, a po drugie, czarna smuga unieszkodliwiła kilku shinobi, a potem porwała Naruto i przeniosła go na bezpieczniejszą odległość.
- Czy ty zawsze musisz się tak sponiewierać?
- Oh, mój ty wybawco! – Uzumaki zarzucił ręce na szyje Sasuke. Miło było na kimś zawisnąć, a nie starać się utrzymać w pionie o własnych siłach. – Będę musiał ci się oddać w ramach zapłaty za ratunek?
- Kretyn.
„Kretyn.”
- Słyszę echo – stwierdził radośnie blondyn.
- Wracamy do Sakury. Natychmiast.

I od niej też zgarnął ochrzan. Tylko Kakashi przyglądał się im z wyraźnym rozbawieniem.
- No bez przesady – jęknął blondyn, kiedy dziewczyna stwierdziła, że powinien trafić do szpitala na badania. – Nic mi nie jest!
„Tylko niedobór szarych komórek. Niestety nawet współczesna medycyna nic na to nie pomoże.”
„Cieszę się, że nie znudziło ci się raczenie mojej inteligencji swoimi zacnymi uwagami.”
- Sakurcia – sapnął, gdy różowowłosa wciąż wpatrywała się w niego z nieskrywaną złością. – Daj spokój, mój prywatny rentgen twierdzi, że wszystko ze mną git!
„No nie wiem, czy takie wszystko. Psychika wyraźnie siada.”
„Cisza, sierściuchu.”
- Dobra , dzieciaki. – Kakashi aż przyklasnął. – Nieźle się spisaliście, ale! Ale jeszcze sporo przed nami. Druga linia obrony zajęła się wyłapaniem ludzi. Większość to przestraszone bachory, które zostały siłą zaciągnięte do oddziału. Więc, skoro wszystko przebiega pomyślnie, możemy się w spokoju zająć…
„Oho.”
„Wspominałem kiedyś, że nie lubię, jak mówisz: oho?”
„Mam chyba złą wiadomość…”
„Ty, czekaj… Ty chyba nie chcesz powiedzieć…”
Potężny ryk wstrząsnął całą okolicą.
„Chyba jednak chcesz.”
- Naruto? Czy… Hm… - Zaczął niepewnie Kakashi. – Czy lis przypadkiem nie wyczuł, co się święci.
- Wyczuł – przyznał Uzumaki, przymykając oczy. Jakoś nie miał ochoty wypowiadać na głos tego, co miał wypowiedzieć.
- Więc?
- No cóż…
„Oho…”
„Znowu? No nie żartuj sobie…”
Ryk rozległ się ponownie. Bliżej. Ziemia zadrżała.
- Więc… - powiedział na pozór spokojnym tonem. - Sugeruję spierdzielać.

- Odwołać oddziały znajdujące się za murami. Sformować szyk obronny przed bramą, co z cywilami? – Tsunade sztywnym krokiem wyszła z gabinetu.
- Ostatnia grupa jest w połowie drogi. Piętnaście minut…
- Nie mamy piętnastu minut – warknęła, przyśpieszając kroku. – Madara zaraz znajdzie się przy granicy wioski, a wtedy…
- Babciuuu!
- A ty tu… - przerwała w pół słowa. Jedna z jej brwi powędrowała ku górze. Przed nią stał Uzumaki. Zakrwawiony, mający drobne problemy z utrzymaniem pionu, Uzumaki. – Możesz mi wytłumaczyć, jakim cudem po kilku minutach walki, wyglądasz jakby ktoś próbował przestawić ci przegrodę nosową?
- Oj tam, nieważne! – Naruto machnął dłonią. Miał do przekazania ważną wiadomość, to jak teraz wyglądał, nie miało większego znaczenia.
- Wytrzyj tą zaschniętą krew, smarkaczu. Źle wpływasz na morale innych ludzi.
- Słuchaj, starucho, nie mam czasu na pierdoły. Do wioski…
- Jeżeli chodzi ci o to, że Madara spuścił ze smyczy ogoniastą bestie, to możesz sobie odpuścić. I jeszcze raz nazwiesz mnie staruchą, to już ja ci zafunduje takie przestawianie nosa, że nawet Uchiha nie będzie cię już chciał. – Blondynka szła dalej, nie zważając na to, czy Naruto podążał za nią.
- Hej! A niby co to… A skąd ty to wiesz? – zapytał.
- Guzik cię to w tym momencie powinno obchodzić – mruknęła, zaciskając pięści. Nie miała czasu na tłumaczenie.
- W ogóle gdzie ty leziesz? – sapnął z wyrzutem Uzumaki, zrównując z nią krok. – Nie powinnaś dowodzić z gabineciku?
- Pod bramę i nie odzywaj się, jak się nie znasz na sprawie – syknęła i spojrzała na niego gniewnie. Nie miała czasu na słowne utarczki.
- Spoko, babiuniu… No już się nie wściekaj – jęknął dzieciak. Po chwili zmarszczył śmiesznie nos, jakby się nad czymś zastanawiając. – Ty… Czekaj, mówiłaś o jednej bestii?

- Dwie – jęknął Nara, zaraz po tym, jak otrzymał świeże wiadomości od Naruto.
Blondyn wzruszył ramionami. Obraz przed oczami już nieco mu się rozjaśnił. I był w stanie prosto ustać o własnych siłach. Ha! Dobrze wiedział, że to tylko chwilowa niedyspozycja!
- Będzie jatka – stwierdził.
- Które?
- Shukaku i Yonbi. – Naruto wpatrywał się w dal. Po początkowych rykach nastała podejrzana cisza.
„Przed burzą.”

