No... to ten... Zapraszam na kolejną część ^ ^.
*** *** *** *** *** *** ***
Naruto pisnął cienko, gdy usta Sasuke znalazły się zbyt blisko jego własnych.
Zdążył zasłonić je dłonią. W czego efekcie wargi Uchihy wylądowały na jej zewnętrznej części.
- Czy do ciebie nie dociera, jak ktoś mówi „nie”, tudzież, że masz się po prostu odwalić? – zapytał słabo, próbując chociaż delikatnie zwiększyć odległość między nimi.
Nie udało mu się.
Dłoń Saskuke zacisnęła się na jego nadgarstku, a już w następnej chwili oboje siedzieli na łóżku. Właściwie… Uchiha siedział, a Naruto w dziwacznej pozycji rozpłaszczał się na kołdrze i średnio miał jakiekolwiek pole do manewru. Czarnowłosy już po chwili wisiał nad nim blokując jego nogi i ramiona.
- Nie.
- Hę? – zająknął się blondyn, z rosnącą paniką. Cholera, był na przegranej pozycji. I to wcale nie dlatego, że chęć do walki nikła systematycznie, zwłaszcza, gdy czarne ślepia spoglądały na niego tak… Znacząco.
- Nie dociera do mnie, jak mówisz „nie”. Nie dociera do mnie, jak mówisz, żebym się odwalił. Przy tobie ogólnie mało do mnie dociera.
- To może… lepiej – sapnął, gdy Uchiha ugryzł go lekko w ucho. – Pójdę. – A potem go pocałował w to samo miejsce. – Sobie.
- Hm. – Usta Sasuke zjechały niżej, zaraz przy linii szczęki. – Chyba sam nie masz na to ochoty.
Blondyn chciał zaprzeczyć. Chciał właściwie zrobić cokolwiek, co by sprawiło, że Uchiha przestałby robić tak cholernie przyjemne rzeczy i … I nawet miał ku temu okazje.
Jednak, kiedy to Sasuke uwolnił jego nadgarstki, zamiast odepchnąć go i spróbować zwiać, Naruto chwycił go za przydługie pasemka włosów i przyciągnął jego twarz do pocałunku. Ignorując błysk tryumfu w ciemnych oczach.
A potem…
Potem obaj zatracili się w pożądaniu.
Nie do końca rozbudzony Naruto poczuł, jak ktoś go przyciąga i całuje lekko w czoło. Mruknął coś nielogicznego pod nosem i zmarszczył nos, gdy ciepłe usta kochana zjechały na jego powiekę. I policzek. Aż w końcu dotarły do ust.
Uzumaki westchnął z rozkoszą, po czym otworzył oczy. Na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech.
Właściwie... To jeżeli tak miało się kończyć ich każde rozstanie... To on nie miał nic przeciwko.
- Nie jestem ze szkła – odezwał się niespodziewanie Sasuke, odsuwając się nieznacznie.
- Wiem. – Naruto zmarszczył brwi. Nie za bardzo wiedział, do czego zmierzał czarnowłosy. Może to dlatego, że po ostatniej nocy jego mózg nie miał najmniejszej ochoty zabrać się za sprawne działanie.
- Więc powinieneś też wiedzieć, że lekkie poparzenie i kilka zadrapań nie zrobi na mnie wrażenia.
Blondyn otworzył usta, tylko po to, aby po chwili je zamknąć. Kręcąc głową podniósł się do pozycji siedzącej, spuszczając nogi z łóżka. Schował twarz w dłoniach.
Sasuke również się podniósł, tylko po to, aby przyciągnąć do siebie niebieskookiego. W efekcie Naruto niemalże leżał plecami na kolanach Uchihy, wciąż zasłaniając się rękoma.
- Zabiłbym cię – powiedział zduszonym głosem.
- Nie.
- Ale…
- Słuchaj. – Sasuke odciągnął jego ręce. Uzumaki błyskawicznie zamknął oczy. – Po pierwsze, nawet jeśli, to nie byłbyś ty, nie prawdziwy ty, tylko ta najbardziej pokręcona część Kyuubi’ego, której sam demon nie potrafi kontrolować. A po drugie, ufam ci Naruto, powstrzymałeś to. I jeżeli w przyszłości wyniknie podobna sytuacja, to ponownie uda ci się to powstrzymać.
- Ja… - Naruto otworzył gwałtownie oczy. Zamarł.
A to przez to, że czarne oczy wpatrywały się w nie niego z dozą uczucia, jakiej jeszcze nigdy w życiu nie doświadczył. Miał to wszystko stracić?
Nie, stanowczo nie.
Westchnął. Przeciągle. Z rozmarzeniem.
Przegrał. Jeżeli chodziło o trzymanie się z daleka od Sasuke… To przegrał z kretesem. Ale jakoś nieszczególnie mu to przeszkadzało.
- Będę wdzięczny więc, jak już przestaniesz zachowywać się jak kretyn i nigdy więcej, nie wpadniesz na durny pomysł, że najlepszą formą ochrony bliskich dla ciebie osób jest trzymanie ich z daleka od siebie.
- Ale ty robiłeś to samo! – sapnął Naruto. – Trzeba było mi powiedzieć o Itachim! A nie lecieć samemu go ratować! To było głupie.
- Nie zaprzeczę. Jednak to ty masz w sobie Kyuubi’ego. A to właśnie jego Madara pragnie ponad wszystko. Tsunade by mnie zabiła, gdybym cię w to wciągnął.
- Sam chciałem cię zabić…
- Jakoś nieszczególnie krwiożerczo teraz wyglądasz.
- Och, spadaj.
- Wiesz…
Ktoś zapukał do drzwi.
Zapadła cisza.
Ktoś zapukał ponownie.
- Mam ochotę to zignorować – mruknął Sasuke, gładząc blond kosmyki.
Naruto zachichotał.
Po czym zwlekł się z Uchihy i gestem ręki pogonił go do drzwi.
- Idź, idź. – Ziewnął w poduszki. – A ja sobie jeszcze poleżę…
I Sasuke wyszedł. A Naruto przeciągnął się z lubością i…
„Młody?”
„Nieee, błagam, nie psuj mi takiego pięknego poranka…”
„Bądź poważny.”
Oho, lis nie miał nastroju do żartów. To nie był dobry znak.
„Co jest?”
„Madara.”
- Naruto… - Sasuke stanął w drzwiach. Na jego twarzy gościł zacięty wyraz, który nie zapowiadał nic dobrego. Wolno wypuścił wstrzymywane w pucach powietrze.
- Wiem. – Uzumaki zerwał się z posłania. Po niedługiej chwili oboje zmierzali do siedziby Hokage.
- Ruszajcie. – Tsunade z ciężkim westchnieniem skierowała wzrok na panoramę Konohy.
Młodszy oddział został wysłany aby wspomóc ochronę na murach. Brama była obstawiona przez zespół ANBU. Pozostało… Czekać.
Madara krążył wokół wsi. To było pewne. Czaił się, czekając na najlepszej okazji do ataku. A ona, jako przywódczyni, nie miała zamiaru mu takiej okazji dać. I… Chciała zrobić coś, na co jeszcze niedawno by się nie zdecydowała.
- Sakura, masz zadanie specjalne – zwróciła się do byłej uczennicy. – Pilnuj ich i chociażby…
- To na pewno mądre wystawiać ich…
- Widzisz inne rozwiązanie?
Drzwi otworzyły się z hukiem.
- Jeżeli myślisz, że będę ukrywał się w wiosce i nie wyściubiał nosa po za mury, to się grubo mylisz! – wrzasnął od progu Naruto, wręcz ciągnąc za sobą Sasuke. – Mam ochotę skopać Madarowe dupsko i nie myśl, że mnie powstrzymasz!
- Sama widzisz. – Blondynka spojrzała na Haruno z wyraźnym tryumfem w oczach.
- Eee? – Uzumaki nieco zbaraniał. – Ale że o co chodzi?
- Lecisz na główną linie obrony. Lecicie – powiedziała, wbijając w nich ostre spojrzenie. – Jesteście zespołem, macie sobie pomagać i przede wszystkim, nie możecie dać się złapać. Madara ma chrapkę na was obu. Sasuke ze względu na oczy, a ciebie Naruto, przez Kyuubi’ego. Nie ma sensu was jednak trzymać z dala od tego wszystkiego i tak byście się jakimś cudem trafili w miejsce głównej walki.
- Już nie rób ze mnie takiego nieposłusznego bachora – mruknął blondyn, wbijając nieco skruszone spojrzenie w podłogę.
- Sam siebie pogrążasz – stwierdził Sasuke.
- Ej!
- Zamknąć się – warknęła Tsunade. – Nie ma czasu na głupoty, a wy…
- No dobra, dobra. – Naruto założył dłonie na ramiona. – To co my właściwie mamy zrobić?
Tsunade wykrzywiła usta. Sama nie wierzyła w to, co mówi.
- Macie powstrzymać Madare.
- No to raz w życiu dała nam porządne zadanie, nie?! – wrzasnął Naruto, przy skoku na sąsiadujący dach. Zmierzali ku bramie. We trójkę. On, Sasuke i Sakura. Drużyna siódma niemalże w komplecie.
- Czego się szczerzysz kretynie! – Sakura wylądowała tuż za nim. Chwyciła go za mundur, obróciła ku sobie i przystawiła pięść do jego twarzy. – Myślisz, że to jakieś cholerne żarty?! Naruto…
- Sakurcia, nie panikuj. – Położył jej dłonie na ramionach. – Jesteśmy tu razem. Sakura. Wiesz, że razem damy rade każdemu przeciwnikowi.
- No, no, cóż moje piękne oczęta widzą? Czyżby to moja zacna drużyna w komplecie?
- Oh, nie… - Naruto jęknął na widok Kakashi’ego. – A ty żeś czego się przypałętał?
- No przecież ktoś musi was przypilnować, nie?
- Ta – burknęła Sakura. – A ty się do tego idealnie nadajesz.
- Czyż nie?
Naruto z uśmiechem przysunął się do Sasuke. Wciąż patrząc na syczącą Haruno i niezwykle rozradowanego Hakate, złapał go za rękę.
- Wiesz? – szepnął mu do ucha.
- Hm?
- Zaczyna podobać mi się ta misja. – Zachichotał i cmoknął czarnowłosego w policzek.
- Idiota.
- Dobra, młodzieży… Z raportu wynika, że wrogie oddziały zbliżają się po linii prostej to bramy Konohy. Nie kryją się za mocno, według mnie to niepotrzebna demonstracja siły, przecież dobrze zdajemy sobie sprawę z tego, jak potężną armią dysponuje Madara. – Kakashi rozwinął mapę. Palcem przeciągnął po jednym z szlaków. – Przybędą tędy. To pewne.
Znajdowali się tuż za bramą wioski. Czyli stanowili pierwszą linię obrony.
- A Madara? – zapytał Sasuke, pochylając się nad wskazaną drogą.
- No właśnie…
- Nie wiadomo? – Naruto wyglądał na niepocieszonego. – Ej, ja chcę dorwać tego cholernego bubka!
- I będziesz miał okazje. – Siwowłosy z zamyśleniem spojrzał na twarze byłych uczniów.
- Hę?
- Przybędzie tu – mruknął Sasuke. – Po ciebie. A właściwie to po nas.
- Ale dopóki I…
„Czy ty nie umiesz trzymać języka za zębami?”
Uchiha rzucił mu ostrzegawcze spojrzenie.
Zamrugał zdezorientowany.
„Ale, że co?”
„Itachi. To tak jakby zakazany temat, nie? Go nie ma. Przynajmniej w mniemaniu wszystkich mieszkańców, po za kilkoma wyjątkami.”
„Oh.”
„Aczkolwiek, ja sądzę, że Madara zmierza tu tylko po ciebie. W końcu, gdyby pozyskał moją moc, to zbędne by były mu te czerwone patrzały.”
- To ten… - Naruto wolał nie przedstawiać innym poglądu lisa. – To czekamy?
- Nie bezczynnie. Postarajmy się spowolnić pierwszy cios wroga. Nie możemy dopuścić, aby przedarli się prze mury. – Kakashi zerknął znacząco na Naruto. – To chyba będzie odpowiednie zadanie dla ciebie, a żeby się nie nudził za bardzo do momentu przybycia Madary.
- Klon, klon. Kolejny klon. Hm… Ciekawe. – Sasuke skierował wzrok na inny oddział wrogich shinobi. Sharingan zalśnił szkarłatem, a trzy czarne łezki zawirowały finezyjnie, kiedy zmarszczył brwi w zamyśleniu. – To samo.
Ukrywali się. W krzakach. Mało dogodna pozycja, ale stanowiła idealny punk obserwacyjny.
- Ała, ała Sakura. Zgniatasz mi…
- Jeżeli dokończysz to zdanie, to zginiesz. – Różowowłosa przeczołgała się bliżej Sasuke, starając się ignorować marudzenie Naruto. Kakashi czaił się kilka metrów przed nimi, wyszukując Madary. – O co chodzi?
- Oni… Znaczy większość, ma strukturę klona. Patrz, mają różne cechy wyglądu zewnętrznego, ale chakra jest ta sama. Ten sam poziom i stan. To musi być jakaś zmodyfikowana technika podziału energii. Przydałby się byakugan.
- Dupa, ja bym tam…
- Ty nie używasz mózgu – warknął Sasuke, kierując na niego wściekłe spojrzenie. Oj, nie był w nastroju do żartów.
Naruto nadymał policzki.
- Myślicie, że są świadomi? – Sakura w zamyśleniu przyglądała się grupce shinobi, która nieznacznie odłączyła się od reszty.
- Hę?
- No oni. Że większość ich towarzyszy to klony.
- Nie sądzę – odpowiedział Uchiha, przyłączając się do obserwacji. – W większej grupie czują się pewniej. Nie wiedzą, że idą na rzeź. Madara wysłał ich na wybicie. Oni mają tylko odwrócić naszą uwagę od niego.
- Potwór – warknęła pod nosem kunoichi.
- No tak. – Kakashi zmaterializował się tuż przy niej. – Po trupach do celu. Nic nie stanie mu na drodze. Naruto...
- Ta?
- Wiesz co robić.
- No jasne. – Aż klasnął w dłonie. Sasuke rzucił mu… Spojrzenie. A blondyn nie wiedział jak powinien je zinterpretować.
Coś mu wpadło do głowy.
Uśmiechnął się promiennie.
- Sasuuu – zaświergolił przymilnie. – A nie chciałbyś mi pomóc?
„Kyu?”
„Hm?”
„Myślisz, że się uda zastosować…”
„O tym trzeba się przekonać.”
Naruto wolno wypuścił powietrze.
Przyjrzał się uważnie kunaiowi, który trzymał w dłoni. Miał on dwa dodatkowe kolce i specjalną notkę z formułą techniki. Wręczył go Sasuke.
- Przeniesiesz na niego odrobinę swojej chakry. Tylko po to, aby technika podziałała również na ciebie. Jak dobrze wszystko pójdzie, to jutsu pociągnie energie tylko z moich zasobów.
- Co ty właściwie kombinujesz?
Blondyn uśmiechnął się promiennie.
- Zobaczysz. Kunai gotowy?
- Gotowy.
- No to na trzy rzucamy!
Wrogie oddziały pojawiły się w zasięgu ich wzroku.
- Raz…
Oczy zalśniły mu, kiedy poczuł dreszcz emocji. Jak zawsze przed rozpoczynającą się bitwą.
- Dwa…
Sasuke chwycił go za dłoń, splatając razem ich palce.
- TRZY!
Nagle czas… Zatrzymał się.
sobota, 25 lutego 2012
wtorek, 21 lutego 2012
Rozdział II.XI
*Bunkru, bunkru. Tajniacko przemyka się przez internetowy bezskres*
Hm... Skaszaniłam, jeżeli chodzi o odstęp między tą notką, a poprzednią. Skaszaniłam jeżeli chodzi o długość i treść tego, co aktualnie umieszczam. I w ogóle...
Ale to wszystko przez sesje, dziwne wyjazdy, jeszcze dziwniejsze plakaty do wykonania, kolejne szykujące się szkolenia i choróbsko, które się przypałętało! No...
A w ogóle to odkryłam, że mogę prowadzić zajebiaszcze czaty w komentarzach jak na łonecie, więc bądźcie czujni bo przerzucam się na odpowiadanie właśnie w tej zajebiaszczej opcji xD
Mizuri: Trochę dziwnie się czuję, czytając życzenia sylwestrowe xD Kuźwa coraz bardziej widzę, jak czasowo skaszaniłam xD
Dziękuję bardzo za miłe słowa i ciesze się, że Ci się u mnie spodobało.
Mechalice: Tak sobie myślę, że to dobrze, że czujesz do mnie lof. W końcu dzieci powinny lofciać swoich rodziców xD.
W każdym razie, sesja zUa już powoli dobiega końca, jeszcze tylko kilka wpisów dorwać, jedną popraweczkę odwalić i będę mogła... Cieszyć się nowym semestrem... Który jest do bani... Ja pierdziele, nienawidzę swojego kierunku xD xD xD. Eeeej, chyba też powrócę do tej zasady xD Nie ważne, czy siedzę, czy nie siedzę nad projektami i tak zgarniam te same stopnie, ale wiocha xD. I to ściema, że architektura jest kierowana pod ochronę środowiska! Żaden kierunek, który zużywa aż tyle papieru nie ma prawa być posądzany o ochronę środowiska! xD
Ethariel: O dziękuję bardzo ;) Niestety nie biorę udziału w takich rzeczach, ale dziękuję, że o mnie pomyślałaś ^ ^.
Basia: Chyba jesteś pierwszą osobą, która napisała mi, że woli drugie opowiadanie ;). Dziękuję za komentarz i ciesze się, że spodobała Ci się moja radosna twórczość.
Maxiii: No juuuż, nooo xD
Bez dalszego marudzenia, zapraszam na rozdział XI! :D
*** *** *** *** *** *** ***
- Risu! Śniadanie!
Naruto chwycił patelnie, zgrabnym ruchem podrzucając jej zawartość, ażeby nie przywarła do powierzchni, a następnie odłożył ją na zgaszony palnik. Drugą ręką pokroił pomidora na kilka równych części, doprawił go i ułożył na talerzu, na którym następnie wylądowała wcześniej przygotowana jajecznica.
- RISU! – wrzasnął ponownie. Chwycił czajnik z zagotowaną wodą i zalał herbatę. Zerknął w stronę drzwi.
To było nawet fascynujące, z dnia na dzień dowiadywać się, że dzieciak Gobi jest większym leniuchem niż on sam. Ta, fascynujące… Do czasu.
- Przysięgam – warknął pod nosem, ruszając w kierunku sypialni. – Że własnych dzieci nie zdołałbym wychować na aż takich nicponi. RISU!
Usłyszał urwany, dziecięcy śmiech. I coś w stylu „cii!”
Zatrzymał się gwałtownie. Przymknął oczy, próbując się uspokoić. Obrócił się gwałtownie na pięcie i wrócił do kuchni. Mamrocząc nieprzyjemne rzeczy wyciągnął jeszcze jeden talerz i kubek na herbatę. Nałożył kolejny przydział posiłku, wstawił wodę na następną porcje naparu.
Wciąż psiocząc na swój żałosny los, ponownie ruszył ku sypialni. Bez większych ceregieli odciągnął zasłony i nie zdziwił się, że młodej nie ma już w łóżku. Z rosnącym uczuciem irytacji stanął przed szafą, otworzył ją i oznajmił:
- Śniadanie gotowe.
Dwie czarnowłose postacie spojrzały na niego jak na debila.
„Świetnie…”
Kilka sekund później Naruto siedział przy stole, zawzięcie wbijając wzrok we własną herbatę. Na krześle obok siedziała Risu, która z wyraźną radością rozciapywała podane jedzenie po całym blacie. A naprzeciwko…
Uzumaki połamał trzymaną w ręku łyżkę.
- To już będzie trzecia w tym tygodniu – oznajmił beznamiętny głos.
Blondyn wbił wściekły wzrok czarne oczyska.
- Itachi – warknął, przymykając oczy. – Możesz wynieść się z mojego mieszkania?
- Nie.
- Dlaczego?
Uchiha wzruszył ramionami.
Naruto wrzasnął. Przeciągle.
- Słuchaj – zaczął, siląc się na spokojny ton. – Nie chcę mieć nic wspólnego z tobą, ani tym bardziej z twoim bratem. Nie wiem skąd żeś wytrzasnął mój nowy adres i właściwie niewiele mnie to obchodzi. Ba, nawet nie chcę wiedzieć, jak złamałeś moje zabezpieczenia, wystarczy tylko…
- Dlaczego?
- Bo mnie to nie interesuje? – warknął, mrużąc wściekle oczy. Naprawdę nie miał ochoty…
- Dlaczego zostawiłeś Sasuke?
- A wal się. Akurat tobie nie mam się zamiaru tłumaczyć.
- A komuś masz zamiar?
Naruto zamilkł, zaskoczony pytaniem.
- Może Sasuke? – zasugerował czarnowłosy.
- AGHR…
Minął już tydzień.
Cholernie zwariowany tydzień, którego właściwie miał już dosyć.
Naruto wbił wzrok w sufit.
A ów cholerny tydzień zaczął się od raportu Sasuke.
Blondwłosa postać stała naprzeciw dwójki czarnowłosych shinobi.
Ręka Madary zadrżała. Nie wiadomo, czy ze strachu, czy z podniecenia.
- Kyuubi? – zapytał pełnym uciechy głosem.
- Chciałbyś. – Postać zaśmiała się złowieszczo i już w kolejnej chwili znalazła się przy najstarszym z Uchitów. Jednak zanim zdołała zadać cios, Madara zniknął, odpychając od siebie Sasuke i pojawił się kilka metrów przed nią.
- Uciekasz, myszko? – zapytał Naruto. Nie… To nie był Naruto. To było jego ciało owładnięte mroczną chakrą. To było jego ciało, na które Uzumaki nie miał żadnego wpływu, nie był świadomy jego ruchów. To było… Właściwe nie dało się określić słowami .
Czerwona chakra wolnymi pląsami smagała skórę blondyna. Wchłaniała się w nią, przejmując nad chłopakiem kontrolę.
- Madara uciekł, a Uzumaki zaczął zachowywać się jak kretyn.
Naruto uniósł półprzytomny wzrok na ludzi znajdujących się w gabinecie. Każdy się na niego gapił, a on nie za bardzo wiedział, o co mogło chodzić. Cóż… Miał drobne problemy z koncentracją.
- Co? – zapytał głupkowato, rozglądając się po twarzach, w poszukiwaniu jakiejś wskazówki mówiącej, czemu właśnie się stał głównym obiektem obserwacji zebranych. – Em… - zająknął się. Chwycił kręcącą się przy nim dziewczynkę. – To co? Możemy już iść ta?
- Dlaczego przede mną uciekasz? – syknął Sasuke, który nagle znalazł się niebezpiecznie blisko blondyna.
- A dlaczego miałbym uciekać? – burknął, uparcie wlepiając wzrok w podłogę. – Masz chyba o sobie za wysokie mniemanie.
- Tak? Więc czemu…
- Dajże mi spokój.
- To nie zachowuj się jak idiota!
- Odwal się, będę robił co mi się podoba!
- Więc nie zaprzeczysz, że zachowujesz się idiotycznie?!
- A weź spie…
- Zamknijcie się – przerwał im głos Tsunade. – Obaj. Nie mam zamiaru słuchać waszych dziecinnych utarczek. Wypad mi stąd. WSZYSCY!
No…
Naruto przełknął ciężko ślinę i spojrzał ukradkiem na brata Sasuke.
Czarnowłosy przyglądał mu się uważnie. I nie mrugał. Jaki normalny człowiek nie mruga aż tyle czasu?!
„Życie jest do bani.”
Pomyślał smętnie.
Wtedy u Tsunade… Ostatni raz widział Sasuke. I od tamtej pory unikał go ze wszystkich sił. Wyprowadził się od Sakury, wziął wolne i starał się jak najmniej opuszczać mieszkanie. Cóż… Po prostu nie dawał możliwości, aby doszło do przypadkowego spotkania.
Po pewnym czasie, w którym gorączkowo zastanawiał się co zrobić ze swoim życiem, doszedł do wnioski, że najlepszym wyjściem będzie nie narażanie się na towarzystwo młodszego Uchihy, do momentu, aż ten przestanie kipieć ze złości na jego widok, lub do chwili, gdy Naruto zdoła powstrzymać szybsze bicie serca po spojrzeniu w czarne oczęta byłego kochanka.
A przecież ta chwila kiedyś nadejdzie.
Znaczy na pewno.
Chyba…
Naruto stłumił westchnięcie. Wiedział, że to nie był najlepszy plan w jego życiu, ale jak na razie nie wpadł na lepszy. Więc z braku laku postanowił się trzymać tego.
W każdym razie… Od początku tego cholernego tygodnia jego życie wywróciło się o sto osiemdziesiąt stopni, a miały na to wpływ dwie osoby. Pierwszą z nich był brat Sasuke, który z jakiś dziwacznych względów postanowił torturować go swoją obecnością dzień w dzień, od kiedy wrócił tylko z ostatniej misji. I rzucał co chwilę jakimiś głupimi aluzjami. I w ogóle to nielegalnie włamywał mu się do mieszkania… Drugą zaś… Była córka Gobi, cholerny mały potomek demona, który doprowadzał go powoli do szału i w tym momencie… A no właśnie?
- Risu. – Blondyn uświadomił sobie, że dziewczynka za długo siedziała cicho. Zły znak. – Co robisz?
- Rysuje – odparła niewinnie smarkula.
Uzumaki zmrużył podejrzliwie oczy.
- Aha… A mogę wiedzieć czym?
- Masełkiem.
- Yh… ŻE CO?
- Risu, rajstopy!
- Nieee! – dziecko z przerażającym wrzaskiem pognało przed siebie. Uzumaki warknął mentalnie.
- Chodź tu, natychmiast! Zimno jest na dworze, musisz założyć…
- NIE! NIE LUBIĘ!
- Jeżu drogi – westchnął do siebie. – Skąd to ma tyle siły w płucach?
Itachi wzruszył ramionami.
- Siku…
- Błaaagaaam, nie – jęknął blondyn, zrezygnowany rozpiął kamizelkę Risu. Po raz trzeci. A już byli tak blisko wyjścia z domu.
- Drzwi.
- JUŻ – warknął do czarnowłosego, przetrzepując kieszenie. – Kuźwa, gdzie te cholerne…
Metalowy przedmiot błysnął w dłoni Itachi’ego.
