Eee... Napisałam kolejną część. Nie wiem jakim cudem. Naprawdę. Powinnam tyrać przy projektach, a zamiast tego siedzę przed kompem wklepując nową notatkę na bloga xD. Cóż... Chyba powoli muszę się przyzwyczajać do myśli, że będę zmuszona zawalić kilka nocek. Dobra, już nie marudzę... Dziękuję za komentarze, naprawdę lubię je czytać :)
Deedwarda: Kłaniam się nisko i dziękuję za pochwałę. Czuje się mile połechtana :)
Eterna: Kurde, a ja myślałam, że nikt się nie będzie spodziewał takich wyznań po Naruto. xD A co trybu życia blondyna... Cóż, w ciągu wielu lat uganiał się za przyjacielem i nie za wiele myślał o seksie, czyż nie ^ ^? Może dlatego się w końcu sam rzucił na Uchihe... A i dziękuję za zaproszenie, nie omieszkam skorzystać. (Niech tylko się ogarnę z tymi projektami...)
Mechalice: O tak xD Bij mnie, gryź mnie i mów mi po niemiecku xD Czy jak to tam szło. W każdym razie... Czy Ty chcesz mnie przyprawić o zawał pisząc w tym cudownym języku? xD Co do Kyu:
a) Czy obraża jest dizajnerska? Lis lubi cekiny i inne świecidełka, choć oficjalnie nie podaje tego do wiadomości publicznych.
b) To zależy... Drapanie za lewym uchem wprost uwielbia.
Czy muszę wspominać, że przy niektórych fragmentach Twojego komentarza, niemalże spadłam z łóżka, czy już masz tę samoświadomość? xD A, i wiesz, ja tak właściwie to lubię Twój słowotok, więc nie krępuj się xD
Rei: Miło, że zawitałaś na mojego bloga i cieszę się, że Ci się podoba ^ ^.
Pozdrawiam i zapraszam na kolejną część.
*** *** *** *** *** *** ***
Naruto zwisał z dachu budynku, w którym rezydowała Hokage.
„Wygonie?”
„Nie za bardzo.”
„To czemu po prostu nie pójdziesz do piątej i nie zapytasz się o co chodzi?”
Blondyn pomyślał o swojej ostatniej rozmowie z Tsunade i skrzywił się. Wątpił, aby ta była skora cokolwiek mu wyjaśniać. Ba! Pewnie nawet nie chciała go widzieć.
„No skoro cię nie wezwała…”
„Właśnie. Łatwiej będzie po prostu kogoś wypytać.”
„Jakiś ty przebieły.”
„Żebyś wiedział! A teraz cicho, bo chyba dojrzałem potencjalną ofiarę.”
Kilka metrów pod nim, po drewnianych schodkach, szedł Konohamaru. Nie wyglądał na zadowolonego z życia. Najwyraźniej jego pogadanka z Hokage również nie należała do najprzyjemniejszych.
Dyskretnie podążył za młodym chłopakiem.
„A tak przy okazji…”
„NIE” warknął w myślach.
„Przecież nawet nie wiesz, co chcę powiedzieć.”
„Czyżby? Może coś w stylu, że powinienem pogłowić się trochę nad tym, jak załagodzić sprawę z Sasuke?”
„Za dobrze mnie znasz.”
„Niestety.”
„Co nie zmienia faktu, że ta kwestia jest dość nagląca.”
„Dlaczego niby?”
„Bo jak się nie schowasz odpowiednio szybko, to twój mroczny kochaś zaraz na ciebie wpadnie.”
„O żesz…” Wskoczył za płot, płasko do niego przylegając. I rzeczywiście, po chwili dało się słyszeć jak ktoś przebiega ulicą. Zerknął ostrożnie przez deski. Czarnowłosy pośpiesznie zmierzał ku siedzibie Hokage.
„Go też wezwała?”
„Ciesz się. Tak, to pewnie już by cię dorwał.”
„Fakt.” Odetchnął. „Cholera, zgubiłem…”
Wrzasnął dziko, kiedy ktoś klepnął go w ramię.
- Boże, Konohamaru! Czego mnie straszysz? Chcesz, żebym zawału dostał?
„Kiedy ten bachor nauczył się tak skradać?”
„Chyba wtedy, gdy ty zacząłeś dawać się tak łatwo podchodzić.”
- Co szef taki drażliwy? – Dzieciak założył ręce na ramiona.
- Nie interesuj się, bo kociej mordki dostaniesz – mruknął blondyn. – A właściwie to dobrze, żeś się przypałętał. Mam taki mały interes…
- Miałeś mnie nauczyć walki na miecze! – krzyknął z wyrzutem Sarutobi.
Blondyn pacnął się w czoło. Rzeczywiście obiecał młodemu coś takiego. Ale po ostatnich akacjach zupełnie wypadło mu to z łba.
- No przecież! Spoko, zaraz się za to weźmiemy…
„Ty nie miałeś przypadkiem się czegoś dowiedzieć?”
- … ale najpierw, powiedz mi…
- Nie ma żadnego najpierw! – Konohamaru oskarżycielko wycelował palcem między oczy Naruto. – Zaraz znowu się będziesz wykręcał!
- Ej, ej! Bez takich ja tu proszę, jak mistrzunio obiecał, to mistrzunio zrobi!
„Nie wydaje ci się, że ten dzieciak usilnie próbuje odwrócić twoją uwagę?”
„Mówisz?”
„Eh, ty tępaku…”
Uzumaki złapał młodszego chłopaka za kołnierz i uniósł go na wysokość swoich oczu, które podejrzliwie zmrużył.
- Czy ty coś przede mną ukrywasz?
- No… eee… nie?
- Konohamaru… - warknął złowrogo. – Chcesz mnie zdenerwować?
- Ale szefie…
- Bądź tak uprzejmy i powiedz mi, co robiłeś u Tsunade.
- Niby z jakiej paki? To moja sprawa, nie? – mruknął dzieciak po dłuższej chwili zastanowienia.
- Nie, jeżeli ma co wspólnego ze mną.
- A ty skąd wiesz? – Oczy Konohamaru rozszerzyły się komicznie.
- Szósty zmysł, psia mać! – warknął dość nieuprzejmie. – Gadaj co wiesz, albo za siebie nie ręczę!
- Ale ja nie mogę! – pisnął cienko, gdy druga ręka Naruto uniosła się niebezpiecznie ku górze. – Ten stary babsztyl mi zabronił! Wszystkim zabronił! A mi się to wcale nie podoba, mówiłem, że powinieneś wiedzieć, ale ona się uparła i w dodatku większość się z nią zgodziła!
- O czym ty pierdzielisz? – zapytał blondyn, w końcu stawiając Sarutobiego na ziemi. – Że Tsunade?
- Tak, Tsunade! A teraz mogę już w spokoju pakować manatki i wynosić się do Taki, czy innej pipidówy, bo ta wredna jędza oklepie mnie, gdy się dowie, że powiedziałem ci cokolwiek! Ale żeś mnie usadził szefie…
„Co ona tak się uparła ostatnio, żebym został najbardziej niedoinformowanym nija na świecie…”
„Może to twój urok tak na nią działa.”
„Spadaj, pchlarzu.”
- Nie panikuj, jeżeli powiesz mi o co się rozchodzi, to postaram się, aby nikt się nie dowiedział, że coś mi napomknąłeś.
- Ale ty wtedy… - Dzieciak naglę się zaciął.
Brew Uzumakiego powędrowała ku górze.
- Pozwolisz, że sam zdecyduję, co „ja wtedy”, okej?
Konohamaru spojrzał na niego niezdecydowanie.
- Oh, daj spokój. Jestem twoim kumplem, nie? Powinieneś mi powiedzieć.
„Zwłaszcza, że przed chwilą próbowałeś go udusić.”
„Drobne nieporozumienie.”
- Dobra, ale musisz mi coś obiecać!
„No w końcu!”
- Jasne. Co tylko chcesz.
„Byś się zastanowił czasami, zanim coś powiesz…”
„Marudzisz, przecież nie będzie wymagał cudów.”
Dzieciak wpatrywał się w niego podejrzliwie przez jeszcze kilka chwil. Poczym westchnął rozdzierająco i zmienił wyraz twarzy na zmartwiony.
- Przyrzeknij, że nie ruszysz się z wioski.
Blondyn zamrugał zdezorientowany. To wcale nie była jakaś wymagająca prośba. Na dobrą sprawę nie chciało mu się urządzać żadnych dalszych wypraw, no chyba, że będzie tego wymagać ucieczka przed Sasuke. Ale przy odrobinie pomyślunku uda mu się uniknąć opuszczania granic Konohy.
- Jasne, żaden problem. – Wzruszył ramionami.
- Bo chodzi o to… - Sarutobi wziął większy oddech. – Chodzi o to…
„Czujesz?”
„Co?”
„Uchiha znowu zmierza w naszą stronę. I najwyraźniej jest niezadowolony, bo nawet nie próbuje się maskować.”
„Cholera…”
- Konohamaru, mów! Mam pewną sprawę do załatwienia.
„Tudzież do odwleczenia, jeżeli znowu zamierzasz mu zwiać.”
„Jak zwał.”
- Ale obiecujesz, że nie ruszysz w pościg?
- Tak, tak. Co tylko chcesz, ale gadaj już! – sapnął Naruto, zerkając konspiracyjnie przez deski. Pierdziu, głupi Uchiha! Faktycznie, jego chakra była coraz lepiej wyczuwalna. Co mogło sugerować, że jest naprawdę, ale to naprawdę zły. Ciekawe dlaczego…
„Zawsze możesz go o to zapytać.”
„Nie w tym życiu.”
- Bo ją porwał Orochimaru! – wyrzucił z siebie dzieciak. – Ale pamiętaj, że obiecałęś…
Naruto wzniósł oczy ku niebu. Jasna cholera, jak na złość Konohamaru nie może się porządnie wysłowić. A przecież zawsze tyle paplał.
- Kogo, dziecko drogie? Wybacz , nie jestem jasnowidzem.
- Sakure.
Sakura…
Pamiętasz ten dzień, kiedy to wspólnie wylądowaliście na szpitalnych kozetkach. Oboje jako pacjenci. Nieźle oberwaliście po spotkaniu z członkami Akatsuki. Ale było warto. W końcu jednego z nich posłaliście do piachu, a pozostała dwójka nieźle ucierpiała na zdrowiu. Och, to wtedy przyznałeś jej się, co czujesz do Sasuke.
- Jesteśmy przyjaciółmi idioto! Dlaczego mi nie powiedziałeś na początku? Coś ty sobie myślał?
Wbrew pozorom na jej twarzy błąkał się dziwaczny uśmiech, a nie grymas złości. Jak mogłeś w ogóle wtedy podejrzewać, że przyjaciółka cię odrzuci…
- Bo on… Bo ty… - jąkałeś się. Z perspektywy czasu ta sytuacja naprawdę wydawała się być zabawną. – Kochałaś się w nim kilka dobrych lat, skąd mogłem wiedzieć, że mnie nie zabijesz?
- Kretyn! – sapnęła. – Ile ja miałam lat? Przejmowałeś się jakimś szczeniackim zauroczeniem? Ktoś ci powinien przywalić po tej tępej łepetynie…
- Już to zrobiłaś. – Przypomniałeś jej, masując niedawno nabytego na głowie guza. Dziewczyna ma naprawdę ciężką rękę.
- To za to, że siłą musiałam wydobywać z ciebie takie informacje! Jesteśmy przyjaciółmi, nie?
Wtedy spojrzałeś na nią poważnie.
- Jesteśmy. I już nigdy nie pozwolę cię skrzywdzić…
Podczas walki dziewczyna została poważnie zraniona. Nawet teraz złość w tobie zbiera, gdy przypominasz sobie widok krwawiącej Haruno. Już ani razu nie chcesz widzieć jej w takim stanie. Nigdy więcej…
- No przestań już. To nie była twoja wina. Gdybym była trochę szybsza, to nawet by mnie nie drasnął dziadyga.