„Nie masz ochoty wynurzyć się na światło dzienne i nam pomóc?”
„Nie.”
„Tak tylko pytałem.”
- Właściwie to dlaczego chowamy się za murami? – zagadał, wpatrując się w kolejną grupę shinobi szybkim marszem przechodzącą przez bramę.
- Tsunade rozciągnie tarcze wokół Konohy – powiedział po chwili Shikamaru. – Czasową. Przez piętnaście minut nikt nie będzie wejść na teren wsi, ani z niego wyjść.
- A po co?
- A żeby cywile mieli czas dotrzeć do schronu – warknął Nara, z wyraźną irytacją. – Używaj czasami czegoś takiego jak mózg.
„Widzisz? Też ci to często powtarzam.”
Naruto ponownie wzruszył ramionami. Rozumiał, że wokół panuje nerwowa atmosfera, ale to nie oznaczało, że wszyscy musieli się do niego niemiło odnosić. W końcu… Poradzą sobie jakoś. Zawsze radzili.
- A to ten… - zaczął cicho, próbując nie wzbudzić kolejnej fali złości w koledze. – To podziała na demony?
- Miejmy nadzieję. – Shikamaru westchnął. Nie wyglądał na przekonanego. - Gdzie Sasuke?
- Pomaga Sakurze przy rannych – odpowiedział machinalnie, wpatrując się w Tsunade. Kobieta właśnie przygotowywała się do rzucenia techniki. Znak na jej czole zalśnił delikatnie.
- A ty czemu nie z nimi?
- W teorii jestem na badaniach.
- O?
- Sieją niepotrzebną panikę, ot co. – Machnął ręką, zbywając kolejne pytania. – Ty mi lepiej powiedz…
Zamilkł gwałtownie.
Tsunade złożyła dłonie w pieczęć, zamykając oczy.
Z tego co się orientował, techniki rzucane na tak duży obszar, jaki stanowiła Konoha, były cholernie trudne do wykonania. I z racji tego, że pochłaniały mnóstwo chakry, były też diabelnie niebezpieczne.
Blondynka ze wszystkich stron była otoczona przez oddział ANBU. Jeżeli zacznie już technikę, to musiała maksymalnie się skupić i przede wszystkim nie przerywać jej.
Kątem oka przyuważył czarny kształt, który śmignął tuż przy murze.
Zmarszczył brwi, coś tu…
Dłonie Hokage błyskawicznie ułożyły się w następny znak. I następny.
- Ożesz! – Naruto obrócił się gwałtownie w stronę bramy. I wstrzymał oddech.
Stał tam zwierzaczek.
Czarny, zwierzaczek.
Wiewiórka.
Chyc! I znalazła się za terenem wioski.
- Kurwa mać! – wrzasnął i rzucił się w jej kierunku. Gdzieś w mózgu mignęła mu wiadomość, że blondynka niedługo skończy rzucać technikę.
- Naruto! – Gdzieś za nim rozległ się wściekły krzyk. Chyba Nary.
„Zdążę, zdążę, zdążę!” Pomyślał gorączkowo.
Wykonał długi skok, znalazł się za bramą i rozejrzał bacznie. Zaraz potem rzucił się w prawo i pochwycił zwierzątko za ogon. Czym prędzej przycisnął je do siebie, wstał, obrócił się i pognał z powrotem do wioski.
Psiocząc pod nosem przelazł przez…
Chciał przeleźć przez bramę, jednak w efekcie próby zarył powierzchnią twarzy o… „Coś”.
Zapewne z drugiej strony wyglądało to malowniczo, gdy z nosem przyklejonym do przeźroczystej powierzchni zsunął się do klęczek. Wciąż trzymając blisko siebie wiewiórkę.
Klapnął na tyłek. Zamrugał.
„Ożesz ku… O ja pie…” Pomyślał spanikowany.
- O kurwa – wystękał w końcu.
Nadział się na barierę! Matko kochana… Tsunade postawiła barierę, której nie mogli ściągnąć! Barierę, przez którą nie mógł przejść! Cholerną barierę! Sasuke go zamorduje…
Przed bramą zgromadziła się już spora publiczność.
- Zabiję cię – warknął, unosząc wiewiórkę za futerko na szyi, na wysokość swoich oczu. – Wezmę i cię po prostu zabiję!
Puf! I na miejscu zwierzątka pojawiła się Risu.
Niezwykle rozradowana Risu.
Z bezczelnym uśmiechem na twarzy i wesołymi iskierkami w oczach.
Naprawdę chciał ją zabić.
- Wujek! – krzyknęła radośnie.
- TY DEBILU!
Naruto skrzywił się. Czyli, że bariera nie hamuje dźwięku… No to akurat nie był żaden plus. Spojrzał, w swoim mniemaniu niewinnie, na Sasuke.
- Ale że ty do mnie mówisz?
- TAK!
- No przecież to ta pokraka uciekła za mur! – rzucił na swoją obronę, zasłaniając się Risu.
- Musimy zdjąć barierę – warknął Uchiha, już do Tsunade, która dołączyła do niego.
- Zwariowałeś? – sapnął Uzumaki, wstając. Dziewczynkę ulokował w swoich ramionach. – Ściągniecie barierę, a dwa potwory staranują Konohe? Inteligentnie!
Czarnowłosy spojrzał na niego ze złością. I gdyby nie to, że niebieskooki miał już sporą praktykę w ignorowaniu takich spojrzeń, to zapewne zadrżałby ze strachu.
- Nie ściągniemy bariery i pozwolimy, aby Madara przejął Kyuubi’ego, a ciebie rozsmarował po okolicy? Też genialny pomysł!
- Nie dam się rozsmarować po okolicy! – sapnął wściekle.
- Nie, ty… - Nagle Sasuke zamilkł.
Źle.
Bardzo źle.
Sasuke nie milknie nagle.
Sasuke nie wbija… Żeby nie powiedzieć „przerażonego”… Nie wbija zdumionego spojrzenia w coś, co znajduje się za Naruto.
Uzumaki przełknął ciężko ślinę.
I obrócił się powoli.
Powstrzymał się od jęknięcia.
Shukaku.
Wgapiały się w niego ogromne, czarne oczyska gigantycznej, piaskowej tanuki.

sobota, 25 lutego 2012

Rozdział II.XII

No... to ten... Zapraszam na kolejną część ^ ^.