- Dawaj to – warknął, odbierając mu klucze. – I idźmy już w końcu. I tak jesteśmy spóźnieni na wizytę w szpitalu. Tsunade mnie zabije. I pewnie tylko wyłącznie mnie, bo przecież wszystko na tym cholernym świecie jest moją winą…
Klucz ponownie zadzwonił w drzwiach. Naruto wcisnął się do domu, popychając przed sobą Risu.
- I nie przeżyjesz, bez tej cholernej lalki? – warknął blondyn bardziej do siebie, niż do towarzyszącej mu dziewczynki.
- Ciocia Sakura dała mi Amelie.
- Fascynujące.
- Samej byłoby jej smutno.
- Z pewnością.
- Wujku?
- CO?
- Siku…
Naruto z pewną dozą czułości spoglądał na Risu, która aktualnie wtulała się w swoja matkę.
Gobi delikatnie gładziła włosy dziewczynki, szepcąc do niej słowa pocieszenia. A blondynowi z niejasnych przyczyn zrobiło się smutno.
Zagryzł wargę, przyglądając się tej scenie z coraz większym przygnębieniem.
W ciągu tego tygodnia… Przyzwyczaił się do obecności małej rozrabiary. Pomimo wszystkich problemów jakie mu przysporzyła i w ogóle… Teraz, kiedy musiał się z nią rozstać, chociaż jeszcze nie dawno wyczekiwał tego momentu z niecierpliwością, to czuł się… Po prostu źle.
Nie będzie przyjemnie wracać do pustego domu, w którym nie usłyszy dziecięcego śmiechu, ani też głosu Sasu…
Wzdrygnął się, próbując zmienić tor swoich myśli. Wcale mu się nie podobało to, że zaczynał popadać w jakieś dziwaczne humory. I zamierzał jak najszybciej coś z tym zrobić.
Najlepszym wyjściem było udanie się na długą, samotną misję. Jak najdalej od Konohy.
I w ogóle…
To zachciało mu się ryczeć.
A w międzyczasie ktoś bezszelestnie wcisnął się do pomieszczenia i oplótł go ramionami, w które Naruto zgłębił się mimowolnie, pomimo tego, że dobrze wiedział do kogo należą oraz, że to nie jest najlepszy pomysł. Ale chociaż przez chwilę mógł poczuć się tak, jak kiedyś, gdy Sasuke był dla niego tym kimś najważniejszy w życiu. Westchnął mimowolnie, poddając się delikatnemu kołysaniu.
Zimny nos wcisnął się w zgłębienie w jego szyi.
„Koniec z tym.” Pomyślał stanowczo, postanawiając to przerwać, dopóki… Nie doszło do czegoś dziwnego.
- Sasu, ja… - zaczął, próbując oderwać się od Uchihy.
Jednak czarnowłosy mu na to nie pozwolił.
- Ci…
- Sasuke – warknął w końcu, siląc się na złość. – Zostaw mnie.
- Nie.
- Sasuke. Powie…
- Ci…
Naruto umilkł gwałtownie. A mała igiełka radośnie zagłębiła się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą Sasuke gmerał dłonią.
- AŁA! – wrzasnął blondyn, odskakując gwałtownie od czarnowłosego. – ZWARIOWAŁEŚ DEBILU?! PADŁO CI NA ŁEPETYNĘ?! LECZ SIĘ CZŁOWIEKU! CO ŻEŚ MI WSTRZYKNĄŁ?!
- Nei Kakri*. – Sasuke wzruszył ramionami. Właściwie to wyglądałby nawet dość niewinnie, gdyby nie to, że w jednej dłoni swobodnie porzucał zużytą strzykawkę.
- Kakri – powtórzył Uzumaki. Zmarszczył czoło, próbując przypomnieć skąd zna tę nazwę. Skojarzył. Ze szkolenia. – To… Trucizna. Drzewo Kakiri… Jego owoce zmiażdżone dają proszek… Właśnie, proszek, a ty dałeś…
- Rozcieńczyłem. Z sake dla lepszego efektu.
- Ty podstępny, cwany… - Nie dokończył, nie zdążył.
Padł. I pewnie trzasnąłby w podłogę, gdyby nie to, że ręce Sasuke sprawnie złapały go tuż nad podłogą.
- I szybszego – dodał po chwili, jakby Naruto mógł go usłyszeć.
- No, no, no powalasz romantyzmem. – Doszedł do jego uszu głos Gobi. – Aczkolwiek miło, że uciąłeś jego wrzaski.
Uchiha zacisnął usta w grymasie, który z braku laku można było określić uśmiechem.
- Daj mu czadu, wujku! – Zakrzyknęła radośnie Risu, pokazując Sasuke dwa uniesione w górę kciuki.
Ale Naruto już nie mógł tego zobaczyć.
Naruto przeciągnął się z rozkoszą, pozwalając aby następnie jego ręce swobodnie opadły na poduchy.
Już dawno tak dobrze nie spał.
W końcu ostatnio Risu dała mu nieźle w kość, no to teraz mógł przynajmniej…
Wrzasnął przeciągle i wstał gwałtownie. Znaczy… Wstałby, gdyby nie to, że zaplątał się w pościeli, wywinął na łóżku dziwaczny piruet i wyrżnął twarzą w podłogę, zaraz po tym, jak przypadkiem sturlał się z wygodnego materaca.
- Ożesztywdu…
Przerwał, gdy usłyszał parsknięcie. Dwa parsknięcia. Dwóch Uchihów.
Odchrząknął.
Miał przejebane.
- Ekhem… - zaczął, nieco zakłopotany. Nie za bardzo wiedział, co się wokół niego dzieje.
- Twój chłopak – zaczął Itachi, nie zważając na to, że Naruto właściwie to chciał coś powiedzieć. – Jest nieogarnięty.
- Wiem. – Na ustach młodszego z braci gościł łagodny uśmiech. Ciemne oczy wpatrywały się wprost w twarz Naruto. – I chyba za to go kocham.
Serce blondyna zamarło na chwilę.
Otworzył usta.
I zamknął je.
I ponownie otworzył.
- Idę – mruknął Itachi, usuwając się w kierunku drzwi. Najwyraźniej miał dość patrzenia na Uzumakiego udającego rybę wyciągniętą z wody. – A ty – spojrzał na brata z powagą. – Nie schrzań.
Blondyn wygrzebał się z okrycia i z naburmuszoną miną stał teraz naprzeciwko Sasuke.
- Czy ty mnie… - powiedział niebezpiecznie niskim tonem. – Porwałeś?
- Tak – przyznał czarnowłosy bez wahania. W kolejnej sekundzie znajdował się tuż przy nim, sprawiając, że Naruto ponownie stracił na chwilę oddech. – I jestem zawsze gotów zrobić to ponownie, gdybyś czuł się nieprzekonany.
Hm... Skaszaniłam, jeżeli chodzi o odstęp między tą notką, a poprzednią. Skaszaniłam jeżeli chodzi o długość i treść tego, co aktualnie umieszczam. I w ogóle...
Ale to wszystko przez sesje, dziwne wyjazdy, jeszcze dziwniejsze plakaty do wykonania, kolejne szykujące się szkolenia i choróbsko, które się przypałętało! No...
A w ogóle to odkryłam, że mogę prowadzić zajebiaszcze czaty w komentarzach jak na łonecie, więc bądźcie czujni bo przerzucam się na odpowiadanie właśnie w tej zajebiaszczej opcji xD
Mizuri: Trochę dziwnie się czuję, czytając życzenia sylwestrowe xD Kuźwa coraz bardziej widzę, jak czasowo skaszaniłam xD
Dziękuję bardzo za miłe słowa i ciesze się, że Ci się u mnie spodobało.
Mechalice: Tak sobie myślę, że to dobrze, że czujesz do mnie lof. W końcu dzieci powinny lofciać swoich rodziców xD.
W każdym razie, sesja zUa już powoli dobiega końca, jeszcze tylko kilka wpisów dorwać, jedną popraweczkę odwalić i będę mogła... Cieszyć się nowym semestrem... Który jest do bani... Ja pierdziele, nienawidzę swojego kierunku xD xD xD. Eeeej, chyba też powrócę do tej zasady xD Nie ważne, czy siedzę, czy nie siedzę nad projektami i tak zgarniam te same stopnie, ale wiocha xD. I to ściema, że architektura jest kierowana pod ochronę środowiska! Żaden kierunek, który zużywa aż tyle papieru nie ma prawa być posądzany o ochronę środowiska! xD
Ethariel: O dziękuję bardzo ;) Niestety nie biorę udziału w takich rzeczach, ale dziękuję, że o mnie pomyślałaś ^ ^.
Basia: Chyba jesteś pierwszą osobą, która napisała mi, że woli drugie opowiadanie ;). Dziękuję za komentarz i ciesze się, że spodobała Ci się moja radosna twórczość.
Maxiii: No juuuż, nooo xD
Bez dalszego marudzenia, zapraszam na rozdział XI! :D
*** *** *** *** *** *** ***
- Risu! Śniadanie!
Naruto chwycił patelnie, zgrabnym ruchem podrzucając jej zawartość, ażeby nie przywarła do powierzchni, a następnie odłożył ją na zgaszony palnik. Drugą ręką pokroił pomidora na kilka równych części, doprawił go i ułożył na talerzu, na którym następnie wylądowała wcześniej przygotowana jajecznica.
- RISU! – wrzasnął ponownie. Chwycił czajnik z zagotowaną wodą i zalał herbatę. Zerknął w stronę drzwi.
To było nawet fascynujące, z dnia na dzień dowiadywać się, że dzieciak Gobi jest większym leniuchem niż on sam. Ta, fascynujące… Do czasu.
- Przysięgam – warknął pod nosem, ruszając w kierunku sypialni. – Że własnych dzieci nie zdołałbym wychować na aż takich nicponi. RISU!
Usłyszał urwany, dziecięcy śmiech. I coś w stylu „cii!”
Zatrzymał się gwałtownie. Przymknął oczy, próbując się uspokoić. Obrócił się gwałtownie na pięcie i wrócił do kuchni. Mamrocząc nieprzyjemne rzeczy wyciągnął jeszcze jeden talerz i kubek na herbatę. Nałożył kolejny przydział posiłku, wstawił wodę na następną porcje naparu.
Wciąż psiocząc na swój żałosny los, ponownie ruszył ku sypialni. Bez większych ceregieli odciągnął zasłony i nie zdziwił się, że młodej nie ma już w łóżku. Z rosnącym uczuciem irytacji stanął przed szafą, otworzył ją i oznajmił:
- Śniadanie gotowe.
Dwie czarnowłose postacie spojrzały na niego jak na debila.
„Świetnie…”
Kilka sekund później Naruto siedział przy stole, zawzięcie wbijając wzrok we własną herbatę. Na krześle obok siedziała Risu, która z wyraźną radością rozciapywała podane jedzenie po całym blacie. A naprzeciwko…
Uzumaki połamał trzymaną w ręku łyżkę.
- To już będzie trzecia w tym tygodniu – oznajmił beznamiętny głos.
Blondyn wbił wściekły wzrok czarne oczyska.
- Itachi – warknął, przymykając oczy. – Możesz wynieść się z mojego mieszkania?
- Nie.
- Dlaczego?
Uchiha wzruszył ramionami.
Naruto wrzasnął. Przeciągle.
- Słuchaj – zaczął, siląc się na spokojny ton. – Nie chcę mieć nic wspólnego z tobą, ani tym bardziej z twoim bratem. Nie wiem skąd żeś wytrzasnął mój nowy adres i właściwie niewiele mnie to obchodzi. Ba, nawet nie chcę wiedzieć, jak złamałeś moje zabezpieczenia, wystarczy tylko…
- Dlaczego?
- Bo mnie to nie interesuje? – warknął, mrużąc wściekle oczy. Naprawdę nie miał ochoty…
- Dlaczego zostawiłeś Sasuke?
- A wal się. Akurat tobie nie mam się zamiaru tłumaczyć.
- A komuś masz zamiar?
Naruto zamilkł, zaskoczony pytaniem.
- Może Sasuke? – zasugerował czarnowłosy.
- AGHR…
Minął już tydzień.
Cholernie zwariowany tydzień, którego właściwie miał już dosyć.
Naruto wbił wzrok w sufit.
A ów cholerny tydzień zaczął się od raportu Sasuke.
Blondwłosa postać stała naprzeciw dwójki czarnowłosych shinobi.
Ręka Madary zadrżała. Nie wiadomo, czy ze strachu, czy z podniecenia.
- Kyuubi? – zapytał pełnym uciechy głosem.
- Chciałbyś. – Postać zaśmiała się złowieszczo i już w kolejnej chwili znalazła się przy najstarszym z Uchitów. Jednak zanim zdołała zadać cios, Madara zniknął, odpychając od siebie Sasuke i pojawił się kilka metrów przed nią.
- Uciekasz, myszko? – zapytał Naruto. Nie… To nie był Naruto. To było jego ciało owładnięte mroczną chakrą. To było jego ciało, na które Uzumaki nie miał żadnego wpływu, nie był świadomy jego ruchów. To było… Właściwe nie dało się określić słowami .
Czerwona chakra wolnymi pląsami smagała skórę blondyna. Wchłaniała się w nią, przejmując nad chłopakiem kontrolę.
- Madara uciekł, a Uzumaki zaczął zachowywać się jak kretyn.
Naruto uniósł półprzytomny wzrok na ludzi znajdujących się w gabinecie. Każdy się na niego gapił, a on nie za bardzo wiedział, o co mogło chodzić. Cóż… Miał drobne problemy z koncentracją.
- Co? – zapytał głupkowato, rozglądając się po twarzach, w poszukiwaniu jakiejś wskazówki mówiącej, czemu właśnie się stał głównym obiektem obserwacji zebranych. – Em… - zająknął się. Chwycił kręcącą się przy nim dziewczynkę. – To co? Możemy już iść ta?
- Dlaczego przede mną uciekasz? – syknął Sasuke, który nagle znalazł się niebezpiecznie blisko blondyna.
- A dlaczego miałbym uciekać? – burknął, uparcie wlepiając wzrok w podłogę. – Masz chyba o sobie za wysokie mniemanie.
- Tak? Więc czemu…
- Dajże mi spokój.
- To nie zachowuj się jak idiota!
- Odwal się, będę robił co mi się podoba!
- Więc nie zaprzeczysz, że zachowujesz się idiotycznie?!
- A weź spie…
- Zamknijcie się – przerwał im głos Tsunade. – Obaj. Nie mam zamiaru słuchać waszych dziecinnych utarczek. Wypad mi stąd. WSZYSCY!
No…
Naruto przełknął ciężko ślinę i spojrzał ukradkiem na brata Sasuke.
Czarnowłosy przyglądał mu się uważnie. I nie mrugał. Jaki normalny człowiek nie mruga aż tyle czasu?!
„Życie jest do bani.”
Pomyślał smętnie.
Wtedy u Tsunade… Ostatni raz widział Sasuke. I od tamtej pory unikał go ze wszystkich sił. Wyprowadził się od Sakury, wziął wolne i starał się jak najmniej opuszczać mieszkanie. Cóż… Po prostu nie dawał możliwości, aby doszło do przypadkowego spotkania.
Po pewnym czasie, w którym gorączkowo zastanawiał się co zrobić ze swoim życiem, doszedł do wnioski, że najlepszym wyjściem będzie nie narażanie się na towarzystwo młodszego Uchihy, do momentu, aż ten przestanie kipieć ze złości na jego widok, lub do chwili, gdy Naruto zdoła powstrzymać szybsze bicie serca po spojrzeniu w czarne oczęta byłego kochanka.
A przecież ta chwila kiedyś nadejdzie.
Znaczy na pewno.
Chyba…
Naruto stłumił westchnięcie. Wiedział, że to nie był najlepszy plan w jego życiu, ale jak na razie nie wpadł na lepszy. Więc z braku laku postanowił się trzymać tego.
W każdym razie… Od początku tego cholernego tygodnia jego życie wywróciło się o sto osiemdziesiąt stopni, a miały na to wpływ dwie osoby. Pierwszą z nich był brat Sasuke, który z jakiś dziwacznych względów postanowił torturować go swoją obecnością dzień w dzień, od kiedy wrócił tylko z ostatniej misji. I rzucał co chwilę jakimiś głupimi aluzjami. I w ogóle to nielegalnie włamywał mu się do mieszkania… Drugą zaś… Była córka Gobi, cholerny mały potomek demona, który doprowadzał go powoli do szału i w tym momencie… A no właśnie?
- Risu. – Blondyn uświadomił sobie, że dziewczynka za długo siedziała cicho. Zły znak. – Co robisz?
- Rysuje – odparła niewinnie smarkula.
Uzumaki zmrużył podejrzliwie oczy.
- Aha… A mogę wiedzieć czym?
- Masełkiem.
- Yh… ŻE CO?
- Risu, rajstopy!
- Nieee! – dziecko z przerażającym wrzaskiem pognało przed siebie. Uzumaki warknął mentalnie.
- Chodź tu, natychmiast! Zimno jest na dworze, musisz założyć…
- NIE! NIE LUBIĘ!
- Jeżu drogi – westchnął do siebie. – Skąd to ma tyle siły w płucach?
Itachi wzruszył ramionami.
- Siku…
- Błaaagaaam, nie – jęknął blondyn, zrezygnowany rozpiął kamizelkę Risu. Po raz trzeci. A już byli tak blisko wyjścia z domu.
- Drzwi.
- JUŻ – warknął do czarnowłosego, przetrzepując kieszenie. – Kuźwa, gdzie te cholerne…
Metalowy przedmiot błysnął w dłoni Itachi’ego.
- Dawaj to – warknął, odbierając mu klucze. – I idźmy już w końcu. I tak jesteśmy spóźnieni na wizytę w szpitalu. Tsunade mnie zabije. I pewnie tylko wyłącznie mnie, bo przecież wszystko na tym cholernym świecie jest moją winą…
Klucz ponownie zadzwonił w drzwiach. Naruto wcisnął się do domu, popychając przed sobą Risu.
- I nie przeżyjesz, bez tej cholernej lalki? – warknął blondyn bardziej do siebie, niż do towarzyszącej mu dziewczynki.
- Ciocia Sakura dała mi Amelie.
- Fascynujące.
- Samej byłoby jej smutno.
- Z pewnością.
- Wujku?
- CO?
- Siku…
Naruto z pewną dozą czułości spoglądał na Risu, która aktualnie wtulała się w swoja matkę.
Gobi delikatnie gładziła włosy dziewczynki, szepcąc do niej słowa pocieszenia. A blondynowi z niejasnych przyczyn zrobiło się smutno.
Zagryzł wargę, przyglądając się tej scenie z coraz większym przygnębieniem.
W ciągu tego tygodnia… Przyzwyczaił się do obecności małej rozrabiary. Pomimo wszystkich problemów jakie mu przysporzyła i w ogóle… Teraz, kiedy musiał się z nią rozstać, chociaż jeszcze nie dawno wyczekiwał tego momentu z niecierpliwością, to czuł się… Po prostu źle.
Nie będzie przyjemnie wracać do pustego domu, w którym nie usłyszy dziecięcego śmiechu, ani też głosu Sasu…
Wzdrygnął się, próbując zmienić tor swoich myśli. Wcale mu się nie podobało to, że zaczynał popadać w jakieś dziwaczne humory. I zamierzał jak najszybciej coś z tym zrobić.
Najlepszym wyjściem było udanie się na długą, samotną misję. Jak najdalej od Konohy.
I w ogóle…
To zachciało mu się ryczeć.
A w międzyczasie ktoś bezszelestnie wcisnął się do pomieszczenia i oplótł go ramionami, w które Naruto zgłębił się mimowolnie, pomimo tego, że dobrze wiedział do kogo należą oraz, że to nie jest najlepszy pomysł. Ale chociaż przez chwilę mógł poczuć się tak, jak kiedyś, gdy Sasuke był dla niego tym kimś najważniejszy w życiu. Westchnął mimowolnie, poddając się delikatnemu kołysaniu.
Zimny nos wcisnął się w zgłębienie w jego szyi.
„Koniec z tym.” Pomyślał stanowczo, postanawiając to przerwać, dopóki… Nie doszło do czegoś dziwnego.
- Sasu, ja… - zaczął, próbując oderwać się od Uchihy.
Jednak czarnowłosy mu na to nie pozwolił.
- Ci…
- Sasuke – warknął w końcu, siląc się na złość. – Zostaw mnie.
- Nie.
- Sasuke. Powie…
- Ci…
Naruto umilkł gwałtownie. A mała igiełka radośnie zagłębiła się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą Sasuke gmerał dłonią.
- AŁA! – wrzasnął blondyn, odskakując gwałtownie od czarnowłosego. – ZWARIOWAŁEŚ DEBILU?! PADŁO CI NA ŁEPETYNĘ?! LECZ SIĘ CZŁOWIEKU! CO ŻEŚ MI WSTRZYKNĄŁ?!
- Nei Kakri*. – Sasuke wzruszył ramionami. Właściwie to wyglądałby nawet dość niewinnie, gdyby nie to, że w jednej dłoni swobodnie porzucał zużytą strzykawkę.
- Kakri – powtórzył Uzumaki. Zmarszczył czoło, próbując przypomnieć skąd zna tę nazwę. Skojarzył. Ze szkolenia. – To… Trucizna. Drzewo Kakiri… Jego owoce zmiażdżone dają proszek… Właśnie, proszek, a ty dałeś…
- Rozcieńczyłem. Z sake dla lepszego efektu.
- Ty podstępny, cwany… - Nie dokończył, nie zdążył.
Padł. I pewnie trzasnąłby w podłogę, gdyby nie to, że ręce Sasuke sprawnie złapały go tuż nad podłogą.
- I szybszego – dodał po chwili, jakby Naruto mógł go usłyszeć.
- No, no, no powalasz romantyzmem. – Doszedł do jego uszu głos Gobi. – Aczkolwiek miło, że uciąłeś jego wrzaski.
Uchiha zacisnął usta w grymasie, który z braku laku można było określić uśmiechem.
- Daj mu czadu, wujku! – Zakrzyknęła radośnie Risu, pokazując Sasuke dwa uniesione w górę kciuki.
Ale Naruto już nie mógł tego zobaczyć.
Naruto przeciągnął się z rozkoszą, pozwalając aby następnie jego ręce swobodnie opadły na poduchy.
Już dawno tak dobrze nie spał.
W końcu ostatnio Risu dała mu nieźle w kość, no to teraz mógł przynajmniej…
Wrzasnął przeciągle i wstał gwałtownie. Znaczy… Wstałby, gdyby nie to, że zaplątał się w pościeli, wywinął na łóżku dziwaczny piruet i wyrżnął twarzą w podłogę, zaraz po tym, jak przypadkiem sturlał się z wygodnego materaca.
- Ożesztywdu…
Przerwał, gdy usłyszał parsknięcie. Dwa parsknięcia. Dwóch Uchihów.
Odchrząknął.
Miał przejebane.
- Ekhem… - zaczął, nieco zakłopotany. Nie za bardzo wiedział, co się wokół niego dzieje.
- Twój chłopak – zaczął Itachi, nie zważając na to, że Naruto właściwie to chciał coś powiedzieć. – Jest nieogarnięty.
- Wiem. – Na ustach młodszego z braci gościł łagodny uśmiech. Ciemne oczy wpatrywały się wprost w twarz Naruto. – I chyba za to go kocham.
Serce blondyna zamarło na chwilę.
Otworzył usta.
I zamknął je.
I ponownie otworzył.
- Idę – mruknął Itachi, usuwając się w kierunku drzwi. Najwyraźniej miał dość patrzenia na Uzumakiego udającego rybę wyciągniętą z wody. – A ty – spojrzał na brata z powagą. – Nie schrzań.
Blondyn wygrzebał się z okrycia i z naburmuszoną miną stał teraz naprzeciwko Sasuke.
- Czy ty mnie… - powiedział niebezpiecznie niskim tonem. – Porwałeś?
- Tak – przyznał czarnowłosy bez wahania. W kolejnej sekundzie znajdował się tuż przy nim, sprawiając, że Naruto ponownie stracił na chwilę oddech. – I jestem zawsze gotów zrobić to ponownie, gdybyś czuł się nieprzekonany.
wtorek, 27 grudnia 2011
Owoce i warzywa - NejiSasu
Dzień doberek, robaczki!
Witam was w ten jakże radosny, poświętowy poraneczek. Ale wesołych, niech będzie, że jeszcze zdążyłam :3 O, no przecież sylwestra udanego mogę jeszcze wszystkim życzyć... No to udanego :D
Więc, dzisiejszy twór powstał z winy i przyczyny Mechalice, a jakże! Ty zUa i niegodziwa istoto! W każdym razie, nie ma on nic wspólnego z niczym co pisałam do tej pory i nawiązuje jedynie (o tak, zemsta) do ostatniego fika właśnie wyżej wymienionej Pani :D (tak tak, link w bocznym paseczku się znajduje, zapraszam serdecznie) Co by tu jeszcze... Cóż... Paring z góry został narzucony, ale szczerze powiedziawszy, jakby się wstawiło w miejsce głównych bohaterów imiona Jeremi i Alojzy, to nie zrobiłoby to żadnej większej różnicy, więc kanonu ni ma tu za grosz. Czujcie się ostrzeżeni ^ ^.
Deedwarda: Doła wzięłam i się pozbyłam ^ ^. A nóż widelec chodzi o to, że w końcu oderwałam się od tej cholernej uczelni. A mniejsza z tym. Spóźnione życzonka :*
Mechalice: A ja mam nadzieję, że uświadamiasz sobie, że to właściwie przez Ciebie nie śpię? xD Tak tylko... Wspominam... Kurde, właściwie to ledwo widzę na oczy, chyba nie dam rady logicznie odpisywać na komentarze... xD Ojoj.
No nie deprecham xD Optymizm i Kelly family moimi przewodnikami życiowymi! Juhu!
I neee, ja betaaa nieee, coś czuję, że by to wyglądało, jak nauka parkowania z instruktorem:
- Parkuj tu.
- Nie.
- No parkuj!
- Nie! Nie będę parkować!
- To jak się nauczysz?
- Nie będę i już!
-...
- NIE!
- Jeszcze mi się tu porycz!
- A weź spieprzaj!
Jakże miło wspominam te czasy <3 br="br">Mniejsza z tym... Właściwie to jest 7 rano niemalże, więc chyba powinnam rozważyć pójście spać.
