niedziela, 13 listopada 2011

Rozdział II.VIII

Tu tu rum tu tuuum!
Witam serdecznie!
Po dość długiej nieobecności udało mi się wydziergać kolejną część ^ ^. Cóż… Mam mały niedobór czasu ostatnio… No ten, to nie marudzę, zapraszam do czytania i dziękuję za wszystkie komentarze :D

Mechalice: Ta, czuję nadejście grypy xD. Jeżu no nie nęć mnie tak takimi parami… Może faktyczni przydałaby mi się nieco zmiana klimatu… Nie! Nie, nie, nie-eee xD Znaczy się… Właściwie wiesz, że już miałam pewien zarys opowiadania? Ale jakoś tak wpadłam w studencką rutynę i za cholerę nie mogę sobie przypomnieć, o czym miało być.
I ja nie chcę nic mówić, ale październik już dawno za nami!
Ja już kiedyś wspominałam, że na ogół czuję się stworzeniem niedocenionym? xD Myzianie za uszami nieco podniesie mnie na duchu, jednak chyba niewystarczająco, jak na moje zakompleksienie.
Czekaj xD Bo się zgubiłam. Itachi jest z czerwca? xD Ja jestem z czerwca! xD Możemy uznać, że jestem wyjątkiem potwierdzającym regułę anormalności… Cieszę się, że mrohny, przygotowujący kakao i sylabowo odpowiadający Itaś wywołuje u Ciebie pozytywne emocje :D
O zacna ta moja literówka xD Ale lepiej ją poprawię…

*** *** *** *** *** *** ***

- Kyu! Kyu! Wyleniały pasożycie! Gdzie żeś się podział, jak cię potrzebuję?! Chodź tutaj, ty marna podróbko demona!
Naruto wywlekł się z kuchni, potykając się o własne nogi.
Był podekscytowany. Wszystko zaczęło się układać. W końcu! Sasuke go kochał, to było najważniejsze. Teraz musiał tylko wyratować tego cholernego drania i skopać mu cztery litery tak, że nie usiądzie przez tydzień. O nie, nie. Nie miał zamiaru rzucać mu się w ramiona. Uchiha będzie cierpiał katusze, zanim Naruto mu wybaczy. O ile w o ogóle mu wybaczy, no!
Rozumiał, że Sasuke chciał pomóc bratu. W jakiś pokręcony sposób naprawdę to zrozumiał. Ale, psia mać! Odrobiny zaufania, czy coś… Przecież mógł mu powiedzieć. Mogli razem wymyślić jakiś plan. Ale nie, książę Uchiha postanowił sam wszystko załatwić, w sposób co najmniej nieodpowiedzialny, wkurzający i bolesny…
- KYU!
- Czego?
Naruto zatrzymał się gwałtownie w drzwiach do pokoju Sakury. Przed nim roztaczał się widok nieco… Osobliwy.
Kyuubi siedział na podłodze z naciągniętą na głowę zawałą koców. Wokół niego porozrzucane były poduszki, które demon prawdopodobnie pozbierał z każdego kąta domu. I pełno jedzenia. Lis w dłoniach trzymał miskę, wypełniona po brzegi jakąś substancją. Najwyraźniej zupą. Licząc talerze, można było wywnioskować, że było to siódme danie, które rudzielec sobie zaserwował.
Naruto miał drobne podejrzenia, że w lodówce przyjaciółki nie ostał się żaden okruszek.
- Ty… - przerwał gwałtownie. Przymknął na chwilę oczy. – Hm… Co ty właściwie robisz?
- Nudzę się.
- To mógłby cię zainteresować fakt, że do domu… – umilkł ponownie. Kuźwa, nie mógł powiedzieć nic o Itachim. Nawet Kyuubi’emu. I właściwie to teraz za bardzo nie mógł wykombinować, jak przekazać dziewięcioogoniastamu, że ma zamiar…
- Wiem.
- Co?
- Wiem o Itachim.
- O – zaczął inteligentnie. Miło, przynajmniej nie musiał ściemniać. – Skąd? Nie, czekaj. Głupie pytanie. Ale, skoro wiedziałeś, że ukochany braciszek Sasuke złożył nam wizytę, to powiedz mi, o wszechpotężny demonie… Dlaczego, psia mać, żeś go nie pogonił?!
- A po co? – Demon rzucił mu zdziwione spojrzenie.
Dlatego Naruto nie lubił, jak lis przebywał po za jego ciałem w tak materialnej formie. Patrząc w czerwone oczyska miał wrażenie, że dziewięcioogoniasty wie wszystko. Było to dość dziwaczne odczucia. I niezmiernie wkurzające.
- Zastanówmy się… Może dlatego, że wcale nie chciałem z nim gadać?!
- I?
Naruto wzniósł oczy ku niebu.
- Kyu, ja wiem, że jesteś złośliwą bestią, ale od czasu do czasu mógłbyś nieco współpracować.
- Jakoś nie wydaje mi się, abyś żałował rozmowy. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że wyszła ci na dobre, bo nie wiem czy zauważyłeś, ale cały czas się uśmiechasz się kretyńsko.
Naruto zmienił wyraz twarzy.
- Nie, wciąż wyglądasz idiotycznie.
- A zamknij się. – Machnął na demona ręką. – Słuchaj, jest ważniejsza sprawa. Skoro…
- I tak przy okazji, widać ci majtki.
Naruto zgrzytnął zębami.
Ta rozmowa nie należała do udanych, z całą pewnością. I zapewne miało to coś wspólnego z tym, że za każdym razem, kiedy jego mózg wyprodukował jakąś konstruktywną myśl, to list ją skutecznie przerywał.
Obadał swój stan.
Cóż… Najwyraźniej wciąż biegał w stroju lekarza. Nieco niechlujnie zapiętym stroju lekarza. Westchnął cierpiętniczo i powlekł się do łazienki.
Chwilę później, już w mundurze jonina, stał przed Kyuubi’m, wlepiając w niego oskarżycielskie spojrzenie.
- No co? – rzucił lis, siorbiąc zupę. – Powinieneś być mi wdzięczny, że dbam nieco o twój wygląd.
- Ta, jasne – sapnał Narut, siadając naprzeciw niego. Wolał nie wspominać, że w poprzednim stroju zwiedził niemalże całą Konohe. Nie, żeby większość mieszkańców nie uważała go za dziwaka, ale starał się chociaż zachować pozory. A po dzisiejszym dniu już nie będzie miał złudzeń, że ktoś ujrzy w nim chociaż cień normalności. – W każdym razie, słuchaj…
- Jeżeli chcesz zacząć mówić o tym, o czym chcesz zacząć mówić, to możesz już skończyć.
- Eee? – Uzumaki nieco się pogubił.
- Nie zgadzam się – mruknął lis, odkładając pustą miskę i mocniej opatulił się jednym z koców.
- Czekaj! Ale na co? – Blondyn spojrzał na niego bez zrozumienia.
- Nie udawaj kretyna.
Tak szczerze, to Uzumaki wcale nie musiał udawać. Wbił w lisa spojrzenie pełne niezrozumienia.
Rudzielec westchnął, nieco teatralnie.
Jednym zgrabnym ruchem wstał, zrzucają przy okazji z siebie koc, a następnie znalazł się przy Naruto, w nieco irytujący sposób wlepiając czerwone ślepia w niebieskie tęczówki. Blondyn przełknął ciężko ślinę.
- Czyli wcale nie chciałeś ruszać na ratunek swojego kochasia?
Oj. Niedobrze.
- Um… Skoro już o tym wspominasz…
- Nie.
Naruto nadął policzki.
- Nie patrz tak na mnie. Nie dam ci się zabić, tylko dlatego, że najwyraźniej masz na to ochotę.
- O co ci znowu chodzi?! Przecież trzeba go tylko odbić od Madary, no ja pierdziele! Cykasz się, czy co? Nawet jeśli, to cię nawet o pomoc nie proszę. Łaski bez, sam sobie poradzę, pójdę tam i ich wszystkich…
- Co ich wszystkich? Zanudzisz na śmierć swoim jazgotem, co najwyżej, bo jakoś nie wyobrażam sobie, abyś bez chakry zdołał więcej zdziałać.
- Ja… - Zaciął się. Cholera, o tym faktycznie nie pomyślał.
Jakoś, kiedy tylko dowiedział się, że Sasuke znajduje się w łapach Akatsuki, niewiele czasu poświęcił nad rozmyślaniem o sobie. A najwyraźniej jego chakrowa niedyspozycja przeciągała się. Ale dlaczego? Przecież już wszystko było w porządku…
- Właśnie – palnął po chwili milczenia.
Kyuubi uniósł znacząco brew.
- Dlaczego ja właśnie, że nie mam? – wyartykułował nieskładnie blondyn, marszcząc gniewnie brwi. – No!
Kyuubi prychnął.
- No, że nie mam! Czemu nie mam chary, no! Jak to nie mam? Przecież już żem sobie poukładał w psychice wszystko, nie? Zabije Uchihe, później mu wybaczę, czy coś i będziemy żyli długo i szczęśliwie. No, Sasuke niekoniecznie, skoro mam zamiar rozczłonkować jego ciało, spopielić je następnie i z maniakalnym śmiechem na ustach rozsypać jego prochy, rozrzucając je garściami po wsi, podskakując radośnie niczym czerwony kapturek!
- Romantyczna wizja, nie ma co…
- Co to kuźwa ma być! – warknął blondyn bardziej do siebie, niż do Kyu. – Idę!
Obrócił się na pięcie i ruszył w kierunku wyjścia.
- Gdzie znowu leziesz? Mówiłem…
- Do Tsunade! – wrzasnął nieco skrzekliwie, nawet się nie obracając. Blond babsztyl będzie musiał mu co nieco wyjaśnić.

- Nie mam najmniejszego pojęcia.
Naruto zmarszczył brwi. Nie tego się spodziewał.
Przyjrzał się uważnie blondynce, która siedziała naprzeciw niego. Kobieta wyglądała, jakby chciała go jak najszybciej spławić.
- Słuchaj…
- Nie, to ty posłuchaj – przerwała mu gwałtownie. Położyła dłonie na blacie biurka i wychyliła się nieco do przodu, spoglądając na niebieskookiego wyzywająco. – Jak już powiedziałam, nie mam najmniejszego pojęcia, dlaczego nie odzyskałeś chakry. Myślałam, że rozmowa z Itachim pomoże. Może mu nie uwierzyłeś…
- Toć kurna mówię, że mu wierzę!
- A może – kontynuowała, ignorując wrzask Uzumakiego. – Nie chodziło wcale o Sasuke. Jest też opcja, że po prostu potrzebujesz porządnego kopa na rozpędzenie…
- Hej!
- I wcale nie żartuje. W każdym razie, nie mam teraz na to czasu.
- E, nie no! Czekaj! – Naruto zagrodził drogę kobiecie, która ruszyła w kierunku wyjścia. – Ja tu mam, jakby to powiedzieć, problem większego kalibru, a ty chcesz mnie zostawić?! No bez przesady!
- Wyobraź sobie, że też mam pewien problem.
Kobieta zdecydowanie odsunęła Uzumakiego i energicznym krokiem wyszła z pomieszczenia i przeszła przez korytarz. Naruto zgłupiał. A następnie poleciał za nią.
- Ej! – wydarł się, gdy tylko ujrzał jej plecy. – A co z Sasuke?!
Blondynka zatrzymała się. Obróciła się ku niebieskookiemu i bez żadnych większych emocji zapytała:
- A co ma być?
- No jak to?! – Błyskawicznie znalazł się przy niej. – Musimy go ratować!
- Fakt. Wypadałoby. – Raźnym krokiem ruszyła dalej.
- No więc?! – wydarł się blondyn, próbując ją dogonić. – Kiedy ruszamy? I z kim…
- Ruszacie? Chyba coś ci się namieszało dzieciaku.
- No ale…
- Jak ty to sobie niby wyobrażasz? – zapytała z wyraźną kpiną. – Nie masz chakty i chcesz wpakować się w łapy Madary? Inteligentnie, nie powiem. Zejdź na ziemię, idź na trening, czy coś. Dopóki nie odzyskasz mocy jesteś uziemiony. Wiem, że się cieszysz, więc możesz iść okazywać swoją radość gdzieś indziej. Jak już wspomniałam, jestem nieco zajęta.
- Ale Sasuke…
- Słuchaj, nie mam kogo po niego wysłać. Musimy poczekać. Kakashi i Yamato wracają niedługo z misji. Razem z Shikamaru ustalą plan działania i… No cóż, wyruszą, jak szczęście im dopisze. Nie ma co się spinać. Dopóki Itachi jest bezpieczny…
- Co mnie obchodzi Itachi! – wrzasnął wściekle, łapiąc Tsunade za ramię. Kobieta posłała mu zdziwione spojrzenie. – Co ja mam teraz robić?! Czekać?! Na co? No, na co?
- A jakie masz możliwości?

Zero. Zero jakiegokolwiek logicznego wyjścia.
Z jednej strony… Zgadzał się z Tsunade. Sasuke w jakiś pokręcony sposób był bezpieczny. W każdym razie, dopóki Itachi nie wpadnie w łapy Akatsuki. I może faktycznie, przydałby się jakiś plan działania. Jednakże…
No jak niby miał siedzieć spokojnie, wiedząc, że Uchiha jest więziony?!
Trzasnął pięścią w drewniany pal. I jęknął z frustracji.
Gdyby chociaż jedna życzliwa dusza zechciała mu pomóc jakoś wydostać się z wioski! A tak co?
Był obserwowany, to pewne.
Dzieciaki z akademii zapewnie miały niezły ubaw i dużego plusa u Hokage, za wykonanie tak niegodziwego zadania. Och, mógłby próbować zwiać, to jasne. I pewnie nawet by mu się to udało. Pomimo braku chakry, wciąż był mistrzem szybkiej ucieczki. W końcu, lata dziecięcej praktyki nie poszły na marne. Jednak studenci zaraz polecieliby na skargę do Tsunade i jakiś nieprzyjemny shinobi przytargałby go do wioski.
Niepotrzebna strata czasu.
Żeby chociaż mieć tycią cząstkę chakry, aby stworzyć jednego cholernego klona!
Trzasnął pięścią jeszcze raz.
W drewnie pojawiło się zgłębienie.
Westchnął i oparł czoło o pal.
Nie miał pojęcia co robić.
Coś musnęło jego szyję. Wzdrygnął się mimowolnie.
A następnie czyjeś palce delikatnie przysłoniły mu oczy.
- Wiesz… Myślę, że ja byłabym w stanie ci pomóc.