- Ale ja mogłem…
- Zamknij się już. A jeżeli dręczy cię sumienie to chodź i przytul mnie, bo się czuję samotna…
Naruto cofnął się o krok.
„Nie…”
- Szefie?
Głos Konohamaru wydawał się być dziwnie zmartwiony i jakby dochodzący z daleka. Blondyn zrobił kolejny krok w tył i oparł się plecami o płot. Nogi ugięły się pod nim, więc chwycił się desperacko spróchniałych desek.
„Nie!”
- Ja… - wyjąkał wbijając w Sarutobiego przerażony wzrok. – Muszę…
- Co? – Dzieciak zmarszczył brwi. Najwyraźniej nawet nie podejrzewał, że Uzumaki może chociażby pomyśleć o niedotrzymaniu danego mu słowa. Cóż może, gdyby sytuacja nie dotyczyła Sakury…
- Ja muszę ją ratować! – warknął, wyrywając się z dziwacznego odrętwienie. Jasna cholera, już dawno powinien być za bramami Konohy!
- Nie możesz! – krzyknął dzieciak zagradzając mu drogę. – Obiecałeś! Zresztą, ty nawet nie powinieneś o tym wiedzieć!
- Konohamaru – jęknął blondyn. – Czy ty siebie słyszysz? Chodzi o moją przyjaciółkę! Zwariowałeś, jeżeli myślisz, że pozwolę ją skrzywdzić! Cholera wie, co ten pieprzony gad od niej chce, a ja nie mam zamiaru czekać bezczynnie, żeby się o tym dowiedzieć.
- Ale szefie…
- Nie szefuj mi teraz! Błagam, Konohamaru!
- To idź do Hokage! – wrzasnął desperacko młodszy chłopak. – Wytłumacz jej to. Ja wiedziałem, że będziesz chciał lecieć na misje ratunkową, ale ona wszystkim kazała… Ja miałem cię odciągnąć…
- Dosyć – syk przerwał wywód dzieciaka.
„Kurwa…”
„No to masz przesrane.”
W mniemaniu Naruto głos lisa zabrzmiał zbyt radośnie. Jednak zamiast go ochrzanić zajął się wbijaniem złowrogiego spojrzenia w emanującą złem postać Sasuke.
- Sarutobi, później się z tobą rozliczę za niewypełnienie rozkazu. Teraz spadaj – rozkazał Uchiha cichym głosem, cały czas obserwując blondyna. Najwyraźniej po ostatniej akcji nie miał zamiaru stracić czujności. O dziwo Konohamaru bez szemrania go usłuchał i ulotnił się.
- Też chcesz mnie powstrzymywać?
Teraz dla blondyna najważniejsza była kwestia uratowania Sakury. Nie liczyło się to, że Sasuke był zapewne wściekły po tym, że zostawił go samego po bardzo namiętnej nocy. A nokaut na ostatniej misji już dawno poszedł w niepamięć Uzumakiego.
- Ja to po prostu zrobię – stwierdził z prostotą czarnowłosy, wciąż uważnie na niego patrząc.
- Chyba jak mnie zabijesz!
„Nie bądź taki dramatyczny…”
„A ty się zamknij.”
- Myślę, że to nie będzie konieczne.
Spokojny głos Uchihy strasznie wnerwiał blondyna. Nie pojmował jak sharingowiec może być taki nieczuły.
- W ogóle cię to nie rusza? – zapytał z wyrzutem. – Ona też jest w końcu twoją przyjaciółką! Jak możesz…
- Moim głównym priorytetem jest niedopuszczenie, abyś mieszał się w tą sprawę.
- Tą sprawę? TĄ SPRAWĘ? Boże, Uchiha! Nie wiedziałem, że jesteś aż takim draniem! Jak w ogóle śmiesz? To, że ty jesteś kompletnym burakiem, nie znaczy, że i ja zostawię Sakure samą sobie!
- Nie masz większego wyboru – warknął czarnowłosy. – Bo nigdzie się stąd nie ruszysz!
- Dlaczego?
- Co, dlaczego? – Na twarzy Sasuke pojawił się grymas niezadowolenia.
- Dlaczego tak ci na tym zależy? Boże, Uchiha, to przecież nie pierwszy raz, kiedy nadstawiam karku. Nawet jeżeli coś mi się stanie, to co cię to tak obchodzi? Dlaczego nie interesowało cię to trzy lata temu, kiedy uganiałem się za tobą jak idiota? Dlaczego wtedy nie powstrzymywałeś mnie od tych durnych akcji ratunkowych, po których na tygodnie lądowałem w szpitalu?
„Musisz akurat teraz się rozczulać?”
„Tak, kurwa! Jak już zacząłem to skończę! Może coś trafi do jego pustego łba i mnie puści do Sakury!”
- Dlaczego musiałem latać po całym kraju, żeby widzieć cię chociaż kilka sekund? – kontynuował. - I czemu wtedy raniłeś mnie jeszcze mocniej?! Myślisz, że było mi lekko? Oh, no tak, przecież twe słowa, iż jestem nic niewartym śmieciem i mam się w końcu od ciebie odpieprzyć, były dla mnie nie lada pocieszeniem!
- Dobrze wiesz, że nie mogłem się zdradzić! Jeżeli Orochimaru miałby choć cień podejrzenia…
- WIEM! – wydarł się prosto w twarz Sasuke. – Przecież wiem! Co nie zmienia faktu, że jest to cholernie niesprawiedliwe… To już nie ważne. Skoro ty nie potrafisz być przyjacielem dla Sakury i nie chcesz jej pomóc to twoja sprawa, ale mnie zostaw w spokoju.
„Masz plan.”
„No właśnie coś mi wpadło do głowy.”
„Mam nadzieję, że nie ten plan, który myślę, że masz.”
„Tak, dokładnie ten. Nie cykaj, teraz jestem wypoczęty.”
„Obyś się nie mylił.”
Naruto zrobił krok do przodu. Musiał się bardzo starać, aby Uchiha nie połapał się w jego zamierzeniach. Na szczęście przemowa, którą przed chwilą odstawił powinna mu w tym pomóc.
„Nie, żeby to było zamierzone.”
„…”
- Naruto… - Głos Sasuke nagle wydał się bardzo delikatny. Błękitne oczy spoglądały czujnie na czarnowłosego.
„Nie rozpraszaj się, nie rozpraszaj…” Pomyślał, starając się nie wodzić wzrokiem po jego ustach. Dyskretnie przestawił następny krok.
- Ja… Ja nie…
- Hiraishin no Jutsu! – krzyknął niemalże desperacko blondyn podczas stawiania kolejnego kroku. Boże, jeszcze kilka chwil wpatrywania się w tę zabójczo przystoją twarz i rzuciłby cały plan w cholerę.
Kiedy czarnowłosy zrozumiał co się stało, Naruto już dawno był za bramami wioski.
„I jak się teraz mistrzu zatrzymasz?”
„O tym nie pomyślałem…”
Faktycznie, ze stopowaniem miał drobniutki problem. Ostatnio sfarcił jak nie patrzeć, bo był tak poobijany, że nawet nie poczuł dodatkowych siniaków po wywrotce z taką prędkością.
„Jakież to typowe.”
„Ha! Mam!”
- Kage Bunshin no jutsu! – krzyknął, a dziesiątki klonów uczepiło się go dzięki czemu udało mu się bezpiecznie zatrzymać. Ha, nawet się nie wywalił!
Odetchnął i rozejrzał się dookoła.
Z jego obliczeń wynikało, że miał jeszcze trochę czasu, zanim Tsunade wyśle kogoś po niego. A był pewien niemal w stu procentach, że kobieta to zrobi. Za bardzo jej zależało na utrzymaniu go z dala od informacji o porwaniu Sakury, aby od razu miała mu odpuścić.
„No młody, muszę ci powiedzieć, że chyba coraz lepiej radzisz z techniką czwartego.”
„Mówisz?”
„No, nawet za bardzo nie zjarałeś swojej siatki.”
„To miło. Ty mi lepiej powiedz gdzie…”
- Czekałem na ciebie, Naruto.
„Nie podoba mi się to.”
„Mi też Kyu, mi też.”
wtorek, 24 sierpnia 2010
piątek, 20 sierpnia 2010
Rozdział VI
Okej, lecimy z kolejną częścią. W tym rozdziale dzieją się dziwne rzeczy, ale ... No cóż, nie mam nic na swoje usprawiedliwienie xD Dziękuję za komentarze i zaprasza do czytania.
mechalice: Myślę, że Naruto z chęcią by się uwolnił na kilka dni od swojej kochanej bestyjki. ^^
*** *** *** *** *** *** ***
„CO? Czemu mi nie powiedziałeś?!”
„Bo nie pytałeś.”
„Oh, no jasne! Dokładnie! Przecież to oczywiste, że pierwsze o co powinienem spytać to płeć pięcioogoniastej! Jakiż ja jestem głupi… ”
„Z grzeczności nie zaprzeczę. A na dobrą sprawę, to co za różnica?”
„No…No…”
„No właśnie.”
- Kyuubi… - warknęła białowłosa, obnażając zęby.
- Gobi. Jakże mi niezmiernie miło…
W następnej chwili lis musiał uniknąć pazurów kobiety.
- Co jak co, ale płeć przeciwna tak samo przyjemnie reaguje na Naruto – skomentowała Sakura.
- Widzisz, jak wiele ich łączy?
„Bezczelni.”
„Już to mówiłeś.”
„Ciebie też tym obrazili…”
„Ja już się przyzwyczaiłem.”
- Moja droga, bez nerwów! – zagadał, unieruchamiając dłonie ogoniastej. – Złość piękności szkodzi.
- Ty szczurze! Ty perfidny, obrzydliwy…
- Lisie – poprawił ją. – I proszę, komplementy zostawmy na później.
- JAK ŚMIAŁEŚ? – wrzasnęła dziko, próbując wyrwać się z jego uścisku. – Zostawiłeś mnie samą! Ty podróbko demona! Ty śmieciu!
„Właściwie… To co jej zrobiłeś?”
„No... Zwiałem od niej.”
„Co?”
„Zostawiłem ją. W środku walki. Wtedy ją zapieczętowali.”
„Nie wierzę! Ty?! Najpotężniejszy z demonów uciekł od bezbronnej kobiety?!”
„Nie prawda! Nie widzisz, że to wariatka? Tylko tak mogłem się od niej uwolnić! A po za tym, mnie zapieczętowano niedługo po niej, więc jesteśmy kwita.”
„Ona raczej tak nie myśli.”
- Ja obstawiam Gobi, to jasne, że dziewięcioogoniasty coś jej zrobił. Faceci to szuje!
- Solidarność jajników…
„Nie odpowiada mi doping twoich przyjaciół.”
„Ale Sakura ma z grubsza rację. Szkoda tylko, że nie pomyślała o tym, że to moje ciało obrywa.”
- Kochana, nie powiesz mi, że masz dalej za złe tamtą sytuację.
- MAM!
- Wiesz, myślałem po prostu, że sobie z nimi poradzisz…
Z gardła kobiety wyrwał się dziki wrzask. W końcu udało jej się uwolnić od Kyuubiego.
„Tak jej chyba nie udobruchasz…”
W jej dłoni błysnął srebrny sztylet.
- Oho – Kyu momentalnie przywołał Sune i odparował ostrze. – Słuchaj, piękna. Na twoim miejscu raczej bym tak nie szalał. Chcesz znowu wylądować w jakimś mało przyjemnym ciele i w dodatku dość skromnym polem do manewrów? Z tego co wiem, twój ostatni kontenerek nie był dość przytulny.
- Zamknij się! – kobieta ponowiła atak, jednak on również na niewiele się zdał.
- Ej, ej, ja chcę ci tylko pomóc!
- TY? Teraz ci się zachciało? – warknęła nieprzyjemnie. – Teraz, to ja sobie poradzę sama. Niechże tylko pozbędę się ciebie z tego ziemskiego padołu.