Ups, coś czuję, że błędów to tu będzie od groma xD
Dziękować za komentarze, zapraszam na... Zgoła coś innego :D
*** *** *** *** *** *** ***
Warzywa i owoce.
Sasuke z morderczym błyskiem w oku wpatrywał się w sklepową półkę. Warzywną, żeby nie było.
W końcu odżywiał się zdrowo. Nie to co pewne pochłaniające-wyłącznie-ramen osobniki.
Chociaż… Z tego co zauważył ostatnio, pochłaniające-wyłącznie-ramen osobniki sparowały się z wiecznie-spóźniającymi-się-niedospanymi osobnikami i próbują wprowadzić swoje jeszcze żyjące zwłoki w program „Zdrowa dieta”. Nie, żeby Sasuke wierzył w powodzenie ich akcji.
Nie, żeby Sasukowa żyła na skroni nie pulsowała intensywnie na wspomnienie o nowych konohańskich zakochanych skowroneczkach. Nie, żeby był zazdrosny o Naruto, czy, broń Boże, Kakashi’ego! Bo to właśnie oni wchodzi w skład zakochanych skowroneczków.
W każdym razie, nie o to chodziło.
Sprawa była nieco bardziej denerwująca i wbrew pozorom, delikatna. Otóż, Sasuke męczyło, że prawdopodobnie został jedynym kawalerem we wsi. I wcale nie chodziło o to, że cholerny młot dorwał już swoją pożal się boże połówkę, a on nie! Cóż z tego, że dopiero wtedy Uchiha zaczął się nad tą kwestią zastanawiać?
- Pomidor! – warknąl władczo na zieloną skrzyneczkę, która zawierała dorodne, czerwone… No właśnie? – Owocu ty! – rzucił Sasuke z niemałą satysfakcją. Bo Uchiha należał do grona osób święcie przekonanych, że czerwone produkty wijącego się pędu powinny być przez wszystkich nazywane owocami.
- Warzywo.
Do uszu Uchihy dobiegł cichy spokojny głos. Czarnowłosy zmrużył podejrzliwie oczy, wlepiając je w wyjątkowo dorodnego pomidora, który kusząco górował nad innymi w skrzynce. Chyba zaczynał wariować…
- Mówiłeś coś? – zapytał, ot dla pewności.
- Warzywo. Pomidor jest warzywem.
Sasuke stwierdził, że jednak wszystko z nim jest w porządku, bo spokojny, dziwnie przyjemny dla ucha głos rozlegał się gdzieś z boku, a nie, jak podejrzewał wcześniej, ze sklepowej półki. Łaskawie obrócił głowę nieco w lewo, aby obdarzyć natrętnego osobnika pogardliwym spojrzeniem. I schrzanił efekt, chwilowym rozdziawieniem ust.
Bo oto przemówił do niego osobnik, którego nie podejrzewałby o tak beztroskie próby nawiązania rozmowy. Tudzież próby sprawienia, że niedoszły rozmówca poczuje się po prostu jak kretyn.
Zerknął ponownie na pomidora, który wciąż usadawiał się na szczycie skrzynki. Ale jakoś nie wydawało się, aby roślinka miała coś do powiedzenia, więc z braku laku, ponownie powędrował wzrokiem ku, a tak…
- Hyuuga – wyrzucił z siebie posiadacz sharingana, z największą obojętnością, na jaką było go stać. – Słucham?
Sasuke dopracował swoją obojętność, nieco pogardliwym i zniecierpliwionym spojrzeniem.
- Warzywo – powtórzył ponownie Neji, zgrabnie wymijając czarnowłosego i chwytając w dłonie puszącego się na szczycie piramidki pomidora. – To. – Wyciągnął trzymaną rzecz tuż przed nos Uchihy. – Jest warzywo.
I wetknął je do sklepowego koszyka, aby następnie powędrować do kasy.
A Sasuke stał jak słup soli, wpatrując się w przestrzeń, którą jeszcze przed chwilą przesłaniała mu wszechobecna czerwień i właściwie to nie ogarniał.
- Hej! – wrzasnął po chwili, w której to Hyuuga zdołał już opuścić budynek. – To był mój… OWOC!
***
- Sasuke, no już, uśmiechnij się nieco i wcinaj.
Uchiha wbił mordercze spojrzenie w stojącą przed nim miskę. Miskę wypełnioną pomidorami. Fakt, pociachanymi, co nieco dawało upust jego wściekłości. Wynurzanymi w śmietanie. I doprawionych cholera wie jakimi dziwnymi eksperymentami.
Spojrzał nieufnie na Uzumakiego.
- Co to?
- Sałatka – powiedział, z wyraźnym politowaniem blondyn, siadając naprzeciw niego. – Z pomidorów.
Sasuke wydał z siebie dziwny dźwięk. Przypominający nieco szczeknięcie, warknięcie i prychnięcie w jednym
- Eee… - zaczął niepewnie Naruto. – Coś jest nie tak?
- Hyuuga – warknął czarnowłosy. – To złodziej.
- Co?
- No ukradł mi. Pomidora – dokończył, obnażając niebezpiecznie zęby.
- Okej?
Sasuke butnie odsunął od siebie talerz i spojrzał na przyjaciela poważnie.
- Ukradł mi pomidora – powiedział ponownie, w charakterystycznym geście splatając ręce pod brodą. – W sklepie, rozumiesz? Neji Hyuuga ukradł mojego pomidora. Prywatnego. Niedoszłokupnego, niech będzie. Ale był mój! Zaklepany!
- Yhm… Ale to… Że z półki? – zapytał, wedle Sasuke, nieco kretyńsko.
- No jasne, że z półki – rzucił czarnowłosy, posyłając Naruto wyraźnie wrogie spojrzenie. – Głupi jesteś, czy co?
- Sasuke? – zapytał blondyn kręcąc się niespokojnie na swoim miejscu. – Może spróbuj sałatki? Bo chciałbym ci zadać pytanie, a wcześniej muszę poznać twoją opinię na temat mojej pomidorowej sałatki. Wiesz, Kakashi i jego zdrowa dieta. Potrzebuje opinii postronnej, nie chcę go zatruć pierwszą potrawą jaką przygotowałem, więc możesz się poświęcić dla dobra mojego związku, nie?
Z westchnieniem irytacji czarnowłosy przyciągnął do siebie sałatkę i wepchnął jej większość do swoich ust. Ostentacyjnie przeżuł ją kilka razy, aby następnie głośno przełknąć podane danie. Mlasnął niepewnie.
- Żyjesz? – zapytał Naruto z pewną dozą fascynacji, która nie spodobała się Sasuke.
- Nie – palnął. Po chwili zastanowienia dodał. – Ale zjadliwa. Znaczy, dobra nawet. Bardzo.
Uzumaki wyszczerzył się radośnie.
- Ha! – zakrzyknął mężnie, pałaszując z talerza to, co zostawił Uchiha. – Widzisz? Jak człowiek chce to potrafi. A pomidory pomogą mi uratować sałatę!
- Sałatę?
Naruto wskazał niedbałym gestem parapet, na którym, o dziwo, faktycznie znajdowała się sałata. W glinianym naczynku, wyrastała dumnie, nie zawracając uwagi na toczącą się w kuchni dyskusję. I łypała przymilnie w stronę swojego właściciela.
- Kakashi chce ją na kanapki przerobić – parsknął blondyn, między kolejnymi plastrami pomidora. – Kretyństwo, nie?
Sasuke nie wypowiedział się w kwestii sałatowego szaleństwa. Nie miał pojęcia jaki bój toczą miedzy sobą Kakashi i Naruto, ani jaką rolę odgrywa w tym wszystkim zielenina, oraz do czego niby miała służyć pomidorowa sałatka, ale właściwie to nie chciał wiedzieć. I nie miał zamiaru się w to mieszać.
- Więc?
- Hm? – Blondyn z uwagą wyskrobywał resztki jedzenia z talerza.
- Miałeś jakieś pytanie.
- O! No! – Niebieskooki odłożył w końcu stołową zastawę i wbił w przyjaciela uważne spojrzenie. Za uważne, jak na swoje standardy. – Wiesz, bo coś dużo nawijasz dzisiaj, nie poznaje cię nieco. I nie jestem pewien, czy sobie uświadamiasz pewną rzecz.
- Wydaje ci się – mruknął Sasuke, ganiając się w myślach. Dla poprawienie wizerunku machnął grzywką. – Że nawijam – dodał, w razie gdyby ktoś miał wątpliwości.
- Może – Naruto wzruszył ramionami. – Bo wiesz, właściwie nie jestem chyba odpowiednią osobą, która powinna cię uświadamiać, ale jako, że nikt inny się na to nie odważy, to chyba będę musiał. Cóż, może jakbym namówił Kakashi’ego, to by ci dyskretniej przekazał nowo odkrytą wiadomość, ale jako, że Tsunade znowu go torturuje za kolejne spóźnienia, to chyba…
- Powiesz wreszcie, czy mogę sobie iść, nie usłyszawszy twoich wspaniałych informacji?
- Bo mi się wydaje, że ktoś ci się spodobał ostatnimi czasy…
***
Sasuke z donośnym trzaskiem opuścił mieszkanie Kakashi’ego. Pozostawiając w nim nieco poobijanego blondyna. I tak powinien się cieszyć, że skończyło się wyłącznie na rozkwaszonym nosie i podbitym oku!
Jak on mógł… Jak on ŚMIAŁ insynuować, że ktoś pokroju Hyuugi… Nie, to było niedorzeczne.
Zatrzymał się gwałtownie.
No tak. W końcu nie kupił tych cholernych pomidorów. Poczłapał się do sklepu, w przypływie optymizmu postanawiając w najbliższym czasie zabić Naruto. Przynajmniej będzie miał tą satysfakcję i sprawi, że Konoha otrzyma kolejnego kawalera na wydanie w postaci podstarzałego Jonina! A właśnie, z tego co wiedział to Neji również nie miał aktualnie nikogo…
- Kretyństwo! – wrzasnął do siebie samego, przy okazji strasząc grupkę dzieciaków, które kręciły się w pobliżu. Czym prędzej ruszył przed siebie.
Cholerny Naruto i jego cholerne pomysły! To przez niego ma takie dziwaczne myśli!
Wtargnął do sklepu, warknąwszy powitanie do ekspedientki, kultura przecież obowiązuje, ruszył wzdłuż półek. Chwycił słoik suszonych pomidorów. Przy następnej alejce wpakował sobie pod pachy karton soku pomidorowego. A kolejnym przystankiem była, a jakże, półka z warzywami. I owocami, do jasnej cholery!
- Owoce, kuźwa. To są cholerne owoce – sapnął do siebie, chwytając pierwszego lepszego pomidora z brzegu. Uniósł go na wysokość oczu i ze zmarszczonymi brwiami przyjrzał się czerwonej powierzchni.
- Warzywa.
- Co? – Sasuke z wrażenia o mało nie zgniótł pomidora.
- To. Są. Warzywa - powtórzył ktoś dobitnie, a Uchiha nawet nie musiał się obracać, żeby wiedzieć, któż ośmielił się przerwać jego wewnętrzną walkę z samym sobą.
- Chyba sobie kpisz – stwierdził posiadacz sharingana, rzucając Hyuudze wyzywające spojrzenie.
- Nie. – Aczkolwiek Neji wyzwania nie odwzajemnił. Wpatrywał się w młodszego mężczyznę ze spokojem i chyba nawet pewną dozą zainteresowania. – To fakt.
- Nie masz na to żadnych dowodów! – burknął Sasuke, zamieniając wyzywające spojrzenie na bardziej pochmurne i mroczne.
- A ty masz?
- Oczywiście – rzekł poirytowany, wyciągając przed siebie słoik. – Patrz. Suszone. Każdy wie, że suszy się owoce.
- Też.
- Co?
- Suszy się też warzywa– zapewnił Hyuuga, ani o jotę nie zmieniając tonu. – Do zupy można.
- Soki! – jęknął Sasukę. I jęk nie miał nic wspólnego z tym, że rozmyślał o barwie głosu Neji’ego. Cholerny, za dużo gadający Naruto…
- Co?
- No – odpyszczył średnio inteligentnie. – Soki. No wiesz, takie do picia. Z pomarańczy, jabłek. No i są pomidorowe. Czyli O.W.O.C.O.W.E. – Przeliterował dosadnie.
- Marchwiowy. Wielowarzywny.
W Sasuke aż coś się zagotowało.
- TY! – warknął, bojowo odkładając pomidora do skrzynki. – Jesteś! Jesteś… Hm… Jesteś…
Po prostu zabrakło mu słów. Wrzasnął wewnętrznie i ruszył do kasy.
- Jestem – przyznał Hyuuga, który najwyraźniej stwierdził, że pójście za Uchihą będzie dobrym pomysłem. – I chyba możemy sprawdzić, kto ma rację.
- Jakby mi zależało – zaczął buntowniczym tonem, chwytając siatkę z zakupami i obracając się ku starszemu chłopakowi. I zamarł.
Neji był stanowczo za blisko. Sasuke z łatwością mógł dostrzec ciemniejszą obwódkę wokół białych tęczówek. I to, że usta Hyuugi rozciągnęły się w delikatnym, aczkolwiek wyzywającym uśmiechu.
- A nie?
***
Sasuke siedział sztywno na kuchennym krześle. I wszystko byłoby dobrze, gdyby krzesło należało do Naruto, Sakury, czy też Kakashi’ego. Ale nie. Nie wiedzieć czemu, wylądował na krześle, którego dumnym właścicielem był Neji Hyuuga.
- Owoc – stwierdził na pocieszenie, próbując nie wyrżnąć głową w blat stołu. To nie wyglądałoby dobrze.
Zerwał się gwałtownie z krzesła, okrążając stół, aby zerknąć do salonu.
On wcale nie miał żadnych ukrytych celów w wizycie w domu Hyuugi. Naprawdę. A na pewno już jego cele nie, o ile by istniały, nie miałyby nic wspólnego z wcześniejszą rozmową z Naruto! Wrócił na swoje miejsce, oparł łokcie na blacie i schował twarz w dłoniach.
Miał dziwne wrażenie, że coś mu się walił jego spokojny żywot.
- Ym – usłyszał, zanim ktoś położył mu dłoń na ramieniu. I potrząsnął nim delikatnie. – Wszystko gra?
Pokręcił głową, nie podnosząc jej ani o milimetr.
- Mam… Książkę – kontynuował Hyuuga.
- A przestań pieprzyć – warknął Sasuke, ukazując światu jedno oko. – Po co żeś mnie tu ściągnął? Bo chyba nie po to, by faktycznie sprawdzać czym są pomidory? To trochę niedorzeczne.
- Właściwie – Neji usiadł po drugiej stronie stołu. Odłożył książkę na brzeg blatu, wpatrując się uważnie w okładkę. – To encyklopedia.
- Hyuuga! – Uchiha odsłonił drugie oko, które niebezpiecznie zalśniło czerwienią. Nie miał zamiaru bawić się w żadne cholerne gierki. – Gadajże!
- Chciałem coś sprawdzić.
- Co?
- Teorię. Ciekawą. Ostatnio przedstawił mi ją…
Sasuke odchylił się w krześle wyraźnie zirytowany, odgarniając włosy z twarzy. To chyba nie będzie łatwa rozmowa. Chyba, że… Właściwie on też znalazłby jedną, czy też dwie rzeczy do sprawdzenia.
I właśnie przyszedł czas, w którym Sasuke postanowił zabrać się za sprawdzanie w praktyce. W końcu musiał coś sobie udowodnić. Sobie i temu cholernemu blondynowi, któremu do łba wpadają niedorzeczne pomysły!
Wychylił się błyskawicznie przed siebie, niemalże kładąc się na kuchennym stole. Pociągnął starszego chłopaka za długie, gęste włosy i przyciągnął jego twarz do swojej. Jego policzek owiał ciepły oddech Hyuugi, gdy ten, zaskoczony wypuścił powietrze z płuc.
Sasuke widział srebrne plamki, błyszczące w białych oczach. Pod palcami czuł miękkie włosy, które zatańczyły wesoło ponad powierzchnią blatu. W opasce ze znakiem liścia zobaczył swoje odbicie.
Zmarszczył brwi i wbijając stanowcze spojrzenie w tęczówki chłopaka i jakimś dziwnym sposobem podciągnął się tak, że siedział okrakiem na końcu blatu, ze swobodnie zwieszonymi nogami, w dalszym ciągu wplątując palce we włosy Neji’ego.
- Co robisz? – zapytał w końcu Hyuuga.
- Nie wiem – powiedział szczerze, nie zmieniając swojej pozycji.
- A masz zamiar kontynuować?
- A zasłużyłeś? - odpowiedział pytaniem. Miło było trzymać w dłoniach Twarz Neji’ego. Tak… Swobodnie i naturalnie się z tym czuł, że zaskoczyło to nawet jego samego.
- Mogę opowiedzieć ci o pomidorach.
- Wiem sporo o pomidorach – przyznał, pochylając się nad nim, tak, że stykali się czołami. - Nie wiem, czy uda ci się mnie czymś zaskoczyć.
- A wiesz… - zaczął Hyuuga, wstając powoli, równocześnie starając się nie przerywać kontaktu z Sasuke. W końcu wyszło tak, że stał nad wciąż siedzącym na blacie chłopakiem, swobodnie opierając dłonie obok kolan Uchihy. – Że pochodzą z rodziny roślin psiankowatych?
- Obiło mi się o uszy.
- I były kiedyś wyłącznie roślinami ozdobnymi?
- O? Naprawdę? – Sasuke zamrugał zdziwiony, gdy na jego nosie wylądował krótki całus. – Hej, nie zasłu…
- A to, że szkodzi im temperatura poniżej siedmiu stopni…
- A bądź już ty cicho.
- A mógłbyś…
Sasuke uniósł się nieco, dzięki czemu ich usta się w końcu spotkały.
Jakiś czas później stwierdził, że nawet młotki mają od czasu do czasu rację i można ich ewentualnie posłuchać…
***
- Nie sądzisz, że to nieco okrutne?
- Hm? – Kakashi bez zrozumienia spojrzał na swojego… Naruto. Tak, to dobre określenie. Jego Naruto właśnie rozpłaszczał się na dachu, z którego miał doskonały widok na pewną kuchnię. A on mu towarzyszył. Ba! On mu pokazał to miejsce.
- No… Żeśmy wyswatali dwóch największych neurotyków w wiosce. Nie wiem, czy to się dobrze dla nas skończy.
- To były – zaczął z wahaniem. – Delikatne sugestie – dokończył z satysfakcją. – Nie mają jak nam czegokolwiek udowodnić.
- Myślisz, że nie wiedzą? – zapytał blondyn przysuwając się do Kakashi’ego.
Z odpowiedzą przyszedł mu dźwięk zasuwanych rolet.
- Wiedzą – parsknęli równocześnie.
- I pewnie niedługo nam się za to oberwie – stwierdził po chwili Naruto.
- No nie wiem, nie wyglądali przed chwilą na niezadowolonych, nie? Zresztą, ci już się nieźle oberwało. Sasuke zasługuje na wszystko, co Neji mu zaserwuje.
***
- Cholera - mlasnął Sasuke, odrywając się od chłopaka. Złapał oddech.
- Hm?
- Wciąż nie kupiłem tych cholernych pomidorów.
- Wiesz... U mnie znajdziesz ich dość - powiedział Neji, przyciągając go ponownie do siebie. - Nawet, mogę stwierdzić, że całkiem sporą kolekcję.
Dwie postacie były zbyt zajęte sobą, aby zauważyć, że z blatu sunęła się książka. Nie zwróciły na to uwagi. Ciężki tom otworzył się na zaznaczonej stronie.
Pomidor - gatunek rośliny z rodziny psiankowatych. Ma wiele synonimów: pomidor uprawny, pomidor jadalny, psianka pomidor i po prostu pomidor. Pochodzi z Ameryki Południowej lub Środkowej. Do Europy dotarł po 1492. Przechowywanie pomidorów w lodówce może spowodować ich przemrożenie, bowiem temperatury poniżej 7 °C im nie sprzyjają. Takie przemrożenie prowadzi do wielu negatywnych skutków, m.in. utraty smaku, koloru i konsystencji oraz zwiększa prawdopodobieństwo gnicia i występowania drobnoustrojów, które je powodują. Owoce (w znaczeniu botanicznym) są warzywami wg klasyfikacji towarów spożywczych…3>
Witam was w ten jakże radosny, poświętowy poraneczek. Ale wesołych, niech będzie, że jeszcze zdążyłam :3 O, no przecież sylwestra udanego mogę jeszcze wszystkim życzyć... No to udanego :D
Więc, dzisiejszy twór powstał z winy i przyczyny Mechalice, a jakże! Ty zUa i niegodziwa istoto! W każdym razie, nie ma on nic wspólnego z niczym co pisałam do tej pory i nawiązuje jedynie (o tak, zemsta) do ostatniego fika właśnie wyżej wymienionej Pani :D (tak tak, link w bocznym paseczku się znajduje, zapraszam serdecznie) Co by tu jeszcze... Cóż... Paring z góry został narzucony, ale szczerze powiedziawszy, jakby się wstawiło w miejsce głównych bohaterów imiona Jeremi i Alojzy, to nie zrobiłoby to żadnej większej różnicy, więc kanonu ni ma tu za grosz. Czujcie się ostrzeżeni ^ ^.
Deedwarda: Doła wzięłam i się pozbyłam ^ ^. A nóż widelec chodzi o to, że w końcu oderwałam się od tej cholernej uczelni. A mniejsza z tym. Spóźnione życzonka :*
Mechalice: A ja mam nadzieję, że uświadamiasz sobie, że to właściwie przez Ciebie nie śpię? xD Tak tylko... Wspominam... Kurde, właściwie to ledwo widzę na oczy, chyba nie dam rady logicznie odpisywać na komentarze... xD Ojoj.
No nie deprecham xD Optymizm i Kelly family moimi przewodnikami życiowymi! Juhu!
I neee, ja betaaa nieee, coś czuję, że by to wyglądało, jak nauka parkowania z instruktorem:
- Parkuj tu.
- Nie.
- No parkuj!
- Nie! Nie będę parkować!
- To jak się nauczysz?
- Nie będę i już!
-...
- NIE!
- Jeszcze mi się tu porycz!
- A weź spieprzaj!
Jakże miło wspominam te czasy <3 br="br">Mniejsza z tym... Właściwie to jest 7 rano niemalże, więc chyba powinnam rozważyć pójście spać.
Ups, coś czuję, że błędów to tu będzie od groma xD
Dziękować za komentarze, zapraszam na... Zgoła coś innego :D
*** *** *** *** *** *** ***
Warzywa i owoce.
Sasuke z morderczym błyskiem w oku wpatrywał się w sklepową półkę. Warzywną, żeby nie było.
W końcu odżywiał się zdrowo. Nie to co pewne pochłaniające-wyłącznie-ramen osobniki.
Chociaż… Z tego co zauważył ostatnio, pochłaniające-wyłącznie-ramen osobniki sparowały się z wiecznie-spóźniającymi-się-niedospanymi osobnikami i próbują wprowadzić swoje jeszcze żyjące zwłoki w program „Zdrowa dieta”. Nie, żeby Sasuke wierzył w powodzenie ich akcji.
Nie, żeby Sasukowa żyła na skroni nie pulsowała intensywnie na wspomnienie o nowych konohańskich zakochanych skowroneczkach. Nie, żeby był zazdrosny o Naruto, czy, broń Boże, Kakashi’ego! Bo to właśnie oni wchodzi w skład zakochanych skowroneczków.
W każdym razie, nie o to chodziło.
Sprawa była nieco bardziej denerwująca i wbrew pozorom, delikatna. Otóż, Sasuke męczyło, że prawdopodobnie został jedynym kawalerem we wsi. I wcale nie chodziło o to, że cholerny młot dorwał już swoją pożal się boże połówkę, a on nie! Cóż z tego, że dopiero wtedy Uchiha zaczął się nad tą kwestią zastanawiać?
- Pomidor! – warknąl władczo na zieloną skrzyneczkę, która zawierała dorodne, czerwone… No właśnie? – Owocu ty! – rzucił Sasuke z niemałą satysfakcją. Bo Uchiha należał do grona osób święcie przekonanych, że czerwone produkty wijącego się pędu powinny być przez wszystkich nazywane owocami.
- Warzywo.
Do uszu Uchihy dobiegł cichy spokojny głos. Czarnowłosy zmrużył podejrzliwie oczy, wlepiając je w wyjątkowo dorodnego pomidora, który kusząco górował nad innymi w skrzynce. Chyba zaczynał wariować…
- Mówiłeś coś? – zapytał, ot dla pewności.
- Warzywo. Pomidor jest warzywem.
Sasuke stwierdził, że jednak wszystko z nim jest w porządku, bo spokojny, dziwnie przyjemny dla ucha głos rozlegał się gdzieś z boku, a nie, jak podejrzewał wcześniej, ze sklepowej półki. Łaskawie obrócił głowę nieco w lewo, aby obdarzyć natrętnego osobnika pogardliwym spojrzeniem. I schrzanił efekt, chwilowym rozdziawieniem ust.
Bo oto przemówił do niego osobnik, którego nie podejrzewałby o tak beztroskie próby nawiązania rozmowy. Tudzież próby sprawienia, że niedoszły rozmówca poczuje się po prostu jak kretyn.
Zerknął ponownie na pomidora, który wciąż usadawiał się na szczycie skrzynki. Ale jakoś nie wydawało się, aby roślinka miała coś do powiedzenia, więc z braku laku, ponownie powędrował wzrokiem ku, a tak…
- Hyuuga – wyrzucił z siebie posiadacz sharingana, z największą obojętnością, na jaką było go stać. – Słucham?
Sasuke dopracował swoją obojętność, nieco pogardliwym i zniecierpliwionym spojrzeniem.
- Warzywo – powtórzył ponownie Neji, zgrabnie wymijając czarnowłosego i chwytając w dłonie puszącego się na szczycie piramidki pomidora. – To. – Wyciągnął trzymaną rzecz tuż przed nos Uchihy. – Jest warzywo.
I wetknął je do sklepowego koszyka, aby następnie powędrować do kasy.
A Sasuke stał jak słup soli, wpatrując się w przestrzeń, którą jeszcze przed chwilą przesłaniała mu wszechobecna czerwień i właściwie to nie ogarniał.
- Hej! – wrzasnął po chwili, w której to Hyuuga zdołał już opuścić budynek. – To był mój… OWOC!