Tsunade była wściekła.
Jasna cholera, była Hokage! Hokage, psia mać! Szpitalne problemy nie powinny zaprzątać jej głowy, ma w końcu od tego wykwalifikowaną kadrę, ale nie! Musiała przecież mieć na tyle dziwnych pacjentów, że normalni ludzie sobie z nimi nie radzili.
I o dziwo, tym razem nie chodziło o Naruto.
Tsunade przycisnęła dłoń do twarzy.
- Chcecie mi powiedzieć, że daliście zwiać półprzytomnej kobiecie? – zapytała na pozór spokojnie.
Spojrzała z politowaniem na dwójkę stojących przed nią shonobi.
- Szanowna dobrze wie, że to demon! – odezwał się odważniejszy.
- Tak – przyznała. – Ale demon nie będący w pełni sił.
- To trza było samemu warować przy tym potworze – mruknął pod nosem jeden z chuninów.
Tsunade nie zareagowała na przytyk.
Zastanawiała się, gdzie mogła się podziać Gobi. I dlaczego właściwie zwiała ze szpitala.
Cóż… Najbardziej prawdopodobne było to, że demon udał się do jedynego miejsca, które znała, czyli domu Uzumakiego. Jeżeli tak, to nie ma się czym martwić… Chyba…
- Ty – wskazała na jednego z chłopaków. – Pójdziesz…
Urwała gwałtownie.
Do jej uszu zaczęły dochodzić niepokojące odgłosy.
Po chwili, do ciasnego gabineciku bezczelnie wpakowały się dwie osoby.
Naruto i Kyuubi.
- On mnie bije! – wydarł się blondyn, który właściwie został wciągnięty do pomieszczenia.
Kobieta machnięciem dłoni pogoniła dwóję młodych shinobi i z widoczną złością spojrzała na Uzumakiego.
- Widzę, że nie wywnioskowałeś z naszej wcześniejszej rozmowy, iż jestem zajęta – warknęła mrużąc groźnie oczy.
- To nie ja! – wrzasnął niebieskooki, próbując się wyrwać z uścisku lisiego demona. – To ten czub! Gorzej mu chyba, bo ma jakieś dziwne wkręty! Weź go sobie! Na eksperymenty, czy coś!
- Zamknij się, bo za siebie nie ręczę – warknął dziewięcioogoniasty i trzasnął blondyna w potylice. – Skończysz swoje gierki, czy mam je skończyć za ciebie?
- Możecie mi powiedzieć, dlaczego zajmujecie mój cenny czas?
- Ależ oczywiście. Ona ci to z chęcią wytłumaczy – zapewnił Kyuubi, wskazując na Naruto.
- Ona? – zapytała blondynka, unosząc znacząco brew. Przyjrzała się uważnie Uzumakiemu. No… Uzumaki, jak nic. Z wątpliwością spojrzała na lisa. Chyba ktoś tu miał gorączkę…
Dziewięcioogoniasty westchnął z irytacją.
Następnie pomarańczowa chakra oplotła zdezorientowanego chłopaka. Błysnęło, huknęło… I Nagle Uzumaki już wcale nie był Uzumakim.
Brew blondynki zadrgała gwałtownie.
Przed nią pojawiła się postać białowłosej, pięknej kobiety.
- Gobi – wysyczała przez zaciśnięte usta.
- Doberek! - Demon, który pojawił się na miejscu Naruto, był nad wyraz z siebie zadowolony. – Jak tam życie?
- Gobi – powtórzyła Tsunade. Gdyby tylko głos mógł zabijać…
- Hm? Widzę, że humor nie dopisuje, a taki ładny dzionek…
- Gobi – powiedziała Hokage po raz trzeci. Najwyraźniej siliła się na spokój. – Gdzie jest Naruto?
Po pomieszczeniu rozległ się perlisty śmiech.

sobota, 15 października 2011

Od Irdine słów kilka :D

Cóż... Zapraszam na nowego bloga http://irdine-opowiadania.blogspot.com/, wszystko wyjaśnione w pierwszym poście ;)

poniedziałek, 10 października 2011

Rozdział II.VII

Suprise?
Niach, niach, niach xD Najwyraźniej studia działają na mnie wenotwórczo xD. Pisanie opowiadania jest chyba dla mnie milszą perspektywą, niż robienie dziwacznych zadań. No i odkryłam w sobie jeszcze większy antytalent do rysowania niż zwykle ^ ^.

Mechalice: Córo ma... Jak ja Ci odwale NejiSasu to Ci się tej pary do końca życia odechce xD. Hm... Chociaż... Jakbym się doczekała pewnej sałatowej kontynuacji, to wizja NejiSasu mogłaby się okazać nieco kusząca xD.
Król Julian jest oposem? xD
A wiesz, po tym rozdziale władowałam się w taki mętlik, że właściwie nie wiem, co chcę z nim zrobić :P Wyjdzie w praniu, jak zwykle zresztą xD
Serio, wychodzi mi to dopychanie do kanonu? Bo tak lawiruje między wszystkim, że sama nie ogarniam. Ha, teraz to dopiero będę musiała akrobacje robić, żeby wyjść jakoś logicznie na finisz xD.

Maxii: O z tymi majtami to faktycznie pominęłam xD Aleee, że opowiadania końca nie widzę, to może się jakoś wywinę jeszcze z tego xD.

Cóóóż, to tyle, jeszcze pet, mocna kawa i można się zabrać za jakiś projekt na jutro, czy coś xD. Dziękuję za komentarze i zapraszam na koleją część ^ ^.



*** *** *** *** *** *** ***

Oczy Naruto rozszerzyły się gwałtownie.
Dotyk znikną, szept rozległ się nieco z boku.
Nagle patrzył na scenę z zupełnie innej perspektywy. Jakby oglądał film ze swojego własnego życia.
Pamiętał ten dzień.

Wyrwał się z uścisku, cofnął kilka kroków i efektownie wychrzanił się o drewniany próg.
„Piękny popis mych nieprzeciętnych umiejętności.” Pomyślał ironicznie. Jednak nie miał za dużo czasu, aby roztkliwiać się nad tą kwestią.
- Co ty tu robisz? Ba, jak ty tu robisz?! Znaczy się… JAKŻEŚ SIĘ TU DOSTAŁ?!


To było… Po jednej z walk z Orochimaru. Po tym, jak wrócił do domu… Sasuke czekał na niego w mieszkaniu. Miał klucz. Znaczy się, miał krew Naruto, którą wcześniej pobrała Sakura. A właśnie, miał ją za to zabić…

Wstał, nie spuszczając wzroku z Sasuke, czujnie obserwując jego ruchy i modląc się w duchu, że czarnowłosy nie wie nic o jego tymczasowej chakrowej niedyspozycji. Zdawał sobie sprawę z tego, że jego sytuacja nie wygląda za ciekawie. Nie mógł się bronić, bynajmniej nie przy użyciu chakry. Czyli nie miał szans wyjść z opresji. No, ale zawsze pozostał mu blef…
- Słyszałem, że jesteś uziemiony.
„No to tyle z blefu.”


Hm… To nawet zabawne. Teraz znowu nie miał chakry. Po prawdzie z innych, bardziej niezrozumiałych powodów, ale nie miał. A co się stało później? Och, no tak… Wyszła ta akcja z Kyu. Eksperyment Haruno niszczył demona. Ale wcześniej… Wcześniej…

W kolejnej sekundzie został przygnieciony do ściany, a jego nadgarstki znalazły się w żelaznym uścisku. Chciał się wyrwać, chciał krzyknąć, chciał zrobić cokolwiek, ale… Ale nie zdążył. Utonął w głębi górujących nad nim oczu. Sasuke był tak blisko. Zaledwie centymetry dzieliły ich usta, a ciepło ciała drugiego chłopaka nie działało dobrze na umysł Uzumakiego.
Widział jak twarz bruneta zbliża się. Przymknął oczy, a po chwili poczuł jak język Uchihy objeżdża kontury jego ust, aby po chwili zagłębić się brutalnie w ich wnętrzu. Blondyn jękną przeciągle i rękoma, które Sasuke uwolnił widząc uległość Naruto, objął delikatnie kark chłopaka.


I potem rozpłaszczył się na podłodze.
Uśmiechnął się delikatnie. Pamiętał to. Chciał zamordować Sasuke, za to, że go wtedy zostawił. Jasna cholera, przecież już wtedy mogli sobie wszystko wyjaśnić. Z perspektywy czasu wydawało się to takie proste.
Zaraz jednak jego twarz przybrała poważny wyraz.
„Genjutsu” W chwili, gdy o tym pomyślał, wizja rozpłynęła się.
Trybiki w jego głowie przeskoczyły gwałtownie. Przymknął oczy i złapał się za nasadę nosa. Nie podobało mu się ta sytuacja. Ani trochę. Zwłaszcza, że dobrze zdawał sobie sprawę z tego, kto był jego nieproszonym gościem.
- Śmieszy cię to? – zapytał.
Odpowiedziała mu cisza.
- Skąd masz to wspomnienie? – rzucił w przestrzeń.
Dopiero po chwili z cienia wyłoniła się ciemnowłosa postać.
Naruto zmierzył ją ponurym spojrzeniem.
Miał niemałą ochotę powybijać jej zęby.
Itachi Uchiha nie zaszczycił go nawet spojrzeniem. Przemierzył pomieszczenie wolnym krokiem, kierując się do kuchni. Najwyraźniej czuł się jak u siebie, co jeszcze bardziej wkurzyło Uzumakiego. Ale z braku laku powlekł się za nim.
Nie spuszczając z mężczyzny czujnego spojrzenie usiadł przy małym stoliku. Nie za bardzo wiedział jak się zachować, więc postanowił czekać, aż Uchiha zacznie… Coś. W każdym razie, blondyn zdecydował zaufać trochę osądowi Tsunade i nie rzucać się na czarnowłosego z pięściami. Co nie zmieniało faktu, że musiał uważać.
Itachi stanął przy kuchennym blacie i coś przy nim majstrował. Wyglądało to nieco, jakby w ogóle nie zdawał sobie sprawy z tego, że w pomieszczeniu znajduje się ktoś jeszcze.
Naruto zacisnął usta w wąską kreskę. Cholera, Sasuke był tak bardzo podobny do brata. Ten sam kolor włosów, ta sama barwa tęczówek, a nawet budowa ciała. O ile się nie mylił, byli nawet tego samego wzrostu. I postawa. Typowa uchihowska postawa. Blondyn nie wiedział jak dokładnie ją opisać. Ale było coś takiego w owej posturze, że od razu miało się pewność, że ma się do czynienia z kimś z rodziny Uchihów.
Blondyn jęknął wewnętrznie i wbił wzrok w swoje ręce. Kurde, tęsknił za tym cholernym draniem. A widząc Itachi’ego, nie mógł nic poradzić, że automatycznie o nim myślał. Nie, musiał pozbyć się nieproszonego gościa jak najszybciej, bo niedługo mógł naprawdę zacząć świrować.
Coś zostało mu podetknięte pod nos.
Kubek.
Po krótkich oględzinach stwierdził, że kubek ten był czymś wypełniony. Jakąś cieczą, ściślej mówiąc. Nie… To absurd…
- Co to ma być? – zapytał, wpatrując się w jasnobrązową, parującą substancję.
Przeniósł spojrzenie na mężczyznę, który usiadł naprzeciwko niego. Itachi trzymał w dłoniach identyczny kubek i najwyraźniej delektował się zapachem jego zawartości.
„Nie no, paranoja.”
W niebieskich oczach nie dało się dostrzec niczego, oprócz bezgranicznego zdumienia.
„To chyba jakiś pochrzaniony koszmar.” Pomyślał, wciąż nieco bezmyślnie wpatrując się w postać brata Sasuke. „Pochrzaniony koszmar, z którego zaraz się obudzę i będę się śmiał.”
Itachi odłożył swój kubek na stół. Zmierzył go nieco obojętnym wzrokiem. A następnie beznamiętne spojrzenie przeniósł na blondyna.
- Kakao – odpowiedział cichym, wyprutym z emocji głosem, który jeszcze bardziej rozwścieczył Naruto.
- Nie no, kurwa, oszaleję! – wrzasnął, zrywając się z krzesła. – Zjawiasz się we wsi, jak gdyby nigdy nic i okręcasz sobie Tsunade wokół palca! Ten cholerny babsztyl wmawia mi, że mam z tobą pogadać, na co wybitnie nie mam ochoty, a ty bezczelnie nawiedzasz mnie w mieszkaniu i, DO KURWY NĘDZY, serwujesz mi kakao?!
Itachi nieco przekrzywił głowę. Wyglądał nawet, jakby rozważał słowa młodszego mężczyzny.
- Tak – odpowiedział.
Blondyn już całkiem zgłupiał. Nagle wszystkie emocje, które jeszcze przed chwilą niemalże go rozsadzały od środka, wyparowały. Zrezygnowany opadł na krzesło, przyciągnął do siebie kubek i wbrew zdrowemu rozsądkowi napił się.
Słodka, ciepła ciecz rozgrzała go od środka. Ale jakoś nie poprawiło mu to nastroju.
- Mów – warknął po chwili.
Zerknął na swojego… Rozmówcę. Dosyć dziwnie było określić tak osobę, która jak na razie odpowiadała na jego wrzaski pojedynczymi słówkami.
Uchiha wbił w niego przeszywające spojrzenie, a Naruto musiał włożyć wiele wysiłku w to, aby się nie wzdrygnąć.
Te oczy były takie… Pozbawione emocji? Nieruchome? Och, no mógłby chociaż zamrugać od czasu do czasu!
Zamrugał.
I Uzumaki już się nawet zbierał do wydania tryumfalnego okrzyku, po odkryciu, że czarnowłosy posiada jednak jakieś ludzkie odruchy, gdy Itachi się odezwał.
- Kochasz mojego brata.
Jeżeli do tej pory twarz Naruto posiadała nieco kretyński wyraz twarzy, tak teraz zapewne wyrażała totalny debilizm. Takich stwierdzeń się nie spodziewał. Po prawdzie Sasuke również nie wyglądał nigdy, jakby miał wyznawać mu miłość, a jednak to zrobił… Co nie zmienia faktu, że potem stwierdził, że go nienawidzi. Powoli zaczął dochodzić do wniosku, że rodzina Uchiha ma dosyć specyficzne podejście do uczuć.
- No i? – Jakoś nie widział powodu, dla którego powinien o tym rozmawiać akurat z bratem Sasuke.
- On ciebie.
To było fascynujące. Nie okazując krzty emocji Itachi stwierdzał takie rzeczy, jakby były najbardziej oczywistszymi oczywistościami świata. Jednak Uzumaki poczuł się do wyprowadzenia starszego mężczyzny z błędu.
- Masz przestarzałe informacje – oznajmił i siorbnął łyka kakao. – Otóż twój kochany braciszek po kilku miesiącach stwierdził, że mu się znudziłem. Czy coś. I mnie nienawidzi. Ale nie martw się, było miło i właściwie…
- Kretyn.
- Mam nadzieję, że mówisz o nim, a nie o mnie.
Itachi nie odpowiedział. Naruto sapnął z irytacją.
- Słuchaj, nie masz pojęcia, co było między mną, a Sasuke. I nie wiem, co cię to obchodzi. Na chronienie braterskiej cnoty już jest nieco za późno. Zresztą to śmieszne, powiedz, co masz mi do powiedzenia i idź sobie, dobrze? Wbrew pozorom jestem dosyć zajętym człowiekiem. A zresztą niedługo wróci Sakura i…
- Pokazał mi.
Konwersacja z Itachim była naprawdę ciekawym przeżyciem, stwierdził Uzumaki, biorąc następnego łyka kakao. Zerknął podejrzliwie na kubek. I zaczął poważnie podejrzewać, że Uchiha musiał coś tam dosypać, bo zaczynał już całkiem nie ogarniać sytuacji.
- Co? Możesz, bo ja wiem, nieco bardziej rozwijać swoje wypowiedzi?
- Pokazał mi, swoje wspomnienia.
- Po co?
- Żeby przekonać Tsunade.
Naruto westchnął. Nie, chyba nie było sensu tłumaczyć czarnowłosemu, że dosyć ciężko jest cokolwiek wywnioskować z jego krótkich odpowiedzi. A on nie miał najmniejszej ochoty wyduszać z niego informacji na jakikolwiek temat. Och, niechże to już się skończy!
I wtedy zdarzył się cud.
Najwyraźniej Itachi stwierdził, że blondynowi należą się jakiekolwiek wyjaśnienia i zaczął mówić. Cichym, monotonnym głosem, zobrazował całą sytuację.
- Sasuke dowiedział się, że moje życie jest zagrożone. Madara chce pozyskać sharingana, który powstanie z połączenia jego i moich oczu. Ja, byłbym tym, który musiał zginąć. Sasuke chciał mnie ostrzec. Schwytali go. Zdążył przekazać mi informacje i swoje wspomnienia, które są dowodem na to, że mi ufa.
Dobra, wyjaśniło się, gdzie jest Sasuke. To już Naruto mógł zapisać na plus. Albo i niekoniecznie, skoro był więziony… Chociaż, jakby nie patrzeć, dopóki Madara nie dorwał Itachi’ego do kolekcji, to nie powinno mu się nic stać. Jednak nie mógł mieć pewności, że to co usłyszał było prawdą. Dalej było za dużo niewiadomych.
- To, to na wejściu miało mi udowodnić, że mnie nie zwiążesz i nie wyślesz priorytetem do Madary?!
- Tak.
Znowu to cholerne „Tak”. Naruto warknął poirytowany.
Nie chciało mu się w to wierzyć.
- A dlaczego niby Sasuke miałby ci ufać, co? – powiedział, marszcząc czoło. – Wymordowałeś cały klan! Przecież on cię nienawidzi!
- To było konieczne.
Blondyn aż sapnął. Nie, nie spodziewał się takiej odpowiedzi.
- Jesteś nienormalny – stwierdził przyduszonym głosem. – Jak wymordowanie własnej rodziny może być konieczne?! Ocipiałeś do reszty, nie ma co…
Itachi przymknął oczy, a jego twarz jakby nieco się spięła.
Oho, kolejna namiastka ludzkich odruchów. Naruto wpatrywał się w niego z wyraźnym oczekiwaniem. I nie zawiódł się. Czarnowłosy ponownie zaczął mówić.
- Klan Uchiha nie ma chwalebnej historii. Za dużo informacji, za duża władza w posiadaniu, która w końcu zaczynała nie wystarczać. Głowa rodu uknuła plan, wraz z Madarą. Chcieli zdradzić Konohe.
- Głowa rodu?
- Ojciec mój i Sasuke.
- Ale… - Naruto był zszokowany. Takich rewelacji z pewnością się nie spodziewał. Zdradzić Konohe? Nie, nie możliwe… - Ale… Co na to ród?! Przecież musieli mieć jakiś wpływ na to wszystko!
- Mieli – przyznał Itachi. – Wszyscy się na to zgadzali.
- Wszyscy po za tobą…
- Tak.
- I wziąłeś wszystko na siebie? Ale jak to zdradzić? Co oni chcieli… Jeżu drogi… - Przerwał. Nagle do głowy wpadła mu pewna myśl. – To to, o tym dowiedział się Sasuke, ta? Więc to nie była moja wyobraźnia? Więc… Kurwa, ty chyba mówisz prawdę! – krzyknął odkrywczo. Faktycznie, jeżeli historia Itachi’ego była prawdziwa, to tłumaczyła to dziwaczne zachowanie jego brata. Więc może… Może… - Co żeś wcześniej powiedział?
Itachi najwyraźniej, wbrew wszelkiej logice, zrozumiał o co pytał Naruto. Spojrzał blondynowi prosto w oczy, a jego własne tęczówki zmieniły barwę na czerwoną.
W następnej chwili Uzumaki znajdował się w całkiem innym miejscu.