*** *** *** *** *** *** ***

Naruto pisnął cienko, gdy usta Sasuke znalazły się zbyt blisko jego własnych.
Zdążył zasłonić je dłonią. W czego efekcie wargi Uchihy wylądowały na jej zewnętrznej części.
- Czy do ciebie nie dociera, jak ktoś mówi „nie”, tudzież, że masz się po prostu odwalić? – zapytał słabo, próbując chociaż delikatnie zwiększyć odległość między nimi.
Nie udało mu się.
Dłoń Saskuke zacisnęła się na jego nadgarstku, a już w następnej chwili oboje siedzieli na łóżku. Właściwie… Uchiha siedział, a Naruto w dziwacznej pozycji rozpłaszczał się na kołdrze i średnio miał jakiekolwiek pole do manewru. Czarnowłosy już po chwili wisiał nad nim blokując jego nogi i ramiona.
- Nie.
- Hę? – zająknął się blondyn, z rosnącą paniką. Cholera, był na przegranej pozycji. I to wcale nie dlatego, że chęć do walki nikła systematycznie, zwłaszcza, gdy czarne ślepia spoglądały na niego tak… Znacząco.
- Nie dociera do mnie, jak mówisz „nie”. Nie dociera do mnie, jak mówisz, żebym się odwalił. Przy tobie ogólnie mało do mnie dociera.
- To może… lepiej – sapnął, gdy Uchiha ugryzł go lekko w ucho. – Pójdę. – A potem go pocałował w to samo miejsce. – Sobie.
- Hm. – Usta Sasuke zjechały niżej, zaraz przy linii szczęki. – Chyba sam nie masz na to ochoty.
Blondyn chciał zaprzeczyć. Chciał właściwie zrobić cokolwiek, co by sprawiło, że Uchiha przestałby robić tak cholernie przyjemne rzeczy i … I nawet miał ku temu okazje.
Jednak, kiedy to Sasuke uwolnił jego nadgarstki, zamiast odepchnąć go i spróbować zwiać, Naruto chwycił go za przydługie pasemka włosów i przyciągnął jego twarz do pocałunku. Ignorując błysk tryumfu w ciemnych oczach.
A potem…
Potem obaj zatracili się w pożądaniu.

Nie do końca rozbudzony Naruto poczuł, jak ktoś go przyciąga i całuje lekko w czoło. Mruknął coś nielogicznego pod nosem i zmarszczył nos, gdy ciepłe usta kochana zjechały na jego powiekę. I policzek. Aż w końcu dotarły do ust.
Uzumaki westchnął z rozkoszą, po czym otworzył oczy. Na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech.
Właściwie... To jeżeli tak miało się kończyć ich każde rozstanie... To on nie miał nic przeciwko.
- Nie jestem ze szkła – odezwał się niespodziewanie Sasuke, odsuwając się nieznacznie.
- Wiem. – Naruto zmarszczył brwi. Nie za bardzo wiedział, do czego zmierzał czarnowłosy. Może to dlatego, że po ostatniej nocy jego mózg nie miał najmniejszej ochoty zabrać się za sprawne działanie.
- Więc powinieneś też wiedzieć, że lekkie poparzenie i kilka zadrapań nie zrobi na mnie wrażenia.
Blondyn otworzył usta, tylko po to, aby po chwili je zamknąć. Kręcąc głową podniósł się do pozycji siedzącej, spuszczając nogi z łóżka. Schował twarz w dłoniach.
Sasuke również się podniósł, tylko po to, aby przyciągnąć do siebie niebieskookiego. W efekcie Naruto niemalże leżał plecami na kolanach Uchihy, wciąż zasłaniając się rękoma.
- Zabiłbym cię – powiedział zduszonym głosem.
- Nie.
- Ale…
- Słuchaj. – Sasuke odciągnął jego ręce. Uzumaki błyskawicznie zamknął oczy. – Po pierwsze, nawet jeśli, to nie byłbyś ty, nie prawdziwy ty, tylko ta najbardziej pokręcona część Kyuubi’ego, której sam demon nie potrafi kontrolować. A po drugie, ufam ci Naruto, powstrzymałeś to. I jeżeli w przyszłości wyniknie podobna sytuacja, to ponownie uda ci się to powstrzymać.
- Ja… - Naruto otworzył gwałtownie oczy. Zamarł.
A to przez to, że czarne oczy wpatrywały się w nie niego z dozą uczucia, jakiej jeszcze nigdy w życiu nie doświadczył. Miał to wszystko stracić?
Nie, stanowczo nie.
Westchnął. Przeciągle. Z rozmarzeniem.
Przegrał. Jeżeli chodziło o trzymanie się z daleka od Sasuke… To przegrał z kretesem. Ale jakoś nieszczególnie mu to przeszkadzało.
- Będę wdzięczny więc, jak już przestaniesz zachowywać się jak kretyn i nigdy więcej, nie wpadniesz na durny pomysł, że najlepszą formą ochrony bliskich dla ciebie osób jest trzymanie ich z daleka od siebie.
- Ale ty robiłeś to samo! – sapnął Naruto. – Trzeba było mi powiedzieć o Itachim! A nie lecieć samemu go ratować! To było głupie.
- Nie zaprzeczę. Jednak to ty masz w sobie Kyuubi’ego. A to właśnie jego Madara pragnie ponad wszystko. Tsunade by mnie zabiła, gdybym cię w to wciągnął.
- Sam chciałem cię zabić…
- Jakoś nieszczególnie krwiożerczo teraz wyglądasz.
- Och, spadaj.
- Wiesz…
Ktoś zapukał do drzwi.
Zapadła cisza.
Ktoś zapukał ponownie.
- Mam ochotę to zignorować – mruknął Sasuke, gładząc blond kosmyki.
Naruto zachichotał.
Po czym zwlekł się z Uchihy i gestem ręki pogonił go do drzwi.
- Idź, idź. – Ziewnął w poduszki. – A ja sobie jeszcze poleżę…
I Sasuke wyszedł. A Naruto przeciągnął się z lubością i…
„Młody?”
„Nieee, błagam, nie psuj mi takiego pięknego poranka…”
„Bądź poważny.”
Oho, lis nie miał nastroju do żartów. To nie był dobry znak.
„Co jest?”
„Madara.”
- Naruto… - Sasuke stanął w drzwiach. Na jego twarzy gościł zacięty wyraz, który nie zapowiadał nic dobrego. Wolno wypuścił wstrzymywane w pucach powietrze.
- Wiem. – Uzumaki zerwał się z posłania. Po niedługiej chwili oboje zmierzali do siedziby Hokage.