***
- Sasuke, no już, uśmiechnij się nieco i wcinaj.
Uchiha wbił mordercze spojrzenie w stojącą przed nim miskę. Miskę wypełnioną pomidorami. Fakt, pociachanymi, co nieco dawało upust jego wściekłości. Wynurzanymi w śmietanie. I doprawionych cholera wie jakimi dziwnymi eksperymentami.
Spojrzał nieufnie na Uzumakiego.
- Co to?
- Sałatka – powiedział, z wyraźnym politowaniem blondyn, siadając naprzeciw niego. – Z pomidorów.
Sasuke wydał z siebie dziwny dźwięk. Przypominający nieco szczeknięcie, warknięcie i prychnięcie w jednym
- Eee… - zaczął niepewnie Naruto. – Coś jest nie tak?
- Hyuuga – warknął czarnowłosy. – To złodziej.
- Co?
- No ukradł mi. Pomidora – dokończył, obnażając niebezpiecznie zęby.
- Okej?
Sasuke butnie odsunął od siebie talerz i spojrzał na przyjaciela poważnie.
- Ukradł mi pomidora – powiedział ponownie, w charakterystycznym geście splatając ręce pod brodą. – W sklepie, rozumiesz? Neji Hyuuga ukradł mojego pomidora. Prywatnego. Niedoszłokupnego, niech będzie. Ale był mój! Zaklepany!
- Yhm… Ale to… Że z półki? – zapytał, wedle Sasuke, nieco kretyńsko.
- No jasne, że z półki – rzucił czarnowłosy, posyłając Naruto wyraźnie wrogie spojrzenie. – Głupi jesteś, czy co?
- Sasuke? – zapytał blondyn kręcąc się niespokojnie na swoim miejscu. – Może spróbuj sałatki? Bo chciałbym ci zadać pytanie, a wcześniej muszę poznać twoją opinię na temat mojej pomidorowej sałatki. Wiesz, Kakashi i jego zdrowa dieta. Potrzebuje opinii postronnej, nie chcę go zatruć pierwszą potrawą jaką przygotowałem, więc możesz się poświęcić dla dobra mojego związku, nie?
Z westchnieniem irytacji czarnowłosy przyciągnął do siebie sałatkę i wepchnął jej większość do swoich ust. Ostentacyjnie przeżuł ją kilka razy, aby następnie głośno przełknąć podane danie. Mlasnął niepewnie.
- Żyjesz? – zapytał Naruto z pewną dozą fascynacji, która nie spodobała się Sasuke.
- Nie – palnął. Po chwili zastanowienia dodał. – Ale zjadliwa. Znaczy, dobra nawet. Bardzo.
Uzumaki wyszczerzył się radośnie.
- Ha! – zakrzyknął mężnie, pałaszując z talerza to, co zostawił Uchiha. – Widzisz? Jak człowiek chce to potrafi. A pomidory pomogą mi uratować sałatę!
- Sałatę?
Naruto wskazał niedbałym gestem parapet, na którym, o dziwo, faktycznie znajdowała się sałata. W glinianym naczynku, wyrastała dumnie, nie zawracając uwagi na toczącą się w kuchni dyskusję. I łypała przymilnie w stronę swojego właściciela.
- Kakashi chce ją na kanapki przerobić – parsknął blondyn, między kolejnymi plastrami pomidora. – Kretyństwo, nie?
Sasuke nie wypowiedział się w kwestii sałatowego szaleństwa. Nie miał pojęcia jaki bój toczą miedzy sobą Kakashi i Naruto, ani jaką rolę odgrywa w tym wszystkim zielenina, oraz do czego niby miała służyć pomidorowa sałatka, ale właściwie to nie chciał wiedzieć. I nie miał zamiaru się w to mieszać.
- Więc?
- Hm? – Blondyn z uwagą wyskrobywał resztki jedzenia z talerza.
- Miałeś jakieś pytanie.
- O! No! – Niebieskooki odłożył w końcu stołową zastawę i wbił w przyjaciela uważne spojrzenie. Za uważne, jak na swoje standardy. – Wiesz, bo coś dużo nawijasz dzisiaj, nie poznaje cię nieco. I nie jestem pewien, czy sobie uświadamiasz pewną rzecz.
- Wydaje ci się – mruknął Sasuke, ganiając się w myślach. Dla poprawienie wizerunku machnął grzywką. – Że nawijam – dodał, w razie gdyby ktoś miał wątpliwości.
- Może – Naruto wzruszył ramionami. – Bo wiesz, właściwie nie jestem chyba odpowiednią osobą, która powinna cię uświadamiać, ale jako, że nikt inny się na to nie odważy, to chyba będę musiał. Cóż, może jakbym namówił Kakashi’ego, to by ci dyskretniej przekazał nowo odkrytą wiadomość, ale jako, że Tsunade znowu go torturuje za kolejne spóźnienia, to chyba…
- Powiesz wreszcie, czy mogę sobie iść, nie usłyszawszy twoich wspaniałych informacji?
- Bo mi się wydaje, że ktoś ci się spodobał ostatnimi czasy…
***
Sasuke z donośnym trzaskiem opuścił mieszkanie Kakashi’ego. Pozostawiając w nim nieco poobijanego blondyna. I tak powinien się cieszyć, że skończyło się wyłącznie na rozkwaszonym nosie i podbitym oku!
Jak on mógł… Jak on ŚMIAŁ insynuować, że ktoś pokroju Hyuugi… Nie, to było niedorzeczne.
Zatrzymał się gwałtownie.
No tak. W końcu nie kupił tych cholernych pomidorów. Poczłapał się do sklepu, w przypływie optymizmu postanawiając w najbliższym czasie zabić Naruto. Przynajmniej będzie miał tą satysfakcję i sprawi, że Konoha otrzyma kolejnego kawalera na wydanie w postaci podstarzałego Jonina! A właśnie, z tego co wiedział to Neji również nie miał aktualnie nikogo…
- Kretyństwo! – wrzasnął do siebie samego, przy okazji strasząc grupkę dzieciaków, które kręciły się w pobliżu. Czym prędzej ruszył przed siebie.
Cholerny Naruto i jego cholerne pomysły! To przez niego ma takie dziwaczne myśli!
Wtargnął do sklepu, warknąwszy powitanie do ekspedientki, kultura przecież obowiązuje, ruszył wzdłuż półek. Chwycił słoik suszonych pomidorów. Przy następnej alejce wpakował sobie pod pachy karton soku pomidorowego. A kolejnym przystankiem była, a jakże, półka z warzywami. I owocami, do jasnej cholery!
- Owoce, kuźwa. To są cholerne owoce – sapnął do siebie, chwytając pierwszego lepszego pomidora z brzegu. Uniósł go na wysokość oczu i ze zmarszczonymi brwiami przyjrzał się czerwonej powierzchni.
- Warzywa.
- Co? – Sasuke z wrażenia o mało nie zgniótł pomidora.
- To. Są. Warzywa - powtórzył ktoś dobitnie, a Uchiha nawet nie musiał się obracać, żeby wiedzieć, któż ośmielił się przerwać jego wewnętrzną walkę z samym sobą.
- Chyba sobie kpisz – stwierdził posiadacz sharingana, rzucając Hyuudze wyzywające spojrzenie.
- Nie. – Aczkolwiek Neji wyzwania nie odwzajemnił. Wpatrywał się w młodszego mężczyznę ze spokojem i chyba nawet pewną dozą zainteresowania. – To fakt.
- Nie masz na to żadnych dowodów! – burknął Sasuke, zamieniając wyzywające spojrzenie na bardziej pochmurne i mroczne.
- A ty masz?
- Oczywiście – rzekł poirytowany, wyciągając przed siebie słoik. – Patrz. Suszone. Każdy wie, że suszy się owoce.
- Też.
- Co?
- Suszy się też warzywa– zapewnił Hyuuga, ani o jotę nie zmieniając tonu. – Do zupy można.
- Soki! – jęknął Sasukę. I jęk nie miał nic wspólnego z tym, że rozmyślał o barwie głosu Neji’ego. Cholerny, za dużo gadający Naruto…
- Co?
- No – odpyszczył średnio inteligentnie. – Soki. No wiesz, takie do picia. Z pomarańczy, jabłek. No i są pomidorowe. Czyli O.W.O.C.O.W.E. – Przeliterował dosadnie.
- Marchwiowy. Wielowarzywny.
W Sasuke aż coś się zagotowało.
- TY! – warknął, bojowo odkładając pomidora do skrzynki. – Jesteś! Jesteś… Hm… Jesteś…
Po prostu zabrakło mu słów. Wrzasnął wewnętrznie i ruszył do kasy.
- Jestem – przyznał Hyuuga, który najwyraźniej stwierdził, że pójście za Uchihą będzie dobrym pomysłem. – I chyba możemy sprawdzić, kto ma rację.
- Jakby mi zależało – zaczął buntowniczym tonem, chwytając siatkę z zakupami i obracając się ku starszemu chłopakowi. I zamarł.
Neji był stanowczo za blisko. Sasuke z łatwością mógł dostrzec ciemniejszą obwódkę wokół białych tęczówek. I to, że usta Hyuugi rozciągnęły się w delikatnym, aczkolwiek wyzywającym uśmiechu.
- A nie?
***
Sasuke siedział sztywno na kuchennym krześle. I wszystko byłoby dobrze, gdyby krzesło należało do Naruto, Sakury, czy też Kakashi’ego. Ale nie. Nie wiedzieć czemu, wylądował na krześle, którego dumnym właścicielem był Neji Hyuuga.
- Owoc – stwierdził na pocieszenie, próbując nie wyrżnąć głową w blat stołu. To nie wyglądałoby dobrze.
Zerwał się gwałtownie z krzesła, okrążając stół, aby zerknąć do salonu.
On wcale nie miał żadnych ukrytych celów w wizycie w domu Hyuugi. Naprawdę. A na pewno już jego cele nie, o ile by istniały, nie miałyby nic wspólnego z wcześniejszą rozmową z Naruto! Wrócił na swoje miejsce, oparł łokcie na blacie i schował twarz w dłoniach.
Miał dziwne wrażenie, że coś mu się walił jego spokojny żywot.
- Ym – usłyszał, zanim ktoś położył mu dłoń na ramieniu. I potrząsnął nim delikatnie. – Wszystko gra?
Pokręcił głową, nie podnosząc jej ani o milimetr.
- Mam… Książkę – kontynuował Hyuuga.
- A przestań pieprzyć – warknął Sasuke, ukazując światu jedno oko. – Po co żeś mnie tu ściągnął? Bo chyba nie po to, by faktycznie sprawdzać czym są pomidory? To trochę niedorzeczne.
- Właściwie – Neji usiadł po drugiej stronie stołu. Odłożył książkę na brzeg blatu, wpatrując się uważnie w okładkę. – To encyklopedia.
- Hyuuga! – Uchiha odsłonił drugie oko, które niebezpiecznie zalśniło czerwienią. Nie miał zamiaru bawić się w żadne cholerne gierki. – Gadajże!
- Chciałem coś sprawdzić.
- Co?
- Teorię. Ciekawą. Ostatnio przedstawił mi ją…
Sasuke odchylił się w krześle wyraźnie zirytowany, odgarniając włosy z twarzy. To chyba nie będzie łatwa rozmowa. Chyba, że… Właściwie on też znalazłby jedną, czy też dwie rzeczy do sprawdzenia.
I właśnie przyszedł czas, w którym Sasuke postanowił zabrać się za sprawdzanie w praktyce. W końcu musiał coś sobie udowodnić. Sobie i temu cholernemu blondynowi, któremu do łba wpadają niedorzeczne pomysły!
Wychylił się błyskawicznie przed siebie, niemalże kładąc się na kuchennym stole. Pociągnął starszego chłopaka za długie, gęste włosy i przyciągnął jego twarz do swojej. Jego policzek owiał ciepły oddech Hyuugi, gdy ten, zaskoczony wypuścił powietrze z płuc.
Sasuke widział srebrne plamki, błyszczące w białych oczach. Pod palcami czuł miękkie włosy, które zatańczyły wesoło ponad powierzchnią blatu. W opasce ze znakiem liścia zobaczył swoje odbicie.
Zmarszczył brwi i wbijając stanowcze spojrzenie w tęczówki chłopaka i jakimś dziwnym sposobem podciągnął się tak, że siedział okrakiem na końcu blatu, ze swobodnie zwieszonymi nogami, w dalszym ciągu wplątując palce we włosy Neji’ego.
- Co robisz? – zapytał w końcu Hyuuga.
- Nie wiem – powiedział szczerze, nie zmieniając swojej pozycji.
- A masz zamiar kontynuować?
- A zasłużyłeś? - odpowiedział pytaniem. Miło było trzymać w dłoniach Twarz Neji’ego. Tak… Swobodnie i naturalnie się z tym czuł, że zaskoczyło to nawet jego samego.
- Mogę opowiedzieć ci o pomidorach.
- Wiem sporo o pomidorach – przyznał, pochylając się nad nim, tak, że stykali się czołami. - Nie wiem, czy uda ci się mnie czymś zaskoczyć.
- A wiesz… - zaczął Hyuuga, wstając powoli, równocześnie starając się nie przerywać kontaktu z Sasuke. W końcu wyszło tak, że stał nad wciąż siedzącym na blacie chłopakiem, swobodnie opierając dłonie obok kolan Uchihy. – Że pochodzą z rodziny roślin psiankowatych?
- Obiło mi się o uszy.
- I były kiedyś wyłącznie roślinami ozdobnymi?
- O? Naprawdę? – Sasuke zamrugał zdziwiony, gdy na jego nosie wylądował krótki całus. – Hej, nie zasłu…
- A to, że szkodzi im temperatura poniżej siedmiu stopni…
- A bądź już ty cicho.
- A mógłbyś…
Sasuke uniósł się nieco, dzięki czemu ich usta się w końcu spotkały.
Jakiś czas później stwierdził, że nawet młotki mają od czasu do czasu rację i można ich ewentualnie posłuchać…
***
- Nie sądzisz, że to nieco okrutne?
- Hm? – Kakashi bez zrozumienia spojrzał na swojego… Naruto. Tak, to dobre określenie. Jego Naruto właśnie rozpłaszczał się na dachu, z którego miał doskonały widok na pewną kuchnię. A on mu towarzyszył. Ba! On mu pokazał to miejsce.
- No… Żeśmy wyswatali dwóch największych neurotyków w wiosce. Nie wiem, czy to się dobrze dla nas skończy.
- To były – zaczął z wahaniem. – Delikatne sugestie – dokończył z satysfakcją. – Nie mają jak nam czegokolwiek udowodnić.
- Myślisz, że nie wiedzą? – zapytał blondyn przysuwając się do Kakashi’ego.
Z odpowiedzą przyszedł mu dźwięk zasuwanych rolet.
- Wiedzą – parsknęli równocześnie.
- I pewnie niedługo nam się za to oberwie – stwierdził po chwili Naruto.
- No nie wiem, nie wyglądali przed chwilą na niezadowolonych, nie? Zresztą, ci już się nieźle oberwało. Sasuke zasługuje na wszystko, co Neji mu zaserwuje.
***
- Cholera - mlasnął Sasuke, odrywając się od chłopaka. Złapał oddech.
- Hm?
- Wciąż nie kupiłem tych cholernych pomidorów.
- Wiesz... U mnie znajdziesz ich dość - powiedział Neji, przyciągając go ponownie do siebie. - Nawet, mogę stwierdzić, że całkiem sporą kolekcję.
Dwie postacie były zbyt zajęte sobą, aby zauważyć, że z blatu sunęła się książka. Nie zwróciły na to uwagi. Ciężki tom otworzył się na zaznaczonej stronie.
Pomidor - gatunek rośliny z rodziny psiankowatych. Ma wiele synonimów: pomidor uprawny, pomidor jadalny, psianka pomidor i po prostu pomidor. Pochodzi z Ameryki Południowej lub Środkowej. Do Europy dotarł po 1492. Przechowywanie pomidorów w lodówce może spowodować ich przemrożenie, bowiem temperatury poniżej 7 °C im nie sprzyjają. Takie przemrożenie prowadzi do wielu negatywnych skutków, m.in. utraty smaku, koloru i konsystencji oraz zwiększa prawdopodobieństwo gnicia i występowania drobnoustrojów, które je powodują. Owoce (w znaczeniu botanicznym) są warzywami wg klasyfikacji towarów spożywczych…3>
czwartek, 15 grudnia 2011
Rozdział II.X
Omniomniom...
Irduś się sprężyła, albo też po prostu skrajne deprechy powodują, że kiszę nadmiernie przy kompie i piszę z braku laku, a żeby nie myśleć o dziwnych rzeczach jak niefajne oskarżenia/nieudane projekty/nie za mili ludzie (chociaż to może tylko moja interpretacja)/rzucenie w końcu tych cholernych studiów/niedobór alkoholu we krwi/pusty portfel pomimo zacnego stypendium, albo może to też wszystko przez to, że w ciągu dwóch dni rozwaliłam sobie dwie pary butów... W tym jedne dopiero co kupione. Albo to też dziwny pan, usiłujący odkupić biedronkowy substytut kawy. Nie wiem, w każdym razie jest mi smutno i źle i w ogóle do dupy, a jakoś świąteczna przerwa nie napawa mnie optymizmem. Może dlatego, że od dłuższego czasu nęka mnie jakiś śmieszny pech. Dobra, bez większej ilości marudzenia (a mogłoby to jeszcze trochę potrwać), dziękować za komentarze :) Cieszę się, że co niektórym nie znudziło się czytanie moich wypocin. Zapraszam na kolejną część.
Mechalice: Już się nie tłumacz, wiem, że jestem stara i już zaczyna nawalać mi kręgosłup od tachania kompa na uczelnie (dobra rada na studia nr1: Kupujesz laptopa- kupuj lekkiego)
O z tym się zgodzę, dzieci są złe i mroczne xD Kiedyś zaatakowało mnie stadko w przedszkolu, siłą ułożyło na leżaczku i zaczęło leczyć plastikowymi maseczkami tlenowymi. Nie powiem, ciekawe doświadczenie. Chociaż z drugiej strony, kiedyś jeden, całkowicie obcy chłopaczek, na oko 4-5 letni słodko powiedział, że mam łady uśmiech. To było urocze, ale chyba wyglądałam nieco kretyńsko biegając po mieście z dziwny radosnym grymasem na facjacie.
Jaki krótki Ty marudna marudo! Napisz dłuższy cffaniaku! (Wcale nie podpuszczam, nie podpuszczam, nie nie, nie podpuszczam :D)
I mianuje Cię moją honorową betą xD Właściwie to kiedyś mogłabym się rozejrzeć w końcu za kimś, kto będzie przed publikacją wyłapywał moje żałosne błędy xD. Albo też mogłaby chociaż przeczytać z dwa razy to, co napisałam, a nie w euforii rzucać na szybciura...
Sachiko: Nowy rozdział podziałał jak defibrylator? :D
*** *** *** *** *** *** ***
Czerwona mgła przesłania wszystko. Nie da się po za nią nic zobaczyć.
Ale to dobrze. Bardzo dobrze.
„Zabić, zabić, zabić…”
Złowieszczy szept rozlega się gdzieś z tyłu głowy.
Należy go posłuchać.
Przecież chce.
Zabijać.
Czerwona mgła prowadzi go. Podpowiada, nakazuje. A on słucha.
„Zabić… Zabijać…”
Piekąca wściekłość w końcu znajduje swoje ujście.
Zero strachu, zero wyrzutów, zero jakichkolwiek uczuć. Tylko ta czerwona mgła, w której można się wręcz zanurzyć. Która utula, uspokaja, daje poczucie bezpieczeństwa.
„…ruto!”
Odejdź.
Daj mi zostać w tej idylli. Spokojnie, bezpiecznie. Wystarczy przecież tylko słuchać.
„Niech zginą. Zginą, zginą, zginą…”
„Naruto! Naru… Ocknij się!”
Zostaw mnie, nie potrzebuję…
„Wszyscy niech…”
„Zabijesz go!”
Co?
Naruto mrugnął zaskoczony. Nie za bardzo był w stanie sobie przypomnieć, co się właściwie stało. Bezwiednie rozluźnił uścisk, opuścił ręce i cofnął się dwa kroki, zawzięcie potrząsając głową. Co okazało się być nienajlepszym pomysłem. Jego skroń zostaje przeszyta ostrym bólem. Przymknął oczy, przykładając równocześnie chłodną dłoń do bolącego miejsca.
Wolno wypuścił powietrze i dopiero wtedy sobie uświadomił, że od dłuższego czasu wstrzymywał oddech.
„Co się… Stało?” Zapytał samego siebie, uchylając powieki.
Przed nim stał Sasuke. Opanowany. W spokoju wpatrujący się w poczynania blondyna. Uzumaki wbił wzrok w posadzkę.
Niejasno zdawał sobie sprawę z tego, że zaczyna go boleć niemalże każda cząsteczka ciała. Czuł się co najmniej dziwnie. I chyba kręciło mu się w głowie. Właściwie to miał wrażenie, że nie tyle co kręci mu się w głowie, co świat po prostu postanowił wywinąć kilka piruetów.
„No, no, żeś dał popis.”
„Co? Kyu!” Pewna część niebieskookiego nie posiadała się ze szczęścia, gdy doszło do niego co się wydarzyło. „Wróciłeś…”
Jednak inna, ta która wiedziała znacznie więcej o ostatnich momentach jego życia, sprawiała, że Naruto bał się rozejrzeć wokół siebie.
„W odpowiednią porę, jak to się mówi.”
„Co się…”
Uniósł głowę i wbrew przeczuciom rzucił szybkie spojrzenie na otoczenie.
Zacisnął wargi.
Pomieszczenie… Nie, już nawet nie można było mówić o jakimkolwiek pomieszczeniu. Otaczała ich kupa gruzu. Tu o ówdzie płynęły wąskie strumyki, najwyraźniej pozostałość po wspaniałych korytarzach. Niemalże cały teren wyglądał, jakby miał bliskie spotkanie z jakąś wyjątkowo paskudną techniką wykorzystującą ogień.
- Gdzie… Madara? – zapytał głucho, ponownie wbijając wzrok w ziemię.
Najgorsze w tym wszystkim było to, że naprawdę nic nie pamiętał, od momentu, gdy lider Akatsuki przyłożył sztylet do szyi Sasuke. A kiedy ostatni raz, aż tak urwał mu się film, to okazało się, że zrównał z ziemią całą kryjówkę Orochimaru. Co, jak nie patrzeć, było jakimś plusem.
Ale coś… Coś było nie tak.
I to sprawiało, że nie był w stanie spojrzeć czarnowłosemu w oczy.
Zanim doczekał się odpowiedzi, Sasuke przyciągnął go do siebie i zamknął w uścisku.
- Uciekł - zaczął cichym głosem. - Nie docenił twojej mocy i był zmuszony zdezerterować. Zaraz po tym jak, jakby to określić, wydrapałeś mu drugie oko.
Czarnowłosy mówił dalej, jednak Naruto nie słuchał. Cichy głos Uchihy uspokajał go, w pewnym stopniu dawał ukojenie, pomimo tego, że blondyn nie wsłuchiwał się w przekazywane mu informacje. Wystarczył mu wyłącznie dźwięk, żeby nie zacząć panikować. Jednak wciąż coś było nie tak, a Uzumaki nie miał pojęcia co i dlaczego. I wcale nie był pewien, czy chciał to pojęcie mieć.
- Uciekł – powtórzył po nim Naruto.
Chciał odwzajemnić gest. Ale z jakiegoś powodu nie potrafi. Chciał wtulić się w te kochane ramiona i nie myśleć o niczym, rozryczeć się jak małe dziecko, nie przejmując się tym, że ktokolwiek mógłby to zobaczyć. Chciał po prostu, żeby głos Uchihy nigdy nie ucichł, jego ręka wciąż delikatnie gładziła go po plecach, a ciepły oddech muskał jego policzek. Chciał, ale coś…
„Kyu?”
„Cóż, z tego co się orientuję, udało ci się rozwalić pieczęć ochronną. Wiesz, tą, która miała nie dopuścić do takich miłych akcji, w których właściwie nad sobą nie panujesz, czy też, nie panujesz nad moją chakrą. Właściwie to nawet się na coś przydała taka rozwałka. Odzyskałeś swoją chakre…”
To brzmiało dobrze. I potwierdzało teorię Tsunade, na temat porządnego kopa na rozpęd, aby w pełni odzyskać siły.
Cieszył się, gdzieś w głębi siebie, naprawdę się cieszył.
Jednak bardziej przeważało uczucie, że zrobił coś, czego będzie żałował. Bardzo, bardzo długo żałował.
„Kyu…”
„To nie twoja wina.”
Naruto ponownie przymknął oczy.
Nie zabrzmiało to pocieszająco.
Zdecydowanie odsunął się od Sasuke i dopiero po kilku głębszych wdechach na niego spojrzał.
Na pierwszy rzut oka... Wszystko było w porządku.
Dopiero po chwili dało się dostrzec płytkie rozcięcia na twarzy, które ledwo co mijały lewe oko. Podobne zadrapanie przebijało się, przez przedziurawiony uniform. Jakby ktoś pazurami…
Blond postać uśmiechnęła się. Jednak nie był to jej normalny uśmiech. Ten… Był złośliwy, okrutny, nie wyrażający ani krzty ciepła. Czerwone ślepia błysnęły w półmroku.
W następnej chwili postać spowita pomarańczową chakrą rzuciła się na stojącą naprzeciw niej osobę.
Naruto przełknął ciężko ślinę.
„Zaatakowałem go.”
Miał wrażenie, że w jego gardle urosła nagle wielka gruda, która nie pozwala mu normalnie oddychać.
„Ja… Ja…”
„Uspokój się. To nie twoja wina. To nie ty. Wiesz, że pomarańczowa chakra instynktownie każe ci atakować wszystkich…”
„Zaatakowałem Sasuke.”
Naruto nie słuchał lisa. Z zaciśniętymi wargami szukał kolejnych widocznych śladów obrażeń na ciele czarnowłosego. I znalazł.
- Na… Naru… To?
Blond postać uśmiecha się słysząc przerażony głos i wzmacnia uścisk na szyi swojej ofiary. Czerwone oczy błyszczą intensywnie
Dusić, zmiażdżyć.
Na ciele jego zabawki pojawiają się ślady poparzeń.
Uzumaki z przerażeniem obserwuje czerwone smugi na szyi Sasuke.
Nie chce mu się wierzyć.