Ciemny korytarz. Znał go. Znał, znał…
Tyle razy w nim bywał. Tyle razy przez niego przebiegał, od progu wołając swojego kochanka. Tyle razy niemalże wychrzanił się, zahaczając nogą o wystający panel.
Widzi dwie postacie.
To on. I Sasuke.
Całowali się.
To był dzień, kiedy ostatni raz widział Uchihe.

- Ale, Sasu…
- Nienawidzę cię, Naruto.

„Ouć.” Pomyślał, wpatrując się w swoje własne plecy. Jednak nie ma czasu się zastanawiać, nad wypowiedzianymi przez postacie słowami. Po chwili zostaje sam na sam, z iluzją Sasuke.
Dlaczego Itachi pokazuje mu akurat, to?
Podszedł bliżej czarnowłosego.
To było dziwne uczucie. Znajdować się w genjutsu, z pełną tego świadomością i móc robić, co się właściwie chce.
Naruto podszedł jeszcze bliżej. Już swobodnie mógł spojrzeć w oczy ukochanego, już mógł wpleść palce w jego włosy. Już unosił rękę…
- Czekaj.
Inna dłoń odciąga jego własną. Zerknął na osobę, która go powstrzymała.
Itachi.
Z uwagą wpatrywał się w twarz brata. A więc Naruto uczynił to samo.
Sasuke wciąż stał na wprost drzwi. Nie widział ich. Wyglądał niemalże jak posąg. Idealny, bez żadnej skazy, bez żadnych uczuć. Ale jeżeli spojrzałoby mu się głęboko w oczy…
Naruto skwapliwie skorzystał z okazji. Wbił niebieskie tęczówki w czarne.
Bezradność. Smutek. Pewna doza złości, zapewne na samego siebie. I… Czyżby znalazł w nich nieco tego uczucia, które jeszcze tak niedawno mu wyznawał?
Czarnowłosy przejechał ręką po twarzy, jakby próbując odgonić nękające go myśli.
- Wybacz, Naruto.
Blondyn uśmiechnął się do siebie.
Zrozumiał.


Po chwili ponownie znajdował się w kuchni. Przez krótką chwilę analizował to, co zobaczył. Na jego twarzy wykwitł głupkowaty uśmiech.
- Ten idiota serio mnie kocha! – wykrzyknął radośnie, zrywając się z krzesła i wyrzucając ręce w górę. – Zabiję go, jak go w końcu dorwę! – zapewnił z nie mniejszym entuzjazmem. Skierował na Itachi’ego roziskrzone spojrzenie. – Wiesz, chyba byłbym nawet w stanie cię polubić jako szwagra.

piątek, 7 października 2011

Rozdział II.VI

Okej, miałam drobny falstart xD Ale już, szybciurem to naprawiamy.
Witam wszystkich (: Przepraszam, że tak długo, no, ale według porad Deedwardy zwalę to bezczelnie na jesienną pogodę ^ ^. I brak dostępu do neta ostatnimi czasy. Lekkie bezwenie i chroniczne lenistwo również miało lekki wpływ…

Mecha: Ja właściwie nie wiem, w jakim kierunku chcę iść xD I może dlatego pisanie idzie mi tak opornie.

Maxii: Bez dostawania urazów ja tu proszę :) Wystarczy że autorka jeden uraz ma. Psychiczny najwyraźniej xD.

A projekt owszem, już dawno zaliczony, kolejna piąteczka do indeksu wpisana. W takich chwilach nawet nie żałuje tych nieprzespanych nocy xD. W każdym razie, dziękuję za komentarze i zapraszam na kolejny rozdział ^ ^.

*** *** *** *** *** *** ***

Uciekł.
Rzucił Tsunade zranione spojrzenie i zwiał.
Nie. To nie było dobre posunięcie. Dobrze zdawał sobie z tego sprawę. Ale tylko to przyszło mu do głowy, gdy ujrzał Itachi'ego.
Nie mógł zrozumieć, nie mieściło mu się to w głowie... Jak piąta mogła mu zaufać?! No jak?! I wcale nie poprawiało mu nastroju to, że gdyby został w szpitalu, to prawdopodobnie uzyskał by odpowiedź na te cholerne pytanie.
A tak został z niczym. Biegł ulicami Konohy, nie mając gdzie się za bardzo podziać. Nie chciał nikogo widzieć. Potrzebował za to jakiegoś spokojnego kąta, gdzie w ciszy mógłby wszystko przemyśleć.
Nie, żeby wiedział, co właściwie chciał przemyśleć.
Widok brata Sasuke wyprowadził go z równowagi. Ha! Żeby tylko...
Nie spodziewał się. Bo niby dlaczego miał się spodziewać, że jeden z członków Akatsuki pojawi się w wiosce liścia? I że będzie nim Itachi. To przecież absurdalne.
Zatrzymał się gwałtownie.
W głowie pojawiła mu się śmieszna myśl, że to może i lepiej, że akurat teraz Sasuke postanowił ponownie zwiać z wioski. Jeżu drogi... Toż to nie ostałby się kamień na kamieniu, gdyby doszło do spotkania braci.
Potrząsnął głową, usiłując pozbyć się natrętnych myśli i powrócił do bezmyślnego marszu.
Rodzina zawsze była u nich tematem tabu. Naruto również nie lubił rozczulać się w tym temacie. No ale jak nie patrzeć, on po prostu nie miał o czym rozmawiać w tych kategoriach. W końcu był sierotą od pierwszego roku życia i raczej nie posiadał zbyt wielu wspomnień z tego okresu. A jeszcze wiadomość, że jego ojcem jest Minato Namikaze! O nie, nie, o tym Naruto w szczególności nie chciał słyszeć. A tym bardziej rozmawiać. W każdym razie, w ich związku, o rodzinie nigdy się nie mówiło.
I poniekąd pasowało to zarówno Sasuke, jak i Naruto.
Poniekąd...
Blondyn wiedział, o wymordowaniu klanu Uchiha. A kto by nie wiedział? Raban na całą wiochę, przez lata nie mówiło się o niczym innym. Zdawał sobie również sprawę z tego, że Sasuke przez długi czas żył jedynie żądzą zemsty. Dlatego uciekł z wioski po raz pierwszy.
Wiedział też, że Sasuke coś odkrył.
Ale nie miał najmniejszego pojęcia co. W każdym razie, Sasuke odkrył owe coś jakoś niedługo przed ich rozstaniem. A przynajmniej mógł wysnuć taką teorię, biorąc pod uwagę wszystkie ostatnie wydarzenia.
Myśli wciąż szalały po jego głowie.
Może to był TO właśnie było powodem ich rozstania? Ale co? I dlaczego? I czemu, psia mać, cholerny Uchiha nie zaufał mu w tej kwestii?! O ile jakakolwiek kwestia istniała. Wielce prawdopodobny był w końcu fakt, że mógł to sobie zwyczajnie ubzdurać, próbując jakoś racjonalnie wytłumaczyć zachowanie czarnowłosego.
Blondyn westchnął smętnie, przygarbił się, przystanął w pierwszym lepszym zaułku i zaczął wgapiać się w przechodzących obok ludzi. Nikt nie zwracał na niego uwagi.
Nie wiedział co ze sobą zrobić. Najchętniej skopałby komuś tyłek. I byłby bardzo wdzięczny losowi, gdyby ten tyłek należał do Sasuke.
- Och, przestań już – warknął do samego siebie. – Miałeś o nim nie myśleć!
- Hmm? A cóż znów zaprząta tę twoją blond łepetynke?
- Eee… - zająknął się. I spróbował zwiać. Jednak zanim udało mu się zrobić chociażby jeden krok, czyjaś ręka chwyciła go za kołnierz bluzy, skutecznie powstrzymując go od ucieczki.
- Jesteś przewrażliwiony, wiesz? – zapytał go Kakashi, siłą ciągnąc go za sobą i niewiele robiąc sobie z tego, że Naruto nie wykazywał żadnej chęci współpracy.
- Puść mnie! – warknął blondyn, coraz bardziej się szamocząc. Wyrwał się w końcu i kopnął swojego nauczyciela w kostkę. Siwowłosa postać zniknęła w kłębie dymu. Niebieskooki zaklął szpetnie i zaraz kolejny klon chwycił Naruto pod pachę.
- Widzisz, gołąbeczku… Może i przerosłeś mistrza – zaczął, mrużąc wesoło widoczne oko. – Ale bez chakry niewiele zdziałasz. Stary Kakashi jeszcze nie jest taki stary, co nie?
- Odwal się! – Uzumaki był coraz bardziej zdenerwowany. Jeszcze raz spróbował się wyrwać, ale na niewiele się to zdało. – Czego ty znowu chcesz ode mnie?!
Kolejny Kakashi pacnął go w tył głowy i chwycił pod drugie ramię.
- Myślę, że jakbyś nie wiedział, to nie próbowałbyś tak namiętnie się ode mnie uwolnić – zagadał nowoprzybyły.
- Namiętnie?!
- Więc – zaczął pierwszy. – Zrelaksuj się, ciesz się moim podwójnym towarzystwem i daj porwać na małe spotkanie u Tsunade.
- Nie! – wrzasnął, zapierając się nogami. – Nie mam zamiaru jej słuchać! Ani tego dupka, który cholera wie, jakie ma z nią układy! Ciebie też nie, jeżeliby się głębiej zastanowić.
Trzeci Hekate pojawił się tuż przed nimi i zacmokał z dezaprobatą.
- Musisz zawsze wszystko utrudniać? – powiedział, kręcąc głową. – Daj spokój, może dowiesz się czegoś ciekawego. Chociaż raz zachowaj się odpowiednio jak na swój wiek, co ty na to?
- Spieprzaj.
Drugi klon ponownie trzepnął go w potylicę.
- Przestań mnie bić, jak jakiegoś cholernego szczeniaka! – Jeszcze bardziej zaparł się nogami.
- To przestań się tak zachowywać. – Pojawiła się kolejna siwowłosa postać. Naruto zmierzył ją ponurym wzrokiem i stwierdził, że był to zapewne już oryginalny Kakashi. Potwierdziło się to, gdy wszystkie klony zniknęły. Blondyn opadł na kolana i wbił ponure spojrzenie w ziemię.
- Nie chcę rozmawiać z Tsunade – odezwał się po dłuższej chwili.
- A z Uchihą?
- Też.
- Nie zrozumieliśmy się.
- Hm? – Uzumaki poniósł głowę i marszcząc czoło wbił zdezorientowane spojrzenie w nauczyciela.
- Chodziło mi o Sasuke.