- Ruszajcie. – Tsunade z ciężkim westchnieniem skierowała wzrok na panoramę Konohy.
Młodszy oddział został wysłany aby wspomóc ochronę na murach. Brama była obstawiona przez zespół ANBU. Pozostało… Czekać.
Madara krążył wokół wsi. To było pewne. Czaił się, czekając na najlepszej okazji do ataku. A ona, jako przywódczyni, nie miała zamiaru mu takiej okazji dać. I… Chciała zrobić coś, na co jeszcze niedawno by się nie zdecydowała.
- Sakura, masz zadanie specjalne – zwróciła się do byłej uczennicy. – Pilnuj ich i chociażby…
- To na pewno mądre wystawiać ich…
- Widzisz inne rozwiązanie?
Drzwi otworzyły się z hukiem.
- Jeżeli myślisz, że będę ukrywał się w wiosce i nie wyściubiał nosa po za mury, to się grubo mylisz! – wrzasnął od progu Naruto, wręcz ciągnąc za sobą Sasuke. – Mam ochotę skopać Madarowe dupsko i nie myśl, że mnie powstrzymasz!
- Sama widzisz. – Blondynka spojrzała na Haruno z wyraźnym tryumfem w oczach.
- Eee? – Uzumaki nieco zbaraniał. – Ale że o co chodzi?
- Lecisz na główną linie obrony. Lecicie – powiedziała, wbijając w nich ostre spojrzenie. – Jesteście zespołem, macie sobie pomagać i przede wszystkim, nie możecie dać się złapać. Madara ma chrapkę na was obu. Sasuke ze względu na oczy, a ciebie Naruto, przez Kyuubi’ego. Nie ma sensu was jednak trzymać z dala od tego wszystkiego i tak byście się jakimś cudem trafili w miejsce głównej walki.
- Już nie rób ze mnie takiego nieposłusznego bachora – mruknął blondyn, wbijając nieco skruszone spojrzenie w podłogę.
- Sam siebie pogrążasz – stwierdził Sasuke.
- Ej!
- Zamknąć się – warknęła Tsunade. – Nie ma czasu na głupoty, a wy…
- No dobra, dobra. – Naruto założył dłonie na ramiona. – To co my właściwie mamy zrobić?
Tsunade wykrzywiła usta. Sama nie wierzyła w to, co mówi.
- Macie powstrzymać Madare.

- No to raz w życiu dała nam porządne zadanie, nie?! – wrzasnął Naruto, przy skoku na sąsiadujący dach. Zmierzali ku bramie. We trójkę. On, Sasuke i Sakura. Drużyna siódma niemalże w komplecie.
- Czego się szczerzysz kretynie! – Sakura wylądowała tuż za nim. Chwyciła go za mundur, obróciła ku sobie i przystawiła pięść do jego twarzy. – Myślisz, że to jakieś cholerne żarty?! Naruto…
- Sakurcia, nie panikuj. – Położył jej dłonie na ramionach. – Jesteśmy tu razem. Sakura. Wiesz, że razem damy rade każdemu przeciwnikowi.
- No, no, cóż moje piękne oczęta widzą? Czyżby to moja zacna drużyna w komplecie?
- Oh, nie… - Naruto jęknął na widok Kakashi’ego. – A ty żeś czego się przypałętał?
- No przecież ktoś musi was przypilnować, nie?
- Ta – burknęła Sakura. – A ty się do tego idealnie nadajesz.
- Czyż nie?
Naruto z uśmiechem przysunął się do Sasuke. Wciąż patrząc na syczącą Haruno i niezwykle rozradowanego Hakate, złapał go za rękę.
- Wiesz? – szepnął mu do ucha.
- Hm?
- Zaczyna podobać mi się ta misja. – Zachichotał i cmoknął czarnowłosego w policzek.
- Idiota.