Nie potrafi sobie wyobrazić, jak mógł do tego dopuścić.
„To nie TY, idioto! Mówiłem… Ej, nie rób nic głupiego.”
Naruto podjął błyskawicznie decyzję, a jego twarz stężała w wyrazie obojętności. Zacisnął dłonie w pięści i obrócił się gwałtownie.
„Dzieciaku…”
„Zamknij się. Po prostu się zamknij.”
„Będziesz żałował.”
Może i tak, ale nie za wiele go to teraz obchodziło. Według swojej opinii czynił najlepszą rzecz, jaką mógł zrobić dla Sasuke.
- Misja wykonana – oznajmił szorstkim głosem, starannie ignorując słowa Kyuubi’ego. – Możesz wracać do… Gdziekolwiek chcesz. Wybacz, że naraziłem twoje poczucie estetyki na mój widok.
- O co ci cho…
- O co mi chodzi? – przerwał czarnowłosemu, starając się brzmieć sarkastycznie. – Z tego co pamiętam, to jakże uroczo, żeś mnie rzucił, przed swoją małą wycieką do Madary. I jakoś nie wydaje mi się, aby od tamtej pory mój status singla uległ zmianie. Skoro już zaspokoiłem twoją ciekawość, to muszę cię przeprosić, mam coś do załatwienia.
Wyciągnął z kabury specyficznie zakończonego kunaia i przyjrzał im się badawczo. Cóż… Może się w końcu na coś przyda, skoro już odzyskał chakre. Przynajmniej nie na darmo taszczył całe to żelastwo ze sobą.
- To nie tak, ja…
- Nie obchodzi mnie to. Nie obchodzi mnie nic, co masz do powiedzenia – warknął i nie oglądając się za siebie, rzucił trzymaną broń przed siebie. Z lekką pomocą chakry ostrza poszybowały na odległość setek metrów. - Najlepiej będzie, jeżeli postarasz się nie rzucać mi się w oczy. Ja dla ciebie zrobię to samo.
- Posłuchaj mnie bałwanie! Ja…
- Nie – powiedział stanowczo, przymykając oczy. – Nie mam zamiaru cię słuchać. Już nigdy więcej. Hiraishin no Jutsu!
Ostatnie słowa wykrzyczał.
Nie wiedział, czy technika podziałała. Z całych sił zaciskał powieki, czekając na… Cokolwiek. Jednak nic się nie zdarzyło. Gdy głucha cisza przedłużała się, niepewnie uchylił powieki.
Czas zwolnił. Zamarł niemalże.
- Udało się – mruknął, a na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech.
Skopiował technikę Czwartego. W pełni poprawnie. Wszystko wyglądało jak w opisie zwoju. I właśnie to był ten haczyk, że to nie użytkownik przyśpieszał do nieograniczonych prędkości. To świat zwalniał, albo też tak tylko wydawało się użytkownikowi. Wraz ze światem zwalniał też upływ chakry, którą źle wykonana technika wysysała do cna. A o ile się nie mylił, to na wyższym etapie opanowania techniki, nie będzie nawet musiał wymawiać formułki.
„Możesz mi wytłumaczyć, co właściwie odwalasz?”
Tylko dlaczego technika nie podziałała również na Kyu… Ruda złośliwa bestia teraz będzie mu marudzić.
„A co? Sam nie potrafisz odgadnąć?”
„Wyobraź sobie, że masz tak namieszane w emocjach, że nie.”
„To się nie dowiesz.”
Naruto rozejrzał się wokół siebie.
Jego wzrok trafił na Sasuke. Czarnowłosy wyglądał niemalże jak posąg. Widać było, że jest wściekły, że szykował się do awantury. Na swoje szczęście, Uzumaki zdezerteruje już bardzo daleko i nie będzie musiał wysłuchiwać jego wrzasków.
Obrócił się błyskawicznie i pobiegł przed siebie. Nie był pewien, czy sharingan zdołałby odtworzyć jego ruchy. Ale nawet jeśli, w zwolnionym tempie, czy też nie, nie byłoby mu to na rękę.
Dlatego musiał się pośpieszyć.
Musiał jak najszybciej oddalić się od swojego dawnego kochanka. Musiał… Bo inaczej, pewnie nie dałby rady.
Kilkaset metrów dalej przystanął.
Od dłuższego czasu starał się nie myśleć o niczym. A zwłaszcza o Sasuke.
Przygryzł wargi.
Wiedział, że zrobił dobrze. Nie mógł inaczej postąpić. Nie miał zamiaru pozwolić, aby znowu doszło do podobnej sytuacji. O nie. Nigdy więcej nie narazi Sasuke na takie niebezpieczeństwo. A najlepszą do tego metodą będzie trzymanie się od Uchihy jak najdalej.
„Tatuś byłby zadowolony, że jego technika służy ci do ucieczek.”
„Zamknij się.”
O dziwo Kyu posłusznie umilkł, a Naruto podejrzewał, że lis nie odezwie się teraz do niego przez dłuższy czas. Nie, żeby go to obchodziło w tym momencie. Jak na razie pragnął jak najszybciej dostać się do Konohy, wysłuchać ochrzanu od Tsunade i Sakury, no i może Kakashiego. Albo Iruki, czy też Nary…
Powoli zaczynał podejrzewać, że może lepiej by było nie wracać do wioski przez jakiś czas, ot, aż się wszystko nie uspokoi. Jednak istniała też opcja, że uzyska całkiem odwroty efekt i dopiero wtedy gorzko pożałuje swoich wybryków.
Z westchnieniem irytacji wyszarpał wbity w drzewo kunai. Czas wrócił na swoje miejsce.
W zamyśleniu przyjrzał się potrójnemu ostrzu.
Faktycznie, tatuś nie byłby dumny. Jak uroczo, że syn Hokage po raz kolejny posiłkuje się ucieczką. Zacisnął zęby, powstrzymując się od warknięcia. Nie miał najmniejszej ochoty teraz o tym myśleć. Właściwie, to nie miał ochoty myśleć o czymkolwiek.
Coś szarpnęło go za rękaw uniformu.
Posłał ów czemuś beznamiętne spojrzenie.
I odskoczył z wrzaskiem upuszczając broń.
Białe ślepia wlepiała w niego dziewczynka, która to wcześniej przeprowadziła go do kryjówki Akatsuki. Blondyn ogarnął się błyskawicznie.
- Tu jesteś cholero! – krzyknął, niemalże radośnie. Po prawdzie przez ostatnie kilkadziesiąt minut w ogóle nie miał czasu o niej pomyśleć, ale gdy już ją ujrzał, odczuł pewnego rodzaju ulgę. – I czego uciekasz i zostawiasz wujka bez wyjaśnień. Będzie trzeba pogadać z twoją mamusią i…
- Mamusia? – zapytało dziecko, a jego oczy niemalże natychmiast wypełniły się łzami.
Naruto przeklął w duchu swoją głupotę. Natychmiastowo podniósł dziewczynkę i wygodnie ulokował w swoich ramionach.
„Em… Naruto?”
- Zaraz znajdziemy twoją mamusię, nie bój nic – powiedział uspokajająco, celowo unikając rozmowy z lisem. – Zaprowadzimy cię do babci Tsunade i ona już coś zaradzi, nie masz czym się martwić.
- Risu– wyszeptała czarnowłosa, wiercąc się niespokojnie i uczepiając drobnymi rękoma na szyi Uzumakiego.
- Hm?
„Znasz tego dzieciaka?”
- Mam na imię Risu.
Blondyn uśmiechnął się kącikami ust.
- A ja jestem Naruto – przedstawił się również.
- Wiem – wyszeptał dzieciak sennym głosem i po chwili wahania dokończył. – Wujku.
„Skąd?” Niebieskooki zdziwił się nieco.
„Ja chyba wiem, czyje to to jest.”
Wbrew wcześniejszym postanowieniom Naruto jednak nie śpieszył się z powrotem do Konohy.
Posiadał drobne podejrzenia, że Sasuke za to już dawno go wyprzedził i zawitał w progi wioski.
W każdym razie, urządzając sobie dziesiątki niezmiernie ważnych przystanków, w końcu jakoś dotarł. Ze śpiącym dzieckiem uczepionym jego szyi.
W sumie Risu okazała się nawet przydatna…
- NARUTO! Ty…
- Cicho – sapnął w stronę rozwścieczonej Tsunade. Właśnie znajdował się w gabinecie Piątej. – Bo obudzisz smarkatą.
- Nieodpowiedzialny patałachu – dokończyła szeptem blondynka posyłając mu karcące spojrzenie. – Coś ty sobie myślał? I co to za bachor?
- Nie myślałem – odparł bez wahania. – A to Risu.
- Risu?
- Yhm, moja mała podopieczna, która za pomocą kilku innych osób wpakowała mnie w niezły bajzel. A właśnie, gdzie Gobi? Muszę jej przestawić kilka kości.
- W szpitalu.
- Och, ktoś mnie wyprzedził?
- Nie żartuj sobie, idioto – fuknęła na niego i usiadła za biurkiem. – Czyli wiesz, że to celowo posłała cię w łapy Madary? Raport. Już.
- Zaraz, muszę… - przerwał, gdy poczuł na sobie przeszywający wzrok osoby trzeciej. Spojrzał w bok, wprost w oczy czarnowłosej dziewczynki. – O, obudziłaś się?
- To babcia Tsunade? – wyszeptała teatralnie z wielkim przejęciem.
- BABCIA?!
Naruto posłał Hokage uradowane spojrzenie.
- Widzisz starucho? Dorobiłaś się kolejnego wnuka!
- Ty mały…
- A mamusia?
- Naruto, kto jest… - Tsunade przerwała gwałtownie, gdy dziecko spojrzało wprost na nią. Rozdziawiła śmiesznie usta. – Te oczy, to jest…
- Yhm – Uzumaki niedbale przytaknął. – To dziecko Gobi.
- Mamusia musi się tylko wyspać. Nieźle się wymęczyła to teraz musi odpocząć – powiedziała Sakura, sadzając dziewczynkę na taborecie przy szpitalnym łóżku. – Nie musisz się o nic martwić.
- Wymęczyła? – Naruto spojrzał na nią sceptycznie. Dobrze wiedział, że za pomocą jakiś dziwacznych substancji, czy cholera wie czego, Gobi została unieszkodliwiona przez Hokage. I najwyraźniej blondynka nieco przeholowała ze swoimi specyfikami.
- Ty mi lepiej powiedź, co z Sasuke.
- Cicho, nie teraz.
- Dlaczego nie wróciłeś razem z nim? Wiesz, że nam nic nie powie. Polazł do siebie, zamknął się na cztery spusty i udaje, że go nie ma. Wszystko…
- Sakura…
- No gadajże, bo za siebie nie ręczę. I tak powinnam cię sprać na kwaśne jabłko, bo żeś poleciał jak ostatni idiota na pewną śmierć!
- Jak widać, nie taką pewną…
-GADAJ!
- Cicho, to szpital a nie bazar. Zresztą wiesz, że już z nim nie jestem – warknął Uzumaki, nie patrząc przyjaciółce w oczy. – Nie miałem ochoty przebywać z nim dłużej niż to konieczne.
- Co ty w ogóle pie…
Drzwi trzasnęły i do pomieszczenia wpakowała się Tsunade.
- No dobra, młodzieży – zaczęła nieco złowieszczym tonem. – Dosyć tych pogaduszek, musimy ustalić pewną sprawę, zanim Naruto łaskawie w końcu zda mi raport.
Blondyn wzniósł oczy ku niebu.
- Czego znowu? – sapną, w duchu będąc jednak wdzięcznym, że Hokage przerwała tyradę różowowłosej.
Blondynka uśmiechnęła się słodko.
- Właśnie zostałeś mianowany na tymczasowego tatusia – zaświergoliła, nad wyraz z siebie zadowolona.
- Och, okej – przytaknął niebieskooki. A dopiero po chwili się ogarnął. – ŻE CO?!
Irduś się sprężyła, albo też po prostu skrajne deprechy powodują, że kiszę nadmiernie przy kompie i piszę z braku laku, a żeby nie myśleć o dziwnych rzeczach jak niefajne oskarżenia/nieudane projekty/nie za mili ludzie (chociaż to może tylko moja interpretacja)/rzucenie w końcu tych cholernych studiów/niedobór alkoholu we krwi/pusty portfel pomimo zacnego stypendium, albo może to też wszystko przez to, że w ciągu dwóch dni rozwaliłam sobie dwie pary butów... W tym jedne dopiero co kupione. Albo to też dziwny pan, usiłujący odkupić biedronkowy substytut kawy. Nie wiem, w każdym razie jest mi smutno i źle i w ogóle do dupy, a jakoś świąteczna przerwa nie napawa mnie optymizmem. Może dlatego, że od dłuższego czasu nęka mnie jakiś śmieszny pech. Dobra, bez większej ilości marudzenia (a mogłoby to jeszcze trochę potrwać), dziękować za komentarze :) Cieszę się, że co niektórym nie znudziło się czytanie moich wypocin. Zapraszam na kolejną część.
Mechalice: Już się nie tłumacz, wiem, że jestem stara i już zaczyna nawalać mi kręgosłup od tachania kompa na uczelnie (dobra rada na studia nr1: Kupujesz laptopa- kupuj lekkiego)
O z tym się zgodzę, dzieci są złe i mroczne xD Kiedyś zaatakowało mnie stadko w przedszkolu, siłą ułożyło na leżaczku i zaczęło leczyć plastikowymi maseczkami tlenowymi. Nie powiem, ciekawe doświadczenie. Chociaż z drugiej strony, kiedyś jeden, całkowicie obcy chłopaczek, na oko 4-5 letni słodko powiedział, że mam łady uśmiech. To było urocze, ale chyba wyglądałam nieco kretyńsko biegając po mieście z dziwny radosnym grymasem na facjacie.
Jaki krótki Ty marudna marudo! Napisz dłuższy cffaniaku! (Wcale nie podpuszczam, nie podpuszczam, nie nie, nie podpuszczam :D)
I mianuje Cię moją honorową betą xD Właściwie to kiedyś mogłabym się rozejrzeć w końcu za kimś, kto będzie przed publikacją wyłapywał moje żałosne błędy xD. Albo też mogłaby chociaż przeczytać z dwa razy to, co napisałam, a nie w euforii rzucać na szybciura...
Sachiko: Nowy rozdział podziałał jak defibrylator? :D
*** *** *** *** *** *** ***
Czerwona mgła przesłania wszystko. Nie da się po za nią nic zobaczyć.
Ale to dobrze. Bardzo dobrze.
„Zabić, zabić, zabić…”
Złowieszczy szept rozlega się gdzieś z tyłu głowy.
Należy go posłuchać.
Przecież chce.
Zabijać.
Czerwona mgła prowadzi go. Podpowiada, nakazuje. A on słucha.
„Zabić… Zabijać…”
Piekąca wściekłość w końcu znajduje swoje ujście.
Zero strachu, zero wyrzutów, zero jakichkolwiek uczuć. Tylko ta czerwona mgła, w której można się wręcz zanurzyć. Która utula, uspokaja, daje poczucie bezpieczeństwa.
„…ruto!”
Odejdź.
Daj mi zostać w tej idylli. Spokojnie, bezpiecznie. Wystarczy przecież tylko słuchać.
„Niech zginą. Zginą, zginą, zginą…”
„Naruto! Naru… Ocknij się!”
Zostaw mnie, nie potrzebuję…
„Wszyscy niech…”
„Zabijesz go!”
Co?
Naruto mrugnął zaskoczony. Nie za bardzo był w stanie sobie przypomnieć, co się właściwie stało. Bezwiednie rozluźnił uścisk, opuścił ręce i cofnął się dwa kroki, zawzięcie potrząsając głową. Co okazało się być nienajlepszym pomysłem. Jego skroń zostaje przeszyta ostrym bólem. Przymknął oczy, przykładając równocześnie chłodną dłoń do bolącego miejsca.
Wolno wypuścił powietrze i dopiero wtedy sobie uświadomił, że od dłuższego czasu wstrzymywał oddech.
„Co się… Stało?” Zapytał samego siebie, uchylając powieki.
Przed nim stał Sasuke. Opanowany. W spokoju wpatrujący się w poczynania blondyna. Uzumaki wbił wzrok w posadzkę.
Niejasno zdawał sobie sprawę z tego, że zaczyna go boleć niemalże każda cząsteczka ciała. Czuł się co najmniej dziwnie. I chyba kręciło mu się w głowie. Właściwie to miał wrażenie, że nie tyle co kręci mu się w głowie, co świat po prostu postanowił wywinąć kilka piruetów.
„No, no, żeś dał popis.”
„Co? Kyu!” Pewna część niebieskookiego nie posiadała się ze szczęścia, gdy doszło do niego co się wydarzyło. „Wróciłeś…”
Jednak inna, ta która wiedziała znacznie więcej o ostatnich momentach jego życia, sprawiała, że Naruto bał się rozejrzeć wokół siebie.
„W odpowiednią porę, jak to się mówi.”
„Co się…”
Uniósł głowę i wbrew przeczuciom rzucił szybkie spojrzenie na otoczenie.
Zacisnął wargi.
Pomieszczenie… Nie, już nawet nie można było mówić o jakimkolwiek pomieszczeniu. Otaczała ich kupa gruzu. Tu o ówdzie płynęły wąskie strumyki, najwyraźniej pozostałość po wspaniałych korytarzach. Niemalże cały teren wyglądał, jakby miał bliskie spotkanie z jakąś wyjątkowo paskudną techniką wykorzystującą ogień.
- Gdzie… Madara? – zapytał głucho, ponownie wbijając wzrok w ziemię.
Najgorsze w tym wszystkim było to, że naprawdę nic nie pamiętał, od momentu, gdy lider Akatsuki przyłożył sztylet do szyi Sasuke. A kiedy ostatni raz, aż tak urwał mu się film, to okazało się, że zrównał z ziemią całą kryjówkę Orochimaru. Co, jak nie patrzeć, było jakimś plusem.
Ale coś… Coś było nie tak.
I to sprawiało, że nie był w stanie spojrzeć czarnowłosemu w oczy.
Zanim doczekał się odpowiedzi, Sasuke przyciągnął go do siebie i zamknął w uścisku.
- Uciekł - zaczął cichym głosem. - Nie docenił twojej mocy i był zmuszony zdezerterować. Zaraz po tym jak, jakby to określić, wydrapałeś mu drugie oko.
Czarnowłosy mówił dalej, jednak Naruto nie słuchał. Cichy głos Uchihy uspokajał go, w pewnym stopniu dawał ukojenie, pomimo tego, że blondyn nie wsłuchiwał się w przekazywane mu informacje. Wystarczył mu wyłącznie dźwięk, żeby nie zacząć panikować. Jednak wciąż coś było nie tak, a Uzumaki nie miał pojęcia co i dlaczego. I wcale nie był pewien, czy chciał to pojęcie mieć.
- Uciekł – powtórzył po nim Naruto.
Chciał odwzajemnić gest. Ale z jakiegoś powodu nie potrafi. Chciał wtulić się w te kochane ramiona i nie myśleć o niczym, rozryczeć się jak małe dziecko, nie przejmując się tym, że ktokolwiek mógłby to zobaczyć. Chciał po prostu, żeby głos Uchihy nigdy nie ucichł, jego ręka wciąż delikatnie gładziła go po plecach, a ciepły oddech muskał jego policzek. Chciał, ale coś…
„Kyu?”
„Cóż, z tego co się orientuję, udało ci się rozwalić pieczęć ochronną. Wiesz, tą, która miała nie dopuścić do takich miłych akcji, w których właściwie nad sobą nie panujesz, czy też, nie panujesz nad moją chakrą. Właściwie to nawet się na coś przydała taka rozwałka. Odzyskałeś swoją chakre…”
To brzmiało dobrze. I potwierdzało teorię Tsunade, na temat porządnego kopa na rozpęd, aby w pełni odzyskać siły.
Cieszył się, gdzieś w głębi siebie, naprawdę się cieszył.
Jednak bardziej przeważało uczucie, że zrobił coś, czego będzie żałował. Bardzo, bardzo długo żałował.
„Kyu…”
„To nie twoja wina.”
Naruto ponownie przymknął oczy.
Nie zabrzmiało to pocieszająco.
Zdecydowanie odsunął się od Sasuke i dopiero po kilku głębszych wdechach na niego spojrzał.
Na pierwszy rzut oka... Wszystko było w porządku.
Dopiero po chwili dało się dostrzec płytkie rozcięcia na twarzy, które ledwo co mijały lewe oko. Podobne zadrapanie przebijało się, przez przedziurawiony uniform. Jakby ktoś pazurami…
Blond postać uśmiechnęła się. Jednak nie był to jej normalny uśmiech. Ten… Był złośliwy, okrutny, nie wyrażający ani krzty ciepła. Czerwone ślepia błysnęły w półmroku.
W następnej chwili postać spowita pomarańczową chakrą rzuciła się na stojącą naprzeciw niej osobę.
Naruto przełknął ciężko ślinę.
„Zaatakowałem go.”
Miał wrażenie, że w jego gardle urosła nagle wielka gruda, która nie pozwala mu normalnie oddychać.
„Ja… Ja…”
„Uspokój się. To nie twoja wina. To nie ty. Wiesz, że pomarańczowa chakra instynktownie każe ci atakować wszystkich…”
„Zaatakowałem Sasuke.”
Naruto nie słuchał lisa. Z zaciśniętymi wargami szukał kolejnych widocznych śladów obrażeń na ciele czarnowłosego. I znalazł.
- Na… Naru… To?
Blond postać uśmiecha się słysząc przerażony głos i wzmacnia uścisk na szyi swojej ofiary. Czerwone oczy błyszczą intensywnie
Dusić, zmiażdżyć.
Na ciele jego zabawki pojawiają się ślady poparzeń.
Uzumaki z przerażeniem obserwuje czerwone smugi na szyi Sasuke.
Nie chce mu się wierzyć.
Nie potrafi sobie wyobrazić, jak mógł do tego dopuścić.
„To nie TY, idioto! Mówiłem… Ej, nie rób nic głupiego.”
Naruto podjął błyskawicznie decyzję, a jego twarz stężała w wyrazie obojętności. Zacisnął dłonie w pięści i obrócił się gwałtownie.
„Dzieciaku…”
„Zamknij się. Po prostu się zamknij.”
„Będziesz żałował.”
Może i tak, ale nie za wiele go to teraz obchodziło. Według swojej opinii czynił najlepszą rzecz, jaką mógł zrobić dla Sasuke.
- Misja wykonana – oznajmił szorstkim głosem, starannie ignorując słowa Kyuubi’ego. – Możesz wracać do… Gdziekolwiek chcesz. Wybacz, że naraziłem twoje poczucie estetyki na mój widok.
- O co ci cho…
- O co mi chodzi? – przerwał czarnowłosemu, starając się brzmieć sarkastycznie. – Z tego co pamiętam, to jakże uroczo, żeś mnie rzucił, przed swoją małą wycieką do Madary. I jakoś nie wydaje mi się, aby od tamtej pory mój status singla uległ zmianie. Skoro już zaspokoiłem twoją ciekawość, to muszę cię przeprosić, mam coś do załatwienia.
Wyciągnął z kabury specyficznie zakończonego kunaia i przyjrzał im się badawczo. Cóż… Może się w końcu na coś przyda, skoro już odzyskał chakre. Przynajmniej nie na darmo taszczył całe to żelastwo ze sobą.
- To nie tak, ja…
- Nie obchodzi mnie to. Nie obchodzi mnie nic, co masz do powiedzenia – warknął i nie oglądając się za siebie, rzucił trzymaną broń przed siebie. Z lekką pomocą chakry ostrza poszybowały na odległość setek metrów. - Najlepiej będzie, jeżeli postarasz się nie rzucać mi się w oczy. Ja dla ciebie zrobię to samo.
- Posłuchaj mnie bałwanie! Ja…
- Nie – powiedział stanowczo, przymykając oczy. – Nie mam zamiaru cię słuchać. Już nigdy więcej. Hiraishin no Jutsu!
Ostatnie słowa wykrzyczał.
Nie wiedział, czy technika podziałała. Z całych sił zaciskał powieki, czekając na… Cokolwiek. Jednak nic się nie zdarzyło. Gdy głucha cisza przedłużała się, niepewnie uchylił powieki.
Czas zwolnił. Zamarł niemalże.
- Udało się – mruknął, a na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech.
Skopiował technikę Czwartego. W pełni poprawnie. Wszystko wyglądało jak w opisie zwoju. I właśnie to był ten haczyk, że to nie użytkownik przyśpieszał do nieograniczonych prędkości. To świat zwalniał, albo też tak tylko wydawało się użytkownikowi. Wraz ze światem zwalniał też upływ chakry, którą źle wykonana technika wysysała do cna. A o ile się nie mylił, to na wyższym etapie opanowania techniki, nie będzie nawet musiał wymawiać formułki.
„Możesz mi wytłumaczyć, co właściwie odwalasz?”
Tylko dlaczego technika nie podziałała również na Kyu… Ruda złośliwa bestia teraz będzie mu marudzić.
„A co? Sam nie potrafisz odgadnąć?”
„Wyobraź sobie, że masz tak namieszane w emocjach, że nie.”
„To się nie dowiesz.”
Naruto rozejrzał się wokół siebie.
Jego wzrok trafił na Sasuke. Czarnowłosy wyglądał niemalże jak posąg. Widać było, że jest wściekły, że szykował się do awantury. Na swoje szczęście, Uzumaki zdezerteruje już bardzo daleko i nie będzie musiał wysłuchiwać jego wrzasków.
Obrócił się błyskawicznie i pobiegł przed siebie. Nie był pewien, czy sharingan zdołałby odtworzyć jego ruchy. Ale nawet jeśli, w zwolnionym tempie, czy też nie, nie byłoby mu to na rękę.
Dlatego musiał się pośpieszyć.
Musiał jak najszybciej oddalić się od swojego dawnego kochanka. Musiał… Bo inaczej, pewnie nie dałby rady.
Kilkaset metrów dalej przystanął.
Od dłuższego czasu starał się nie myśleć o niczym. A zwłaszcza o Sasuke.
Przygryzł wargi.
Wiedział, że zrobił dobrze. Nie mógł inaczej postąpić. Nie miał zamiaru pozwolić, aby znowu doszło do podobnej sytuacji. O nie. Nigdy więcej nie narazi Sasuke na takie niebezpieczeństwo. A najlepszą do tego metodą będzie trzymanie się od Uchihy jak najdalej.