Naruto wylądował w końcu u Hokage.
Nie, żeby był pewien, czy właściwie chce być w tym miejscu.
I nie, żeby był pewien, czy właściwie chce jeszcze roztrząsać sprawę Sasuke.
Parsknął pod nosem, zakładając ręce na ramiona.
„Kogo ty niby chcesz oszukać?” Pomyślał, zły na samego siebie.
To jasne, że los Sasuke nie był mu obojętny. I nieważne, czy byli parą czy też nie. Rywalami, kochankami, przyjaciółmi, czy też śmiertelnymi wrogami. W końcu od dziecka Uchiha odgrywał w życiu Uzumakiego ważną rolę. . A Naruto wiedział, że pomimo wszelkich starań, czarnowłosy drań zawsze będzie zajmował miejsce w jego sercu.
Kakashi również to wiedział.
I bezczelnie wykorzystał.
- Wiesz – zwrócił się do siwowłosego. – Właściwie, to cię chyba nienawidzę.
Siedział w gabinecie, na nieco rozwalającym się krześle, które było ulokowane tuż naprzeciwko biurka przywódczyni. A za jego plecami stał Kakashi, niby swobodnie opierający się o jego ramię. Naruto po raz któryś z kolei spróbował strząsnąć natrętną dłoń.
- Przestań – mruknął zrezygnowany. – No przecież nie zwieję.
- A cholera cię wie – rzucił Kakashi, wzruszając ramionami. – Zresztą, dałbyś nieco frajdy swojemu mistrzowi i dał się pomacać od czasu do czasu.
- Zboczeniec!
- Ej, ja tylko miałem na myśli, że miło jest mieć czasami do czynienia ze swoimi podopiecznymi – powiedział mężczyzna, wyjmując z tylniej kieszeni małą, pogiętą książeczkę, którą zaraz otworzył z największą nabożnością. – To smutne, że spędzam z moimi pociechami tak mało czasu.
- Jesteś nienormalny.
- A ty masz ADHD, ale jakoś nikt ci tego nie wypomina…
Naruto wywrócił oczami.
Najlepsze w tym wszystko było to, że Kakashi rzucił tylko małą sugestię, że może się dowiedzieć czegoś o Sasuke, a już leciał na złamanie karku do Tsunade. To trochę żałosne, jeżeliby się głębiej nad tą kwestią zastanowić. W rzeczywistości istniała strasznie mała szansa, że się dowie czegokolwiek o czarnowłosym. Strasznie, strasznie tycia.
No, ale kimże by był, gdyby się tej szansy nie chwycił?
- Oho, nasza pani i władczyni się zbliża. To ja uciekam – oznajmił Kakashi, po krótkiej chwili milczenia.
- Co?!
- To co słyszałeś. Misja wykonana, jakimś cudem cię tu dostarczyłem. No to, narka! – rzucił wesoło i zasalutował na pożegnanie.
Powoli zaczynał nabierać pewności, że jego mistrz wpakował go w coś, w co zapewnie nie chciałby być wpakowany.
- Nie zostawiaj mnie! Ty skur… - Zanim zdołał dokończyć przekleństwo, siwowłosy mężczyzna zniknął w kłębach szarej pary. A Naruto wciąż siedział na krześle, ze śmiesznie rozdziawionymi ustami i z szokiem wpatrującym się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał Kakashi.
I w takiej tez pozycji zastała go Tsunade.
Jednak blondyn szybko przywołał na twarz minę wyrażającą gigantyczne niezadowolenie.
- Wiedź, że jestem tu nie z własnej woli! – oznajmił na dobry początek.
- A niby na czyje inne polecenia miałby cię szukać Kakashi? – zapytała retorycznie, siadając za biurkiem i splatając dłonie pod brodą. – Tak się składa, że właściwie to tylko ja mam taką władzę.
- Do czasu aż cię zastąpię, zgrzybiała starucho – mruknął pod nosem, zaciskając dłonie na poręczach krzesła.
- Proszę? – Tsunade uprzejmie udała, iż nie usłyszała tej uwagi.
- Słuchaj – w głosie Naruto zabrzmiała stanowczość. Wbił w orzechowe oczy przeszywające spojrzenie. – Niewiele mnie interesuje, co Itachi robi w wiosce liścia. I również nie mam ochoty słuchać jaki masz ty masz w tym biznes. Mam tylko jedno, zasadnicze pytanie. I byłbym wdzięczny, gdybyś mi na nie odpowiedziała w miarę szczerze. Wtedy będę mógł tu siedzieć ile tylko chcesz.
Tsunade uniosła pytająco brew.
- Tak?
Naruto wyprostował się.
- Chcę wiedzieć, czy powrót Itachi’ego ma coś wspólnego z odejściem Sasuke.
Hokage spojrzała na niego z uwagą. Opuściła jedną dłoń i zabębniła palcami o blat biurka.
- Zasadniczo – odpowiedziała po chwili milczenia.
- To znaczy? – Blondyn nie ustępował.
Piąta wstała gwałtownie zza biurka i podeszła do okna, tak, że swobodnie mogła oglądać panoramę Kohohy. Po chwili wahania Naruto również do niej dołączył. Do jego uszu doszło ciche westchnięcie kobiety.
- Tak jak podejrzewałam, Madara znalazł sposób, aby odzyskać oko i zarazem zwiększyć swoją moc – powiedziała cichym głosem splatając dłonie za plecami. – On chce wykorzystać braterską więź Itachi’ego i Sasuke.
- Jaką więź? – zapytał z powątpieniem. – Przecież oni się nienawidzą.
Tsunade rzuciła mu dziwne spojrzenie, ale nie odpowiedziała.
- Wiesz, myślę, że powinieneś porozmawiać z Itachim.
- Nie.
- Naruto…
- Nie. – Wlepił oczy w widok za oknem. Właśnie banda dzieciaków goniła za wyjątkowo grubym, czarnym kotem. – Właściwie nie wiem, po co w ogóle tu jestem. Sasuke ze mną skończył, nie powinno mnie obchodzić, co się z nim dzieje.
- Ale cię obchodzi.
- Tak – przyznał po chwili. – Niestety.
- W każdym razie, Madara ma zamiar odebrać oczy Sasuke, zaraz po tym, jak ten zabije brata i zarazem uzyska Eternal Mangekyō Sharingan. A my nie możemy do tego dopuścić. Itachi będzie…
- Dlaczego mu ufasz? – W głosie blondyna pojawiła się nuta goryczy.
- Co?
- To co słyszysz – rzucił opryskliwie. – Dlaczego mu ufasz! Przecież on wybił cały klan i zwiał! Współpracował z Madarą! Razem czaili się na ogoniaste bestie! On skrzywdził… - zamilkł gwałtownie. Pokręcił z rezygnacją głową i obrócił się na pięcie. Widząc, że Tsunade nie śpieszy się z odpowiedzią ruszył w kierunku drzwi.
- To ród szpiegowski.
Blondyn zatrzymał się w pół kroku. Delikatnie postawił stopę na ziemi i spojrzał w kierunku brązowookiej.
- Co?
Kobieta spoglądała na niego zamyślonym wzrokiem. Wyglądało to nieco, jakby próbowała ocenić, czy faktycznie może mu zaufać. I najwyraźniej jej obserwacje wypadły pozytywnie.
- Ród Uchiha jest rodem szpiegowskim.
- Nie ma już rodu Uchiha, jest Sasuke i jego brat, uznany za zdrajce!
- Zamknij się i słuchaj – sapnęła, podchodząc do Naruto, łapiąc za ucho i, pomimo głośnych sprzeciwów, sadzając go na rozklekotanym krześle. – Ich rodzina zawsze wychowywała najlepszych szpiegów, każdy z Uchihów przechodzi szkolenie. Specjalne szkolenie, które przygotowuje ich do misji szpiegowskich. Taką właśnie rolę odgrywał Sasuke u Orochimaru, czy też Itachi w Akatsuki. Wszystko jest planowane latami, a członkowie rodu są przygotowywani do misji, czasami nawet nie mając o niej pojęcia, aż do czasu, gdy muszą zabrać się za jej wykonywanie. To ścisła tajemnica Konohy. Nikt, powtarzam, nikt, po za mną i starszyzną nie powinien o tym wiedzieć. I jeżeli szepniesz chociaż słóweczko komukolwiek, to osobiście pozbawię cię jelit!
Naruto otworzył usta. Poczym je zamknął. Wyglądał nieco jak ryba wyjęta z wody.
Już dawno Tsunade nie uraczyła go taką groźbą.
Czyli sprawa była naprawdę poważna.
- Ale – zająknął się. – Ale… No nie wmówisz mi, że śmieć niemalże całego klanu również należała do jakiegoś misternego planu!
Hokage przygryzła dolną wargę. Odetchnęła głęboko.
- Nie – odpowiedziała, odwracając wzrok. – To sprawa wewnętrzna rodziny. Tylko członkowie wiedzą, co się stało.
- Jak to co?! Itachi dostał szału i wszystkich wymordował!
- A gówno prawda – warknęła przywódczyni wioski. – Znaczy z szałem…
Naruto zamrugał. No, no, ładne słownictwo z ust kobiety.
- Co masz na myśli?
- Pogadaj z Itachim – powtórzyła. W jej głosie zabrzmiała twarda nuta. – To co ja ci powiem, to tylko zwykłe domysły. A on powie ci prawdę.
- A skąd masz taką pewność?! Boże, czemu mu tak ufasz?!
- Bo Itachi Uchiha nigdy…
- Tak! – wrzasnął Naruto, zrywając się z krzesła. – Powiedz mi jeszcze, że nigdy nikogo nie zabił! Że masakra ich rodu właściwie nie miała miejsca, tylko wszyscy to sobie wkręcili! Jasne!
- Nie. Tego nie powiedziałam.
- Co? – Uzumaki już całkiem zgłupiał.
- Nigdy nie powiedziałam, że Itachi nie wymordował klanu.
- Ha! Więc…
- Ale wiem – przerwała mu. – Że w rzeczywistości nigdy też nie zdradził Konohy.

Naruto miał mętlik w głowie.
W efekcie wyszedł z gabinetu Tsunade wciąż nie zgadzając się na rozmowę z Itachim i nie wiedząc, gdzie też starszy Uchiha przebywa. Nie zgadzał się z dziwacznymi teoriami kobiety. Jakoś nie mieściło mu się to wszystko w głowie.
Zmierzał właśnie do domu Sakury z zamiarem szybkiego ulokowania swoich czterech liter na kanapie, opatulenia się kocem i wyżarcia z lodówki przyjaciółki wszystkiego, co nadawało się do zjedzenie.
Powinien zająć się w końcu wynajmem nowej kawalerki. I wykombinowaniem planu, jak udobruchać Sakure.
Jęknął wewnętrznie.
Po prawdzie sprawdził tożsamość pacjenta. Ale sprawa wcale nie była taka prosta.
I co niby miał jej powiedzieć? O Itachim ani słowa, to pewnie. No ale nikt mu nie mówił, że nie może wspominać Gobi. Hm… Jeżeli dobrze to rozegra, to różowowłosa dopiecze Hokage i nikt mu nie zarzuci, że maczał w tym palce.
Myśl warta przemyślenia.
Wlazł do klatki schodowej i wspiął się po wąskich schodkach. Haruno prawdopodobnie jeszcze siedziała na dyżurze, ale w mieszkaniu powinien być Kyuubi. A Naruto miał małą nadzieję, że demon nie rozwalił dziewczynie mieszkania.
Z ciężkim westchnieniem wlazł do środka. Zdołał pomyśleć o tym, że Sakurze przydałby się w domu w końcu jakieś porządne zabezpieczenia, gdy czyjeś ręce oplotły go w pasie i cichy głos wdarł się do jego ucha.
- Mam cię.

czwartek, 25 sierpnia 2011

Rozdział II.V

Dobra, nie ma to tamto, wrzucam nowy rozdział i biorę się za projekt, bo serio się nie wyrobię, a to ostatni termin się zbliża.
Dziękuję za komentarze i życzenia. Woodstock a i owszem się udał, ale jakżeby mogło być inaczej :).
Zapraszam na kolejny rozdział.