-Nie wydaje mi się, abyś dała rade – mruknął Kyuubi, manewrując odpowiednio kataną. Gobi za cholerę nie chciała dać się uspokoić.
- Słuchaj – kontynuował. – Nawet jeżeli ja cię nie wykończę to Konoha jest teraz na tyle silna, że nie dość, że cię zapieczętuje, to znajdzie sposób, aby wykorzystać twoją moc, więc…
- TO CO MAM ROBIĆ? – wrzasnęła wbijając sztylet w ziemię. – CO?
„Ona jest zagubiona…”
„Ona jest szalona!”
- Podporządkować się? Być wierny jakiemuś patałachowi?
- To wcale nie musi tak wyglądać…
- Nie? – Pięcioogoniasta zaśmiała się szyderczo. – A skąd ty to możesz wiedzieć, skoro sam dałeś się uwięzić niczym domowy pupil? Ha! Kto by pomyślał, że najsilniejszy z demonów skończy jako pies u zwykłego śmiertelnika! Służysz mu, niczym wytresowany kundel i najwyraźniej ci się to podoba!
„Ups.”
Oj tak. Kyu bardzo nie lubił, gdy sugerowano, że ktoś chociaż w małej części go kontroluje. Nie, żeby zdarzyło się, żeby jakaś osoba była na tyle odważna, albo po prostu głupia, by to uczynić. Cóż, Gobi najwyraźniej nie była tego świadoma. Ale za chwilę się przekona sama, co potrafi wściekły Kyuubi. I to bardzo, bardzo boleśnie się przekona.
Ręka lisa błyskawicznie zacisnęła się wokół szyi kobiety i uniosła ją kilka centymetrów nad ziemię.
- Odszczekaj to! – warknął, wibrującym wściekłością głosem.
- Yh…
„Opanuj się!”
Kyuubi rzucił ciałem kobiety, które bezwładnie poturlało się po ziemi. W miejscu, gdzie dłoń lisa dotknęła skóry pięcioogoniastej, pozostały ślady poważnych poparzeń.
- Chciałem dać ci szansę – syknął gniewnie. – Teraz, radź sobie sama.
Odwrócił się od niej, a w następnej czerwień oczu chłopaka została zastąpiona błękitem.
- Jeżu – mruknął Naruto, usilnie próbując pozbyć się mroczków sprzed oczu. Mruganie jednak na niewiele się zdawało. – Jakie to…
- UWAŻAJ! – krzyk Sakury wybił blondyna z równowagi. Jednak zanim zdążył zareagować, Haruno odepchnęła go na bok i zwarła się rękoma z Gobi, która cichaczem próbowała zaatakować Uzumakiego. Po chwilowej szarpaninie rożowowłosa powaliła kobietę na ziemię i wbiła w jej ramię strzykawkę.
Naruto zamrugał.
- Oh…
- Zdzira – sapnęła Sakura prostując się, jednak nie spuszczając z białowłosej wzroku. – Żeby tak atakować od tyłu.
- Miałem nadzieję, że nie będziemy musieli tego używać. – Naruto również wlepił oczy w kobietę, która aktualnie nie przejawiała żadnych znaków życia.
- Ładny burdel – mruknął Shikamaru. – Co żeście jej zrobili?
- Wstrzyknęłam jej to, co prawie zabiło Kyuubiego. Jak widać, na nią podziałało natychmiastowo...
- Sprytne.
- Pomysł Naruto.
- Naprawdę?
- Yhm – przytaknął blondyn. – Pomyślałem o tym, jak odsyłałem Sasuke do wioski.
„Kyu?”
„Czego?”
„Mógłbyś być milszy…”
„Czego chcesz szczylu, się kulturalnie pytam!”
„Jesteś zły?”
„…”
„Kyu?”
„Tak, jestem cholernie wściekły, że ta białowłosa idiotka tak się zachowała! Teraz dasz mi spokój?”
„Ale, Kyu…”
„Zamknij się, po prostu się zamknij…”
Naruto wpatrywał się z fascynacją w sufit. Znajdowali się właśnie w gabinecie Tsunade i Sakura składała raport, który Nara uzupełniał od czasu do czasu. A blondyn myślał. Głównie nad sprawą tego, że pozostawili Gobi na pastwę losu.
„Zasłużyła sobie na to.”
„Ale żeby musiała tak cierpieć…”
„Jej wina.”
„Oh, dobra…”
- A co z Kabuto? – donośny głos Hokage wyrwał Uzumakieg z rozmowy z lisem. Zamrugał, gdy spostrzegł, że wszystkie głowy zwróciły się ku niemu.
- Eee… - wyjąkał. – Nie wiem?
- Jak to: nie wiesz? Byłeś ostatnią osobą, która go widziała, nie? – Orzechowe oczy świdrowały go niemalże na wylot. Cholera, pewnie znowu zgarnie ochrzan!
- No… Niby tak, ale…
- Dałeś mu zwiać?
- Ej! Miałem ważniejsze rzeczy na głowie! – Oburzył się robiąc nadąsaną minę.
- Jasne – parsknięcie Tsunade było przesiąknięte ironią.
- No Gobi była bardziej naglącą kwestią, chyba sama przyznasz racje!
- Dobra. – Piąta uniosła dłonie w geście poddania. – Niech ci będzie. Ale ten szczur za dużo razy już nam się wymykał.
- To nie moja wina – sapnął pod nosem Naruto, zakładając ręce na ramiona.
- Już nic nie mówię. – Hokage usiadła za biurkiem. – Jesteście wolni…
Wszyscy pędem ruszyli ku wyjściu.
- … ale nie ty, Naruto.
Blondyn przewrócił oczami. Miał dziwne wrażenie, że dobrze wie, czego będzie tyczyć się ich rozmowa. I wcale mu się to nie podobało.
- Z tego co pamiętam – zaczęła kobieta. – Kazałam ci załatwić swoje sprawy z Uchihą, czyż nie?
- No… wiesz babciu, ostatnio tak nie miałem czasu…
- Rozumiem – przerwała mu z uśmiechem. A Naruto poczuł dreszcze przebiegające mu po kręgosłupie. – Jednak…
- Na swoją obronę mam do powiedzenia, że to była kryzysowa sytuacja, a on nie dawał mi się skoncentrować na walce! – krzyknął i zakrył się rękoma, jakby to miało uchronić go w razie ataku Tsunade.
Zerknął niepewnie przez palce, gdy ów atak nie następował przez dłużą chwilę. Przełknął ślinę. Wokół blondynki unosiła się ciężka aura zła.
- Mógłbyś nie nokautować swoich sprzymierzeńców, kiedy jesteśmy atakowani i naprawdę ich potrzebujemy?
- Że Sasuke? – zapytał podejrzliwie.
- A zdarzyło ci się oklepać kogoś jeszcze z Konohy?
- Eee… nie? – zaryzykował opowiedz. Nie, żeby Tsunae była z niej zadowolona.
- A więc tak, chodzi o Sasuke! Byście mogli odkładać swoje spory przynajmniej na czas bitwy! – Trzasnęła pięścią w biurko. – To było kretyńskie! Osłabiłeś swoją wioskę, tylko dlatego, że nie potrafisz dogadać się z jednym z jej mieszkańców?
- Ale to jego wina! Czemu nie zostawił mnie i nie dał w spokoju walczyć?
- Bo miał taki rozkaz!
W pomieszczeniu zaległa cisza. Ale nie na długo.
- Ro…zkaz? Pieprzony rozkaz? – zapytał z niedowierzaniem. – Dlaczego? Ty mu go wydałaś?
- Nie muszę ci się tłumaczyć!
- Nie, nie musisz… - powiedział smutno i odwrócił się ku wyjściu.
- Masz iść się z nim teraz dogadać. Natychmiast! - warknęła kobieta.
- Jak sobie życzysz, szanowna Hokage. – Blondyn nawet się nie obejrzał.
Drzwi zamknęły się za chłopakiem, a Tsunade ukryła twarz w dłoniach.
Rozpadało się. Jakże ironicznie. Konoha mogła świętować kolejne zwycięstwo na Orochimaru, jednak pogoda miała najwyraźniej inne plany.
- Kurwa mać – warknął Naruto, wbijając złowieszczy wzrok w ciemnie chmury. Schowany między budynkami ociągał się z wykonaniem wyznaczonego zadania. Bo ostatnie słowa Tsunade postanowił potraktować jak misję.
Nie, żeby to cokolwiek ułatwiało.
- Kurwa – powtórzył i wyjrzał na ulicę. Wzdrygnął się. Pogoda ani trochę nie zamierzała się poprawić. Westchnął i powlekł się w stronę rezydencji Uchihy.
„Przynajmniej będę miał to z głowy.”
„A co zamierzasz mu powiedzieć?”
Blondyn przystanął. Znowu spojrzał w niebo.
„Nie mam pojęcia.” Westchnął i ruszył dalej.
Miał zamęt w głowie. Nie wiedział co myśleć o bzdurnym rozkazie Tsunade, ani tym bardziej dlaczego kobieta go wydała. A do tego wszystkiego czekała go rozmowa z Sasuke, który zapewne nie omieszka go oklepać. Co za życie…
Zgarnął z czoła mokre kosmyki i zmarszczył nos. Boże, jak on nienawidzi deszczu! Jednak pomimo tego faktu, nie miał zamiaru przyśpieszać. Wolał moknąć, niż narazić się na szybsze towarzystwo czarnowłosego drania. Chociaż perspektywa jego spotkania ani trochę się nie oddalała.
Zanim na dobre zdążył pogrążyć się w ponurych myślach, dotarł przed bramy posiadłości Uchihy.
„I?”
„I lecimy na żywioł.”
Zapukał w toporne drzwi i czekał. A owo czekanie przeciągało się niemiłosiernie. W końcu, po wielu niezliczonych chwilach, które w rzeczywistości trwały sekundy, w wejściu pojawił się Sasuke. A wraz z nim jego sharinganowe spojrzenie.
- Naruto… - złowrogi syk wcale nie poprawił nastroju Uzumakiego. Blondyn otworzy usta, aby coś powiedzieć i zamarł. Przez głowę przebiegło mu tysiące myśli, jednak tylko jedna zatrzymała się w niej na stałe.
Blondyn uśmiechnął się pogodnie, co nieco wyprowadziło ciemnowłosego chłopaka z równowagi.
- Kochaj się ze mną, Sasuke.
Dwa ciała splecione w tańcu namiętności. Ręce kochanka błądzące bez krępacji po jego ciele. Sklejone od potu włosy. Język wdzierający się między wargi…
Naruto otworzył szeroko oczy. Odetchnął głęboko kilka razy. O Boże… To tylko sen. Okrutnie realistyczny sen. Odetchnął ponownie i zsunął nogi z łóżka. Na podłogę spadło satynowe prześcieradło.
Zaraz…
„Gdzie…” Chciał zapytać, jednak po chwili wstrzymał oddech.
„O cholera…”
Chaotyczna podróż do łóżka. Zrzucane po drodze ubranie. I wszędzie te delikatne dłonie…
„O CHOLERA!”
Blondyn zerwał się z łóżka, po chwili odkrywając bezwstydny fakt, iż jest nagi. Z paniką rozejrzał się po pokoju.
Palce drażniące jego skórę. Język dogłębnie badający wnętrze jego ust, przesuwający się leniwie po linii szczęki, schodzący coraz niżej…
„Ja…Ja…”
„Przespałeś się z nim.”
„Ja…”
„Tak, spałeś z Uchihą.”
„Ja…”
„Bzykałeś się z nim, brutalnie powiedziawszy.”
„O kurwa mać.”
Spojrzał z paniką na łóżko. Na szczęście czarnowłosy nie wyglądał jakby miał zamiar szybko wstać. Co się dziwić, po takiej nocy…
Palce Sasuke wślizgujące się w jego wnętrze…
Naruto zaczerwienił się intensywnie. Masakra, co on wczoraj wyprawiał… Jak on mógł, o Boże!