„Tatuś byłby zadowolony, że jego technika służy ci do ucieczek.”
„Zamknij się.”
O dziwo Kyu posłusznie umilkł, a Naruto podejrzewał, że lis nie odezwie się teraz do niego przez dłuższy czas. Nie, żeby go to obchodziło w tym momencie. Jak na razie pragnął jak najszybciej dostać się do Konohy, wysłuchać ochrzanu od Tsunade i Sakury, no i może Kakashiego. Albo Iruki, czy też Nary…
Powoli zaczynał podejrzewać, że może lepiej by było nie wracać do wioski przez jakiś czas, ot, aż się wszystko nie uspokoi. Jednak istniała też opcja, że uzyska całkiem odwroty efekt i dopiero wtedy gorzko pożałuje swoich wybryków.
Z westchnieniem irytacji wyszarpał wbity w drzewo kunai. Czas wrócił na swoje miejsce.
W zamyśleniu przyjrzał się potrójnemu ostrzu.
Faktycznie, tatuś nie byłby dumny. Jak uroczo, że syn Hokage po raz kolejny posiłkuje się ucieczką. Zacisnął zęby, powstrzymując się od warknięcia. Nie miał najmniejszej ochoty teraz o tym myśleć. Właściwie, to nie miał ochoty myśleć o czymkolwiek.
Coś szarpnęło go za rękaw uniformu.
Posłał ów czemuś beznamiętne spojrzenie.
I odskoczył z wrzaskiem upuszczając broń.
Białe ślepia wlepiała w niego dziewczynka, która to wcześniej przeprowadziła go do kryjówki Akatsuki. Blondyn ogarnął się błyskawicznie.
- Tu jesteś cholero! – krzyknął, niemalże radośnie. Po prawdzie przez ostatnie kilkadziesiąt minut w ogóle nie miał czasu o niej pomyśleć, ale gdy już ją ujrzał, odczuł pewnego rodzaju ulgę. – I czego uciekasz i zostawiasz wujka bez wyjaśnień. Będzie trzeba pogadać z twoją mamusią i…
- Mamusia? – zapytało dziecko, a jego oczy niemalże natychmiast wypełniły się łzami.
Naruto przeklął w duchu swoją głupotę. Natychmiastowo podniósł dziewczynkę i wygodnie ulokował w swoich ramionach.
„Em… Naruto?”
- Zaraz znajdziemy twoją mamusię, nie bój nic – powiedział uspokajająco, celowo unikając rozmowy z lisem. – Zaprowadzimy cię do babci Tsunade i ona już coś zaradzi, nie masz czym się martwić.
- Risu– wyszeptała czarnowłosa, wiercąc się niespokojnie i uczepiając drobnymi rękoma na szyi Uzumakiego.
- Hm?
„Znasz tego dzieciaka?”
- Mam na imię Risu.
Blondyn uśmiechnął się kącikami ust.
- A ja jestem Naruto – przedstawił się również.
- Wiem – wyszeptał dzieciak sennym głosem i po chwili wahania dokończył. – Wujku.
„Skąd?” Niebieskooki zdziwił się nieco.
„Ja chyba wiem, czyje to to jest.”
Wbrew wcześniejszym postanowieniom Naruto jednak nie śpieszył się z powrotem do Konohy.
Posiadał drobne podejrzenia, że Sasuke za to już dawno go wyprzedził i zawitał w progi wioski.
W każdym razie, urządzając sobie dziesiątki niezmiernie ważnych przystanków, w końcu jakoś dotarł. Ze śpiącym dzieckiem uczepionym jego szyi.
W sumie Risu okazała się nawet przydatna…
- NARUTO! Ty…
- Cicho – sapnął w stronę rozwścieczonej Tsunade. Właśnie znajdował się w gabinecie Piątej. – Bo obudzisz smarkatą.
- Nieodpowiedzialny patałachu – dokończyła szeptem blondynka posyłając mu karcące spojrzenie. – Coś ty sobie myślał? I co to za bachor?
- Nie myślałem – odparł bez wahania. – A to Risu.
- Risu?
- Yhm, moja mała podopieczna, która za pomocą kilku innych osób wpakowała mnie w niezły bajzel. A właśnie, gdzie Gobi? Muszę jej przestawić kilka kości.
- W szpitalu.
- Och, ktoś mnie wyprzedził?
- Nie żartuj sobie, idioto – fuknęła na niego i usiadła za biurkiem. – Czyli wiesz, że to celowo posłała cię w łapy Madary? Raport. Już.
- Zaraz, muszę… - przerwał, gdy poczuł na sobie przeszywający wzrok osoby trzeciej. Spojrzał w bok, wprost w oczy czarnowłosej dziewczynki. – O, obudziłaś się?
- To babcia Tsunade? – wyszeptała teatralnie z wielkim przejęciem.
- BABCIA?!
Naruto posłał Hokage uradowane spojrzenie.
- Widzisz starucho? Dorobiłaś się kolejnego wnuka!
- Ty mały…
- A mamusia?
- Naruto, kto jest… - Tsunade przerwała gwałtownie, gdy dziecko spojrzało wprost na nią. Rozdziawiła śmiesznie usta. – Te oczy, to jest…
- Yhm – Uzumaki niedbale przytaknął. – To dziecko Gobi.
- Mamusia musi się tylko wyspać. Nieźle się wymęczyła to teraz musi odpocząć – powiedziała Sakura, sadzając dziewczynkę na taborecie przy szpitalnym łóżku. – Nie musisz się o nic martwić.
- Wymęczyła? – Naruto spojrzał na nią sceptycznie. Dobrze wiedział, że za pomocą jakiś dziwacznych substancji, czy cholera wie czego, Gobi została unieszkodliwiona przez Hokage. I najwyraźniej blondynka nieco przeholowała ze swoimi specyfikami.
- Ty mi lepiej powiedź, co z Sasuke.
- Cicho, nie teraz.
- Dlaczego nie wróciłeś razem z nim? Wiesz, że nam nic nie powie. Polazł do siebie, zamknął się na cztery spusty i udaje, że go nie ma. Wszystko…
- Sakura…
- No gadajże, bo za siebie nie ręczę. I tak powinnam cię sprać na kwaśne jabłko, bo żeś poleciał jak ostatni idiota na pewną śmierć!
- Jak widać, nie taką pewną…
-GADAJ!
- Cicho, to szpital a nie bazar. Zresztą wiesz, że już z nim nie jestem – warknął Uzumaki, nie patrząc przyjaciółce w oczy. – Nie miałem ochoty przebywać z nim dłużej niż to konieczne.
- Co ty w ogóle pie…
Drzwi trzasnęły i do pomieszczenia wpakowała się Tsunade.
- No dobra, młodzieży – zaczęła nieco złowieszczym tonem. – Dosyć tych pogaduszek, musimy ustalić pewną sprawę, zanim Naruto łaskawie w końcu zda mi raport.
Blondyn wzniósł oczy ku niebu.
- Czego znowu? – sapną, w duchu będąc jednak wdzięcznym, że Hokage przerwała tyradę różowowłosej.
Blondynka uśmiechnęła się słodko.
- Właśnie zostałeś mianowany na tymczasowego tatusia – zaświergoliła, nad wyraz z siebie zadowolona.
- Och, okej – przytaknął niebieskooki. A dopiero po chwili się ogarnął. – ŻE CO?!
środa, 7 grudnia 2011
Rozdział II.IX
Wspominałam, że nie nienawidzę swoich studiów? Może to dlatego, że za stara się robie na zarywanie nocek… W każdym razie, chyba niedługo i tak zostanę zaszlachtowana przez współlokatorki, za wydawanie po nocach dziwnych odgłosów pastelami/deskami/komputerem/teczkami/notatkami i cholera wie czym jeszcze xD.
Mechalice: JAKIE EMERYCKIE?! NO JAKIE EMERYCKIE?! xD No i żeś mnie zdołowała…
Jaki żal, nie mam siły nawet porządnie się rozpisać = =. Tyle z marudzenia. Dziękować za komentarze i zapraszam na kolejną część. Chyba nie będzie tragiczna, pomimo mojego nieogarnięcia. A ja pójdę smęcić na uczelnie z kolejnym projektem, bo przecież tak dawno mnie tam nie było…
*** *** *** *** *** *** ***
Naruto zerknął znad mapy.
Znajdował się… W lesie.
No cóż…
Złożył niedbale arkusz i podrapał się po karku. Nie za bardzo wiedział co dalej robić. Miał wrażenie, że właśnie wpakował się w coś… Nie fajnego.
Jeszcze raz rozwinął mapę i przestudiował ją uważnym wzrokiem. Był na dobrej trasie, to pewne. I właściwie, według wskazówek, powinien znajdować się na wprost przed jednym z wejść do kryjówki Akatsuki.
Spojrzał krzywo na porośniętą mchem skalną ścianę, w której powinno być przejście.
Ale go nie było. Albo też, trzeba było je uruchomić.
Wymacał ścianę wzdłuż i w szerz, a nie zanosiło się, aby nagle pojawiły się w niej jakieś tajne drzwi, czy coś.
- Hokus- pokus – warknął w stronę skał. – Sezamie otwórz się? Ty zapyziała kupo gruzu, OTWIERAJ!
Zamilkł i poczekał kilka sekund, w nadziei, że coś się stanie.
Spadła gałązka.
Poniósł głowę.
Czarna wiewiórka przeskoczyła z jednego drzewa na kolejne. Niekoniecznie chodziło mu o takie wydarzenie.
Westchnął ciężko i ponownie zagłębił się w studiowaniu mapy.
To miło, że Gobi chciała mu pomóc, ale skoro dała już mu te cholerne świstki papieru to mogła też powiedzieć, że przejście jest jakoś zamaskowane. Właściwie to sam mógł się tego domyślić, bo przecież to normalne, że Akatsuki strzeże jakoś miejsce swojego pobytu, no ale jakoś w tamtym momencie niekoniecznie o tym myślał. Perspektywa tego, że może w końcu coś zrobić w kierunku ratowania Sasuke, przesłoniła logiczne rozumowanie.
Zawsze istniała opcja, że naprawdę pochrzanił drogę i wbija mordercze spojrzenie w niewinną skalną ścianę.
Eh, jakby miał ze sobą Kyuubi’ego, albo Narę… Tylko, że nagle wszyscy się uparli, żeby się nie wtrącał! Jeżu drogi, toć on tylko chce tajniacko wbić się do siedziby Akatsuki, dorwać Uchihe i wynosić się stamtąd czym prędzej! Jasno i na temat. A to, że plan wydawał się prawie niewykonalny to inna sprawa… Zresztą, zawsze może liczyć na łut szczęścia. Ba, zawsze na niego liczył i jeszcze się nie przejechał.
A właściwie to od kiedy wiewiórki są czarne? Coś mu się kojarzyło, że ów stworzonka mają rude ubarwienie…
Zerknął ku górze w poszukiwaniu zwierzątka.
I ktoś szarpnął go za rękę.
Spojrzał beznamiętnie na ów kogoś. A następnie z wrzaskiem odskoczył, zasłaniając się rękoma i przy okazji wypuszczając trzymane mapy.
Dziecko.
Przez chwilę wpatrywał się tępo w brzdąca.
Była to… Dziewczynka, no oko pięcioletnia. Czarnowłosa, ubrana w bladoniebieskie kimono, z granatową kokardą. Podobna kokarda utrzymywała luźno związaną kitkę, z której powychodziły pojedyncze pasma włosów. Mała przeraźliwie błękitne oczy. A Naruto miał dziwne wrażenie, że gdzieś już widział podobne.
- Eee… - zająknął się, próbując odzyskać fason. – Cześć?
Dziecko nie odpowiedziało. Wpatrywało się w niego wyczekująco.
- Co ty tu robisz? – zapytał, nachylając się nad nią. – Wiesz, nie powinnaś sama się tu znajdować…
„Ja zresztą też nie.”
- Um, zgubiłaś się?
- Uratujesz moją mamusię?
Naruto z wrażenia rozdziawił usta.
- Ale co…
Dziewczynka wskazała palcem na skalną ścianę.
- Oni ją krzywdzą.
- Oni? Akatsuki?
Czarnowłosa kiwnęła głową, w geście potwierdzenia. Następnie chwyciła Uzumakiego za rękę i pociągnęła go w kierunku, który wcześniej wskazała. Szła pewnym krokiem, nawet przy samej ścianie nie zwolniła i… Przeszła przez nią, ciągnąc zdezorientowanego blondyna za sobą.
- O kur…ka – wyszeptał, rozglądając się po miejscu, w którym się znalazł.
Wyglądało to nieco jak korytarz. Korytarz wyłożony na ścianach, podłodze i suficie kamiennymi, brązowymi płytkami. A na każdej z nich znajdowywały się jakieś dziwaczne znaki, których Naruto nie był w stanie odczytać. A co najśmieszniejsze, fugi między wszystkimi kafelkami wypełnione były wodą, przecząc prawu grawitacji.
Naruto mruknął z podziwem.
- Co jak co, ale o wystrój się postarali, nie? – wyszeptał i spojrzał na towarzyszącą mu dziewczynkę.
Znaczy się…
Smarkula zniknęła.
Naruto wzruszył ramionami. No tak… Mała wprowadziła go w paszczę lwa, nie powiedziała o co właściwie jej chodzi i postanowiła zdezerterować. Dobra, nie ma co się rozpraszać. Skoro jakoś się dostał do środka, to najważniejsze jest dorwać Sasuke. Potem go skopać, a później jakoś zwiać. A jak znajdzie smarkatą, to się dowie o co konkretnie chodzi i coś wykombinuje.
No może jednak… Powinien sprawdzić gdzie bachor zwiał. Jeszcze sobie coś zrobi i będzie miał go na sumieniu. A potem skopie Sasuke.
Obrócił się i wbił tępe spojrzenie w kamienną ścianę. Cóż… Wyglądała na dość… Rzeczywistą. Podszedł bliżej i niepewnie zastukał w materiał.
- Na mój łeb to to stoi tu naprawdę – mruknął do siebie, macając ścianę, w nadziei, że znajdzie jakiś włącznik, albo coś podobnego. Jednak po krótkiej chwili zrezygnował. Skoro z tamtej strony nie dał rady, to z tej też pewnie mu się nie uda…
Więc jak, psia mać, smarkata go przeprowadziła?!
Z całych sił naparł na przeszkodę. I nic.
Westchnął ciężko i obrócił się.
Korytarz był długi i słabo oświetlony. Jego koniec niknął gdzieś w ciemnościach.
Z braku laku powlókł się przed siebie. W końcu musiał znaleźć Sasuke!
- Coś ty zrobiła? – Głos Kyuubi’ego drżał od powstrzymywanej wściekłości .
Gobi rzuciła mu wyzywające spojrzenie, po czym wzruszyła ramionami. Na jej ustach błąkał się maniakalny uśmiech. Dopiero teraz można było zauważyć w jej oczach błysk szaleństwa i przerażenia zarazem.
- Widzisz… - zaczęła ochryple. Na jej czole pojawiły się kropelki potu. – Bo w życiu nawet demony mają swoje priorytety.
To bez sensu.
Naruto powstrzymał się od wywrzeszczenia swojej frustracji.
Krążył po korytarzach od co najmniej godziny i nie znalazł nic. Kompletnie. Ani Sasuke, ani kogoś do skopania. I wyjścia, jeżeli by się głębiej zastanowić.
Wyglądało na to, że miejsce w którym się znajdował było totalnie opuszczone.
Nie podobało mu się to.
Oparł się ciężko o ścianę. Nie za bardzo wiedział, co teraz powinien zrobić. I naprawdę zaczynał żałować, że nie ma z nim Kyu. A to oznaczało, że sytuacja zaczynała być kryzysowa.
Och, jakby miał chakre, to przynajmniej by coś rozwalił!
Z wściekłością trzasnął pięścią w kafelki. I odskoczył gwałtownie.
Jedna z nich, ta, w którą akurat trafił, zajarzyła się bladym światłem. Potem zrobiła to następna. I kolejna. Aż w końcu utworzyły dziwaczną ścieżkę, prowadzącą do… No chyba trzeba będzie to sprawdzić.
Naruto uśmiechnął się do siebie i podreptał rozświetlonym szlakiem.
- Posłałaś go w łapy Madary?! – Wrzasnęła Tsunade, gwałtownie wstając z krzesła. – Dlaczego?! Jak… Jak mogłaś?! Ty zdradziecka su…
- Też byś to zrobiła… - wyszeptała białowłosa. Jej wzrok błędnie krążył po pomieszczeniu. Najwyraźniej szukała drogi ucieczki. – Każdy by tak zrobił. Przecież każdy by tak zrobił…
- Dlaczego? – Kyuubi zmrużył groźnie oczy. Wyglądał nieco jak zwierze, szykujące się do ataku. – Więc powiedź nam, dlaczego żeś to zrobiła?
Uzumaki rozejrzał się dyskretnie na boki. Pusto.
Spojrzał przed siebię.
Świetlana ścieżka prowadziła, a i owszem, do drzwi.
Czarnych, masywnych drzwi. W dodatku okratowanych.
Westchnął ciężko. Zaczynał zdawać sobie powoli sprawę, że jego mały plan uratowania Sasuke był naprawdę kretyński. A najbardziej kretyńskie w nim było to, że poszedł sam. Chociażby z tego względu, że nie miał możliwości rozwalenia drzwi rassenganem.
To by było nieco żałosne... Jeżeli jego i Sasuke dzielą w tym momencie tylko te cholerne drzwi, a on ich nie otworzy... No chyba zrobi sobie coś drastycznego!
No nie, nie miał zamiaru się tak łatwo poddawać!
Zmrużył wściekle oczy, szarpnął za uchwyt i z ledwością powstrzymał się od okrzyku zdziwienia.
Drzwi ustąpiły. Zawiasy lekko skrzypnęły, a do ciemnego pomieszczenia wpadło nieco światła z korytarza. Naruto zerknął do środka, dalej będąc w małym szoku. Aż takiego szczęścia się nie spodziewał.
Pomieszczenie z pewnością było celą. Właściwie Uzumaki nie wiedział po czym to można było wywnioskować, ale był w stu procentach pewien, że się nie mylił. W każdym razie, cela ów, nie była oświetlona. Wsunął się więc do środka. Na szczęście jego umiejętności waleczne nie ucierpiały po stracie chary, tak więc jego wzrok błyskawicznie przyzwyczaił się do ciemności. Rozejrzał się uważnie. I zamarł.
W rogu dostrzegł skuloną postać.
I już po sekundzie był przy niej, szepcząc gorączkowo i odgarniając z czoła czarne włosy.
Ciemne oczy spojrzały na niego półprzytomnie. Tylko po to, aby po chwili ze ściśniętych warg wydobyło się warknięcie.
- Błagam, tylko nie ty…
Naruto skrzywił się widocznie, zanim odpowiedział. Fala ulgi i radości momentalnie zamieniła się w irytację. Skoro Sasuke dalej chciał dalej ciągnąć swoje przedstawienie, to niech mu będzie, tylko czy musiał akurat teraz, kiedy w każdej chwili Akatsuki mogło odgrodzić im jedyną drogę ucieczki?
- Też się cieszę, że cię widzę – sapnął. – I mam nadzieję, że cię po prostu naćpali czymś dziwnym i majaczysz, bo to nie było miłe. Powinieneś okazać mi nieco wdzięczności. W końcu poświęciłem swój własny prywatny czas, a to wcale nie…
- Uciekaj stąd – przerwał mu Uchiha, niezgrabnie próbując się podnieść. Najwyraźniej w niewygodnej pozycji spędził kilka godzin. I chyba naprawdę był pod wpływem czegoś dziwnego, bo wyglądało na to, że nie był w pełni kontrolować swoich ruchów. Nawet wymawianie poszczególnych słów sprawiało mu wyraźną trudność.
- Nie bądź kretynem…
- Nie, nie rozumiesz! Musisz…
- Och, zamknij się! – wrzasnął Uzumaki. – Nie denerwuj mnie, chodź, wynieśmy się stąd i wracajmy do do… Konohy! Będziesz mógł w spokoju ignorować moją egzystencję jeśli tylko chcesz, ale błagam, nie teraz kiedy, psia mać, musimy się stąd wydostać!
- Nie rozumiesz.
- I bardzo mnie to raduje – powiedział grobowym głosem, wstając z klęczek i z założonymi rękoma obserwując poczynania Sasuke. Właściwie to faktycznie nie miał pojęcia, dlaczego Uchiha tak, a nie inaczej zareagował na jego przybycie i starał się go pozbyć. – Ale możesz odłożyć swoje śmieszne urazy, czy co tam, na inny termin? Naprawdę chciałbym już stąd się ulotnić…
- Już, Naruto? – rozległ się za jego plecami zadowolony głos. – Przecież dopiero co przybyłeś…
Twarz pięcioogoniastej rozluźniła się nagle.
- Mojego życie. Muszę uratować – powiedziała czułym głosem. Na jej ustach pojawił się półprzytomny uśmiech.
Ręce Kyuubi’ego zacisnęły się boleśnie na jej ramionach, jednak do kobiety najwyraźniej nie dochodziły żadne bodźce zewnętrzne.
Oczy Lisa błysnęły złowrogo.
- Nie rób jej nic!
- Miło mi widzieć, że jesteś cały i zdrowy. No przynajmniej na razie.
Naruto przymknął mimowolnie oczy. Nie miał najmniejszej ochoty się obracać. Zamiast tego spojrzał z determinacją w oczach na Sasuke.
- Wszystko będzie dobrze – wyszeptał do niego, zaciskając pięści.
- Ależ oczywiście! – zakrzyknęła radośnie postać stojąca za jego plecami. – Brawa za pozytywne podejście do sprawy! Nie masz się czym martwić, nawet nie poczujesz straty mocy dziewięcioogoniastej bestii. No być może z tego względu, że już nie będziesz żyć.
Blondyn obrócił się gwałtownie. Cóż… Nie zaszkodzi porobić z siebie kretyna.
Wyszczerzył się radośnie.
- Madara! Cóż za niemiła niespodzianka! – zaświergolił i podrapał się w tył głowy. – Ale wiesz… Czeka cię malusie rozczarowanie. Chyba Kyuubi dziś nie zawita w twoje przeurocze progi.
- Nie bądź idiotą. – Głos przywódcy Akatsuki stracił swoją radosną barwę. – Nie masz najmniejszych szans się stąd wyrwać. A tak dobrze, oczywiście dla mnie, się złożyło, że przybyłeś tu sam.
- O, żeś dobrze to ujął! – stwierdził Naruto, z niemniejszą nutą optymizmu niż wcześniej. – Sam. Zupełnie sam! Samiusieńki.
- Co masz na myśli? – Madara zaczynał się powoli irytować.
- To co mówię. – Blondyn wyszczerzył się jeszcze szerzej. – Sam. BEZ Kyuubi’ego.
- Ona…
- Zamknij się – warknęła Tsunade. Zerwała się ze swojego krzesła i przyklękła przy Gobi. Chwyciła ją za rękę i spojrzała prosto w oczy.
- Co jest twoim życiem?
- Nie mam mocy Kyuubi’ego – powtórzył dosadnie. – Wyparowała. Znaczy dokładniej mówiąc, zmaterializowała się zaraz, no ale nie ma go we mnie. I obok. – paplał radośnie. – Prawdę mówiąc, nie mam pojęcia gdzie jest. I chyba nie wiele mnie to obchodzi, bo ryży burak nie chciał mi pomóc, cóż. Źle wytresowany został, ot co.
- Zamknij się wreszcie – charchot Sasuke rozległ się tuż za nim. – Na cholerę…
- Jeżeli dobrze rozumiem sytuację, to rzeczywiście mamy mały problem. – Madara nie wyglądał jednak na załamanego. Nagle zniknął. I pojawił się tuż za plecami półprzytomnego Sasuke, wykręcając mu ręce i przykładając kunai do szyi. – Ale przy odpowiedniej motywacji postarasz się go rozwiązać, czyż nie?
Naruto zamarł.
- Zostaw go – powiedział, usiłując się uspokoić.
- Hm? Nie. – Postać w masce zaśmiała się paskudnie. – Myślę, że nie. Dopóki, no nie wiem, nie sprowadzisz tu demona.
- Nie słuchaj go. – Głos Sasuke nie dodał mu otuchy. Wręcz przeciwnie.
„W co ja nas wpakowałem?” Pomyślał spanikowany, błyskawicznie analizując możliwe posunięcia. „Gdyby tak…”
Madara zacmokał niecierpliwie.
- Widzisz, Naruto. – Ostrze zostało dociśnięte do skóry Sasuke. – Bo my właściwie nie mamy za dużo czasu.
Po bladej szyi pociekło kilka czerwonych kropel.
Oczy blondyna rozszyły się gwałtownie. Oddech zamarł. I… Naruto stracił świadomość. Na jego szczęście, lub też nieszczęście, jego ciało nie.
- Ja… Ja…
Kyuubi gwałtownie uniósł głowę i wbił oczy w przestrzeń.
- Co… - zaczęła Tsunade niezadowolona.
- Ciii – przerwał jej demon. Zmarszczył czoło, jakby myśląc nad czymś intensywnie.
- Co jest? – warknęła Tsunade po dłużej chwili oczekiwania.
- No… Ups!
W gabinecie zaległa kompletna cisza.
Kyuubi zniknął.
Mechalice: JAKIE EMERYCKIE?! NO JAKIE EMERYCKIE?! xD No i żeś mnie zdołowała…
Jaki żal, nie mam siły nawet porządnie się rozpisać = =. Tyle z marudzenia. Dziękować za komentarze i zapraszam na kolejną część. Chyba nie będzie tragiczna, pomimo mojego nieogarnięcia. A ja pójdę smęcić na uczelnie z kolejnym projektem, bo przecież tak dawno mnie tam nie było…
*** *** *** *** *** *** ***
Naruto zerknął znad mapy.
Znajdował się… W lesie.
No cóż…
Złożył niedbale arkusz i podrapał się po karku. Nie za bardzo wiedział co dalej robić. Miał wrażenie, że właśnie wpakował się w coś… Nie fajnego.
Jeszcze raz rozwinął mapę i przestudiował ją uważnym wzrokiem. Był na dobrej trasie, to pewne. I właściwie, według wskazówek, powinien znajdować się na wprost przed jednym z wejść do kryjówki Akatsuki.
Spojrzał krzywo na porośniętą mchem skalną ścianę, w której powinno być przejście.
Ale go nie było. Albo też, trzeba było je uruchomić.