(Ach, trza przyśpieszyć w końcu tą akcje, bo się ciągnie jak flaki z olejem...)
O, przy okazji, ku chwale Virusowatości: http://www.youtube.com/watch?v=mcCjoEbCHwU Bierzcie i zarażajcie się z tego wszyscy. Lof <3 Jakby ktoś miał namiary na fanficki charles/erik to poproszę :3

*** *** *** *** *** *** ***

Naruto krążył po szpitalu. Od dłuższego czasu szukał Tsunade. Podobno dorwała jakiegoś dziwnego pacjenta, którym postanowiła zająć się osobiście. Fakt, faktem, to Naruto zazwyczaj dostarczał jej takiej rozrywki... No ale, że też zebrało jej się wtedy, gdy miał z nią do poganiania!
- Słyszałaś?
Przystanął.
Czy mu się tylko zdawało, czy wszyscy w budynku wyglądali na nieco podenerwowanych?
- Nie, chyba sobie żartujesz?
Spojrzał podejrzliwie na stojące nieopodal pielęgniarki, które najwyraźniej wiedziały coś więcej od niego. Westchnął dyskretnie.
- I Hokage zgodziła się TO przyjąć?! Przecież...
- Sza! Jeszcze cię kto usłyszy.
- Ale skąd wiesz, o...
- Widziałam jak...
Dziewczyny oddaliły się, dalej rozmawiając przyciszonymi głosami.
I w tym samym momencie ktoś wciągnął Naruto do najbliższego pomieszczenia, którym okazał się być mały lekarski gabinecik. Blondyn sapnął, gdy jego tyłek odbył bliskie spotkanie z dość niewygodną kanapą.
- Możesz to sobie wyobrazić?! - Wyraźnie zirytowany głos rozległ się po drugiej stronie pokoju. Uzumaki z nie lada zdziwieniem odkrył, że ów głos należał do Sakury. Dziewczyna aktualnie szperała w szafce najwyraźniej czegoś szukając. - Tyram jak głupia w tym cholernym szpitalu i tak się mnie traktuje?!
- Ummm, ale...
- O nie, nie! Tsunade zasługuje na mój szacunek, fakt! Ale nie pozwolę, przysięgam, nawet jej nie pozwolę tak na mnie zlewać! A TY - warknęła, obracając się w stronę niebieskookiego i wskazując na niego palcem. - Mi w tym pomożesz!
Naruto przełknął nerwowo ślinę.
Jego przyjaciółka wyglądała... Przerażająco.
Szmaciana maseczka zwisała smętnie, zaczepiona o jedno ucho. Spod szpitalnego czepka wystawały potargane różowe włosy, a fartuch... W każdym razie kolor fartucha w niczym nie przypominał zwyczajowej bieli.
- Sakurcia, czy ty kogoś właśnie zabiłaś? - zapytał, dyskretnie wciskając się głębiej w kanapę.
- Co? - Dziewczyna z roztargnieniem wytarła odziane w rękawiczki dłonie o swój uniform, przez co jedna z plam przybrała jeszcze bardziej efektowny wygląd.
- Kreeew - wyjęczał słabo, wskazując na smugę, która akurat znaczyła policzek Haruno. Przy okazji starał się ignorować fakt, iż ów ciecz znaczyła niemalże całe ubranie Sakury.
Nie, żeby na widok krwi zwyczajowo reagował jakąś fobią. Po prostu przyjaciółka, która niemalże od stóp po głowę była umazana ową cieczą, była dosyć niecodziennym zjawiskiem,które mimowolnie przyprawiało go o drgawki.
- Och, to. - Dziewczyna machnęła ręką. - Smarkule miały praktyki. I jeżeli któraś czegoś widowiskowo nie spieprzy w ciągu dnia, to uważają go za stracony. Dzisiaj mi odwaliły taki numer...
- Bez szczegółów proszę.
- Przysięgam, jeżeli ja też byłam taką niezdarą... TY!
Naruto poderwał się gwałtownie, zasłaniając jednoczenie twarz dłońmi.
- Niewinien! - wrzasnął desperacko, jednocześnie szukając drogi ucieczki.
- Uspokój się, nie mam zamiaru cie bić!
- Nie? - W głosie Naruto czaiła się niepewność.
- Nie - warknęła, ściągając rękawiczki, rzucając je gdzieś na bok i odciągając jego ręce. Przyjrzała się uważnie jego twarzy, a po chwili położyła mu dłoń na czole. - Co z twoją chakrą?
- A. - Blondyn rozdziawił z wrażenia usta. Po chwili się otrząsnął. No tak, przecież Sakura ostatni raz widziała go, gdy nieprzytomny okupywał jej łóżko. I chyba nie byłoby mądrze, gdyby przyznał różowowłosej, że w tej chwili w jej domu rezyduje Kyuubi, którego był zmuszony pozostawić bez żadnej opieki. - Nic. Znaczy się. Nie ma jej. Znaczy się, no... Moja chakra aktualnie wyparowała, ale mamy mały plan, aby to naprawić.
- Ogólne samopoczucie?
Uzumaki przewrócił oczami. Uwielbiał te wywiady.
- Świetnie, czuję się wręcz wspaniale.
- Naruto...
- To w czym mam ci pomóc?
- Hm? O, no tak. - Sakura przetarła twarz dłonią, sprawiając, że plama na jej policzku jeszcze bardziej się rozmazała. - Słuchaj, coś mi tu nieładnie pachnie. Wszyscy od rana latają jak wariaci, z samą Tsunade na czele. A podejrzewam, że tylko Godaime wie o co chodzi, a reszta po prostu reaguje na jej podły humor.
- Nie, żeby babcia ostatnio radośnie podchodziła do życia, ale...
- Mniejsza z tym - przerwała mu dziewczyna. - Chodzi o to, że zwinęła mi pacjenta!
Naruto zamrugał zdziwiony. To tyle?
- Nie sądzisz, że... No wiesz... Trochę przeginasz?
Blondyn momentalnie pożałował swoich słów.
W zielonych oczach zapłonął ogień, a ręka dziewczyny uniosła się groźnie w górę i zacisnęła w pięść.
- Pacjenta, rozumiesz?! - wydarła się, dysząc ciężko.
Nie, Naruto nie rozumiał. Ale instynkt samozachowawczy podpowiadał mu, że lepiej się do tego nie przyznawać.
- Tak? A więc?
Chyba jednak coś w jego głosie go zdradziło.
- Nie ogarniasz - powiedziała z niedowierzaniem. - Słuchaj, po prostu tak się nie robi. Kurde, pracuję tu już cholera wie ile i właściwie, po za rzadkimi przypadkami, robię w kółko to samo. Czuję się, jakbym stała w miejscu, to chyba nic dziwnego, że miło mi od czasu zająć się pacjentem, który wymaga czegoś więcej, niż zmiany opatrunku. I nie jest tobą. A ten ktoś... Cholera no, po prostu chcę wiedzieć, co mu jest i spróbować pomóc, jasne?
- Eee... Ale, no wiesz... Mogłabyś sobie odpocząć przez jakiś czas, skoro babcia cię wyręcza...
- Taaak? To powiedź mi, dlaczego to tak maniakalnie ślęczałeś nad zwojem od Kakashi'ego? Przecież mogłeś odpoczywać! Dlaczego z jeszcze większa manią szlifowałeś swojego rasengana? I czemu wciąż katujesz się na polach treningowych? Przecież jesteś dobrym shinobi.
- No tak, ale do perfekcji...
- A no właśnie. Wyobraź sobie, że nie tylko ty byś chciał ów perfekcję osiągnąć.
- Dobra! - Blondyn uniósł ręce w geście poddania. - Rozumiem o co ci chodzi. Pomogę. Więc, co mam zrobić?
Na twarzy dziewczyny pojawił się uśmiech, który nie zapowiadał nic dobrego.

"Dlaczego? Dlaaaczegooo, się na to zgodziłem?"
Mógł sobie nawet wyobrazić rozlegający się w jego głowie głos Kyu: "Boś głupi, dzieciaku. A teraz zamknij się, muszę sobie uciąć popołudniową drzemkę."
W każdym razie...
Właśnie ekspresowym tempem przemierzał kolejne szpitalne korytarze, modląc się w duchu, żeby nikogo nie spotkać. Schował głowę za papierami, które trzymał. Nie, żeby rozumiał, co na nich jest nabazgrane i właściwie niewiele go to interesowało. Kartki służyły mu tylko do tego, aby się nieco zasłonić. I to była najlepsza część kamuflażu.
Chociaż w sumie szpitalny czepek również nie był najgorszy. Chodaki też dało się znieść. I nawet maseczka na twarzy nie była taka zła. A do noszenia łopoczącego przy każdym kroku kiltu nawet dawało się przyzwyczaić.
Gorzej, że pod ów kiltem miał tylko majtki.
- Zabiję cię, Sakura - warknął pod nosem, przygarbił ramiona i przyśpieszył kroku.
A jego stój był tak uroczo niekompletny z jednego, prostego względu. Sakura nie posiadała do niego spodni. Tylko spódnice. Nawet kilka, bladozielonych spódnic.
Pomimo jawnych gróźb, Naruto nie zgodził się wcisnąć na siebie tej części stroju. O nie, tak nisko jeszcze nie upadł.
"Och, czyżby?"
I na nic się zdało marudzenie, że mógłby po prostu narzucić kilt, na swój mundur. No przecież ciemne spodnie zdradziłby błyskawicznie, iż nie jest medykiem. No tak, oczywiście. Dobrze, że chociaż kilt był kradziony. Znaczy się, dobre w tym było to, że najwyraźniej należał do kogoś bardzo wysokiego. Bo na Naruto wisiał tak, że sięgał trochę poniżej połowy łydek. I na upartego nikt nie przyuważy, że w rzeczywistości nic pod spodem nie ma. Poprawka: ma przecież majtki.
- Zamorduję...
- Proszę?
- Pacjent spod piątki potrzebuje cewnikowania - rzucił i z mściwą satysfakcją obserwował, jak młoda pielęgniarka blednie i niechętnie rusza się z miejsca. Nie, żeby Naruto wiedział, co się dzieje u pacjenta spod piątki. I na czym dokładnie polega cewnikowanie. Ale miło było przelać na kogoś chociaż część swojego podłego nastroju. A zresztą, jakby się nie odezwała pierwsza, to by też siedział cicho.
- A doktorek nie pomylił rejonów?
Naruto zatrzymał się gwałtownie na dźwięk obcego głosu. Cholera...
Właśnie znajdował się w części szpitala, w której to najprawdopodobniej znajdował się tak upragniony przez Sakurę pacjent. I najwyraźniej zaczynał mieć poważne problemy.
Zerknął znad papierów, na osobnika, który go zagadał.
Na twarzy ów człowieka gościł arogancki wyraz, któremu towarzyszyło spojrzenie wyraźnie mówiące, że ma się do czynienia z osobą nie tyle nieuprzejmą, co po prostu wrogo nastawioną, do każdego mającego niższą rangę niż on sam. I najwyraźniej Naruto za takiego kogoś został uznany.
"A żebyś wiedział patałachu, że jestem joninem!"
Blondyn zmierzył go złym spojrzeniem.
Shinobi miał na sobie zwyczajowy mundur chunina, przy czym samą kamizelkę rozpiął niedbale, pokazując światu swoje mięśnie brzucha. Czarne włosy sterczały na wszystkie strony, a dwa dłuższe pasma były związane w kucyki i zarzucone przed ramiona. Pod szarymi oczami rozciągała się nierówna, szpecąca blizna.
- Czego wlepiasz ślepia? No już, zmykaj. Bo będę zmuszony własnoręcznie cię wyprowadzić, a to nie będzie przyjemne.
- Mam tu... - zaczął Naruto zaczepnym tonem, ale zaraz mu przerwano.
- Nie, nic tu nie masz do roboty - warknął ninja, chwytając niebieskookiego za kark.
Powieka Naruto zadrgała gwałtownie, a w następnej chwili wyrwał się z uścisku, wcisnął chuninowi palce w oczy i zwiał wzdłuż korytarza
Odetchnął i ciężko oparł się o drzwi.
O nie, nie. To, że nie miał chakry, nie oznaczało, że da sobą pomiatać takim pyskatym ścierwom! Och, niechże tylko odzyska pełną sprawność, a tak przetrzepie konohańskie szeregi, że się przez tydzień nie pozbierają!
A zresztą, niech się gówniarz nauczy, że nie warto niedoceniać przeciwnika!
Odepchnął od siebie myśl o denerwującym shinobi i, po stwierdzeniu, że z pewnością udało mu się zwiać, rozejrzał się po Sali. W pomieszczeniu stały dwa łóżka. A tak przynajmniej Naruto mógł podejrzewać, po ilości ustawionych parawanów. I najwyraźniej owe łóżka były zajęte. A przynajmniej tak mu coś podpowiadało.
Cóż, nie pozostało mu nic innego, jak tylko zwiewać dalej. Bo chyba trafił do nieodpowiedniej sali. Jednak zanim poczynił jakiekolwiek kroki, aby niepostrzeżenie się ulotnić, do jego uszu doszły niepokojące dźwięki.
- …rwa, dorwę szmatę, to powyrywam te blond kłaki!
- Trza było się nie pierdolić, zebrało ci się na pogaduszki to i medyk znalazł okazję, żeby ci przywalić.
- Morda!
- Już, już, Hitoshi. Taka z ciebie ciota, to teraz się nie buntuj, tylko znajdź cieniasa.
Naruto wzniósł oczy ku niebu. Okej, najwyraźniej chodziło o niego. I teraz zamiast jednego patałacha, miał na głowie dwóch.
- Gdzie ta mała kurewka się zmyła?
Niebieskooki zacisnął zęby. Miał straszną ochotę wybiec z sali, wygarnąć dwójce shinobi, kto tu jest małą kurewką i przemeblować im facjaty. No, tylko, że wtedy na pewno nic się nie dowie o tym dziwacznym pacjencie i w efekcie Sakura go zamorduje.
- Sza! Hokage się tu wierci. Jak usłyszy, że żeś przepuścił jakiegoś…
- Morda! – powtórzył mężczyzna, nazwany Hitoshim. Był to najwyraźniej ten, który próbował wcześniej zatrzymać Naruto. Jego głos stawał się coraz cichszy, aż w końcu blondyn nie był w stanie usłyszeć ani słowa.
Ciche jęknięcie oderwało go od ponurych rozmyślań.
Właściwie, to powinien skorzystać z okazji i zwiać.
Jednak, jednak…
Pewnym krokiem podszedł do parawanu i szarpnął za materiał.
Ledwo powstrzymał okrzyk zdziwienia. I pewnie stałby tak, wlepiając gały w leżącą postać, gdyby nie jeden drobny szczegół.
- Zaskoczony?
Blondyn drgnął, gdy ktoś położył mu dłoń na ramieniu.
- Babcia? Ja…
Cholera, nawet nie usłyszał, kiedy otworzyła drzwi.
- No już, nie wykręcaj się. Nie potrzebuje twoich tłumaczeń. Swoją drogą, ciekawe przebranie.
Naruto zignorował przytyk.
- Co jej jest? – Wskazał na postać leżącą na łóżku.
- Jest w śpiączce. To… Cóż… Uraz, po ataku…
Blondyn przyjrzał się pięknej, kobiecej twarzy, którą okalały białe włosy.
- Nie rozumiem – sapnął z niedowierzaniem. – Przecież to Gobi! Pięcioogoniasty demon do jasnej cholery! I, że co? Że niby ktoś tak ją urządził, że wylądowała w szpitalu? We łbie mi się to nie mieści!
- Właściwie, to sama się tak urządziła.
- Chyba kpisz.
- Nie. – Tsunade pokręciła głową. W jej glosie wyraźnie pojawiło się zmęczenie. – Broniła… Kogoś. I Madara, on użył czegoś.
- Trochę tu dużo niedopowiedzeń, nie sądzisz?
- Naruto…
- A Kyuubi zapewne nie będzie zadowolony z takiej relacji – dorzucił blondyn mściwie.
- Czy ty mi grozisz? I to w dodatku dziewięcioogoniastym?
- No… - powiedział z wyraźnym ociąganiem. – Może troszeczkę.
- Dobra! To sharingan ją tak sponiewierał. Zadowolony? – warknęła, mrużąc wściekle oczy.
- Jak to? Kto?!
- No mówię, że Madara!
Naruto przygryzł dolną wargę. No tak, akatsuki dawno się nie odzywało. Nie mogło być tak pięknie i po prostu nie odeszli w cholerę, tylko najwyraźniej szykowali się na większą akcję. I pewnie Madara zdołał się już pozbierać po tym, jak konohańskie oddziały przerzedziły znacznie jego popleczników.
- Jak? Przecież to bijuu. Standardowy Sharingan na nią nie działa, a przecież ten bubek stracił swoje wypasione patrzały!
- Stracił jedno oko.
- Jeden pies! I tak nie powinien móc zrobić jej cokolwiek!
- Masz racje – westchnęła Tsunade, przecierając twarz dłonią. - Masz cholerną rację, ale najwyraźniej nie doceniamy mocy tego kekkei genkai. I wcale mi się to niepodobna. Zwłaszcza, że Madara ma plan na odzyskanie tego swojego cholernego oka. A skoro z jednym tak szaleje, to co dopiero wymyśli, jak będzie w pełni sprawny?
- Zaraz! A skąd ty takie wiadomości niby masz? Wydajesz się nad wyraz pewna tego co mówisz – zapytał podejrzliwie niebieskooki, zakładają ręce na ramiona. Z niemałą satysfakcją zauważył, że twarz Tsunade tężeje w grymasie niezadowolenia. – No już, babciu – jęknął, po dłuższej chwili milczenia kobiety. – No przecież mi możesz zaufać! To twojego informatora broniła Gobi, co nie? No kimże on jest?
- Myślę. – Zza kolejnego parawanu znajdującego się przy łóżku pięcioogoniastej rozległ się czymś przytłumiony głos. – Że dzieciak ma racje.
Naruto wciągnął gwałtownie powietrze.
Znał ten głos.
Słyszał go chyba tylko raz w życiu, jednak głęboko zapadł mu w pamięć.
Rzucił Tsunade niedowierzające spojrzenie.
Szybkim krokiem okrążył łóżko i stanął, przed lekko powiewającym materiałem. Najwyraźniej ktoś z drugiej strony stał przy otwartym oknie.
Blondyn odetchnął i delikatnie odsunął kotarkę.
- Itachi Uchiha.