„Nie żebyś czegokolwiek żałował, nie?”
„Zamknij się.” Pomyślał, zaciskając zęby. Najgorsze w tym wszystkim było to, że lis się nie mylił. A blondyna naprawdę nie usprawiedliwiało, ani to, że był wzburzony po rozmowie z Tsunade i działał impulsywnie, ani to, że naprawdę, ale to naprawdę pragnął Sasuke.
„Cóż… Za wiele to wy sobie nie wyjaśniliście.”
„Bo… Bo…”
„Może gdybyś nie rzucił się na niego już w drzwiach, to sytuacja potoczyłaby się nieco inaczej.”
Naruto przełknął ślinę. Rzeczywiście. Ujrzał czarnowłosego i praktycznie zaraz zdarł z niego ubranie. Ale Uchiha się nie przeciwstawiał. Co więcej, sam nie pozostał dłużny. Tak więc po krótkim czasie oboje nago tarzali się po podłodze. Dość mgliście pamiętał sposób w jaki dotarli do łóżka.
„Ach, ach było gorąco, czyż nie?”
„Kyu!”
„Dobra już, dobra! Nic nie mówię. Chociaż muszę przyznać, że naprawdę zabawnie jęczysz.”
„Kyuubi, ty wyleniały zboczeńcu! Podsłuchiwałeś?”
„Uwierz, nie dało się nie słyszeć.”
„Uh…”
Delikatny ruch na łóżku odwrócił uwagę blondyna od utarczki z lisem. Sasuke przeciągnął się lekko. Na jego zadowolonym obliczu pojawił się lekki grymas, a ręka czarnowłosego powędrowała tam, gdzie jeszcze przed kilkoma minutami leżał Uzumaki.
Ta sama ręka w nocy pieściła jego erekcje.
Naruto wstrzymał oddech.
„Nie budź się, nie budź się, nie budź…”
„I co zrobisz teraz, cwaniaku?”
„Zdezerteruję.”
Jak pomyślał, tak zrobił. Zbierając swoje rzeczy ruszył ku wyjściu, pośpiesznie zakładając na siebie ubrania. Starając się nie trzaskać drzwiami wybiegł na ulicę.
„Inteligentnie.”
„No przecież nie będę czekać, aż się obudzi i mnie zabije!”
„Jesteś pewien, że tak by było?”
„Wolę nie sprawdzać osobiście.”
„A wiesz, że zachowałeś się tak odrobinkę zdzirowato? Nie sądzę, aby ta miła noc w jakikolwiek sposób rozwiązała wasz mały konflikt.”
- Wiem! – warknął. – Ale co miałem zrobić?! Zresztą, od kiedy to niby jesteś moim doradcą uczuciowym, co?
„Mówisz na głos.”
Blondyn zamrugał i dyskretnie rozejrzał się po okolicy. Grupka dzieciaków wpatrywała się w niego jak w totalnego kretyna. Najwyraźniej słyszeli jak gada, w ich mniemaniu, sam do siebie. Westchnął ciężko. Ludzie w wiosce i tak zawsze uważali, że ma nie poukładane w głowie.
„Wiem.” Powtórzył w myślach. Zgarbił ramiona i wbił wzrok w ziemie. „Sam nie wiem co mi odbiło, a teraz stchórzyłem. Teraz to na pewno będzie próbował mnie zabić i wcale mu się nie dziwię. Ale Kyu, ja naprawdę tego nie żałuję, to była najpiękniejsza noc mojego życia…”
„Młody, przecież cię nie obwiniam. Tylko co zrobisz teraz?”
„Nie mam najmniejszego pojęcia.”
Tupot stóp wyrwał go z rozmyślań. Ujrzał biegnącą Hinate.
- Hej! – krzyknął. – Dokąd tak pędzisz?
- Na…Naruto? – zająknęła się i zaczerwieniła się intensywnie.
„Eh, ten mój nieodparty urok.”
„Wmawiaj to sobie.”
- Ja…Ja… - kontynuowała niepewnie. – Muszę biec do Hokage!
I uciekła.
„Wydaje mi się, że tu dzieje się coś, o czym znowu wszyscy nie chcą mi nic powiedzieć.”
„A w związku z tym?”
„Mam zamiar się dowiedzieć o co chodzi.”
W końcu to dobre zajęcie, aby nie myśleć o Sasuke…
mechalice: Myślę, że Naruto z chęcią by się uwolnił na kilka dni od swojej kochanej bestyjki. ^^
*** *** *** *** *** *** ***
„CO? Czemu mi nie powiedziałeś?!”
„Bo nie pytałeś.”
„Oh, no jasne! Dokładnie! Przecież to oczywiste, że pierwsze o co powinienem spytać to płeć pięcioogoniastej! Jakiż ja jestem głupi… ”
„Z grzeczności nie zaprzeczę. A na dobrą sprawę, to co za różnica?”
„No…No…”
„No właśnie.”
- Kyuubi… - warknęła białowłosa, obnażając zęby.
- Gobi. Jakże mi niezmiernie miło…
W następnej chwili lis musiał uniknąć pazurów kobiety.
- Co jak co, ale płeć przeciwna tak samo przyjemnie reaguje na Naruto – skomentowała Sakura.
- Widzisz, jak wiele ich łączy?
„Bezczelni.”
„Już to mówiłeś.”
„Ciebie też tym obrazili…”
„Ja już się przyzwyczaiłem.”
- Moja droga, bez nerwów! – zagadał, unieruchamiając dłonie ogoniastej. – Złość piękności szkodzi.
- Ty szczurze! Ty perfidny, obrzydliwy…
- Lisie – poprawił ją. – I proszę, komplementy zostawmy na później.
- JAK ŚMIAŁEŚ? – wrzasnęła dziko, próbując wyrwać się z jego uścisku. – Zostawiłeś mnie samą! Ty podróbko demona! Ty śmieciu!
„Właściwie… To co jej zrobiłeś?”
„No... Zwiałem od niej.”
„Co?”
„Zostawiłem ją. W środku walki. Wtedy ją zapieczętowali.”
„Nie wierzę! Ty?! Najpotężniejszy z demonów uciekł od bezbronnej kobiety?!”
„Nie prawda! Nie widzisz, że to wariatka? Tylko tak mogłem się od niej uwolnić! A po za tym, mnie zapieczętowano niedługo po niej, więc jesteśmy kwita.”
„Ona raczej tak nie myśli.”
- Ja obstawiam Gobi, to jasne, że dziewięcioogoniasty coś jej zrobił. Faceci to szuje!
- Solidarność jajników…
„Nie odpowiada mi doping twoich przyjaciół.”
„Ale Sakura ma z grubsza rację. Szkoda tylko, że nie pomyślała o tym, że to moje ciało obrywa.”
- Kochana, nie powiesz mi, że masz dalej za złe tamtą sytuację.
- MAM!
- Wiesz, myślałem po prostu, że sobie z nimi poradzisz…
Z gardła kobiety wyrwał się dziki wrzask. W końcu udało jej się uwolnić od Kyuubiego.
„Tak jej chyba nie udobruchasz…”
W jej dłoni błysnął srebrny sztylet.
- Oho – Kyu momentalnie przywołał Sune i odparował ostrze. – Słuchaj, piękna. Na twoim miejscu raczej bym tak nie szalał. Chcesz znowu wylądować w jakimś mało przyjemnym ciele i w dodatku dość skromnym polem do manewrów? Z tego co wiem, twój ostatni kontenerek nie był dość przytulny.
- Zamknij się! – kobieta ponowiła atak, jednak on również na niewiele się zdał.
- Ej, ej, ja chcę ci tylko pomóc!
- TY? Teraz ci się zachciało? – warknęła nieprzyjemnie. – Teraz, to ja sobie poradzę sama. Niechże tylko pozbędę się ciebie z tego ziemskiego padołu.
-Nie wydaje mi się, abyś dała rade – mruknął Kyuubi, manewrując odpowiednio kataną. Gobi za cholerę nie chciała dać się uspokoić.
- Słuchaj – kontynuował. – Nawet jeżeli ja cię nie wykończę to Konoha jest teraz na tyle silna, że nie dość, że cię zapieczętuje, to znajdzie sposób, aby wykorzystać twoją moc, więc…
- TO CO MAM ROBIĆ? – wrzasnęła wbijając sztylet w ziemię. – CO?
„Ona jest zagubiona…”
„Ona jest szalona!”
- Podporządkować się? Być wierny jakiemuś patałachowi?
- To wcale nie musi tak wyglądać…
- Nie? – Pięcioogoniasta zaśmiała się szyderczo. – A skąd ty to możesz wiedzieć, skoro sam dałeś się uwięzić niczym domowy pupil? Ha! Kto by pomyślał, że najsilniejszy z demonów skończy jako pies u zwykłego śmiertelnika! Służysz mu, niczym wytresowany kundel i najwyraźniej ci się to podoba!
„Ups.”
Oj tak. Kyu bardzo nie lubił, gdy sugerowano, że ktoś chociaż w małej części go kontroluje. Nie, żeby zdarzyło się, żeby jakaś osoba była na tyle odważna, albo po prostu głupia, by to uczynić. Cóż, Gobi najwyraźniej nie była tego świadoma. Ale za chwilę się przekona sama, co potrafi wściekły Kyuubi. I to bardzo, bardzo boleśnie się przekona.
Ręka lisa błyskawicznie zacisnęła się wokół szyi kobiety i uniosła ją kilka centymetrów nad ziemię.
- Odszczekaj to! – warknął, wibrującym wściekłością głosem.
- Yh…
„Opanuj się!”
Kyuubi rzucił ciałem kobiety, które bezwładnie poturlało się po ziemi. W miejscu, gdzie dłoń lisa dotknęła skóry pięcioogoniastej, pozostały ślady poważnych poparzeń.
- Chciałem dać ci szansę – syknął gniewnie. – Teraz, radź sobie sama.
Odwrócił się od niej, a w następnej czerwień oczu chłopaka została zastąpiona błękitem.
- Jeżu – mruknął Naruto, usilnie próbując pozbyć się mroczków sprzed oczu. Mruganie jednak na niewiele się zdawało. – Jakie to…
- UWAŻAJ! – krzyk Sakury wybił blondyna z równowagi. Jednak zanim zdążył zareagować, Haruno odepchnęła go na bok i zwarła się rękoma z Gobi, która cichaczem próbowała zaatakować Uzumakiego. Po chwilowej szarpaninie rożowowłosa powaliła kobietę na ziemię i wbiła w jej ramię strzykawkę.
Naruto zamrugał.
- Oh…
- Zdzira – sapnęła Sakura prostując się, jednak nie spuszczając z białowłosej wzroku. – Żeby tak atakować od tyłu.
- Miałem nadzieję, że nie będziemy musieli tego używać. – Naruto również wlepił oczy w kobietę, która aktualnie nie przejawiała żadnych znaków życia.
- Ładny burdel – mruknął Shikamaru. – Co żeście jej zrobili?
- Wstrzyknęłam jej to, co prawie zabiło Kyuubiego. Jak widać, na nią podziałało natychmiastowo...
- Sprytne.
- Pomysł Naruto.
- Naprawdę?
- Yhm – przytaknął blondyn. – Pomyślałem o tym, jak odsyłałem Sasuke do wioski.
„Kyu?”
„Czego?”
„Mógłbyś być milszy…”
„Czego chcesz szczylu, się kulturalnie pytam!”
„Jesteś zły?”
„…”
„Kyu?”
„Tak, jestem cholernie wściekły, że ta białowłosa idiotka tak się zachowała! Teraz dasz mi spokój?”
„Ale, Kyu…”
„Zamknij się, po prostu się zamknij…”
Naruto wpatrywał się z fascynacją w sufit. Znajdowali się właśnie w gabinecie Tsunade i Sakura składała raport, który Nara uzupełniał od czasu do czasu. A blondyn myślał. Głównie nad sprawą tego, że pozostawili Gobi na pastwę losu.
„Zasłużyła sobie na to.”