Wymacał ścianę wzdłuż i w szerz, a nie zanosiło się, aby nagle pojawiły się w niej jakieś tajne drzwi, czy coś.
- Hokus- pokus – warknął w stronę skał. – Sezamie otwórz się? Ty zapyziała kupo gruzu, OTWIERAJ!
Zamilkł i poczekał kilka sekund, w nadziei, że coś się stanie.
Spadła gałązka.
Poniósł głowę.
Czarna wiewiórka przeskoczyła z jednego drzewa na kolejne. Niekoniecznie chodziło mu o takie wydarzenie.
Westchnął ciężko i ponownie zagłębił się w studiowaniu mapy.
To miło, że Gobi chciała mu pomóc, ale skoro dała już mu te cholerne świstki papieru to mogła też powiedzieć, że przejście jest jakoś zamaskowane. Właściwie to sam mógł się tego domyślić, bo przecież to normalne, że Akatsuki strzeże jakoś miejsce swojego pobytu, no ale jakoś w tamtym momencie niekoniecznie o tym myślał. Perspektywa tego, że może w końcu coś zrobić w kierunku ratowania Sasuke, przesłoniła logiczne rozumowanie.
Zawsze istniała opcja, że naprawdę pochrzanił drogę i wbija mordercze spojrzenie w niewinną skalną ścianę.
Eh, jakby miał ze sobą Kyuubi’ego, albo Narę… Tylko, że nagle wszyscy się uparli, żeby się nie wtrącał! Jeżu drogi, toć on tylko chce tajniacko wbić się do siedziby Akatsuki, dorwać Uchihe i wynosić się stamtąd czym prędzej! Jasno i na temat. A to, że plan wydawał się prawie niewykonalny to inna sprawa… Zresztą, zawsze może liczyć na łut szczęścia. Ba, zawsze na niego liczył i jeszcze się nie przejechał.
A właściwie to od kiedy wiewiórki są czarne? Coś mu się kojarzyło, że ów stworzonka mają rude ubarwienie…
Zerknął ku górze w poszukiwaniu zwierzątka.
I ktoś szarpnął go za rękę.
Spojrzał beznamiętnie na ów kogoś. A następnie z wrzaskiem odskoczył, zasłaniając się rękoma i przy okazji wypuszczając trzymane mapy.
Dziecko.
Przez chwilę wpatrywał się tępo w brzdąca.
Była to… Dziewczynka, no oko pięcioletnia. Czarnowłosa, ubrana w bladoniebieskie kimono, z granatową kokardą. Podobna kokarda utrzymywała luźno związaną kitkę, z której powychodziły pojedyncze pasma włosów. Mała przeraźliwie błękitne oczy. A Naruto miał dziwne wrażenie, że gdzieś już widział podobne.
- Eee… - zająknął się, próbując odzyskać fason. – Cześć?
Dziecko nie odpowiedziało. Wpatrywało się w niego wyczekująco.
- Co ty tu robisz? – zapytał, nachylając się nad nią. – Wiesz, nie powinnaś sama się tu znajdować…
„Ja zresztą też nie.”
- Um, zgubiłaś się?
- Uratujesz moją mamusię?
Naruto z wrażenia rozdziawił usta.
- Ale co…
Dziewczynka wskazała palcem na skalną ścianę.
- Oni ją krzywdzą.
- Oni? Akatsuki?
Czarnowłosa kiwnęła głową, w geście potwierdzenia. Następnie chwyciła Uzumakiego za rękę i pociągnęła go w kierunku, który wcześniej wskazała. Szła pewnym krokiem, nawet przy samej ścianie nie zwolniła i… Przeszła przez nią, ciągnąc zdezorientowanego blondyna za sobą.
- O kur…ka – wyszeptał, rozglądając się po miejscu, w którym się znalazł.
Wyglądało to nieco jak korytarz. Korytarz wyłożony na ścianach, podłodze i suficie kamiennymi, brązowymi płytkami. A na każdej z nich znajdowywały się jakieś dziwaczne znaki, których Naruto nie był w stanie odczytać. A co najśmieszniejsze, fugi między wszystkimi kafelkami wypełnione były wodą, przecząc prawu grawitacji.
Naruto mruknął z podziwem.
- Co jak co, ale o wystrój się postarali, nie? – wyszeptał i spojrzał na towarzyszącą mu dziewczynkę.
Znaczy się…
Smarkula zniknęła.
Naruto wzruszył ramionami. No tak… Mała wprowadziła go w paszczę lwa, nie powiedziała o co właściwie jej chodzi i postanowiła zdezerterować. Dobra, nie ma co się rozpraszać. Skoro jakoś się dostał do środka, to najważniejsze jest dorwać Sasuke. Potem go skopać, a później jakoś zwiać. A jak znajdzie smarkatą, to się dowie o co konkretnie chodzi i coś wykombinuje.
No może jednak… Powinien sprawdzić gdzie bachor zwiał. Jeszcze sobie coś zrobi i będzie miał go na sumieniu. A potem skopie Sasuke.
Obrócił się i wbił tępe spojrzenie w kamienną ścianę. Cóż… Wyglądała na dość… Rzeczywistą. Podszedł bliżej i niepewnie zastukał w materiał.
- Na mój łeb to to stoi tu naprawdę – mruknął do siebie, macając ścianę, w nadziei, że znajdzie jakiś włącznik, albo coś podobnego. Jednak po krótkiej chwili zrezygnował. Skoro z tamtej strony nie dał rady, to z tej też pewnie mu się nie uda…
Więc jak, psia mać, smarkata go przeprowadziła?!
Z całych sił naparł na przeszkodę. I nic.
Westchnął ciężko i obrócił się.
Korytarz był długi i słabo oświetlony. Jego koniec niknął gdzieś w ciemnościach.
Z braku laku powlókł się przed siebie. W końcu musiał znaleźć Sasuke!
- Coś ty zrobiła? – Głos Kyuubi’ego drżał od powstrzymywanej wściekłości .
Gobi rzuciła mu wyzywające spojrzenie, po czym wzruszyła ramionami. Na jej ustach błąkał się maniakalny uśmiech. Dopiero teraz można było zauważyć w jej oczach błysk szaleństwa i przerażenia zarazem.
- Widzisz… - zaczęła ochryple. Na jej czole pojawiły się kropelki potu. – Bo w życiu nawet demony mają swoje priorytety.
To bez sensu.
Naruto powstrzymał się od wywrzeszczenia swojej frustracji.
Krążył po korytarzach od co najmniej godziny i nie znalazł nic. Kompletnie. Ani Sasuke, ani kogoś do skopania. I wyjścia, jeżeli by się głębiej zastanowić.
Wyglądało na to, że miejsce w którym się znajdował było totalnie opuszczone.
Nie podobało mu się to.
Oparł się ciężko o ścianę. Nie za bardzo wiedział, co teraz powinien zrobić. I naprawdę zaczynał żałować, że nie ma z nim Kyu. A to oznaczało, że sytuacja zaczynała być kryzysowa.
Och, jakby miał chakre, to przynajmniej by coś rozwalił!
Z wściekłością trzasnął pięścią w kafelki. I odskoczył gwałtownie.
Jedna z nich, ta, w którą akurat trafił, zajarzyła się bladym światłem. Potem zrobiła to następna. I kolejna. Aż w końcu utworzyły dziwaczną ścieżkę, prowadzącą do… No chyba trzeba będzie to sprawdzić.
Naruto uśmiechnął się do siebie i podreptał rozświetlonym szlakiem.
- Posłałaś go w łapy Madary?! – Wrzasnęła Tsunade, gwałtownie wstając z krzesła. – Dlaczego?! Jak… Jak mogłaś?! Ty zdradziecka su…
- Też byś to zrobiła… - wyszeptała białowłosa. Jej wzrok błędnie krążył po pomieszczeniu. Najwyraźniej szukała drogi ucieczki. – Każdy by tak zrobił. Przecież każdy by tak zrobił…
- Dlaczego? – Kyuubi zmrużył groźnie oczy. Wyglądał nieco jak zwierze, szykujące się do ataku. – Więc powiedź nam, dlaczego żeś to zrobiła?
Uzumaki rozejrzał się dyskretnie na boki. Pusto.
Spojrzał przed siebię.
Świetlana ścieżka prowadziła, a i owszem, do drzwi.
Czarnych, masywnych drzwi. W dodatku okratowanych.
Westchnął ciężko. Zaczynał zdawać sobie powoli sprawę, że jego mały plan uratowania Sasuke był naprawdę kretyński. A najbardziej kretyńskie w nim było to, że poszedł sam. Chociażby z tego względu, że nie miał możliwości rozwalenia drzwi rassenganem.
To by było nieco żałosne... Jeżeli jego i Sasuke dzielą w tym momencie tylko te cholerne drzwi, a on ich nie otworzy... No chyba zrobi sobie coś drastycznego!
No nie, nie miał zamiaru się tak łatwo poddawać!
Zmrużył wściekle oczy, szarpnął za uchwyt i z ledwością powstrzymał się od okrzyku zdziwienia.
Drzwi ustąpiły. Zawiasy lekko skrzypnęły, a do ciemnego pomieszczenia wpadło nieco światła z korytarza. Naruto zerknął do środka, dalej będąc w małym szoku. Aż takiego szczęścia się nie spodziewał.
Pomieszczenie z pewnością było celą. Właściwie Uzumaki nie wiedział po czym to można było wywnioskować, ale był w stu procentach pewien, że się nie mylił. W każdym razie, cela ów, nie była oświetlona. Wsunął się więc do środka. Na szczęście jego umiejętności waleczne nie ucierpiały po stracie chary, tak więc jego wzrok błyskawicznie przyzwyczaił się do ciemności. Rozejrzał się uważnie. I zamarł.
W rogu dostrzegł skuloną postać.
I już po sekundzie był przy niej, szepcząc gorączkowo i odgarniając z czoła czarne włosy.
Ciemne oczy spojrzały na niego półprzytomnie. Tylko po to, aby po chwili ze ściśniętych warg wydobyło się warknięcie.
- Błagam, tylko nie ty…
Naruto skrzywił się widocznie, zanim odpowiedział. Fala ulgi i radości momentalnie zamieniła się w irytację. Skoro Sasuke dalej chciał dalej ciągnąć swoje przedstawienie, to niech mu będzie, tylko czy musiał akurat teraz, kiedy w każdej chwili Akatsuki mogło odgrodzić im jedyną drogę ucieczki?
- Też się cieszę, że cię widzę – sapnął. – I mam nadzieję, że cię po prostu naćpali czymś dziwnym i majaczysz, bo to nie było miłe. Powinieneś okazać mi nieco wdzięczności. W końcu poświęciłem swój własny prywatny czas, a to wcale nie…
- Uciekaj stąd – przerwał mu Uchiha, niezgrabnie próbując się podnieść. Najwyraźniej w niewygodnej pozycji spędził kilka godzin. I chyba naprawdę był pod wpływem czegoś dziwnego, bo wyglądało na to, że nie był w pełni kontrolować swoich ruchów. Nawet wymawianie poszczególnych słów sprawiało mu wyraźną trudność.
- Nie bądź kretynem…
- Nie, nie rozumiesz! Musisz…
- Och, zamknij się! – wrzasnął Uzumaki. – Nie denerwuj mnie, chodź, wynieśmy się stąd i wracajmy do do… Konohy! Będziesz mógł w spokoju ignorować moją egzystencję jeśli tylko chcesz, ale błagam, nie teraz kiedy, psia mać, musimy się stąd wydostać!
- Nie rozumiesz.
- I bardzo mnie to raduje – powiedział grobowym głosem, wstając z klęczek i z założonymi rękoma obserwując poczynania Sasuke. Właściwie to faktycznie nie miał pojęcia, dlaczego Uchiha tak, a nie inaczej zareagował na jego przybycie i starał się go pozbyć. – Ale możesz odłożyć swoje śmieszne urazy, czy co tam, na inny termin? Naprawdę chciałbym już stąd się ulotnić…
- Już, Naruto? – rozległ się za jego plecami zadowolony głos. – Przecież dopiero co przybyłeś…
Twarz pięcioogoniastej rozluźniła się nagle.
- Mojego życie. Muszę uratować – powiedziała czułym głosem. Na jej ustach pojawił się półprzytomny uśmiech.
Ręce Kyuubi’ego zacisnęły się boleśnie na jej ramionach, jednak do kobiety najwyraźniej nie dochodziły żadne bodźce zewnętrzne.
Oczy Lisa błysnęły złowrogo.
- Nie rób jej nic!
- Miło mi widzieć, że jesteś cały i zdrowy. No przynajmniej na razie.
Naruto przymknął mimowolnie oczy. Nie miał najmniejszej ochoty się obracać. Zamiast tego spojrzał z determinacją w oczach na Sasuke.
- Wszystko będzie dobrze – wyszeptał do niego, zaciskając pięści.
- Ależ oczywiście! – zakrzyknęła radośnie postać stojąca za jego plecami. – Brawa za pozytywne podejście do sprawy! Nie masz się czym martwić, nawet nie poczujesz straty mocy dziewięcioogoniastej bestii. No być może z tego względu, że już nie będziesz żyć.
Blondyn obrócił się gwałtownie. Cóż… Nie zaszkodzi porobić z siebie kretyna.
Wyszczerzył się radośnie.
- Madara! Cóż za niemiła niespodzianka! – zaświergolił i podrapał się w tył głowy. – Ale wiesz… Czeka cię malusie rozczarowanie. Chyba Kyuubi dziś nie zawita w twoje przeurocze progi.
- Nie bądź idiotą. – Głos przywódcy Akatsuki stracił swoją radosną barwę. – Nie masz najmniejszych szans się stąd wyrwać. A tak dobrze, oczywiście dla mnie, się złożyło, że przybyłeś tu sam.
- O, żeś dobrze to ujął! – stwierdził Naruto, z niemniejszą nutą optymizmu niż wcześniej. – Sam. Zupełnie sam! Samiusieńki.
- Co masz na myśli? – Madara zaczynał się powoli irytować.
- To co mówię. – Blondyn wyszczerzył się jeszcze szerzej. – Sam. BEZ Kyuubi’ego.
- Ona…
- Zamknij się – warknęła Tsunade. Zerwała się ze swojego krzesła i przyklękła przy Gobi. Chwyciła ją za rękę i spojrzała prosto w oczy.
- Co jest twoim życiem?
- Nie mam mocy Kyuubi’ego – powtórzył dosadnie. – Wyparowała. Znaczy dokładniej mówiąc, zmaterializowała się zaraz, no ale nie ma go we mnie. I obok. – paplał radośnie. – Prawdę mówiąc, nie mam pojęcia gdzie jest. I chyba nie wiele mnie to obchodzi, bo ryży burak nie chciał mi pomóc, cóż. Źle wytresowany został, ot co.
- Zamknij się wreszcie – charchot Sasuke rozległ się tuż za nim. – Na cholerę…
- Jeżeli dobrze rozumiem sytuację, to rzeczywiście mamy mały problem. – Madara nie wyglądał jednak na załamanego. Nagle zniknął. I pojawił się tuż za plecami półprzytomnego Sasuke, wykręcając mu ręce i przykładając kunai do szyi. – Ale przy odpowiedniej motywacji postarasz się go rozwiązać, czyż nie?
Naruto zamarł.
- Zostaw go – powiedział, usiłując się uspokoić.
- Hm? Nie. – Postać w masce zaśmiała się paskudnie. – Myślę, że nie. Dopóki, no nie wiem, nie sprowadzisz tu demona.
- Nie słuchaj go. – Głos Sasuke nie dodał mu otuchy. Wręcz przeciwnie.
„W co ja nas wpakowałem?” Pomyślał spanikowany, błyskawicznie analizując możliwe posunięcia. „Gdyby tak…”
Madara zacmokał niecierpliwie.
- Widzisz, Naruto. – Ostrze zostało dociśnięte do skóry Sasuke. – Bo my właściwie nie mamy za dużo czasu.
Po bladej szyi pociekło kilka czerwonych kropel.
Oczy blondyna rozszyły się gwałtownie. Oddech zamarł. I… Naruto stracił świadomość. Na jego szczęście, lub też nieszczęście, jego ciało nie.
- Ja… Ja…
Kyuubi gwałtownie uniósł głowę i wbił oczy w przestrzeń.
- Co… - zaczęła Tsunade niezadowolona.
- Ciii – przerwał jej demon. Zmarszczył czoło, jakby myśląc nad czymś intensywnie.
- Co jest? – warknęła Tsunade po dłużej chwili oczekiwania.
- No… Ups!
W gabinecie zaległa kompletna cisza.
Kyuubi zniknął.
niedziela, 13 listopada 2011
Rozdział II.VIII
Tu tu rum tu tuuum!
Witam serdecznie!
Po dość długiej nieobecności udało mi się wydziergać kolejną część ^ ^. Cóż… Mam mały niedobór czasu ostatnio… No ten, to nie marudzę, zapraszam do czytania i dziękuję za wszystkie komentarze :D
Mechalice: Ta, czuję nadejście grypy xD. Jeżu no nie nęć mnie tak takimi parami… Może faktyczni przydałaby mi się nieco zmiana klimatu… Nie! Nie, nie, nie-eee xD Znaczy się… Właściwie wiesz, że już miałam pewien zarys opowiadania? Ale jakoś tak wpadłam w studencką rutynę i za cholerę nie mogę sobie przypomnieć, o czym miało być.
I ja nie chcę nic mówić, ale październik już dawno za nami!
Ja już kiedyś wspominałam, że na ogół czuję się stworzeniem niedocenionym? xD Myzianie za uszami nieco podniesie mnie na duchu, jednak chyba niewystarczająco, jak na moje zakompleksienie.
Czekaj xD Bo się zgubiłam. Itachi jest z czerwca? xD Ja jestem z czerwca! xD Możemy uznać, że jestem wyjątkiem potwierdzającym regułę anormalności… Cieszę się, że mrohny, przygotowujący kakao i sylabowo odpowiadający Itaś wywołuje u Ciebie pozytywne emocje :D
O zacna ta moja literówka xD Ale lepiej ją poprawię…
*** *** *** *** *** *** ***
- Kyu! Kyu! Wyleniały pasożycie! Gdzie żeś się podział, jak cię potrzebuję?! Chodź tutaj, ty marna podróbko demona!
Naruto wywlekł się z kuchni, potykając się o własne nogi.
Był podekscytowany. Wszystko zaczęło się układać. W końcu! Sasuke go kochał, to było najważniejsze. Teraz musiał tylko wyratować tego cholernego drania i skopać mu cztery litery tak, że nie usiądzie przez tydzień. O nie, nie. Nie miał zamiaru rzucać mu się w ramiona. Uchiha będzie cierpiał katusze, zanim Naruto mu wybaczy. O ile w o ogóle mu wybaczy, no!
Rozumiał, że Sasuke chciał pomóc bratu. W jakiś pokręcony sposób naprawdę to zrozumiał. Ale, psia mać! Odrobiny zaufania, czy coś… Przecież mógł mu powiedzieć. Mogli razem wymyślić jakiś plan. Ale nie, książę Uchiha postanowił sam wszystko załatwić, w sposób co najmniej nieodpowiedzialny, wkurzający i bolesny…
- KYU!
- Czego?
Naruto zatrzymał się gwałtownie w drzwiach do pokoju Sakury. Przed nim roztaczał się widok nieco… Osobliwy.
Kyuubi siedział na podłodze z naciągniętą na głowę zawałą koców. Wokół niego porozrzucane były poduszki, które demon prawdopodobnie pozbierał z każdego kąta domu. I pełno jedzenia. Lis w dłoniach trzymał miskę, wypełniona po brzegi jakąś substancją. Najwyraźniej zupą. Licząc talerze, można było wywnioskować, że było to siódme danie, które rudzielec sobie zaserwował.
Naruto miał drobne podejrzenia, że w lodówce przyjaciółki nie ostał się żaden okruszek.
- Ty… - przerwał gwałtownie. Przymknął na chwilę oczy. – Hm… Co ty właściwie robisz?
- Nudzę się.
- To mógłby cię zainteresować fakt, że do domu… – umilkł ponownie. Kuźwa, nie mógł powiedzieć nic o Itachim. Nawet Kyuubi’emu. I właściwie to teraz za bardzo nie mógł wykombinować, jak przekazać dziewięcioogoniastamu, że ma zamiar…
- Wiem.
- Co?
- Wiem o Itachim.
- O – zaczął inteligentnie. Miło, przynajmniej nie musiał ściemniać. – Skąd? Nie, czekaj. Głupie pytanie. Ale, skoro wiedziałeś, że ukochany braciszek Sasuke złożył nam wizytę, to powiedz mi, o wszechpotężny demonie… Dlaczego, psia mać, żeś go nie pogonił?!
- A po co? – Demon rzucił mu zdziwione spojrzenie.
Dlatego Naruto nie lubił, jak lis przebywał po za jego ciałem w tak materialnej formie. Patrząc w czerwone oczyska miał wrażenie, że dziewięcioogoniasty wie wszystko. Było to dość dziwaczne odczucia. I niezmiernie wkurzające.
- Zastanówmy się… Może dlatego, że wcale nie chciałem z nim gadać?!
- I?
Naruto wzniósł oczy ku niebu.
- Kyu, ja wiem, że jesteś złośliwą bestią, ale od czasu do czasu mógłbyś nieco współpracować.
- Jakoś nie wydaje mi się, abyś żałował rozmowy. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że wyszła ci na dobre, bo nie wiem czy zauważyłeś, ale cały czas się uśmiechasz się kretyńsko.
Naruto zmienił wyraz twarzy.
- Nie, wciąż wyglądasz idiotycznie.
- A zamknij się. – Machnął na demona ręką. – Słuchaj, jest ważniejsza sprawa. Skoro…
- I tak przy okazji, widać ci majtki.
Naruto zgrzytnął zębami.
Ta rozmowa nie należała do udanych, z całą pewnością. I zapewne miało to coś wspólnego z tym, że za każdym razem, kiedy jego mózg wyprodukował jakąś konstruktywną myśl, to list ją skutecznie przerywał.
Obadał swój stan.
Cóż… Najwyraźniej wciąż biegał w stroju lekarza. Nieco niechlujnie zapiętym stroju lekarza. Westchnął cierpiętniczo i powlekł się do łazienki.
Chwilę później, już w mundurze jonina, stał przed Kyuubi’m, wlepiając w niego oskarżycielskie spojrzenie.
- No co? – rzucił lis, siorbiąc zupę. – Powinieneś być mi wdzięczny, że dbam nieco o twój wygląd.
- Ta, jasne – sapnał Narut, siadając naprzeciw niego. Wolał nie wspominać, że w poprzednim stroju zwiedził niemalże całą Konohe. Nie, żeby większość mieszkańców nie uważała go za dziwaka, ale starał się chociaż zachować pozory. A po dzisiejszym dniu już nie będzie miał złudzeń, że ktoś ujrzy w nim chociaż cień normalności. – W każdym razie, słuchaj…
- Jeżeli chcesz zacząć mówić o tym, o czym chcesz zacząć mówić, to możesz już skończyć.
- Eee? – Uzumaki nieco się pogubił.
- Nie zgadzam się – mruknął lis, odkładając pustą miskę i mocniej opatulił się jednym z koców.
- Czekaj! Ale na co? – Blondyn spojrzał na niego bez zrozumienia.
- Nie udawaj kretyna.
Tak szczerze, to Uzumaki wcale nie musiał udawać. Wbił w lisa spojrzenie pełne niezrozumienia.
Rudzielec westchnął, nieco teatralnie.
Jednym zgrabnym ruchem wstał, zrzucają przy okazji z siebie koc, a następnie znalazł się przy Naruto, w nieco irytujący sposób wlepiając czerwone ślepia w niebieskie tęczówki. Blondyn przełknął ciężko ślinę.
- Czyli wcale nie chciałeś ruszać na ratunek swojego kochasia?
Oj. Niedobrze.
- Um… Skoro już o tym wspominasz…
- Nie.
Naruto nadął policzki.
- Nie patrz tak na mnie. Nie dam ci się zabić, tylko dlatego, że najwyraźniej masz na to ochotę.
- O co ci znowu chodzi?! Przecież trzeba go tylko odbić od Madary, no ja pierdziele! Cykasz się, czy co? Nawet jeśli, to cię nawet o pomoc nie proszę. Łaski bez, sam sobie poradzę, pójdę tam i ich wszystkich…
- Co ich wszystkich? Zanudzisz na śmierć swoim jazgotem, co najwyżej, bo jakoś nie wyobrażam sobie, abyś bez chakry zdołał więcej zdziałać.
- Ja… - Zaciął się. Cholera, o tym faktycznie nie pomyślał.
Jakoś, kiedy tylko dowiedział się, że Sasuke znajduje się w łapach Akatsuki, niewiele czasu poświęcił nad rozmyślaniem o sobie. A najwyraźniej jego chakrowa niedyspozycja przeciągała się. Ale dlaczego? Przecież już wszystko było w porządku…
- Właśnie – palnął po chwili milczenia.
Kyuubi uniósł znacząco brew.
- Dlaczego ja właśnie, że nie mam? – wyartykułował nieskładnie blondyn, marszcząc gniewnie brwi. – No!
Kyuubi prychnął.
- No, że nie mam! Czemu nie mam chary, no! Jak to nie mam? Przecież już żem sobie poukładał w psychice wszystko, nie? Zabije Uchihe, później mu wybaczę, czy coś i będziemy żyli długo i szczęśliwie. No, Sasuke niekoniecznie, skoro mam zamiar rozczłonkować jego ciało, spopielić je następnie i z maniakalnym śmiechem na ustach rozsypać jego prochy, rozrzucając je garściami po wsi, podskakując radośnie niczym czerwony kapturek!
- Romantyczna wizja, nie ma co…
- Co to kuźwa ma być! – warknął blondyn bardziej do siebie, niż do Kyu. – Idę!
Obrócił się na pięcie i ruszył w kierunku wyjścia.
- Gdzie znowu leziesz? Mówiłem…
- Do Tsunade! – wrzasnął nieco skrzekliwie, nawet się nie obracając. Blond babsztyl będzie musiał mu co nieco wyjaśnić.
- Nie mam najmniejszego pojęcia.
Naruto zmarszczył brwi. Nie tego się spodziewał.
Przyjrzał się uważnie blondynce, która siedziała naprzeciw niego. Kobieta wyglądała, jakby chciała go jak najszybciej spławić.