- Dobra, młodzieży… Z raportu wynika, że wrogie oddziały zbliżają się po linii prostej to bramy Konohy. Nie kryją się za mocno, według mnie to niepotrzebna demonstracja siły, przecież dobrze zdajemy sobie sprawę z tego, jak potężną armią dysponuje Madara. – Kakashi rozwinął mapę. Palcem przeciągnął po jednym z szlaków. – Przybędą tędy. To pewne.
Znajdowali się tuż za bramą wioski. Czyli stanowili pierwszą linię obrony.
- A Madara? – zapytał Sasuke, pochylając się nad wskazaną drogą.
- No właśnie…
- Nie wiadomo? – Naruto wyglądał na niepocieszonego. – Ej, ja chcę dorwać tego cholernego bubka!
- I będziesz miał okazje. – Siwowłosy z zamyśleniem spojrzał na twarze byłych uczniów.
- Hę?
- Przybędzie tu – mruknął Sasuke. – Po ciebie. A właściwie to po nas.
- Ale dopóki I…
„Czy ty nie umiesz trzymać języka za zębami?”
Uchiha rzucił mu ostrzegawcze spojrzenie.
Zamrugał zdezorientowany.
„Ale, że co?”
„Itachi. To tak jakby zakazany temat, nie? Go nie ma. Przynajmniej w mniemaniu wszystkich mieszkańców, po za kilkoma wyjątkami.”
„Oh.”
„Aczkolwiek, ja sądzę, że Madara zmierza tu tylko po ciebie. W końcu, gdyby pozyskał moją moc, to zbędne by były mu te czerwone patrzały.”
- To ten… - Naruto wolał nie przedstawiać innym poglądu lisa. – To czekamy?
- Nie bezczynnie. Postarajmy się spowolnić pierwszy cios wroga. Nie możemy dopuścić, aby przedarli się prze mury. – Kakashi zerknął znacząco na Naruto. – To chyba będzie odpowiednie zadanie dla ciebie, a żeby się nie nudził za bardzo do momentu przybycia Madary.

- Klon, klon. Kolejny klon. Hm… Ciekawe. – Sasuke skierował wzrok na inny oddział wrogich shinobi. Sharingan zalśnił szkarłatem, a trzy czarne łezki zawirowały finezyjnie, kiedy zmarszczył brwi w zamyśleniu. – To samo.
Ukrywali się. W krzakach. Mało dogodna pozycja, ale stanowiła idealny punk obserwacyjny.
- Ała, ała Sakura. Zgniatasz mi…
- Jeżeli dokończysz to zdanie, to zginiesz. – Różowowłosa przeczołgała się bliżej Sasuke, starając się ignorować marudzenie Naruto. Kakashi czaił się kilka metrów przed nimi, wyszukując Madary. – O co chodzi?
- Oni… Znaczy większość, ma strukturę klona. Patrz, mają różne cechy wyglądu zewnętrznego, ale chakra jest ta sama. Ten sam poziom i stan. To musi być jakaś zmodyfikowana technika podziału energii. Przydałby się byakugan.
- Dupa, ja bym tam…
- Ty nie używasz mózgu – warknął Sasuke, kierując na niego wściekłe spojrzenie. Oj, nie był w nastroju do żartów.
Naruto nadymał policzki.
- Myślicie, że są świadomi? – Sakura w zamyśleniu przyglądała się grupce shinobi, która nieznacznie odłączyła się od reszty.
- Hę?
- No oni. Że większość ich towarzyszy to klony.
- Nie sądzę – odpowiedział Uchiha, przyłączając się do obserwacji. – W większej grupie czują się pewniej. Nie wiedzą, że idą na rzeź. Madara wysłał ich na wybicie. Oni mają tylko odwrócić naszą uwagę od niego.
- Potwór – warknęła pod nosem kunoichi.
- No tak. – Kakashi zmaterializował się tuż przy niej. – Po trupach do celu. Nic nie stanie mu na drodze. Naruto...
- Ta?
- Wiesz co robić.
- No jasne. – Aż klasnął w dłonie. Sasuke rzucił mu… Spojrzenie. A blondyn nie wiedział jak powinien je zinterpretować.
Coś mu wpadło do głowy.
Uśmiechnął się promiennie.
- Sasuuu – zaświergolił przymilnie. – A nie chciałbyś mi pomóc?
„Kyu?”
„Hm?”
„Myślisz, że się uda zastosować…”
„O tym trzeba się przekonać.”

Naruto wolno wypuścił powietrze.
Przyjrzał się uważnie kunaiowi, który trzymał w dłoni. Miał on dwa dodatkowe kolce i specjalną notkę z formułą techniki. Wręczył go Sasuke.
- Przeniesiesz na niego odrobinę swojej chakry. Tylko po to, aby technika podziałała również na ciebie. Jak dobrze wszystko pójdzie, to jutsu pociągnie energie tylko z moich zasobów.
- Co ty właściwie kombinujesz?
Blondyn uśmiechnął się promiennie.
- Zobaczysz. Kunai gotowy?
- Gotowy.
- No to na trzy rzucamy!
Wrogie oddziały pojawiły się w zasięgu ich wzroku.
- Raz…
Oczy zalśniły mu, kiedy poczuł dreszcz emocji. Jak zawsze przed rozpoczynającą się bitwą.
- Dwa…
Sasuke chwycił go za dłoń, splatając razem ich palce.
- TRZY!
Nagle czas… Zatrzymał się.

wtorek, 21 lutego 2012

Rozdział II.XI

*Bunkru, bunkru. Tajniacko przemyka się przez internetowy bezskres*

Hm... Skaszaniłam, jeżeli chodzi o odstęp między tą notką, a poprzednią. Skaszaniłam jeżeli chodzi o długość i treść tego, co aktualnie umieszczam. I w ogóle...

Ale to wszystko przez sesje, dziwne wyjazdy, jeszcze dziwniejsze plakaty do wykonania, kolejne szykujące się szkolenia i choróbsko, które się przypałętało! No...

A w ogóle to odkryłam, że mogę prowadzić zajebiaszcze czaty w komentarzach jak na łonecie, więc bądźcie czujni bo przerzucam się na odpowiadanie właśnie w tej zajebiaszczej opcji xD

Mizuri: Trochę dziwnie się czuję, czytając życzenia sylwestrowe xD Kuźwa coraz bardziej widzę, jak czasowo skaszaniłam xD
Dziękuję bardzo za miłe słowa i ciesze się, że Ci się u mnie spodobało.