„Ale żeby musiała tak cierpieć…”
„Jej wina.”
„Oh, dobra…”
- A co z Kabuto? – donośny głos Hokage wyrwał Uzumakieg z rozmowy z lisem. Zamrugał, gdy spostrzegł, że wszystkie głowy zwróciły się ku niemu.
- Eee… - wyjąkał. – Nie wiem?
- Jak to: nie wiesz? Byłeś ostatnią osobą, która go widziała, nie? – Orzechowe oczy świdrowały go niemalże na wylot. Cholera, pewnie znowu zgarnie ochrzan!
- No… Niby tak, ale…
- Dałeś mu zwiać?
- Ej! Miałem ważniejsze rzeczy na głowie! – Oburzył się robiąc nadąsaną minę.
- Jasne – parsknięcie Tsunade było przesiąknięte ironią.
- No Gobi była bardziej naglącą kwestią, chyba sama przyznasz racje!
- Dobra. – Piąta uniosła dłonie w geście poddania. – Niech ci będzie. Ale ten szczur za dużo razy już nam się wymykał.
- To nie moja wina – sapnął pod nosem Naruto, zakładając ręce na ramiona.
- Już nic nie mówię. – Hokage usiadła za biurkiem. – Jesteście wolni…
Wszyscy pędem ruszyli ku wyjściu.
- … ale nie ty, Naruto.
Blondyn przewrócił oczami. Miał dziwne wrażenie, że dobrze wie, czego będzie tyczyć się ich rozmowa. I wcale mu się to nie podobało.
- Z tego co pamiętam – zaczęła kobieta. – Kazałam ci załatwić swoje sprawy z Uchihą, czyż nie?
- No… wiesz babciu, ostatnio tak nie miałem czasu…
- Rozumiem – przerwała mu z uśmiechem. A Naruto poczuł dreszcze przebiegające mu po kręgosłupie. – Jednak…
- Na swoją obronę mam do powiedzenia, że to była kryzysowa sytuacja, a on nie dawał mi się skoncentrować na walce! – krzyknął i zakrył się rękoma, jakby to miało uchronić go w razie ataku Tsunade.
Zerknął niepewnie przez palce, gdy ów atak nie następował przez dłużą chwilę. Przełknął ślinę. Wokół blondynki unosiła się ciężka aura zła.
- Mógłbyś nie nokautować swoich sprzymierzeńców, kiedy jesteśmy atakowani i naprawdę ich potrzebujemy?
- Że Sasuke? – zapytał podejrzliwie.
- A zdarzyło ci się oklepać kogoś jeszcze z Konohy?
- Eee… nie? – zaryzykował opowiedz. Nie, żeby Tsunae była z niej zadowolona.
- A więc tak, chodzi o Sasuke! Byście mogli odkładać swoje spory przynajmniej na czas bitwy! – Trzasnęła pięścią w biurko. – To było kretyńskie! Osłabiłeś swoją wioskę, tylko dlatego, że nie potrafisz dogadać się z jednym z jej mieszkańców?
- Ale to jego wina! Czemu nie zostawił mnie i nie dał w spokoju walczyć?
- Bo miał taki rozkaz!
W pomieszczeniu zaległa cisza. Ale nie na długo.
- Ro…zkaz? Pieprzony rozkaz? – zapytał z niedowierzaniem. – Dlaczego? Ty mu go wydałaś?
- Nie muszę ci się tłumaczyć!
- Nie, nie musisz… - powiedział smutno i odwrócił się ku wyjściu.
- Masz iść się z nim teraz dogadać. Natychmiast! - warknęła kobieta.
- Jak sobie życzysz, szanowna Hokage. – Blondyn nawet się nie obejrzał.
Drzwi zamknęły się za chłopakiem, a Tsunade ukryła twarz w dłoniach.
Rozpadało się. Jakże ironicznie. Konoha mogła świętować kolejne zwycięstwo na Orochimaru, jednak pogoda miała najwyraźniej inne plany.
- Kurwa mać – warknął Naruto, wbijając złowieszczy wzrok w ciemnie chmury. Schowany między budynkami ociągał się z wykonaniem wyznaczonego zadania. Bo ostatnie słowa Tsunade postanowił potraktować jak misję.
Nie, żeby to cokolwiek ułatwiało.
- Kurwa – powtórzył i wyjrzał na ulicę. Wzdrygnął się. Pogoda ani trochę nie zamierzała się poprawić. Westchnął i powlekł się w stronę rezydencji Uchihy.
„Przynajmniej będę miał to z głowy.”
„A co zamierzasz mu powiedzieć?”
Blondyn przystanął. Znowu spojrzał w niebo.
„Nie mam pojęcia.” Westchnął i ruszył dalej.
Miał zamęt w głowie. Nie wiedział co myśleć o bzdurnym rozkazie Tsunade, ani tym bardziej dlaczego kobieta go wydała. A do tego wszystkiego czekała go rozmowa z Sasuke, który zapewne nie omieszka go oklepać. Co za życie…
Zgarnął z czoła mokre kosmyki i zmarszczył nos. Boże, jak on nienawidzi deszczu! Jednak pomimo tego faktu, nie miał zamiaru przyśpieszać. Wolał moknąć, niż narazić się na szybsze towarzystwo czarnowłosego drania. Chociaż perspektywa jego spotkania ani trochę się nie oddalała.
Zanim na dobre zdążył pogrążyć się w ponurych myślach, dotarł przed bramy posiadłości Uchihy.
„I?”
„I lecimy na żywioł.”
Zapukał w toporne drzwi i czekał. A owo czekanie przeciągało się niemiłosiernie. W końcu, po wielu niezliczonych chwilach, które w rzeczywistości trwały sekundy, w wejściu pojawił się Sasuke. A wraz z nim jego sharinganowe spojrzenie.
- Naruto… - złowrogi syk wcale nie poprawił nastroju Uzumakiego. Blondyn otworzy usta, aby coś powiedzieć i zamarł. Przez głowę przebiegło mu tysiące myśli, jednak tylko jedna zatrzymała się w niej na stałe.
Blondyn uśmiechnął się pogodnie, co nieco wyprowadziło ciemnowłosego chłopaka z równowagi.
- Kochaj się ze mną, Sasuke.
Dwa ciała splecione w tańcu namiętności. Ręce kochanka błądzące bez krępacji po jego ciele. Sklejone od potu włosy. Język wdzierający się między wargi…
Naruto otworzył szeroko oczy. Odetchnął głęboko kilka razy. O Boże… To tylko sen. Okrutnie realistyczny sen. Odetchnął ponownie i zsunął nogi z łóżka. Na podłogę spadło satynowe prześcieradło.
Zaraz…
„Gdzie…” Chciał zapytać, jednak po chwili wstrzymał oddech.
„O cholera…”
Chaotyczna podróż do łóżka. Zrzucane po drodze ubranie. I wszędzie te delikatne dłonie…
„O CHOLERA!”
Blondyn zerwał się z łóżka, po chwili odkrywając bezwstydny fakt, iż jest nagi. Z paniką rozejrzał się po pokoju.
Palce drażniące jego skórę. Język dogłębnie badający wnętrze jego ust, przesuwający się leniwie po linii szczęki, schodzący coraz niżej…
„Ja…Ja…”
„Przespałeś się z nim.”
„Ja…”
„Tak, spałeś z Uchihą.”
„Ja…”
„Bzykałeś się z nim, brutalnie powiedziawszy.”
„O kurwa mać.”
Spojrzał z paniką na łóżko. Na szczęście czarnowłosy nie wyglądał jakby miał zamiar szybko wstać. Co się dziwić, po takiej nocy…
Palce Sasuke wślizgujące się w jego wnętrze…
Naruto zaczerwienił się intensywnie. Masakra, co on wczoraj wyprawiał… Jak on mógł, o Boże!
„Nie żebyś czegokolwiek żałował, nie?”
„Zamknij się.” Pomyślał, zaciskając zęby. Najgorsze w tym wszystkim było to, że lis się nie mylił. A blondyna naprawdę nie usprawiedliwiało, ani to, że był wzburzony po rozmowie z Tsunade i działał impulsywnie, ani to, że naprawdę, ale to naprawdę pragnął Sasuke.
„Cóż… Za wiele to wy sobie nie wyjaśniliście.”
„Bo… Bo…”
„Może gdybyś nie rzucił się na niego już w drzwiach, to sytuacja potoczyłaby się nieco inaczej.”
Naruto przełknął ślinę. Rzeczywiście. Ujrzał czarnowłosego i praktycznie zaraz zdarł z niego ubranie. Ale Uchiha się nie przeciwstawiał. Co więcej, sam nie pozostał dłużny. Tak więc po krótkim czasie oboje nago tarzali się po podłodze. Dość mgliście pamiętał sposób w jaki dotarli do łóżka.
„Ach, ach było gorąco, czyż nie?”
„Kyu!”
„Dobra już, dobra! Nic nie mówię. Chociaż muszę przyznać, że naprawdę zabawnie jęczysz.”
„Kyuubi, ty wyleniały zboczeńcu! Podsłuchiwałeś?”
„Uwierz, nie dało się nie słyszeć.”
„Uh…”
Delikatny ruch na łóżku odwrócił uwagę blondyna od utarczki z lisem. Sasuke przeciągnął się lekko. Na jego zadowolonym obliczu pojawił się lekki grymas, a ręka czarnowłosego powędrowała tam, gdzie jeszcze przed kilkoma minutami leżał Uzumaki.
Ta sama ręka w nocy pieściła jego erekcje.
Naruto wstrzymał oddech.
„Nie budź się, nie budź się, nie budź…”
„I co zrobisz teraz, cwaniaku?”
„Zdezerteruję.”
Jak pomyślał, tak zrobił. Zbierając swoje rzeczy ruszył ku wyjściu, pośpiesznie zakładając na siebie ubrania. Starając się nie trzaskać drzwiami wybiegł na ulicę.
„Inteligentnie.”
„No przecież nie będę czekać, aż się obudzi i mnie zabije!”
„Jesteś pewien, że tak by było?”
„Wolę nie sprawdzać osobiście.”
„A wiesz, że zachowałeś się tak odrobinkę zdzirowato? Nie sądzę, aby ta miła noc w jakikolwiek sposób rozwiązała wasz mały konflikt.”
- Wiem! – warknął. – Ale co miałem zrobić?! Zresztą, od kiedy to niby jesteś moim doradcą uczuciowym, co?
„Mówisz na głos.”
Blondyn zamrugał i dyskretnie rozejrzał się po okolicy. Grupka dzieciaków wpatrywała się w niego jak w totalnego kretyna. Najwyraźniej słyszeli jak gada, w ich mniemaniu, sam do siebie. Westchnął ciężko. Ludzie w wiosce i tak zawsze uważali, że ma nie poukładane w głowie.
„Wiem.” Powtórzył w myślach. Zgarbił ramiona i wbił wzrok w ziemie. „Sam nie wiem co mi odbiło, a teraz stchórzyłem. Teraz to na pewno będzie próbował mnie zabić i wcale mu się nie dziwię. Ale Kyu, ja naprawdę tego nie żałuję, to była najpiękniejsza noc mojego życia…”
„Młody, przecież cię nie obwiniam. Tylko co zrobisz teraz?”
„Nie mam najmniejszego pojęcia.”
Tupot stóp wyrwał go z rozmyślań. Ujrzał biegnącą Hinate.
- Hej! – krzyknął. – Dokąd tak pędzisz?
- Na…Naruto? – zająknęła się i zaczerwieniła się intensywnie.
„Eh, ten mój nieodparty urok.”
„Wmawiaj to sobie.”
- Ja…Ja… - kontynuowała niepewnie. – Muszę biec do Hokage!
I uciekła.
„Wydaje mi się, że tu dzieje się coś, o czym znowu wszyscy nie chcą mi nic powiedzieć.”
„A w związku z tym?”
„Mam zamiar się dowiedzieć o co chodzi.”