- Słuchaj…
- Nie, to ty posłuchaj – przerwała mu gwałtownie. Położyła dłonie na blacie biurka i wychyliła się nieco do przodu, spoglądając na niebieskookiego wyzywająco. – Jak już powiedziałam, nie mam najmniejszego pojęcia, dlaczego nie odzyskałeś chakry. Myślałam, że rozmowa z Itachim pomoże. Może mu nie uwierzyłeś…
- Toć kurna mówię, że mu wierzę!
- A może – kontynuowała, ignorując wrzask Uzumakiego. – Nie chodziło wcale o Sasuke. Jest też opcja, że po prostu potrzebujesz porządnego kopa na rozpędzenie…
- Hej!
- I wcale nie żartuje. W każdym razie, nie mam teraz na to czasu.
- E, nie no! Czekaj! – Naruto zagrodził drogę kobiecie, która ruszyła w kierunku wyjścia. – Ja tu mam, jakby to powiedzieć, problem większego kalibru, a ty chcesz mnie zostawić?! No bez przesady!
- Wyobraź sobie, że też mam pewien problem.
Kobieta zdecydowanie odsunęła Uzumakiego i energicznym krokiem wyszła z pomieszczenia i przeszła przez korytarz. Naruto zgłupiał. A następnie poleciał za nią.
- Ej! – wydarł się, gdy tylko ujrzał jej plecy. – A co z Sasuke?!
Blondynka zatrzymała się. Obróciła się ku niebieskookiemu i bez żadnych większych emocji zapytała:
- A co ma być?
- No jak to?! – Błyskawicznie znalazł się przy niej. – Musimy go ratować!
- Fakt. Wypadałoby. – Raźnym krokiem ruszyła dalej.
- No więc?! – wydarł się blondyn, próbując ją dogonić. – Kiedy ruszamy? I z kim…
- Ruszacie? Chyba coś ci się namieszało dzieciaku.
- No ale…
- Jak ty to sobie niby wyobrażasz? – zapytała z wyraźną kpiną. – Nie masz chakty i chcesz wpakować się w łapy Madary? Inteligentnie, nie powiem. Zejdź na ziemię, idź na trening, czy coś. Dopóki nie odzyskasz mocy jesteś uziemiony. Wiem, że się cieszysz, więc możesz iść okazywać swoją radość gdzieś indziej. Jak już wspomniałam, jestem nieco zajęta.
- Ale Sasuke…
- Słuchaj, nie mam kogo po niego wysłać. Musimy poczekać. Kakashi i Yamato wracają niedługo z misji. Razem z Shikamaru ustalą plan działania i… No cóż, wyruszą, jak szczęście im dopisze. Nie ma co się spinać. Dopóki Itachi jest bezpieczny…
- Co mnie obchodzi Itachi! – wrzasnął wściekle, łapiąc Tsunade za ramię. Kobieta posłała mu zdziwione spojrzenie. – Co ja mam teraz robić?! Czekać?! Na co? No, na co?
- A jakie masz możliwości?
Zero. Zero jakiegokolwiek logicznego wyjścia.
Z jednej strony… Zgadzał się z Tsunade. Sasuke w jakiś pokręcony sposób był bezpieczny. W każdym razie, dopóki Itachi nie wpadnie w łapy Akatsuki. I może faktycznie, przydałby się jakiś plan działania. Jednakże…
No jak niby miał siedzieć spokojnie, wiedząc, że Uchiha jest więziony?!
Trzasnął pięścią w drewniany pal. I jęknął z frustracji.
Gdyby chociaż jedna życzliwa dusza zechciała mu pomóc jakoś wydostać się z wioski! A tak co?
Był obserwowany, to pewne.
Dzieciaki z akademii zapewnie miały niezły ubaw i dużego plusa u Hokage, za wykonanie tak niegodziwego zadania. Och, mógłby próbować zwiać, to jasne. I pewnie nawet by mu się to udało. Pomimo braku chakry, wciąż był mistrzem szybkiej ucieczki. W końcu, lata dziecięcej praktyki nie poszły na marne. Jednak studenci zaraz polecieliby na skargę do Tsunade i jakiś nieprzyjemny shinobi przytargałby go do wioski.
Niepotrzebna strata czasu.
Żeby chociaż mieć tycią cząstkę chakry, aby stworzyć jednego cholernego klona!
Trzasnął pięścią jeszcze raz.
W drewnie pojawiło się zgłębienie.
Westchnął i oparł czoło o pal.
Nie miał pojęcia co robić.
Coś musnęło jego szyję. Wzdrygnął się mimowolnie.
A następnie czyjeś palce delikatnie przysłoniły mu oczy.
- Wiesz… Myślę, że ja byłabym w stanie ci pomóc.
Tsunade była wściekła.
Jasna cholera, była Hokage! Hokage, psia mać! Szpitalne problemy nie powinny zaprzątać jej głowy, ma w końcu od tego wykwalifikowaną kadrę, ale nie! Musiała przecież mieć na tyle dziwnych pacjentów, że normalni ludzie sobie z nimi nie radzili.
I o dziwo, tym razem nie chodziło o Naruto.
Tsunade przycisnęła dłoń do twarzy.
- Chcecie mi powiedzieć, że daliście zwiać półprzytomnej kobiecie? – zapytała na pozór spokojnie.
Spojrzała z politowaniem na dwójkę stojących przed nią shonobi.
- Szanowna dobrze wie, że to demon! – odezwał się odważniejszy.
- Tak – przyznała. – Ale demon nie będący w pełni sił.
- To trza było samemu warować przy tym potworze – mruknął pod nosem jeden z chuninów.
Tsunade nie zareagowała na przytyk.
Zastanawiała się, gdzie mogła się podziać Gobi. I dlaczego właściwie zwiała ze szpitala.
Cóż… Najbardziej prawdopodobne było to, że demon udał się do jedynego miejsca, które znała, czyli domu Uzumakiego. Jeżeli tak, to nie ma się czym martwić… Chyba…
- Ty – wskazała na jednego z chłopaków. – Pójdziesz…
Urwała gwałtownie.
Do jej uszu zaczęły dochodzić niepokojące odgłosy.
Po chwili, do ciasnego gabineciku bezczelnie wpakowały się dwie osoby.
Naruto i Kyuubi.
- On mnie bije! – wydarł się blondyn, który właściwie został wciągnięty do pomieszczenia.
Kobieta machnięciem dłoni pogoniła dwóję młodych shinobi i z widoczną złością spojrzała na Uzumakiego.
- Widzę, że nie wywnioskowałeś z naszej wcześniejszej rozmowy, iż jestem zajęta – warknęła mrużąc groźnie oczy.
- To nie ja! – wrzasnął niebieskooki, próbując się wyrwać z uścisku lisiego demona. – To ten czub! Gorzej mu chyba, bo ma jakieś dziwne wkręty! Weź go sobie! Na eksperymenty, czy coś!
- Zamknij się, bo za siebie nie ręczę – warknął dziewięcioogoniasty i trzasnął blondyna w potylice. – Skończysz swoje gierki, czy mam je skończyć za ciebie?
- Możecie mi powiedzieć, dlaczego zajmujecie mój cenny czas?
- Ależ oczywiście. Ona ci to z chęcią wytłumaczy – zapewnił Kyuubi, wskazując na Naruto.
- Ona? – zapytała blondynka, unosząc znacząco brew. Przyjrzała się uważnie Uzumakiemu. No… Uzumaki, jak nic. Z wątpliwością spojrzała na lisa. Chyba ktoś tu miał gorączkę…
Dziewięcioogoniasty westchnął z irytacją.
Następnie pomarańczowa chakra oplotła zdezorientowanego chłopaka. Błysnęło, huknęło… I Nagle Uzumaki już wcale nie był Uzumakim.
Brew blondynki zadrgała gwałtownie.
Przed nią pojawiła się postać białowłosej, pięknej kobiety.
- Gobi – wysyczała przez zaciśnięte usta.
- Doberek! - Demon, który pojawił się na miejscu Naruto, był nad wyraz z siebie zadowolony. – Jak tam życie?
- Gobi – powtórzyła Tsunade. Gdyby tylko głos mógł zabijać…
- Hm? Widzę, że humor nie dopisuje, a taki ładny dzionek…
- Gobi – powiedziała Hokage po raz trzeci. Najwyraźniej siliła się na spokój. – Gdzie jest Naruto?
Po pomieszczeniu rozległ się perlisty śmiech.
Witam serdecznie!
Po dość długiej nieobecności udało mi się wydziergać kolejną część ^ ^. Cóż… Mam mały niedobór czasu ostatnio… No ten, to nie marudzę, zapraszam do czytania i dziękuję za wszystkie komentarze :D
Mechalice: Ta, czuję nadejście grypy xD. Jeżu no nie nęć mnie tak takimi parami… Może faktyczni przydałaby mi się nieco zmiana klimatu… Nie! Nie, nie, nie-eee xD Znaczy się… Właściwie wiesz, że już miałam pewien zarys opowiadania? Ale jakoś tak wpadłam w studencką rutynę i za cholerę nie mogę sobie przypomnieć, o czym miało być.
I ja nie chcę nic mówić, ale październik już dawno za nami!
Ja już kiedyś wspominałam, że na ogół czuję się stworzeniem niedocenionym? xD Myzianie za uszami nieco podniesie mnie na duchu, jednak chyba niewystarczająco, jak na moje zakompleksienie.
Czekaj xD Bo się zgubiłam. Itachi jest z czerwca? xD Ja jestem z czerwca! xD Możemy uznać, że jestem wyjątkiem potwierdzającym regułę anormalności… Cieszę się, że mrohny, przygotowujący kakao i sylabowo odpowiadający Itaś wywołuje u Ciebie pozytywne emocje :D
O zacna ta moja literówka xD Ale lepiej ją poprawię…
*** *** *** *** *** *** ***
- Kyu! Kyu! Wyleniały pasożycie! Gdzie żeś się podział, jak cię potrzebuję?! Chodź tutaj, ty marna podróbko demona!
Naruto wywlekł się z kuchni, potykając się o własne nogi.
Był podekscytowany. Wszystko zaczęło się układać. W końcu! Sasuke go kochał, to było najważniejsze. Teraz musiał tylko wyratować tego cholernego drania i skopać mu cztery litery tak, że nie usiądzie przez tydzień. O nie, nie. Nie miał zamiaru rzucać mu się w ramiona. Uchiha będzie cierpiał katusze, zanim Naruto mu wybaczy. O ile w o ogóle mu wybaczy, no!
Rozumiał, że Sasuke chciał pomóc bratu. W jakiś pokręcony sposób naprawdę to zrozumiał. Ale, psia mać! Odrobiny zaufania, czy coś… Przecież mógł mu powiedzieć. Mogli razem wymyślić jakiś plan. Ale nie, książę Uchiha postanowił sam wszystko załatwić, w sposób co najmniej nieodpowiedzialny, wkurzający i bolesny…
- KYU!
- Czego?
Naruto zatrzymał się gwałtownie w drzwiach do pokoju Sakury. Przed nim roztaczał się widok nieco… Osobliwy.
Kyuubi siedział na podłodze z naciągniętą na głowę zawałą koców. Wokół niego porozrzucane były poduszki, które demon prawdopodobnie pozbierał z każdego kąta domu. I pełno jedzenia. Lis w dłoniach trzymał miskę, wypełniona po brzegi jakąś substancją. Najwyraźniej zupą. Licząc talerze, można było wywnioskować, że było to siódme danie, które rudzielec sobie zaserwował.
Naruto miał drobne podejrzenia, że w lodówce przyjaciółki nie ostał się żaden okruszek.
- Ty… - przerwał gwałtownie. Przymknął na chwilę oczy. – Hm… Co ty właściwie robisz?
- Nudzę się.
- To mógłby cię zainteresować fakt, że do domu… – umilkł ponownie. Kuźwa, nie mógł powiedzieć nic o Itachim. Nawet Kyuubi’emu. I właściwie to teraz za bardzo nie mógł wykombinować, jak przekazać dziewięcioogoniastamu, że ma zamiar…
- Wiem.
- Co?
- Wiem o Itachim.
- O – zaczął inteligentnie. Miło, przynajmniej nie musiał ściemniać. – Skąd? Nie, czekaj. Głupie pytanie. Ale, skoro wiedziałeś, że ukochany braciszek Sasuke złożył nam wizytę, to powiedz mi, o wszechpotężny demonie… Dlaczego, psia mać, żeś go nie pogonił?!
- A po co? – Demon rzucił mu zdziwione spojrzenie.
Dlatego Naruto nie lubił, jak lis przebywał po za jego ciałem w tak materialnej formie. Patrząc w czerwone oczyska miał wrażenie, że dziewięcioogoniasty wie wszystko. Było to dość dziwaczne odczucia. I niezmiernie wkurzające.
- Zastanówmy się… Może dlatego, że wcale nie chciałem z nim gadać?!
- I?
Naruto wzniósł oczy ku niebu.
- Kyu, ja wiem, że jesteś złośliwą bestią, ale od czasu do czasu mógłbyś nieco współpracować.
- Jakoś nie wydaje mi się, abyś żałował rozmowy. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że wyszła ci na dobre, bo nie wiem czy zauważyłeś, ale cały czas się uśmiechasz się kretyńsko.
Naruto zmienił wyraz twarzy.
- Nie, wciąż wyglądasz idiotycznie.
- A zamknij się. – Machnął na demona ręką. – Słuchaj, jest ważniejsza sprawa. Skoro…
- I tak przy okazji, widać ci majtki.
Naruto zgrzytnął zębami.
Ta rozmowa nie należała do udanych, z całą pewnością. I zapewne miało to coś wspólnego z tym, że za każdym razem, kiedy jego mózg wyprodukował jakąś konstruktywną myśl, to list ją skutecznie przerywał.
Obadał swój stan.
Cóż… Najwyraźniej wciąż biegał w stroju lekarza. Nieco niechlujnie zapiętym stroju lekarza. Westchnął cierpiętniczo i powlekł się do łazienki.
Chwilę później, już w mundurze jonina, stał przed Kyuubi’m, wlepiając w niego oskarżycielskie spojrzenie.
- No co? – rzucił lis, siorbiąc zupę. – Powinieneś być mi wdzięczny, że dbam nieco o twój wygląd.
- Ta, jasne – sapnał Narut, siadając naprzeciw niego. Wolał nie wspominać, że w poprzednim stroju zwiedził niemalże całą Konohe. Nie, żeby większość mieszkańców nie uważała go za dziwaka, ale starał się chociaż zachować pozory. A po dzisiejszym dniu już nie będzie miał złudzeń, że ktoś ujrzy w nim chociaż cień normalności. – W każdym razie, słuchaj…
- Jeżeli chcesz zacząć mówić o tym, o czym chcesz zacząć mówić, to możesz już skończyć.
- Eee? – Uzumaki nieco się pogubił.
- Nie zgadzam się – mruknął lis, odkładając pustą miskę i mocniej opatulił się jednym z koców.
- Czekaj! Ale na co? – Blondyn spojrzał na niego bez zrozumienia.
- Nie udawaj kretyna.
Tak szczerze, to Uzumaki wcale nie musiał udawać. Wbił w lisa spojrzenie pełne niezrozumienia.
Rudzielec westchnął, nieco teatralnie.
Jednym zgrabnym ruchem wstał, zrzucają przy okazji z siebie koc, a następnie znalazł się przy Naruto, w nieco irytujący sposób wlepiając czerwone ślepia w niebieskie tęczówki. Blondyn przełknął ciężko ślinę.
- Czyli wcale nie chciałeś ruszać na ratunek swojego kochasia?
Oj. Niedobrze.
- Um… Skoro już o tym wspominasz…
- Nie.
Naruto nadął policzki.
- Nie patrz tak na mnie. Nie dam ci się zabić, tylko dlatego, że najwyraźniej masz na to ochotę.
- O co ci znowu chodzi?! Przecież trzeba go tylko odbić od Madary, no ja pierdziele! Cykasz się, czy co? Nawet jeśli, to cię nawet o pomoc nie proszę. Łaski bez, sam sobie poradzę, pójdę tam i ich wszystkich…
- Co ich wszystkich? Zanudzisz na śmierć swoim jazgotem, co najwyżej, bo jakoś nie wyobrażam sobie, abyś bez chakry zdołał więcej zdziałać.
- Ja… - Zaciął się. Cholera, o tym faktycznie nie pomyślał.
Jakoś, kiedy tylko dowiedział się, że Sasuke znajduje się w łapach Akatsuki, niewiele czasu poświęcił nad rozmyślaniem o sobie. A najwyraźniej jego chakrowa niedyspozycja przeciągała się. Ale dlaczego? Przecież już wszystko było w porządku…
- Właśnie – palnął po chwili milczenia.
Kyuubi uniósł znacząco brew.
- Dlaczego ja właśnie, że nie mam? – wyartykułował nieskładnie blondyn, marszcząc gniewnie brwi. – No!
Kyuubi prychnął.
- No, że nie mam! Czemu nie mam chary, no! Jak to nie mam? Przecież już żem sobie poukładał w psychice wszystko, nie? Zabije Uchihe, później mu wybaczę, czy coś i będziemy żyli długo i szczęśliwie. No, Sasuke niekoniecznie, skoro mam zamiar rozczłonkować jego ciało, spopielić je następnie i z maniakalnym śmiechem na ustach rozsypać jego prochy, rozrzucając je garściami po wsi, podskakując radośnie niczym czerwony kapturek!
- Romantyczna wizja, nie ma co…
- Co to kuźwa ma być! – warknął blondyn bardziej do siebie, niż do Kyu. – Idę!
Obrócił się na pięcie i ruszył w kierunku wyjścia.
- Gdzie znowu leziesz? Mówiłem…
- Do Tsunade! – wrzasnął nieco skrzekliwie, nawet się nie obracając. Blond babsztyl będzie musiał mu co nieco wyjaśnić.
- Nie mam najmniejszego pojęcia.
Naruto zmarszczył brwi. Nie tego się spodziewał.
Przyjrzał się uważnie blondynce, która siedziała naprzeciw niego. Kobieta wyglądała, jakby chciała go jak najszybciej spławić.
- Słuchaj…
- Nie, to ty posłuchaj – przerwała mu gwałtownie. Położyła dłonie na blacie biurka i wychyliła się nieco do przodu, spoglądając na niebieskookiego wyzywająco. – Jak już powiedziałam, nie mam najmniejszego pojęcia, dlaczego nie odzyskałeś chakry. Myślałam, że rozmowa z Itachim pomoże. Może mu nie uwierzyłeś…
- Toć kurna mówię, że mu wierzę!
- A może – kontynuowała, ignorując wrzask Uzumakiego. – Nie chodziło wcale o Sasuke. Jest też opcja, że po prostu potrzebujesz porządnego kopa na rozpędzenie…
- Hej!
- I wcale nie żartuje. W każdym razie, nie mam teraz na to czasu.
- E, nie no! Czekaj! – Naruto zagrodził drogę kobiecie, która ruszyła w kierunku wyjścia. – Ja tu mam, jakby to powiedzieć, problem większego kalibru, a ty chcesz mnie zostawić?! No bez przesady!
- Wyobraź sobie, że też mam pewien problem.
Kobieta zdecydowanie odsunęła Uzumakiego i energicznym krokiem wyszła z pomieszczenia i przeszła przez korytarz. Naruto zgłupiał. A następnie poleciał za nią.
- Ej! – wydarł się, gdy tylko ujrzał jej plecy. – A co z Sasuke?!
Blondynka zatrzymała się. Obróciła się ku niebieskookiemu i bez żadnych większych emocji zapytała:
- A co ma być?
- No jak to?! – Błyskawicznie znalazł się przy niej. – Musimy go ratować!
- Fakt. Wypadałoby. – Raźnym krokiem ruszyła dalej.
- No więc?! – wydarł się blondyn, próbując ją dogonić. – Kiedy ruszamy? I z kim…
- Ruszacie? Chyba coś ci się namieszało dzieciaku.
- No ale…
- Jak ty to sobie niby wyobrażasz? – zapytała z wyraźną kpiną. – Nie masz chakty i chcesz wpakować się w łapy Madary? Inteligentnie, nie powiem. Zejdź na ziemię, idź na trening, czy coś. Dopóki nie odzyskasz mocy jesteś uziemiony. Wiem, że się cieszysz, więc możesz iść okazywać swoją radość gdzieś indziej. Jak już wspomniałam, jestem nieco zajęta.
- Ale Sasuke…
- Słuchaj, nie mam kogo po niego wysłać. Musimy poczekać. Kakashi i Yamato wracają niedługo z misji. Razem z Shikamaru ustalą plan działania i… No cóż, wyruszą, jak szczęście im dopisze. Nie ma co się spinać. Dopóki Itachi jest bezpieczny…
- Co mnie obchodzi Itachi! – wrzasnął wściekle, łapiąc Tsunade za ramię. Kobieta posłała mu zdziwione spojrzenie. – Co ja mam teraz robić?! Czekać?! Na co? No, na co?
- A jakie masz możliwości?
Zero. Zero jakiegokolwiek logicznego wyjścia.
Z jednej strony… Zgadzał się z Tsunade. Sasuke w jakiś pokręcony sposób był bezpieczny. W każdym razie, dopóki Itachi nie wpadnie w łapy Akatsuki. I może faktycznie, przydałby się jakiś plan działania. Jednakże…
No jak niby miał siedzieć spokojnie, wiedząc, że Uchiha jest więziony?!
Trzasnął pięścią w drewniany pal. I jęknął z frustracji.
Gdyby chociaż jedna życzliwa dusza zechciała mu pomóc jakoś wydostać się z wioski! A tak co?
Był obserwowany, to pewne.
Dzieciaki z akademii zapewnie miały niezły ubaw i dużego plusa u Hokage, za wykonanie tak niegodziwego zadania. Och, mógłby próbować zwiać, to jasne. I pewnie nawet by mu się to udało. Pomimo braku chakry, wciąż był mistrzem szybkiej ucieczki. W końcu, lata dziecięcej praktyki nie poszły na marne. Jednak studenci zaraz polecieliby na skargę do Tsunade i jakiś nieprzyjemny shinobi przytargałby go do wioski.
Niepotrzebna strata czasu.
Żeby chociaż mieć tycią cząstkę chakry, aby stworzyć jednego cholernego klona!
Trzasnął pięścią jeszcze raz.
W drewnie pojawiło się zgłębienie.
Westchnął i oparł czoło o pal.
Nie miał pojęcia co robić.
Coś musnęło jego szyję. Wzdrygnął się mimowolnie.
A następnie czyjeś palce delikatnie przysłoniły mu oczy.
- Wiesz… Myślę, że ja byłabym w stanie ci pomóc.
Tsunade była wściekła.
Jasna cholera, była Hokage! Hokage, psia mać! Szpitalne problemy nie powinny zaprzątać jej głowy, ma w końcu od tego wykwalifikowaną kadrę, ale nie! Musiała przecież mieć na tyle dziwnych pacjentów, że normalni ludzie sobie z nimi nie radzili.
I o dziwo, tym razem nie chodziło o Naruto.
Tsunade przycisnęła dłoń do twarzy.
- Chcecie mi powiedzieć, że daliście zwiać półprzytomnej kobiecie? – zapytała na pozór spokojnie.
Spojrzała z politowaniem na dwójkę stojących przed nią shonobi.
- Szanowna dobrze wie, że to demon! – odezwał się odważniejszy.
- Tak – przyznała. – Ale demon nie będący w pełni sił.
- To trza było samemu warować przy tym potworze – mruknął pod nosem jeden z chuninów.
Tsunade nie zareagowała na przytyk.
Zastanawiała się, gdzie mogła się podziać Gobi. I dlaczego właściwie zwiała ze szpitala.
Cóż… Najbardziej prawdopodobne było to, że demon udał się do jedynego miejsca, które znała, czyli domu Uzumakiego. Jeżeli tak, to nie ma się czym martwić… Chyba…
- Ty – wskazała na jednego z chłopaków. – Pójdziesz…
Urwała gwałtownie.
Do jej uszu zaczęły dochodzić niepokojące odgłosy.
Po chwili, do ciasnego gabineciku bezczelnie wpakowały się dwie osoby.
Naruto i Kyuubi.
- On mnie bije! – wydarł się blondyn, który właściwie został wciągnięty do pomieszczenia.
Kobieta machnięciem dłoni pogoniła dwóję młodych shinobi i z widoczną złością spojrzała na Uzumakiego.
- Widzę, że nie wywnioskowałeś z naszej wcześniejszej rozmowy, iż jestem zajęta – warknęła mrużąc groźnie oczy.
- To nie ja! – wrzasnął niebieskooki, próbując się wyrwać z uścisku lisiego demona. – To ten czub! Gorzej mu chyba, bo ma jakieś dziwne wkręty! Weź go sobie! Na eksperymenty, czy coś!
- Zamknij się, bo za siebie nie ręczę – warknął dziewięcioogoniasty i trzasnął blondyna w potylice. – Skończysz swoje gierki, czy mam je skończyć za ciebie?
- Możecie mi powiedzieć, dlaczego zajmujecie mój cenny czas?
- Ależ oczywiście. Ona ci to z chęcią wytłumaczy – zapewnił Kyuubi, wskazując na Naruto.
- Ona? – zapytała blondynka, unosząc znacząco brew. Przyjrzała się uważnie Uzumakiemu. No… Uzumaki, jak nic. Z wątpliwością spojrzała na lisa. Chyba ktoś tu miał gorączkę…
Dziewięcioogoniasty westchnął z irytacją.
Następnie pomarańczowa chakra oplotła zdezorientowanego chłopaka. Błysnęło, huknęło… I Nagle Uzumaki już wcale nie był Uzumakim.
Brew blondynki zadrgała gwałtownie.
Przed nią pojawiła się postać białowłosej, pięknej kobiety.
- Gobi – wysyczała przez zaciśnięte usta.
- Doberek! - Demon, który pojawił się na miejscu Naruto, był nad wyraz z siebie zadowolony. – Jak tam życie?
- Gobi – powtórzyła Tsunade. Gdyby tylko głos mógł zabijać…
- Hm? Widzę, że humor nie dopisuje, a taki ładny dzionek…
- Gobi – powiedziała Hokage po raz trzeci. Najwyraźniej siliła się na spokój. – Gdzie jest Naruto?
Po pomieszczeniu rozległ się perlisty śmiech.
sobota, 15 października 2011
Od Irdine słów kilka :D
Cóż... Zapraszam na nowego bloga http://irdine-opowiadania.blogspot.com/, wszystko wyjaśnione w pierwszym poście ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)