Mechalice: Tak sobie myślę, że to dobrze, że czujesz do mnie lof. W końcu dzieci powinny lofciać swoich rodziców xD.
W każdym razie, sesja zUa już powoli dobiega końca, jeszcze tylko kilka wpisów dorwać, jedną popraweczkę odwalić i będę mogła... Cieszyć się nowym semestrem... Który jest do bani... Ja pierdziele, nienawidzę swojego kierunku xD xD xD. Eeeej, chyba też powrócę do tej zasady xD Nie ważne, czy siedzę, czy nie siedzę nad projektami i tak zgarniam te same stopnie, ale wiocha xD. I to ściema, że architektura jest kierowana pod ochronę środowiska! Żaden kierunek, który zużywa aż tyle papieru nie ma prawa być posądzany o ochronę środowiska! xD

Ethariel: O dziękuję bardzo ;) Niestety nie biorę udziału w takich rzeczach, ale dziękuję, że o mnie pomyślałaś ^ ^.

Basia: Chyba jesteś pierwszą osobą, która napisała mi, że woli drugie opowiadanie ;). Dziękuję za komentarz i ciesze się, że spodobała Ci się moja radosna twórczość.

Maxiii: No juuuż, nooo xD

Bez dalszego marudzenia, zapraszam na rozdział XI! :D


*** *** *** *** *** *** ***

- Risu! Śniadanie!
Naruto chwycił patelnie, zgrabnym ruchem podrzucając jej zawartość, ażeby nie przywarła do powierzchni, a następnie odłożył ją na zgaszony palnik. Drugą ręką pokroił pomidora na kilka równych części, doprawił go i ułożył na talerzu, na którym następnie wylądowała wcześniej przygotowana jajecznica.
- RISU! – wrzasnął ponownie. Chwycił czajnik z zagotowaną wodą i zalał herbatę. Zerknął w stronę drzwi.
To było nawet fascynujące, z dnia na dzień dowiadywać się, że dzieciak Gobi jest większym leniuchem niż on sam. Ta, fascynujące… Do czasu.
- Przysięgam – warknął pod nosem, ruszając w kierunku sypialni. – Że własnych dzieci nie zdołałbym wychować na aż takich nicponi. RISU!
Usłyszał urwany, dziecięcy śmiech. I coś w stylu „cii!”
Zatrzymał się gwałtownie. Przymknął oczy, próbując się uspokoić. Obrócił się gwałtownie na pięcie i wrócił do kuchni. Mamrocząc nieprzyjemne rzeczy wyciągnął jeszcze jeden talerz i kubek na herbatę. Nałożył kolejny przydział posiłku, wstawił wodę na następną porcje naparu.
Wciąż psiocząc na swój żałosny los, ponownie ruszył ku sypialni. Bez większych ceregieli odciągnął zasłony i nie zdziwił się, że młodej nie ma już w łóżku. Z rosnącym uczuciem irytacji stanął przed szafą, otworzył ją i oznajmił:
- Śniadanie gotowe.
Dwie czarnowłose postacie spojrzały na niego jak na debila.
„Świetnie…”

Kilka sekund później Naruto siedział przy stole, zawzięcie wbijając wzrok we własną herbatę. Na krześle obok siedziała Risu, która z wyraźną radością rozciapywała podane jedzenie po całym blacie. A naprzeciwko…
Uzumaki połamał trzymaną w ręku łyżkę.
- To już będzie trzecia w tym tygodniu – oznajmił beznamiętny głos.
Blondyn wbił wściekły wzrok czarne oczyska.
- Itachi – warknął, przymykając oczy. – Możesz wynieść się z mojego mieszkania?
- Nie.
- Dlaczego?
Uchiha wzruszył ramionami.
Naruto wrzasnął. Przeciągle.
- Słuchaj – zaczął, siląc się na spokojny ton. – Nie chcę mieć nic wspólnego z tobą, ani tym bardziej z twoim bratem. Nie wiem skąd żeś wytrzasnął mój nowy adres i właściwie niewiele mnie to obchodzi. Ba, nawet nie chcę wiedzieć, jak złamałeś moje zabezpieczenia, wystarczy tylko…
- Dlaczego?
- Bo mnie to nie interesuje? – warknął, mrużąc wściekle oczy. Naprawdę nie miał ochoty…
- Dlaczego zostawiłeś Sasuke?
- A wal się. Akurat tobie nie mam się zamiaru tłumaczyć.
- A komuś masz zamiar?
Naruto zamilkł, zaskoczony pytaniem.
- Może Sasuke? – zasugerował czarnowłosy.
- AGHR…
Minął już tydzień.
Cholernie zwariowany tydzień, którego właściwie miał już dosyć.
Naruto wbił wzrok w sufit.
A ów cholerny tydzień zaczął się od raportu Sasuke.

Blondwłosa postać stała naprzeciw dwójki czarnowłosych shinobi.
Ręka Madary zadrżała. Nie wiadomo, czy ze strachu, czy z podniecenia.
- Kyuubi? – zapytał pełnym uciechy głosem.
- Chciałbyś. – Postać zaśmiała się złowieszczo i już w kolejnej chwili znalazła się przy najstarszym z Uchitów. Jednak zanim zdołała zadać cios, Madara zniknął, odpychając od siebie Sasuke i pojawił się kilka metrów przed nią.
- Uciekasz, myszko? – zapytał Naruto. Nie… To nie był Naruto. To było jego ciało owładnięte mroczną chakrą. To było jego ciało, na które Uzumaki nie miał żadnego wpływu, nie był świadomy jego ruchów. To było… Właściwe nie dało się określić słowami .
Czerwona chakra wolnymi pląsami smagała skórę blondyna. Wchłaniała się w nią, przejmując nad chłopakiem kontrolę.