W końcu to dobre zajęcie, aby nie myśleć o Sasuke…
środa, 11 sierpnia 2010
Rozdział V
Tratatam! Walka z kolejnym rozdziałem dobiegła końca! Część piąta przed wami,z dużą ilością naszego kochanego rudzielca. Ale zanim to nastąpi:
deedwarda: A i owszem, powiadamiam. Tylko, że nie wymyśliłam, żadnego patentu na jakieś składne powiadamianie (pewnie dlatego, że jeszcze nie jest mi potrzebny), więc na dobrą sprawę zostaw mi jakiś namiar, a będę dawać znać ^ ^. Jakby coś się zmieniło w tej kwestii, to napiszę o tym na blogu.
mechalice: Podzielisz się tą farbą? xD 4 |<0Mć m4 Y35hCz3 Z4 m4ł0 P0|<3m0n14570$C1, 4l3 My$lĘ, ż3 Y3573$ n4 D0Br3J dR0Dz3.
(O masakra xD Jak to wygląda... xD)
Bez poke translatora nie da rady, ale błagam, miej litość dla moich zszarganych nerwów i nie rób mi tego!
Eterna: Oj nie da się Naruto, nie da! Mwahaha! *Knucie, knucie.*
Bardzo, ale to bardzo dziękuję za komentarze ^^ i zapraszam do kolejnego rozdziału.
*** *** *** *** *** *** ***
Delfini łeb pochylił się ku ziemi. Gigantyczne nozdrza poruszyły się nerwowo.
- On węszy… - zauważył zdumiony Naruto.
Pięć ogonów smagło powietrze, kiedy monstrualna głowa uniosła się gwałtownie, obracając się w stronę swojego celu. Końskie kopyta przeorały ziemię, a Uzumaki przełknął głośno ślinę.
„Widzisz te ogony?”
„Niestety.”
„Zawsze mnie zastanawiało, jak robi, że są takie puszyste.”
„Błagam, Kyu, nie próbuj mnie pocieszać, bo ci to naprawdę nie wychodzi.”
Gobi był naprawdę imponującym demonem. Biała sierść pokrywała zarówno delfini pysk, jak i koński tułów. Skrzyżowanie to samo w sobie było nieudane, jednak potworowi nadawało pewną dozę dostojeństwa. Błękitne oko łypnęło w stronę blondyna.
„Powiedz, że on się nie czai na mnie.”
„Pf, z twoim życiowym szczęściem? Nie ma szans, aby było inaczej.”
Potwór zaryczał przerażająco.
- No to zajebiście! – warknął Uzumaki i… I w następnej chwili nie za bardzo wiedział co się dzieje.
Po rozeznaniu się w sytuacji, odkrył, że się przemieszcza. Nie sam. Ktoś bezczelnie chwycił go w ramiona, jak jakąś bezbronną dzieweczkę i błyskawicznym tempem ruszył w stronę wioski.
- Sasuke, kretynie! PUŚĆ MNIE! – wydarł się i zaczął wyrywać. Co w większym stopniu nie zmieniło jego położenia. Nie żeby mu się nie podobało przebywanie w uścisku Uchihy, jednak taki zachowanie wydawało się być nieodpowiednie w sytuacji, która aktualnie miała miejsce. Jego oprawca zatrzymał się dopiero, gdy Gobi zniknął im z widoku. Z zadziwiającą delikatnością postawił go na jednym z niższych konarów.
- Masz wrócić do wioski… - zaczął czarnowłosy, jednak przerwał mu wybuch śmiechu ze strony blondyna.
- Chyba zwariowałeś! – Sytuacja naprawdę wydawała mu się zabawna. Jedna z ogoniastych bestii szaleje pod murami Konohy, a on ma się ukryć w wiosce! Niedoczekanie. – Słuchaj, Uchiha, nie wiem, co ci strzeliło do łba, ale naprawę jesteś niepoważny, skoro chcesz…
- To ty posłuchaj! – Pięść Sasuke wylądowała na pniu pozostawiając w nim spore wgniecenie. Uzumaki spojrzał niepewnie na jego rękę, która znajdowała się właśnie na wysokości jego oczu. Teraz był w potrzasku pomiędzy drzewem, a wściekłym Sharinganowcem. – Odpuść sobie tą jedną walkę. Nic się nie stanie, jeżeli…
„Jeżu! Nie teraz…”
„Może to dobry moment, aby z nim pogadać?”
„Nie!”
„Dlaczego?”
„Bo…Bo… Nie! I tyle!”
- Muszę tam wrócić – powiedział z determinacją. Kontynuował, zanim Sasuke zdążył mu przerwać. – Słuchaj, chodzi o to, że nikt inny nie poradzi sobie z Gobim. Znaczy się, dobra, zapieczętują go w jakimś dzieciaku, niszcząc mu życie, a ja znam lepsze rozwiązanie.
„Znasz?”
„Eee… Poznam?”
„Ah, ta twoja dbałość o szczegóły.”
- Kłamiesz. – Uzumaki skrzywił się na to stwierdzenie. Wolał określenie, iż troszeczkę mija się z prawdą.
- Co nie zmienia faktu, że ja mam największe szanse, aby owy sposób wymyślić. – Założył ręce na ramiona. Nie miał zamiaru ustąpić, nie w tej kwestii. – Nie chcę, aby ktoś bezsensownie zginął przy procesie pieczętowania. A także, aby ktoś musiał przechodzić przez to co ja.
- O, ale ty możesz się poświęcić? – W głosie Sasuke znowu zaczęła pobrzmiewać złość.
- Złego diabli nie biorą. – Blondyn machnął lekceważąco ręką.
- Tylko, że ty nie jesteś zły – warknął Uchiha. Najwyraźniej sytuacja naprawdę zaczynała go denerwować. Ale cóż, blondyn nie zamierzał porzucać swojego postanowienia.
- Nie, nie jestem. – Uzumaki uśmiechnął się drapieżnie. – Za to Kyu jak najbardziej.
W następnej chwili Sasuke zwisał ogłuszony na jednym z narutowych klonów, które przed sekundą go unieszkodliwiły.
„Widzę, iż ujawnia się u ciebie iście lisia natura.”
„A czyja to wina?”
„Och, jakże niezmiernie mi miło, że w końcu zaczynasz mnie doceniać.”
Naruto z roztargnieniem przyglądał się jak jego klony przenoszą Sasuke w stronę wioski. Coś mu zaczęło świtać pod czerepem…
„Zdajesz sobie sprawę z tego, że twój kochaś będzie wściekły kiedy się ocknie?”
„Nom, dlatego my wtedy postaramy się być daleko od niego. Ot, póki się nie uspokoi.”
„A to potrwa.”
„Oj, potrwa.” Przyznał lisowi racje. „Kyu…”
„Tak, zmoro mojego żywota?”
„To mamy jakiś plan?”
„Hm… Niekoniecznie.”
- No to teraz dopiero będzie zajebiście – mruknął do siebie blondyn i z baraku laku powlekł się w stronę, z której dochodziły wściekłe ryki pięcioogoniastej bestii.
- Wydawało mi się, że przed chwilą był trochę mniejszy – mruknął Naruto, po wylądowaniu przy Shikamaru. Zmierzył potwora krytycznym spojrzeniem.
„Dlaczego ogoniaste bestie muszą być takie wielkie?”
„A co za różnica?”
„W mniejszych formatach wydawałby się łatwiejsze do pokonania.”
- Co TY tu robisz? – warknięcie Nary nie należało do najmilszych. Cholera, czemu tak dzisiaj wszystkim przeszkadzała jego obecność?
- Stoję, bodajże. – Zerknął przelotnie na przyjaciela. – I nie mam zamiaru się stąd ruszać. Więc łaskawie odpimpaj się od mojej skromnej osoby, bo wylądujesz nieprzytomny w wiosce.
- Jak Sasuke? – zapytał ciemnowłosy chłopak z odrobiną kpiny w glosie.
- Jak Sasuke – potwierdził Naruto i powrócił spojrzeniem do Gobiego. Kilku Shinobi Konohy próbowało aktualnie unieruchomić stwora. Nie wychodziło im to za bardzo. – Dobra, przyjmijmy, że pięcioogoniasty jest przez kogoś kontrolowany. I tego kogoś trzeba się pozbyć.
- Zapewne Orochimaru…
- Chodzi mi raczej o bardziej ścisłą kontrolę. Hm… Tak jakby ktoś po prostu zawładną jego mózgiem. Eee… - zająknął się. – Był nim?
- Dobrze kombinujesz – mruknął Nara, uważnie obserwując stworzenie. – Wątpliwe, aby Orochimaru sam się babrał w takich zabawach. Pewnie się kimś wysługuje. Kimś, komu może ufać.
- Kabuto – prychnął Uzumaki. – Ten pieprzony medyk jest jedyną osobą, która pasuje do opisu.
- Okej, to teraz trza go jakoś namierzyć. – Shikamaru przejrzał okolice, jakby spodziewał się, że pomagier gadziego sanina miał zaraz wyskoczyć zza drzewa. Nic takiego niestety się nie stało. – A z tym może być problem.
- Niekoniecznie. - Naruto wskazał na jedną z postaci motających się wokół Gobiego. – Myślę, że byakugan szybko załatwiłby sprawę. Na bazie chakry pięcioogoniastego powinno się go dorwać. W końcu muszą być jakoś połączeni, nie?
- Dobrze kombinujesz, aż dziw mnie bierze.
- Się ma dobre informacje w tej kwestii. – Blondyn uśmiechnął się cwaniacko. – I w końcu mogę ich użyć.
„Czuję się wykorzystywany.”
„Trzeba było nie dać się podejść jakiemuś frajerowi, który potrafi to i owo w kwestii kontrolowania ogoniastych.”
„Teraz żeś mnie zranił…”
- Wołaj Hinate – zarządził Uzumaki. - I powiedz reszcie, żeby dała sobie trochę na luz. Dopóki Gobi jest pod kontrolą, nie za wiele możemy zdziałać.
Naruto miał rację. Osobę kontrolującą Gobiego dało się wyśledzić byakuganem. I był nią Kabuto.
„No to jaki plan?”
„Ja mam mieć plan? Zwariowałeś? Ty jesteś od planów!”
„Więc mamy drobny problem.”
- Co robimy? – szepnął konspiracyjnie do Nary, stwierdzając, że na lisa nie ma na razie co liczyć. Wraz z Hinatą i Shikamaru czaili się w krzakach, obserwując bacznie medytującą nieopodal postać, siedzącą w rytualnym kręgu. Najwyraźniej była pogrążona w głębokim transie.
- Trzeba go jakoś obudzić. Hinata, co widzisz?
- Chakre Gobiego. Widzicie te znaki? – Wskazała na kręg. – Cała moc zbiega się z nimi.
- Więc jak uda nam się go z niego wytargać powinien się ocknąć.
- To na co czekamy? – Naruto wyskoczył z kryjówki i pognał przed siebie z ręką przygotowaną do zadania ciosu. Lecz nie zdołał dobiec do siwowłosego chłopaka. Kręg, w którym siedział Kabuto zabłysnął niebieskim światłem i jakaś niewidzialna bariera powstrzymała Uzumakiego przed dalszym atakiem.
- Cholera! – jęknął z poziomu podłoża. – Chyba rozwaliłem sobie nos.
- Nie rozczulaj się tak – sapnął Nara, stając nad nim. – Hinata poleciała złożyć raport Tsunade. Wygląda na to, że sami tego nie rozgryziemy. A ty rusz tyłek i…
Ziemia pod ich stopami zatrzęsła się gwałtownie.
- Nie podoba mi się to – Blondyn postanowił wyrazić swoje niezadowolenie. – Bardzo, ale to bardzo mi się to nie podoba.
Przez grunt ponownie przeszła fala drgawek. Tym razem o wiele potężniejsza. A nad głowami chłopaków rozległ się przerażający ryk.