środa, 3 sierpnia 2011

Rozdział II.IV

Dobry wieczór, tym razem! Tudzież noc :D
Otóż... Zmobilizowałam się ambitnie, ażeby zdążyć przed kolejnym wyjazdem (Woodstock wita! Niach, niach :D) i może niekoniecznie będzie dzisiaj ciekawie, ale zapewne dużo teorii zostanie przedstawionej ^ ^. Kwestię zwoju, jego dokładniejszej treści i sposobu odpieczętowania zostawiam na kolejne części ;) Aczkolwiek przyznam, że raczej dobre teorie snujecie na temat tego, co moja psychika ma do wyrażenia :D.

Deedwara: Niestety moje studia polegają na ślęczeniu przed kompem ==' Nóż, widelce, gdybym posiadała jakiś większy talent plastyczny, bym mogła tego uniknąć, ale cóż... Nie jest mi to dane i projekty wszelakie wykonuję przy pomocy komputerowej myszki. A to zajmuje za dużo czasu. Plus, że w sumie lubię ślęczeć przed kompem. Dzień długi w końcu! Do wieczora przed monitorem, a w ciemnościach na imprezy! :D Znaczy się ten... Nauka oczywiście! :D

Mechalice: Uroczy związek, naprawdę ^ ^. Powiem Ci, że właściwie postąpiłabym tak samo. Ach te zUe nałogi xD. Cóż, zawsze wyznawałam, że w związku bierze się full pakiet, bez możliwości wprowadzania modyfikacji. A przynajmniej bez obopólnej zgody ^ ^. I może dlatego słyszę teksty, że powinnam w końcu znaleźć faceta... (Jeżu drogi, dlaczego komuś miałabym tak życie niszczyć? xD)
A komentuj, nawet, jeżeli ledwo trafiasz w klawiaturę, przynajmniej jest większa szansa, ze nie znajdziesz mi błędów, przy których łapię się za głowę z epickim zawołanie: "Oł maj gasz, ja ja byłam w stanie walnąć aż takiego byka?! I ludzie to widzieli..." Nie no, żartuje. W końcu może się nieco podszkolę i nie będzie mi siara oddawać esejów z błędami na stronie tytułowej i zwalczę moje zaświadczone papierami dysortografie i inne pierdoły. A muszę się nieskromnie przyznać, że od kiedy publikuje swoje arcydzieła i ludzie mnie poprawiają, to przyuważyłam, że pomimo niezliczonej liczby literówek/błędów ort./braków przecinków/powtórzeń itp. widzę i tak znaczną poprawę w swojej pisowni!
A te dwa kilogramy z chęcią ci oddam. Może nawet więcej niż dwa... Kolejne wakacje i z diety nici xD A to wszystko przez te cholerne projekty, które przeciągają mi się na kolejny miesiąc! Wcinaj, wcinaj i se nie żałuj, skoro chcesz... Zwiększyć masę xD.
Moje dialogi dziękują za komplement i postarają się nie stracić nic ze swojej dowcipności i w ogóle, ale Irduś to stworzenie marudne/niedowartościowane/nietrzeźwe/introwertyczno-neurotyczne i dalej czuje się niedopieszczone ^ ^.
Ło jeżu, dobra już nie smęcę, bo zaraz moje odpowiedzi na komentarze będą dłuższe niż cała notka...

Daimon: Ja proszę wyjść z mojej głowy, bo pani przypuszczenia są za bliskie fabuły, którą mój móżdżek chce wprowadzić! xD Ja tu próbuję czytelnika zaskoczyć, ale widzę, że przy takich jak Ty to się za bardzo nie da! :D
I tak przy okazji: Uwielbiam Twoje opowiadanie. Już nawet zaczynałam komentarz pod nim pisać, ale oczywiście ja to ja, więc zaraz naszły mnie myśli w stylu "No weź daj spokój, co ty za głupoty piszesz, skoro to są bardziej twoje własne rozkminy, a nie opinia na temat tego, co czytasz!" I w efekcie spasowałam. Eh, ten głupi charakter...

Cóż... Dziękuję za wszystkie komentarze (chyba się uzależniłam) i zapraszam na kolejną (już IV!) cześć ^ ^. Aa i z powiadomieniami: Wybaczcie, musiałam chwilowo zmienić kompa i nie mam za bardzo czasu na instalację gadu-gadu i operacje z tym ścisło związane, więc jeżeli zajdzie taka potrzeba to upomnę się o zaglądnięcie na bloga w niedzielę ;D (To już ostatni raz taki numer, obiecuję!)

*** *** *** *** *** *** ***

- Saaasuke, no zrób coś!
- Yhm…
- Sasukeee, weeeeeź…
- Przymknij się w końcu, jestem zajęty.
- Ale…
- Och, no dobra, chodź tu marudo!
Z zadowolonym pomrukiem Naruto usadowił się między nogami czarnowłosego, pozwalając aby jego ręce spoczęły na jego ramionach. Przymknął z przyjemności oczy, kiedy dłonie Sasuke rozpoczęły powolny masaż. Spięte mięśnie zaczęły się powoli rozluźniać.
- Powinieneś zmienić profesję.
- Hm?
- Masażysta. Mówię ci, jesteś niesamowity.
- Taak? A wiesz, może masz rację.
- Ha, widzisz!
- Tyle kobiet i facetów, którzy sami pchają się, aby ich wymacać. Faktycznie…
Naruto milczał, a jego twarz przybrała wyraz szczerego oburzenia. On chyba nie mówił poważnie? Wcale nie o to mu chodziło!
- Głupek. – Szept Sasuke rozległ się tuż przy jego uchu, a jego ręce oplotły go w pasie. – Ale jak na razie do macania wystarczysz mi ty.
- Jeżeli to miał być komplement, to właściwie ci nie wyszedł.
- Mówisz?
Dłoń Uchihy chwyciła podbródek blondyna i nakierowała jego twarz tak, że spoglądali sobie prosto w oczy.
- Więc, jakby cię przekonać?
Naruto zacisnął gwałtownie powieki w oczekiwaniu na pocałunek. Który właściwie nie nadchodził. Usłyszał łagodny śmiech i po chwili poczuł usta Sasuke na swoim czole.
Zdziwiony otworzył oczy.
- Wiesz… - Czarnowłosy znowu szeptał. – Tak jest idealnie.
- Co?
- Ty, ja. Idealnie.
- Um…
- Choć tu, mój głupku…


Naruto zmarszczył brwi. Czuł się… Dziwnie obolały. I wybrakowany. Uniósł dłoń, aby przetrzeć oczy. A raczej spróbował ją unieść. Jęknął rozdzierająco i otworzył oczy, mrugając nimi zawzięcie.
- Gdzie… - zaczął skrzekliwym głosem, jednak nie zdołał dokończyć pytania.
- Masz. – Ktoś wcisnął mu pod usta szklankę z wodą, a czyjaś dłoń, przytrzymała go za kark, tak aby zdołał zaczerpnąć kilka łyków.
- Co się stało? – zapytał, pomimo, że jego głos wciąż brzmiał jak skrzypnięcie zardzewiałego zawiasu.
- Hm… Jakby ci to…
Uzumaki uniósł w końcu wzrok na swojego towarzysza.
- Kyu? Pojebczyło cię? Co ty tu robisz?! – wydarł się próbując usiąść, co chyba nie było najlepszym posunięciem, gdyż po chwili rozkaszlał się i opadł bezwładnie na poduszki.
Rudowłosy mężczyzna westchnął teatralnie i podkulił pod siebie jedną z nóg, które dotychczas swobodnie zwisały z taboretu na którym siedział.
- Też chciałbym to wiedzieć.
- Eee?
- Zrób mi tę przyjemność i idź spać, dobra? Sam dokładnie nie wiem, co się dzieję. A jak ten różowy potwór przyjdzie i zobaczy, że nie odpoczywasz, to mi się oberwie.
- Ale…
- Pogadamy, jak będziesz w stanie usiąść o własnych siłach. A teraz…
- A Sasuke?
- Co?
- Czy on…
- Ale z ciebie kretyn – w głosie Kyuubi’ego zabrzmiała irytacja. – Coś ci wyraźnie pieprzło w organizmie, tak, że właściwie o mało cię nie zabiło. Ledwo leżysz, próbując zachować przytomność i jedyne o czym jesteś w stanie myśleć, jest to, czy twój były kochaś rzeczywiście wszystkich wykiwał i zwiał?
- Kyu, to bo…
- To cię boli? A to, że ten szczeniak znowu zagrał na twoich uczuciach już jakoś nie?!
- Ja…
- A zamknij się.
W pomieszczeniu zaległa niezręczna cisza.
Naruto przełknął ciężko ślinę. On wcale… Nie chciał, żeby… Kurwa mać…
- Kyu…
- Czego? – odwarknął lis po dłuższej chwili namysłu.
- Prze… Przepraszam…
Rudzielec rzucił mu podejrzliwe spojrzenie, po czym odetchnął głęboko.
- Ten siwy… Kakashi, tak? –zaczął, bawiąc się pasemkami swoich włosów. – Miał racje. Uchiha zniknął.
- Och…
- Nie myśl o tym. Teraz mamy nieco poważniejszy problem. Musimy jakoś cię wykurować.