- Madara uciekł, a Uzumaki zaczął zachowywać się jak kretyn.
Naruto uniósł półprzytomny wzrok na ludzi znajdujących się w gabinecie. Każdy się na niego gapił, a on nie za bardzo wiedział, o co mogło chodzić. Cóż… Miał drobne problemy z koncentracją.
- Co? – zapytał głupkowato, rozglądając się po twarzach, w poszukiwaniu jakiejś wskazówki mówiącej, czemu właśnie się stał głównym obiektem obserwacji zebranych. – Em… - zająknął się. Chwycił kręcącą się przy nim dziewczynkę. – To co? Możemy już iść ta?
- Dlaczego przede mną uciekasz? – syknął Sasuke, który nagle znalazł się niebezpiecznie blisko blondyna.
- A dlaczego miałbym uciekać? – burknął, uparcie wlepiając wzrok w podłogę. – Masz chyba o sobie za wysokie mniemanie.
- Tak? Więc czemu…
- Dajże mi spokój.
- To nie zachowuj się jak idiota!
- Odwal się, będę robił co mi się podoba!
- Więc nie zaprzeczysz, że zachowujesz się idiotycznie?!
- A weź spie…
- Zamknijcie się – przerwał im głos Tsunade. – Obaj. Nie mam zamiaru słuchać waszych dziecinnych utarczek. Wypad mi stąd. WSZYSCY!

No…
Naruto przełknął ciężko ślinę i spojrzał ukradkiem na brata Sasuke.
Czarnowłosy przyglądał mu się uważnie. I nie mrugał. Jaki normalny człowiek nie mruga aż tyle czasu?!
„Życie jest do bani.”
Pomyślał smętnie.
Wtedy u Tsunade… Ostatni raz widział Sasuke. I od tamtej pory unikał go ze wszystkich sił. Wyprowadził się od Sakury, wziął wolne i starał się jak najmniej opuszczać mieszkanie. Cóż… Po prostu nie dawał możliwości, aby doszło do przypadkowego spotkania.
Po pewnym czasie, w którym gorączkowo zastanawiał się co zrobić ze swoim życiem, doszedł do wnioski, że najlepszym wyjściem będzie nie narażanie się na towarzystwo młodszego Uchihy, do momentu, aż ten przestanie kipieć ze złości na jego widok, lub do chwili, gdy Naruto zdoła powstrzymać szybsze bicie serca po spojrzeniu w czarne oczęta byłego kochanka.
A przecież ta chwila kiedyś nadejdzie.
Znaczy na pewno.
Chyba…
Naruto stłumił westchnięcie. Wiedział, że to nie był najlepszy plan w jego życiu, ale jak na razie nie wpadł na lepszy. Więc z braku laku postanowił się trzymać tego.
W każdym razie… Od początku tego cholernego tygodnia jego życie wywróciło się o sto osiemdziesiąt stopni, a miały na to wpływ dwie osoby. Pierwszą z nich był brat Sasuke, który z jakiś dziwacznych względów postanowił torturować go swoją obecnością dzień w dzień, od kiedy wrócił tylko z ostatniej misji. I rzucał co chwilę jakimiś głupimi aluzjami. I w ogóle to nielegalnie włamywał mu się do mieszkania… Drugą zaś… Była córka Gobi, cholerny mały potomek demona, który doprowadzał go powoli do szału i w tym momencie… A no właśnie?
- Risu. – Blondyn uświadomił sobie, że dziewczynka za długo siedziała cicho. Zły znak. – Co robisz?
- Rysuje – odparła niewinnie smarkula.
Uzumaki zmrużył podejrzliwie oczy.
- Aha… A mogę wiedzieć czym?
- Masełkiem.
- Yh… ŻE CO?

- Risu, rajstopy!
- Nieee! – dziecko z przerażającym wrzaskiem pognało przed siebie. Uzumaki warknął mentalnie.
- Chodź tu, natychmiast! Zimno jest na dworze, musisz założyć…
- NIE! NIE LUBIĘ!
- Jeżu drogi – westchnął do siebie. – Skąd to ma tyle siły w płucach?
Itachi wzruszył ramionami.

- Siku…
- Błaaagaaam, nie – jęknął blondyn, zrezygnowany rozpiął kamizelkę Risu. Po raz trzeci. A już byli tak blisko wyjścia z domu.

- Drzwi.
- JUŻ – warknął do czarnowłosego, przetrzepując kieszenie. – Kuźwa, gdzie te cholerne…
Metalowy przedmiot błysnął w dłoni Itachi’ego.
- Dawaj to – warknął, odbierając mu klucze. – I idźmy już w końcu. I tak jesteśmy spóźnieni na wizytę w szpitalu. Tsunade mnie zabije. I pewnie tylko wyłącznie mnie, bo przecież wszystko na tym cholernym świecie jest moją winą…

Klucz ponownie zadzwonił w drzwiach. Naruto wcisnął się do domu, popychając przed sobą Risu.
- I nie przeżyjesz, bez tej cholernej lalki? – warknął blondyn bardziej do siebie, niż do towarzyszącej mu dziewczynki.
- Ciocia Sakura dała mi Amelie.
- Fascynujące.
- Samej byłoby jej smutno.
- Z pewnością.
- Wujku?
- CO?
- Siku…