- Kurwa mać! – Naruto w ostatnim momencie przetoczył się w bezpieczniejszą część terenu. W miejscu, w którym przed chwilą przebywał, znajdowało się właśnie jedno z gigantycznych kopyt pięcioogoniastego. – A tego frędzla na cholere mi tu przywiało?!
- Myślę, że Kabuto ma większy kontakt z rzeczywistością, niż nam się wcześniej wydawało. Uważaj! – wrzasnął Nara, kiedy jeden z ogonów bestii śmignął tuż nad nimi.
- No przecież widzę! – odwarknął blondyn, czołgając się ku drzewom. Miał cichą nadzieję, że Gobi nie będzie zwracał na niego uwagi. Nagle całą polanę spowiły kłęby pary.
„Co jest?”
„Oh, pamiętasz jak ci wspominałem, że właściwie każdy ogoniasty ma jakąś swoją specjalność?”
„Noo… To, że ty bawisz się wiatrem, Shukaku piaskiem?”
„Gobi ma słabość do pary wodnej.”
„Świetnie…”
- Shika! – wydarł się. – Gdzie jesteś?! Smutno mi tu samemu…
- Zamknij się – syk przyjaciele rozległ się gdzieś za jego plecami. – Zdradzasz naszą pozycję.
- Nie pito… - Wypowiedz blondyna została brutalnie przerwana, kiedy to białe kopyto potwora znowu próbowało wsmarować go w ziemię. Uskoczył, a coś zamortyzowało jego lądowanie.
- Moszesz sze mnie szejsz? – Z pod jego łokcia wydobył się niewyraźny warkot Nary.
- Ups, sorry. Nie widziałem gdzie ląduję.
- Złaź!
Naruto podniósł się, tylko po to, aby po chwili znowu utkwić nos w ziemi, kiedy ogony Gobiego smagły nad ich głowamy.
- O nie, nie! Mój drogi, tak my się bawić nie będziemy! – zakrzyknął blondyn, podrywając się na nogi. – Shika, trzymaj go!
- Jak mam go trzymać?! Zwariowałeś?!
- Oh, kombinuj! – sapnął i pognał przed siebie.
„Ty po prostu chcesz nas zabić, nie?”
„Nie marudź!” Odwarknął w myślach, uskoczył przed białym kopytem, które właśnie zostało owinięte przez cieniowe jutsu Nary i popędził dalej, gromadząc w dłoni chakre. Był coraz bliżej. Bestia szarpała się nad nim. Naruto znajdował się już krok od Kabuto…
- RASENGAN!
Kilka rzeczy zdarzyło się jednocześnie. Powłoka pękła, przy czym siwowłosego chłopaka wyrzuciło na dobre kilka metrów od kręgu. Stwór wyrwał się z ataku Shikamaru. Na polane wpadła wściekła Sakura, a ogon Gobiego zmiótł Naruto, posyłając go prosto w ramiona Nary.
- UZUMAKI! JUŻ NIE ŻYJESZ!
Blondyn zamrugał jednym okiem. Cholera, dlaczego dwie Sakury chciały go zabić? Zamrugał drugim okiem. Nie, nie pomogło.
- Sakurcia? Ścisz ten wodospad, bo śnieg mi kury zaleje… - wysapał z najwyższym trudem. – Aaaała, moja głowa…
- Oh, pokażże się, ty nieodpowiedzialny dzieciuchu! Miałeś uważać!
- Uważałem – mruknął, zezując nieco na dziewczynę, podczas gdy Nara ułożył go wygonie na trawie.
- Jasne – sarknęła i zabrała się za badania. – I co żeś zrobił Sasuke? To nie było zbyt rozważne, wiesz, że będzie wściekły.
„Okrutnie.”
„Daj mi w spokoju liczyć gwiazdy.”
„Przecież jest jeszcze jasno.”
„Tak? A więc co to jest to coś, co tak upierdliwie kręci mi się wokół głowy?”
- Ile palców widzisz? – zapytał Shikamaru, którego zdolności medyczne opierały się na wiedzy czysto przedszkolnej. Czyli były zerowe.
Naruto w skupieniu zmrużył oczy.
- A mogę podać w przybliżeniu?
- Nic ci nie będzie – zawyrokowała dziewczyna. – Tylko trochę odetchnij, a wszystko powinno być dla ciebie mniej rozmazane. Nieźle cię trzasną, ale na szczęście twoja głupia łepetyna jest przyzwyczajona do gorszych obrażeń.
- To był komplement?
- Jak najbardziej nie!
- Co robi Gobi? – Próbował zmienić temat. Udało się.
- Eee…
- Chcę wiedzieć co znaczy: eee? – zapytał pełen złych przeczuć.
- Stoi.
- Co?
- No… Stoi – powtórzył dość niepewnie Nara. – I się rozgląda.
Naruto zaryzykował podniesienie się z ziemi. Potwór faktycznie nie robił nic ciekawego.
„Mogę tymczasowo zająć twą nadpobudliwą osobowość?”
„A po co?”
„Gobi i ja mamy do zamienienia parę słów. Osobiście.”
„Zaraz… Ty chcesz z nim gadać?!”
„A to zbrodnia?”
„Hm… Jeżeli mnie rozgniecie, to mogę to uznać za rozmyślne spowodowanie mojej śmierci. A to chyba jak najbardziej podchodzi pod zbrodnie.”
„Nie przeginaj. Tak źle nie będzie.”
„Dobra, ale daj mi…”
W następnej chwili Naruto został zepchnięty w głąb swej świadomości, gdzie zwykle urzędował lis. . Cholerny zwierzak, nawet nie dał mu dokończyć zdania!
„Mi wyjaśnić Sakurze i Shikamaru, że perfidna kreatura wypożycza chwilowo moje ciało!”
„Oh, już mi tak nie schlebiaj, wcale nie jestem perfidny. No może troszeczkę...”
- Naruto? – W głosie Haruno pobrzmiewała lekka panika. Nic dziwnego, w końcu nie codziennie widzi się, jak przyjaciel na twoich oczach zmienia nieco wygląd. Oczy blondyna przybrały szkarłatną barwę, a lisie blizny na policzkach poszerzyły się.
- Naruto już tu nie ma – zarechotał złośliwie lis i z gracją wstał z ziemi.
„Zawsze chciałem to powiedzieć!”
„Kretyn…”
„Hej, to moja kwestia!”
- Co żeś mu zrobił? – Różowowłosa nie wydawała się być usatysfakcjonowana odpowiedzią Kyuubiego. I nic dziwnego. W ramach ukazania swojego niezadowolenia, chwyciła blondyna za poły jego kamizelki, a drugą rękę przygotowała do zadania ciosu. Tak na wszelki wypadek.
„Twoi znajomi są bezczelni.”
„Czyżby?”
„Mogliby okazać mi… No bo ja wiem, jakiś respekt?”
„Gdybyś jeszcze na niego zasłużył…”
Lis westchnął i delikatnie, aczkolwiek stanowczo, usunął dłoń Sakury ze swojej osoby.
- Słuchaj, skarbeczku – zaczął najdelikatniej jak potrafił. Brzmiało to niemalże, jak groźba mordu wypowiedziana przesłodzonym tonem szaleńca. – Twojemu blondasowi nic nie jest. Wysłałem go na tymczasowy urlop, gdyż chciałbym porozmawiać z tą pięknością, która właśnie się nam przygląda.
„Pięknością? Pięknością?!”
Dziewczyna zaryzykowała spojrzenie w stronę pięcioogoniastego. Bestia faktycznie się im przyglądała. A w jej spojrzeniu nie było ani krzty cieplejszych uczuć. Ha! Było od nich dalekie. Bardzo, ale to bardzo dalekie. Przełknęła ślinę, puszczając jednocześnie Kyuubiego.
- Obiecaj, że nic mu się nie stanie! – warknęła jedynie.
- Na moje futro, niechże wylenieje jak będzie inaczej – sarknął, unosząc dłoń w geście parodii przysięgi. – A teraz, pani pozwoli, że zajmę się naszym miłym gościem, który zapewne wręcz nie może się doczekać rozmowy ze mną.
„Czemu o mnie nikt się nie martwi?”
„Bo nikt cię nie lubi.”
„Jakiś ty niemiły. Ale pochlebiasz mi. W końcu długo pracowałem na swoją opinię.”
Niemalże tanecznym krokiem podszedł do Gobiego, wbrew pozorom nie tracąc czujności. Stanął przed ogoniastą bestią i ku ogólnemu zaskoczeniu skłonił się nisko.
- Może tak ukażesz światu swe cudne oblicze? – zwrócił się do potwora, patrząc na niego zadziornie. Wszyscy wstrzymali oddechy, łącznie z samym Naruto, który za cholerę nie mógł zrozumieć co kombinuje lis.
Bestia ryknęła donośnie w stronę blondyna.
- Oh, no proszę cię – westchnął. – Porozmawiajmy jak demon z demonem.
Delfinia głowa uniosła się dumnie. Potwór zmierzył stojącą przed nim postać pogardliwym spojrzeniem. Po chwili całe jego cielsko zniknęło w kłębach pary.
„Co on kombinuje?”
„Ona.”
„CO?”
Para opadła, a oczom zebranych ukazał się zadziwiający widok. W miejscu pięcioogoniastego stała ludzka postać, mająca długie białe włosy i błękitne oczy. Ubrana była w kuse, bladoniebieskie kimono obszyte srebrną nicią, która mieniła się przy każdym ruchu.
„Ona, Gobi to kobieta.”
deedwarda: A i owszem, powiadamiam. Tylko, że nie wymyśliłam, żadnego patentu na jakieś składne powiadamianie (pewnie dlatego, że jeszcze nie jest mi potrzebny), więc na dobrą sprawę zostaw mi jakiś namiar, a będę dawać znać ^ ^. Jakby coś się zmieniło w tej kwestii, to napiszę o tym na blogu.
mechalice: Podzielisz się tą farbą? xD 4 |<0Mć m4 Y35hCz3 Z4 m4ł0 P0|<3m0n14570$C1, 4l3 My$lĘ, ż3 Y3573$ n4 D0Br3J dR0Dz3.
(O masakra xD Jak to wygląda... xD)
Bez poke translatora nie da rady, ale błagam, miej litość dla moich zszarganych nerwów i nie rób mi tego!
Eterna: Oj nie da się Naruto, nie da! Mwahaha! *Knucie, knucie.*
Bardzo, ale to bardzo dziękuję za komentarze ^^ i zapraszam do kolejnego rozdziału.
*** *** *** *** *** *** ***
Delfini łeb pochylił się ku ziemi. Gigantyczne nozdrza poruszyły się nerwowo.
- On węszy… - zauważył zdumiony Naruto.
Pięć ogonów smagło powietrze, kiedy monstrualna głowa uniosła się gwałtownie, obracając się w stronę swojego celu. Końskie kopyta przeorały ziemię, a Uzumaki przełknął głośno ślinę.
„Widzisz te ogony?”
„Niestety.”
„Zawsze mnie zastanawiało, jak robi, że są takie puszyste.”
„Błagam, Kyu, nie próbuj mnie pocieszać, bo ci to naprawdę nie wychodzi.”
Gobi był naprawdę imponującym demonem. Biała sierść pokrywała zarówno delfini pysk, jak i koński tułów. Skrzyżowanie to samo w sobie było nieudane, jednak potworowi nadawało pewną dozę dostojeństwa. Błękitne oko łypnęło w stronę blondyna.
„Powiedz, że on się nie czai na mnie.”
„Pf, z twoim życiowym szczęściem? Nie ma szans, aby było inaczej.”
Potwór zaryczał przerażająco.
- No to zajebiście! – warknął Uzumaki i… I w następnej chwili nie za bardzo wiedział co się dzieje.
Po rozeznaniu się w sytuacji, odkrył, że się przemieszcza. Nie sam. Ktoś bezczelnie chwycił go w ramiona, jak jakąś bezbronną dzieweczkę i błyskawicznym tempem ruszył w stronę wioski.