Naruto nie był zdatny do użytku przez jakieś dwa dni. W ciągu których to na przemian jadł i spał. Nie miał energii do wykonywania ambitniejszych czynności. Nie, żeby po owym czasie, nabrał jej specjalnie więcej, jednak stawało się to już nieco niepokojące. Zwłaszcza, że dziwny ból całego ciała wciąż go nie opuszczał.
Tak więc, bo dwóch dniach właściwie wyrwanych z życia, blondyn został zatargany przed oblicze Hokage, która nie wyglądała niewiele lepiej od Uzumakiego. Najwyraźniej miała ostatnio kilka nieprzespanych nocek.
- Co właściwie wiecie o chakrze? – zapytała, bez żadnych większych wstępów.
- No… Do tworzenia technik Ninjutsu się ją wykorzystuje, nie? – palnął Naruto, siadając na najbliższe krzesło. Miał dziwne wrażenie, że dłuższe stanie o własnych siłach nie wchodziło w grę.
- Ja jestem praktycznie zbudowany z samej chakry – dorzucił lis, w swoim mniemaniu, przydatnie.
Tsunade złapała się za głowę.
- Czego oni was uczą w tej akademii – mruknęła bardziej do siebie. Zmierzyła swoich gości, czyli Naruto i Kyuubi'ego, ponurym spojrzeniem i przeszła do wyjaśnień. – Jak dobrze oboje powinniście wiedzieć, charka powstaje na skutek połączenia dwóch rodzajów energii, w jaki wyposażony jest nasz organizm. Mianowicie: duchowej i fizycznej. Aby wykonać jakąkolwiek technikę shinobi musi doprowadzić do harmonii między duchem i ciałem. Dopiero wtedy możemy mówić o jakiejkolwiek produkcji chakry.
- No dobra. – Naruto potrząsnął głową, w nadziei, że to pomoże odzyskać mu ostrość widzenia. – Coś tam kiedyś Iruka marudził na ten temat. Ale na cholerę mi to teraz potrzebne? Przecież z czasem tworzenie chakry staje się tak naturalne, że właściwie robi się to automatycznie.
- Tego właśnie uczą ćwiczenia w akademii. Jako dzieciak, jest ci łatwiej przyswoić sobie tę umiejętność. Dlatego też bachory lądują w szkole już w tak młodym wieku.
- Jakaś ty urocza…
- W każdym razie – kontynuowała blondynka, nie reagując na przytyk. – Jest wielce prawdopodobne, że osobę dorosłą, a przynajmniej taka, która przeszła już przez okres dojrzewania…
- Hej, co to miało…
- Nie byłaby w stanie nauczyć się łączenia tych dwóch elementów.
- Dalej nie rozumiem…
- Byłaby to głównie wina organizmu, który samoistnie częściowo odrzucałby jedną z energii. Inaczej mówiąc, jedna z sił zawsze by dominowała, co spowodowałoby brak możliwości tworzenia chakry, a wręcz możliwe by było, że zostałaby ona kompletnie odrzucona.
- Chcesz powiedzieć, że dzieciakowi to się właśnie stało? Jego organizm odrzuca chakre? – zapytał lis, z cieniem powątpienia w głosie.
Przywódczyni wioski skinęła głową.
- To śmieszne! – warknął Naruto. Ta rozmowa wcale mu się nie podobała. – Niby jak to możliwe? Przecież ja używałem chary! Od gówniarza umiałem ją stworzyć, nie powiem, że nauka obyła się bez problemów, ale umiałem!
- Wiem! – sapnięcie Tsunade skutecznie go uciszyło. – Ale są jeszcze inne opcje. Najbardziej prawdopodobne wydaje się, że po prostu zaburzyłeś równowagę swoich energii.
- To niemożliwe!
- A jak wyjaśnisz to, że nie mogę wrócić do twojego ciała? – Cichy głos lisa wybił niebieskookiego z rytmu.
- To… Po prostu…
-Albo to, że ledwo chodzisz? O ile się orientuje organizm, tak jakby, uzależnia się od chakry. Używałeś jej, jak sam mówisz, od gówniarza, więc teraz twoje ciało nie potrafi się pogodzić z jej brakiem. I dlatego też boli cię niemalże każda cząsteczka ciała. W końcu siatka chakry oplata cały organizm.
- Skąd wiesz, że…
- Nie jestem głupi, Naruto. I pomimo, że w tej formie nie jestem w stanie czytać ci w myślach, to w marę łatwo potrafię odgadnąć co się dzieje w tym czymś, co nazywasz swoim mózgiem. I najwyraźniej nie dzieje się dobrze, skoro nikomu nie chciałeś się przyznać do tego, że ledwo wytrzymujesz z bólu.
- To prawda? – zapytała ostro Tsunade, wbijając w blondyna przeszywające spojrzenie.
Niebieskooki westchnął dyskretnie.
- Nie jest tak źle…
- Debil! Normalnie debil!
- Podejrzewam, że wystarczy nieco zredukować energię fizyczną, a powinno być lepiej – kontynuował lis. – Zdaje się, że to z siłą duchową masz problemy. Nic dziwnego, zawsze wiedziałem, że masz coś nie tak z psychom.
- Co? Ale dlaczego tak się stało! Nosz kuźwa…
- Twój kochaś…
- Co?
- Twoja reakcja, na ucieczkę twojego kochasia. To złamało twojego ducha.
- Co?! Nie prawda!
- Słuchaj, możesz się wypierać, ale twój organizm zareagował tak, a nie inaczej.
Naruto zagryzł wargi. Nie podobało mu się to. Nic, a nic.
- Ale – zaczął po chwili wahania. – To co teraz? Ja… Co, nie mogę używać chakry, tak?
- Poprawka: ty nie masz chakry. Ani krzty.
- Dobra, ale?
- Co, ale?
- No chyba można to jakoś naprawić? – warknął blondyn, zaciskając kurczowo dłonie. – No przecież nie będę zawsze taki…
- Jaki?
- Kalekowaty… - dokończył kulawo, wpatrując się we własne kolana.
- Naruto…
- I co ja niby mam teraz robić? Na dobrą sprawę jestem bezbronny i bezużyteczny! Jeżeli nie odzyskam chakry to równie dobrze mogę owinąć się w papier i wysłać do Akatsuki, aby tam mnie wykończyli, bo oni również pożytku ze mnie nie będą mieli żadnego!
Naruto podczas przemowy zerwał się z krzesła i nie było o najlepsze posunięcie. Świat na chwilę stał się nieco bardziej rozmazany, kończyny omówiły mu posłuszeństwa, a przed oczami pojawiły się dziwne, czarne kropki. Och, a gdyby nie błyskawiczna reakcja Kyuubi’ego, który przytrzymał go za ramiona, to doznałby bliskiego spotkania z podłogą.
Warknął do siebie, odtrącając ręce rudowłosego.
Nie chciał się tak czuć. Nie chciał być słaby.

Naruto padł na trawę, próbując złapać oddech. Już dawno się tak nie wymęczył.
- I?
- Miałeś racje – przyznał niechętnie. – Już mi lepiej.
- A jak z…
- Tak, tak, już nic mnie nie boli. Nie sądzisz, że to trochę śmieszne, że jeszcze niedawno ledwo trzymałem się na nogach, a żeby to zmienić pomogły mi twoje katorżnicze ćwiczenia? To tak jakby… Trochę nielogiczne, nie?
- A żeby w twoim przypadku logika działała poprawnie…
- Hej! Ja mówię poważnie!
- Ja też – sapną lis, siadając obok blondyna. – Mylisz pojęcia. Straciłeś chakre i przez to twój organizm nie domagał. Ale z drugiej strony posiadałeś za dużo energii fizycznej, co dodatkowo cię obciążało. Trzeba było jakoś pozbyć się tej siły.
- Jakie to cwane…
- To, że ty nie wpadłbyś na tak oczywiste rozwiązanie, nie znaczy, że wymagało ono specjalnego wysiłku myślowego.
- A zamknij się.
Na polu treningowym znowu zaległa cisza. Naruto pogrążył się we własnych myślach. Fakt, fizycznie czuł się lepiej. O wiele lepiej, bo teraz wstając nie miał wrażenia, że jego ciało jest zrobione z ołowiu. Ale psychicznie... Starał się w ogóle nie myśleć o wydarzeniach, które miały miejsce kilka dni wcześniej. Już i tak za bardzo przejął się tym wszystkim.
- Myślisz, że mi przejdzie? - zapytał po dłuższej chwili milczenia.
- Zależy, co masz na myśli.
- No... Ta chakrowa niedyspozycja.
Lis zastanowił się nad odpowiedzią.
- W teorii.
Naruto zamyślił się. Jakoś nie mógł sobie wyobrazić, aby było inaczej.
- Masz jakiś pomysł?
- Hm...
Blondyn spojrzał na niego z nadzieją. Tsunade w tej kwestii dawała marne szansę. Jednak zawsze jakieś. Ale jeżeli Kyu wpadłby na jakieś rozwiązanie, to z chęcią by z niego skorzystał.
- Mam pewną teorię.
- Więc?- ponaglił go niebieskooki.
- Emocjonalna konfrontacja.Czy jak to tam nazwiesz...
- Hę?
Lis odetchnął głęboko.
- Widzisz - zaczął, utkwiwszy wzrok gdzieś w dalekiej przestrzeni. - Chakre straciłeś, zaraz po tym, jak ten jonin powiedział ci o Sasuke, co wstrząsnęło tobą na tyle, że zachwiałeś równowagę między swoimi energiami.
- To już wiemy.
- Więc, myślę, że trzeba by było podnieść nieco poziom twojej siły duchowej, a dobrym sposobem na to, byłoby,gdybyś zmierzył się ze swoim kochasiem.
Naruto zmarszczył brwi. Nie spodobało mu się to, co powiedział rudowłosy.
- Zmierzył?
- Nie chodzi mi o walkę, dzieciaku. Przynajmniej nie w tym sensie...
- Masz rację - powiedział Uzumaki, zrywając się na nogi. Jakoś nagle załapał, co lis miał na myśli. W jego oczach zagościł błysk determinacji. - Masz cholerną rację! Znajdę tego dziadowskiego drania i nawtykam mu za to odpierdzielanie dziwnych rzeczy! O nie, tak się bawić nie będziemy! Jestem Naruto Uzumaki i nie pozwolę frajerowi nabijać się w butelkę!

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Rozdział II.III

Dzień dobry! :D
Między kolejnymi wyjazdami, melanżami, a robieniem projektu znalazłam nawet trochę czasu na napisanie czegokolwiek ^ ^. Część wstawiłabym już nawet wczoraj... Ale jakoś nie miałam siły go wrzucić i przejrzeć jeszcze raz. Eh, jeszcze zmarnowałam dobrą godzinę na odzyskanie wszystkich numerów gadulcowych, bo jakimś dziwnym sposobem mój wspaniały program przestał reagować na dostęp do internetu, co trzeba było naprawić przeinstalowując go po raz cholera wie który. Cóż, bywa. Tylko, że w końcu mogłabym zapamiętać te wszystkie badziewne hasła xD.

Machalice: Mało mi, o! I nie straszaj mnie żelastwem wszelakim bo się zamknę w sobie i... No... Jeszcze wymyśle jakaś krwawą i bolesną zemstę xD.
Właśnie mi przypomniałaś, ze mój wspaniały Stefan potrzebuje długiego, odstresowującego, oczyszczającego formata. Albo chociaż gruntownych porządków. Kurde, odkąd dorwałam kamerę, mój-częściowo-wynajęty komputer jest zapchany przez rzeczy co najmniej dziwne.
Pisz, pisz, nie ma opierdzielania się! Byle dużo i śmiesznie i dla mnie, niach niach niach xD. A nuż widelec, znów uda mi się napisać komentarz!
Choliera... Ja nie chciałam tak skrzywić Naruciaka, naprawdę! On tak sam jakoś... No dobra, przyznaje się bez bicia. Boru jedyny, zrobiłam z blondasa rozchwianą emocjonalnie nastolatkę, która usidliła faceta na ewer forewer i onli łi tugeder. Nie chciałam, naprawdę! Tak jakoś samo wyszło... Na swoje usprawiedliwienie mogę jedynie napisać, że to pewnie przez moich znajomych, którzy czasami zachowują się w ten sposób. Oni zawsze mieli na mnie zUy wpływ...

Deedwarda: Ja proszę uprzejmie o nieprzywiązywanie do krzeseł, i tak za dużo czasy spędzam przed kompem xD.

Dziękować za wszystkie komentarze ^ ^ I zapraszam na kolejną część :D

*** *** *** *** *** *** ***

- Sakura… Posuń tyłek…
- Spadaj, już zająłeś większość łóżka!
- Tylko kawałek…
- Odwal się.
- No proszszsz…
- Nie, weź... Ała! Naruto!
- Nooo…
- Ała, ała, lecę! AŁ!
- O jak miło.
- Zabiję cię, Naruto!
Uzumaki uchylił jedną powiekę i parsknął śmiechem.
Jego przyjaciółka posyłała mu właśnie jedno ze swoich morderczych spojrzeń i warczała. Z poziomu podłogi.
- Nie moja wina, że masz takie małe łóżko.
- Nie bądź bezczelny – mruknęła, podnosząc się i siadając na łóżku. – Żeś mnie całą noc spychał. I zabierał kocyk.
-Nie masz na to dowodów!
- Nie? A moje siniaki się nie liczą?
„Zamknijcie się, szczyle! Normalni ludzie jeszcze śpią o tej porze!”
„A spadaj.”
„Irytujące bachory.”
„Pyskaty sierściuch!”
Naruto uśmiechnął się w duchu.
I tak od tygodnia, budzili się wszyscy razem, wrzeszcząc na siebie niemiłosiernie i kłócąc się o byle pierdołę. To było takie… Normalne. I w gruncie rzeczy nawet przyjemne. Miło było wiedzieć, że kolejnego dnia, gdy się obudzi, Sakura spróbuje go oklepać, a Kyuubi obrzuci kolejnymi wyzwiskami.
Ostatnio potrzebował każdej formy stabilności.
- Jak się czujesz?
Coś ścisnęło serce Naruto, kiedy spojrzał w zielone oczy Sakury. Błyskawicznie odwrócił wzrok.
- W porządku.
- Naru…
- Nie, naprawdę. Jest już… Okej. Shika wspominał, że znalazł w centrum kawalerke i…
- Wiesz, że możesz ze mną mieszkać ile chcesz!
- Wiem, tylko… Ja chyba tego potrzebuje.
- Naruto…
- Wiesz – zaczął, siadając na łóżku. – Bo to chyba trochę za szybko się potoczyło. Wspólne mieszkanie i w ogóle. Chyba za dużo sobie wyobrażałem. I ja… nie chciałem…
Głos mu się lekko załamał, a Sakura już była przy nim, ciasno przytulając się do niego.
- Boli?
- Jak cholera – odpowiedział zduszonym szeptem. – Gdybym wiedział, że to tak boli… Nigdy w życiu nie pakowałbym się w ten związek.
- Nie mów tak, sam wiesz, że to nie jest prawda.
- Wiem, jednak… Sakurcia, gdybym nie był tak uparty, och no wiesz o co mi chodzi!
- Szczerze? – W głosie różowowłosej pojawiło się rozbawienie. – Nie mam najmniejszego pojęcia. Ale powinieneś wiedzieć, że zawsze będę przy tobie. Nie załamuj się, Naruto. Może to i puste słowa, ale wszystko jakoś w końcu się ułoży. Jeszcze będziemy się z tego śmiać.
- Oby, Sakurcia, oby…
Bo niespełna tydzień temu nie było im wcale do śmiechu.