Naruto z pewną dozą czułości spoglądał na Risu, która aktualnie wtulała się w swoja matkę.
Gobi delikatnie gładziła włosy dziewczynki, szepcąc do niej słowa pocieszenia. A blondynowi z niejasnych przyczyn zrobiło się smutno.
Zagryzł wargę, przyglądając się tej scenie z coraz większym przygnębieniem.
W ciągu tego tygodnia… Przyzwyczaił się do obecności małej rozrabiary. Pomimo wszystkich problemów jakie mu przysporzyła i w ogóle… Teraz, kiedy musiał się z nią rozstać, chociaż jeszcze nie dawno wyczekiwał tego momentu z niecierpliwością, to czuł się… Po prostu źle.
Nie będzie przyjemnie wracać do pustego domu, w którym nie usłyszy dziecięcego śmiechu, ani też głosu Sasu…
Wzdrygnął się, próbując zmienić tor swoich myśli. Wcale mu się nie podobało to, że zaczynał popadać w jakieś dziwaczne humory. I zamierzał jak najszybciej coś z tym zrobić.
Najlepszym wyjściem było udanie się na długą, samotną misję. Jak najdalej od Konohy.
I w ogóle…
To zachciało mu się ryczeć.
A w międzyczasie ktoś bezszelestnie wcisnął się do pomieszczenia i oplótł go ramionami, w które Naruto zgłębił się mimowolnie, pomimo tego, że dobrze wiedział do kogo należą oraz, że to nie jest najlepszy pomysł. Ale chociaż przez chwilę mógł poczuć się tak, jak kiedyś, gdy Sasuke był dla niego tym kimś najważniejszy w życiu. Westchnął mimowolnie, poddając się delikatnemu kołysaniu.
Zimny nos wcisnął się w zgłębienie w jego szyi.
„Koniec z tym.” Pomyślał stanowczo, postanawiając to przerwać, dopóki… Nie doszło do czegoś dziwnego.
- Sasu, ja… - zaczął, próbując oderwać się od Uchihy.
Jednak czarnowłosy mu na to nie pozwolił.
- Ci…
- Sasuke – warknął w końcu, siląc się na złość. – Zostaw mnie.
- Nie.
- Sasuke. Powie…
- Ci…
Naruto umilkł gwałtownie. A mała igiełka radośnie zagłębiła się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą Sasuke gmerał dłonią.
- AŁA! – wrzasnął blondyn, odskakując gwałtownie od czarnowłosego. – ZWARIOWAŁEŚ DEBILU?! PADŁO CI NA ŁEPETYNĘ?! LECZ SIĘ CZŁOWIEKU! CO ŻEŚ MI WSTRZYKNĄŁ?!
- Nei Kakri*. – Sasuke wzruszył ramionami. Właściwie to wyglądałby nawet dość niewinnie, gdyby nie to, że w jednej dłoni swobodnie porzucał zużytą strzykawkę.
- Kakri – powtórzył Uzumaki. Zmarszczył czoło, próbując przypomnieć skąd zna tę nazwę. Skojarzył. Ze szkolenia. – To… Trucizna. Drzewo Kakiri… Jego owoce zmiażdżone dają proszek… Właśnie, proszek, a ty dałeś…
- Rozcieńczyłem. Z sake dla lepszego efektu.
- Ty podstępny, cwany… - Nie dokończył, nie zdążył.
Padł. I pewnie trzasnąłby w podłogę, gdyby nie to, że ręce Sasuke sprawnie złapały go tuż nad podłogą.
- I szybszego – dodał po chwili, jakby Naruto mógł go usłyszeć.
- No, no, no powalasz romantyzmem. – Doszedł do jego uszu głos Gobi. – Aczkolwiek miło, że uciąłeś jego wrzaski.
Uchiha zacisnął usta w grymasie, który z braku laku można było określić uśmiechem.
- Daj mu czadu, wujku! – Zakrzyknęła radośnie Risu, pokazując Sasuke dwa uniesione w górę kciuki.
Ale Naruto już nie mógł tego zobaczyć.

Naruto przeciągnął się z rozkoszą, pozwalając aby następnie jego ręce swobodnie opadły na poduchy.
Już dawno tak dobrze nie spał.
W końcu ostatnio Risu dała mu nieźle w kość, no to teraz mógł przynajmniej…
Wrzasnął przeciągle i wstał gwałtownie. Znaczy… Wstałby, gdyby nie to, że zaplątał się w pościeli, wywinął na łóżku dziwaczny piruet i wyrżnął twarzą w podłogę, zaraz po tym, jak przypadkiem sturlał się z wygodnego materaca.
- Ożesztywdu…
Przerwał, gdy usłyszał parsknięcie. Dwa parsknięcia. Dwóch Uchihów.
Odchrząknął.
Miał przejebane.
- Ekhem… - zaczął, nieco zakłopotany. Nie za bardzo wiedział, co się wokół niego dzieje.
- Twój chłopak – zaczął Itachi, nie zważając na to, że Naruto właściwie to chciał coś powiedzieć. – Jest nieogarnięty.
- Wiem. – Na ustach młodszego z braci gościł łagodny uśmiech. Ciemne oczy wpatrywały się wprost w twarz Naruto. – I chyba za to go kocham.
Serce blondyna zamarło na chwilę.
Otworzył usta.
I zamknął je.
I ponownie otworzył.
- Idę – mruknął Itachi, usuwając się w kierunku drzwi. Najwyraźniej miał dość patrzenia na Uzumakiego udającego rybę wyciągniętą z wody. – A ty – spojrzał na brata z powagą. – Nie schrzań.
Blondyn wygrzebał się z okrycia i z naburmuszoną miną stał teraz naprzeciwko Sasuke.
- Czy ty mnie… - powiedział niebezpiecznie niskim tonem. – Porwałeś?
- Tak – przyznał czarnowłosy bez wahania. W kolejnej sekundzie znajdował się tuż przy nim, sprawiając, że Naruto ponownie stracił na chwilę oddech. – I jestem zawsze gotów zrobić to ponownie, gdybyś czuł się nieprzekonany.