- Naruto? Naruto, boże drogi, to ty?
Blondyn siedział pod ogrodzeniem, nie reagując na zawołania.
- Naruto?
Ktoś chwycił go na twarz, zmuszając go, aby spojrzał przed siebie. Ujrzał zielone tęczówki.
- Dlaczego tu siedzisz? Coś się stało? Coś z Sasuke?
Coś drgnęło w piersi blondyna, na dźwięk tego imienia.
- Ja… - zaczął, a głos nagle uwiąż mu w gardle.
Łzy zaszkliły się w kącikach jego oczu.
- Ja… On…
- Naru, proszę, wyduś to z siebie.
- Sasu… Sasuke – wydyszał z trudem. – On… On mnie… Nienawidzi…


- Koniec tego dobrego, śmierdzielu. Lecisz na trening, czy tego chcesz, czy nie!
Oh, no tak. Jakieś trzy dni temu Kakashi złożył mu propozycje nie do odrzucenia. W tym sensie, że powiedział, że ma pewną interesującą sprawę do obgadania, a jako, że Naruto zapewne będzie nią zainteresowany, to ma się stawić w określonym miejscu w narzuconym terminie bez szemrania. I tyle miał do gadania.
- Saaakura, proszę!
- Nie, nie, nie, mój drogi – krzyknęła dziarsko dziewczyna, wstając z łóżka. – Musisz się zacząć ruszać, bo ci kości zardzewieją!
- Saaakuu…
Różowa obróciła się błyskawicznie w jego stronę, przyszpilając go wzrokiem.
- Wstawaj – wysyczała – bo jak ja cię wstanę, to będzie boleć.
- Jesteś złem w najczystszej postaci – mruknął, ale zwlekł się z łóżka. Dobrze pamiętał, jak ostatnio potraktowała go dziewczyna, gdy za długo się wylegiwał. Metoda zawierała w sobie dużo przemocy fizycznej. – Idziesz ze mną?
- Pff, a co? Dopingu potrzebujesz? O nie, mam dyżur. No już, rusz się, bo się spóźnisz.
Chcąc nie chcąc, Uzumaki po jakiś dziesięciu minutach był gotowy do wyjścia, a po pięciu następnych siedział już na placu treningowym. I jak się można było spodziewać Kakashi się nie pojawiał.
- Zabije dziadygę – mrukną, po jakiś piętnastu minutach oczekiwania.
- Za cóż, me drogie dziecię? – odezwał się głos, tuż za jego plecami.
- Za całokształt. – Obrócił się, aby spojrzeć na swojego mistrza. – Spóźniłeś się.
- No popatrz, nie zauważyłem. – Jonin przewrócił oczami.
Naruto uniósł brew. Przyznał się? Tak bez dziwnych wykrętów?
- Ale popatrz lepiej, co twój wspaniały mentor ci przytachał! – zakrzyknął radośnie siwowłosy, mrużąc widoczne oko. Złożył dłonie w pieczęć, huknęło i z kłębów białego dymu wynurzył się zwój, który to Kakashi zręcznie złapał.
Brew Naruto powędrowała jeszcze wyżej.
- Co to?
- Zwój, mój wspaniały, aczkolwiek nieogarnięty uczniu.
- To widzę.
- Zwój, który będziesz musiał sobie przyswoić. Do następnego treningu, powiedzmy.
- Czekaj, że co? To dzisiaj…
- Tak, tak – przerwał mu siwowłosy. – Dzisiaj utniemy sobie małą pogawędkę i będziesz mógł iść do domu, aby zagłębić się w nauce.
- Zwariowałeś? – warkną blondyn. – Pomijając tą kwestię, że każesz mi czytać jakieś badziewia, to jeszcze kazałeś mi tu przyłazić z samego rana, tylko po jeden cholerny zwój? Nie mogłeś mi go podrzucić?!
- Hm… Nie.
- Ty… Och, dawaj to!
- E, nie tak prędko. – Kakashi błyskawicznie schował zwój za siebie. – Słuchaj, ta rzecz jest niezwykle ważna. I muszę ją zwrócić szybko i w nienaruszonym stanie. Inaczej obaj będziemy mieli przechlapane. I to porządnie.
- Szybko?
- Masz jakieś dwa dni.
- Boże drogi, Kakashi, przecież umiem czytać. I to nawet składnie i ze zrozumieniem…
- Hm… No tak. – Pomimo maski, dało się dostrzec, że mina jonina wyraźnie zmarkotniała. – Jest jednak małe „ale”…
- Dupa, nie ma małych „ale”. Zwłaszcza jak mówisz to słowo, to już wiadomo, że nie będzie małe. Gadajże o co chodzi, bo już i tak spierdzieliłeś mi cały dzień.
- Widzisz. – Kakashi z zamyślonym spojrzeniem obracał zwój w dłoniach. – To jest rzecz, która stanowi, że tak powiem, jeden z zabytków Konohy, chociaż nie ma więcej niż trzydzieści lat. Aczkolwiek, jakby to powiedzieć, nikt nie poznał treści, którą zawiera…
- Chyba sobie żartujesz – prychnął Naruto. – Niby skąd macie wiedzieć , że to ma jakąkolwiek wiek wartość? Pewnie to powieść miłosna jakiejś napalonej nastolatki.
- To zapiski czwartego hokage. Prawdopodobnie dotyczą Hiraishin no Jutsu.
- Chyba sobie żartujesz – powtórzył Naruto i z niemalże nabożną czcią odebrał zwój od swojego mistrza. Jego technika teleportacyjna była wzorowana na jutsu Yondaime. Jednak, tak szczerze powiedziawszy, blondyn ani o krok nie zbliżył się to perfekcji.
Bo jutsu Namikaze było… No cóż, właściwie nikt do końca nie wiedział jak działało. Było w końcu ścisłą tajemnicą jego twórcy. Polegało na szybkim przemieszczeniu się z miejsca na miejsce, ale nikt nie miał pojęcia, na jakiej zasadzie się to działo. Błysk i puf, jesteś na całkiem innym miejscu… A Uzumaki jedynie stworzył coś, co powierzchownie mogło przypominać ta technikę i przy okazji zżerało mnóstwo chakry.
- Sam widzisz, że…
- Zaraz – przerwał Kakashiemu – Skąd to masz?
- Hm… Powiedzmy, że pożyczyłem.
- Zwinąłeś to – powiedział z niedowierzaniem. – Zwinąłeś zwój z działów konohańskiej biblioteki, do których właściwie nikt nie ma wstępu!
- Być może – przyznał Jonin po chwili wahania. – Cóż, jeżeli to uraża twoje poczucie sprawiedliwości. To zawsze mogę odnieść to i zapomnimy o całej sprawie.
- Zwariowałeś? – Naruto przycisnął zwój do swojej klatki piersiowej. – W życiu! A przynajmniej nie dopóki go nie przeczytam. Dobra, skoro to wszystko, to ja już sobie pójdę, aby w jakimś uroczym zaciszu przyswoić sobie jego treść, dobrze?
- Myślę, że to nie będzie jednak takie łatwe.
- Jeżeli chodzi ci o moją umiejętność czytania, to…
- Chodzi o pieczęć – przerwał mu siwowłosy. – Na zwoju znajduje się jakaś cholernie upierdliwa pieczęć, której nikt nie zdołał przełamać. Dlatego jest zamknięty w bibliotece. W zasadzie nie ma z niego żadnego pożytku, bo przecież nikt nie zdołał go odczytać. Jednak nie można pozwolić, aby wpadł w niepowołane ręce.
- A co cię skłania do wysnucia tezy, że to moje ręce są odpowiednie? – warknął Naruto. Cała sytuacja zaczęła powoli działać mu na nerwy. – Słuchaj, dajesz mi jakiś dziwaczny świstek papieru, chociaż sam nie jesteś pewien, co się w nim znajduje i jeszcze mówisz mi, że na dobrą sprawę i tak go nie odczytam, bo jest zapieczętowany. I co ja mam niby z nim zrobić? Przerobić na papier toaletowy mogę, w najlepszym wypadku, ale chyba nie o to ci chodzi.
- Jako syn…
- Zamknij się – warknął blondyn, nawet nie siląc się na podniesienie głosu.
- Naruto…
- Nie, słuchaj… Nie zaakceptuje go jako swojego ojca, okej? Zostaw tą kwestię w spokoju.
Naruto zagryzł dolną wargę.
Nie wierzył w to.
Nie wierzył, że jego ojcem jest sam Minato Namikaze, chociaż inni uparcie tak twierdzili. Oczywiście dopiero wtedy, gdy postanowili wyjawić mu tą tajemnice. Co nie zmienia faktu, że ten temat starał się omijać szerokim łukiem.
- Dobra. – Kakashi uniósł dłonie w geście poddania. – Już nic na ten temat nie mówię. W każdym razie, chodzi o to, że właściwie to jesteś prawdopodobnie jedyną osobą na świecie, która jest w stanie to rozgryźć. To co?
Naruto zastanowił się przez chwilę. No cóż, ciekawość zwyciężyła nad niechęcią.
- Jasne. Zadajesz kretyńskie pytania. Myślę, że Kyu…
„Od Kyu to ja proszę wara.”
- … Mi z chęcią pomoże. W końcu jest obeznany w tych tematach.
„Już się tak nie podlizuj.”
„No prosz…”
Nauczyciel przyglądał mu się podejrzliwie, jakby dokładnie słyszał rozmowę, którą toczyli ze sobą Naruto i lisa.
- No to spierdzielaj mi z oczu, dzieciaku. Za dwa dni widzę cię tu, z odczytanym, zapamiętanym i naumianym zwojem, muszę zdążyć go oddać przed zmianą zabezpieczeń.
- Się robi, mistrzuniu! Raz, dwa to rozgryzę, nie bój nic!

- Nie, za cholerę tego nie rozgryzę – jęknął blondyn, waląc głową w blat biurka.
Już dobre kilka godzin siedział nad zwojem, który w dalszym ciągu pozostawał zapieczętowany. Źle, albo i jeszcze gorzej.
„Siedemnaście.”
„Hm?”
„Siedzisz siedemnaście godzin. I dwadzieścia dwie minuty, jeżeli cię to interesuje. Zdążyłem się dwa razy zdrzemnąć. A ty dalej siedzisz w ciemnej dupie.”
Wedle gustu Naruto głos lisa brzmiał zbyt radośnie.
„Bo miałeś mi pomóc, ty wyleniały pasożycie!”
„Przecież próbowałem.”
Uzumaki warknął mentalnie.
No tak, jeżeli wymacanie zwoju smużką pomarańczowej chakry i stwierdzenie, że nie wie się co to za cholerstwo go pieczętuje jest pomocą, to tak, lis pomógł mu niewyobrażalnie.
Blondyn miał nieprzyjemne wrażenie, że stoi cały czas w miejscu i marnuje czas.
„Popatrz na pozytywy, przynajmniej nie myślisz o swoim kochasiu.”
Naruto złapał się za nasadę nosa, przeklinając głupotę Kyuubi’ego.
„Dzięki, takiego kopa było mi trzeba.” Pomyślał sarkastycznie.
Zerwał się z krzesła wyrzucając w górę ręce, aby się trochę rozciągnąć. Nie był typem osoby mogącej usiedzieć dłuższy czas bez ruchu. Jednak teraz nie miał większego wyboru. I powili zaczynał się denerwować. Cholera, miał około trzydziestu godzin na to, aby odczytać ten pieprzony papier. I go zapamiętać.
Z pewnością nie potrzebował przypomnienia, iż od niedawna został singlem. Bez udzielenia swojej zgody.
- Nie spałeś całą noc? – zaspany głos wyrwał go z zamyślenia.
- Nie – odpowiedział i opadł na krzesło. – I nie mam pojęcia, co robić.
- Hm… - Sakura podeszła do biurka, chwyciła zwój w dłonie i przyjrzała mu się badawczo. – Wygląda normalnie. Jakby…
- Jakby żadnej pieczęci nie było, nie? – dopowiedział blondyn. – I właśnie to jest najgłupsze. Niby jak mam rozbroić blokadę, jak jej właściwie nie ma?
- Więc jak to w ogóle ma prawo działać?
- Nie mam najmniejszego pojęcia. Przynajmniej na razie.
- Cóż – zaczęła różowowłosa z wahaniem. – Muszę iść do pracy, ale jak wrócę, to z chęcią ci pomogę. Okej?
- Dzięki, Sakurcia.
- Spoko. W sumie, może urwę się szybciej. Dzisiaj dzieciaki z akademii przychodzą na badania krwi i właściwie to tyle do roboty. To się zbieram, a ty właściwie byś mógł się trochę kimnąć. Wyglądasz jak strach na wróble.
„Łatwo jej mówić.” Pomyślał Naruto, wiele minut po wyjściu dziewczyny. Nawet jeżeli bardzo by chciał zasnąć, to wiedział, że mu się to nie uda. Myśl o zapieczętowanym zwoju za bardzo by go męczyła i w efekcie ani by nie posunął się do przodu, ani też by nie wypoczął.
„Marudzisz.”
„Taka prawda! Sto razy bardziej wolałbym znęcać się nad dzieciakami w szpitalu, niż kisić na swoim miejscu! Ba! Nawet wolałbym, aby to mnie dźgali igłami, w celu pozbawienia krwi i… i…”
Zmarszczył brwi.
„I chyba właśnie wpadłem na rozwiązanie, Kyu.”

- Mam! Kakashi! Odczytałem to cholerstwo! Ogarniasz?! Jeżu, ty wiesz co tam jest?! Toż to skarb, przenajświętszy i wspaniały! I…
- Naruto…
- I właściwie wiesz, że moja technika w dobrym kierunku podążała? Brakuje mi tylko jednego elementu, ale słuchaj…
- Naruto…
- Wiesz w ogóle, jak rozgryzłem pieczęć? To taki banał, że też od początku o tym nie pomyślałem, a pieprzyłem się z tym dobra dobę. Słuchaj…
- Naruto!
- NO CO?! Kakashi, ja mam wrażenie, że ty mnie w ogóle nie słuchasz…
- Dzieciaku… - Jonin westchnął z rezygnacją. – Stało się coś, o czym właściwie…
- A tam – przerwał mu blondyn – zawracasz mi głowę pierdołami, a ja właśnie miałem ci mówić coś ważnego.
- Chodzi o Sasuke.
Młodszy mężczyzna momentalnie zamarł.
- Czy… Coś… Stało mu się coś?
- Z technicznego punktu widzenia? Jeszcze nie.
- Że co?
- On…
- Wyduś to z siebie – warknął, już wyraźnie zirytowany blondyn.
- Sasuke opuścił Konohe.
Narutowa brew powędrowała ku górze.
- Okeeej – powiedział Uzumaki, zachowując się tak , jakby wiadomość jonina w ogóle do niego nie dotarła. – Wracając do tematu…
- Czy ty rozumiesz, co się do ciebie mówi?
- Hm?
- Naruto, Sasuke uciekł.
- Znowu misja?
- Nie?
- Och, tak to się kroi. Nie chcecie mi znów powiedzieć, że to misja szpiegowska, czy coś w tym stylu? Spoko-loko, teraz…
- Naruto, nie tym razem.
- Dobra, mniejsza z tym. Wracając do tematu…
- Naruto! – w głosie siwowłosego zabrzmiała nuta irytacji. Mężczyzna złapał niebieskookiego za ramiona i potrząsnął nim gwałtownie. – Przestań pieprzyć o tym cholernym zwoju! Sasuke uciekł, rozumiesz?!
Blondyn spuścił głowę, wyrwał się z uścisku i cofnął kilka kroków, chwiejąc się nieznacznie. Między nimi zaległa cisza, którą po chwili przerwał Uzumaki.
- Nie wierzę ci – powiedział cichym głosem, wpatrując się w swoje buty.
- Naru…
- Nie wierzę ci! – wrzasnął, unosząc gwałtownie głowę, a w jego głosie pojawił się cień histerii. – NIE WIERZĘ!
Nagle, z dość głośnym trzaskiem obok niebieskookiego pojawiła się rudowłosa postać i w tym samym momencie Naruto… Zemdlał.