- Sasuke, kretynie! PUŚĆ MNIE! – wydarł się i zaczął wyrywać. Co w większym stopniu nie zmieniło jego położenia. Nie żeby mu się nie podobało przebywanie w uścisku Uchihy, jednak taki zachowanie wydawało się być nieodpowiednie w sytuacji, która aktualnie miała miejsce. Jego oprawca zatrzymał się dopiero, gdy Gobi zniknął im z widoku. Z zadziwiającą delikatnością postawił go na jednym z niższych konarów.
- Masz wrócić do wioski… - zaczął czarnowłosy, jednak przerwał mu wybuch śmiechu ze strony blondyna.
- Chyba zwariowałeś! – Sytuacja naprawdę wydawała mu się zabawna. Jedna z ogoniastych bestii szaleje pod murami Konohy, a on ma się ukryć w wiosce! Niedoczekanie. – Słuchaj, Uchiha, nie wiem, co ci strzeliło do łba, ale naprawę jesteś niepoważny, skoro chcesz…
- To ty posłuchaj! – Pięść Sasuke wylądowała na pniu pozostawiając w nim spore wgniecenie. Uzumaki spojrzał niepewnie na jego rękę, która znajdowała się właśnie na wysokości jego oczu. Teraz był w potrzasku pomiędzy drzewem, a wściekłym Sharinganowcem. – Odpuść sobie tą jedną walkę. Nic się nie stanie, jeżeli…
„Jeżu! Nie teraz…”
„Może to dobry moment, aby z nim pogadać?”
„Nie!”
„Dlaczego?”
„Bo…Bo… Nie! I tyle!”
- Muszę tam wrócić – powiedział z determinacją. Kontynuował, zanim Sasuke zdążył mu przerwać. – Słuchaj, chodzi o to, że nikt inny nie poradzi sobie z Gobim. Znaczy się, dobra, zapieczętują go w jakimś dzieciaku, niszcząc mu życie, a ja znam lepsze rozwiązanie.
„Znasz?”
„Eee… Poznam?”
„Ah, ta twoja dbałość o szczegóły.”
- Kłamiesz. – Uzumaki skrzywił się na to stwierdzenie. Wolał określenie, iż troszeczkę mija się z prawdą.
- Co nie zmienia faktu, że ja mam największe szanse, aby owy sposób wymyślić. – Założył ręce na ramiona. Nie miał zamiaru ustąpić, nie w tej kwestii. – Nie chcę, aby ktoś bezsensownie zginął przy procesie pieczętowania. A także, aby ktoś musiał przechodzić przez to co ja.
- O, ale ty możesz się poświęcić? – W głosie Sasuke znowu zaczęła pobrzmiewać złość.
- Złego diabli nie biorą. – Blondyn machnął lekceważąco ręką.
- Tylko, że ty nie jesteś zły – warknął Uchiha. Najwyraźniej sytuacja naprawdę zaczynała go denerwować. Ale cóż, blondyn nie zamierzał porzucać swojego postanowienia.
- Nie, nie jestem. – Uzumaki uśmiechnął się drapieżnie. – Za to Kyu jak najbardziej.
W następnej chwili Sasuke zwisał ogłuszony na jednym z narutowych klonów, które przed sekundą go unieszkodliwiły.
„Widzę, iż ujawnia się u ciebie iście lisia natura.”
„A czyja to wina?”
„Och, jakże niezmiernie mi miło, że w końcu zaczynasz mnie doceniać.”
Naruto z roztargnieniem przyglądał się jak jego klony przenoszą Sasuke w stronę wioski. Coś mu zaczęło świtać pod czerepem…
„Zdajesz sobie sprawę z tego, że twój kochaś będzie wściekły kiedy się ocknie?”
„Nom, dlatego my wtedy postaramy się być daleko od niego. Ot, póki się nie uspokoi.”
„A to potrwa.”
„Oj, potrwa.” Przyznał lisowi racje. „Kyu…”
„Tak, zmoro mojego żywota?”
„To mamy jakiś plan?”
„Hm… Niekoniecznie.”
- No to teraz dopiero będzie zajebiście – mruknął do siebie blondyn i z baraku laku powlekł się w stronę, z której dochodziły wściekłe ryki pięcioogoniastej bestii.
- Wydawało mi się, że przed chwilą był trochę mniejszy – mruknął Naruto, po wylądowaniu przy Shikamaru. Zmierzył potwora krytycznym spojrzeniem.
„Dlaczego ogoniaste bestie muszą być takie wielkie?”
„A co za różnica?”
„W mniejszych formatach wydawałby się łatwiejsze do pokonania.”
- Co TY tu robisz? – warknięcie Nary nie należało do najmilszych. Cholera, czemu tak dzisiaj wszystkim przeszkadzała jego obecność?
- Stoję, bodajże. – Zerknął przelotnie na przyjaciela. – I nie mam zamiaru się stąd ruszać. Więc łaskawie odpimpaj się od mojej skromnej osoby, bo wylądujesz nieprzytomny w wiosce.
- Jak Sasuke? – zapytał ciemnowłosy chłopak z odrobiną kpiny w glosie.
- Jak Sasuke – potwierdził Naruto i powrócił spojrzeniem do Gobiego. Kilku Shinobi Konohy próbowało aktualnie unieruchomić stwora. Nie wychodziło im to za bardzo. – Dobra, przyjmijmy, że pięcioogoniasty jest przez kogoś kontrolowany. I tego kogoś trzeba się pozbyć.
- Zapewne Orochimaru…
- Chodzi mi raczej o bardziej ścisłą kontrolę. Hm… Tak jakby ktoś po prostu zawładną jego mózgiem. Eee… - zająknął się. – Był nim?
- Dobrze kombinujesz – mruknął Nara, uważnie obserwując stworzenie. – Wątpliwe, aby Orochimaru sam się babrał w takich zabawach. Pewnie się kimś wysługuje. Kimś, komu może ufać.
- Kabuto – prychnął Uzumaki. – Ten pieprzony medyk jest jedyną osobą, która pasuje do opisu.
- Okej, to teraz trza go jakoś namierzyć. – Shikamaru przejrzał okolice, jakby spodziewał się, że pomagier gadziego sanina miał zaraz wyskoczyć zza drzewa. Nic takiego niestety się nie stało. – A z tym może być problem.
- Niekoniecznie. - Naruto wskazał na jedną z postaci motających się wokół Gobiego. – Myślę, że byakugan szybko załatwiłby sprawę. Na bazie chakry pięcioogoniastego powinno się go dorwać. W końcu muszą być jakoś połączeni, nie?
- Dobrze kombinujesz, aż dziw mnie bierze.
- Się ma dobre informacje w tej kwestii. – Blondyn uśmiechnął się cwaniacko. – I w końcu mogę ich użyć.
„Czuję się wykorzystywany.”
„Trzeba było nie dać się podejść jakiemuś frajerowi, który potrafi to i owo w kwestii kontrolowania ogoniastych.”
„Teraz żeś mnie zranił…”
- Wołaj Hinate – zarządził Uzumaki. - I powiedz reszcie, żeby dała sobie trochę na luz. Dopóki Gobi jest pod kontrolą, nie za wiele możemy zdziałać.
Naruto miał rację. Osobę kontrolującą Gobiego dało się wyśledzić byakuganem. I był nią Kabuto.
„No to jaki plan?”
„Ja mam mieć plan? Zwariowałeś? Ty jesteś od planów!”
„Więc mamy drobny problem.”
- Co robimy? – szepnął konspiracyjnie do Nary, stwierdzając, że na lisa nie ma na razie co liczyć. Wraz z Hinatą i Shikamaru czaili się w krzakach, obserwując bacznie medytującą nieopodal postać, siedzącą w rytualnym kręgu. Najwyraźniej była pogrążona w głębokim transie.
- Trzeba go jakoś obudzić. Hinata, co widzisz?
- Chakre Gobiego. Widzicie te znaki? – Wskazała na kręg. – Cała moc zbiega się z nimi.
- Więc jak uda nam się go z niego wytargać powinien się ocknąć.
- To na co czekamy? – Naruto wyskoczył z kryjówki i pognał przed siebie z ręką przygotowaną do zadania ciosu. Lecz nie zdołał dobiec do siwowłosego chłopaka. Kręg, w którym siedział Kabuto zabłysnął niebieskim światłem i jakaś niewidzialna bariera powstrzymała Uzumakiego przed dalszym atakiem.
- Cholera! – jęknął z poziomu podłoża. – Chyba rozwaliłem sobie nos.
- Nie rozczulaj się tak – sapnął Nara, stając nad nim. – Hinata poleciała złożyć raport Tsunade. Wygląda na to, że sami tego nie rozgryziemy. A ty rusz tyłek i…
Ziemia pod ich stopami zatrzęsła się gwałtownie.
- Nie podoba mi się to – Blondyn postanowił wyrazić swoje niezadowolenie. – Bardzo, ale to bardzo mi się to nie podoba.
Przez grunt ponownie przeszła fala drgawek. Tym razem o wiele potężniejsza. A nad głowami chłopaków rozległ się przerażający ryk.
- Kurwa mać! – Naruto w ostatnim momencie przetoczył się w bezpieczniejszą część terenu. W miejscu, w którym przed chwilą przebywał, znajdowało się właśnie jedno z gigantycznych kopyt pięcioogoniastego. – A tego frędzla na cholere mi tu przywiało?!
- Myślę, że Kabuto ma większy kontakt z rzeczywistością, niż nam się wcześniej wydawało. Uważaj! – wrzasnął Nara, kiedy jeden z ogonów bestii śmignął tuż nad nimi.
- No przecież widzę! – odwarknął blondyn, czołgając się ku drzewom. Miał cichą nadzieję, że Gobi nie będzie zwracał na niego uwagi. Nagle całą polanę spowiły kłęby pary.
„Co jest?”
„Oh, pamiętasz jak ci wspominałem, że właściwie każdy ogoniasty ma jakąś swoją specjalność?”
„Noo… To, że ty bawisz się wiatrem, Shukaku piaskiem?”
„Gobi ma słabość do pary wodnej.”
„Świetnie…”
- Shika! – wydarł się. – Gdzie jesteś?! Smutno mi tu samemu…
- Zamknij się – syk przyjaciele rozległ się gdzieś za jego plecami. – Zdradzasz naszą pozycję.
- Nie pito… - Wypowiedz blondyna została brutalnie przerwana, kiedy to białe kopyto potwora znowu próbowało wsmarować go w ziemię. Uskoczył, a coś zamortyzowało jego lądowanie.
- Moszesz sze mnie szejsz? – Z pod jego łokcia wydobył się niewyraźny warkot Nary.
- Ups, sorry. Nie widziałem gdzie ląduję.
- Złaź!
Naruto podniósł się, tylko po to, aby po chwili znowu utkwić nos w ziemi, kiedy ogony Gobiego smagły nad ich głowamy.
- O nie, nie! Mój drogi, tak my się bawić nie będziemy! – zakrzyknął blondyn, podrywając się na nogi. – Shika, trzymaj go!
- Jak mam go trzymać?! Zwariowałeś?!
- Oh, kombinuj! – sapnął i pognał przed siebie.
„Ty po prostu chcesz nas zabić, nie?”
„Nie marudź!” Odwarknął w myślach, uskoczył przed białym kopytem, które właśnie zostało owinięte przez cieniowe jutsu Nary i popędził dalej, gromadząc w dłoni chakre. Był coraz bliżej. Bestia szarpała się nad nim. Naruto znajdował się już krok od Kabuto…
- RASENGAN!
Kilka rzeczy zdarzyło się jednocześnie. Powłoka pękła, przy czym siwowłosego chłopaka wyrzuciło na dobre kilka metrów od kręgu. Stwór wyrwał się z ataku Shikamaru. Na polane wpadła wściekła Sakura, a ogon Gobiego zmiótł Naruto, posyłając go prosto w ramiona Nary.
- UZUMAKI! JUŻ NIE ŻYJESZ!
Blondyn zamrugał jednym okiem. Cholera, dlaczego dwie Sakury chciały go zabić? Zamrugał drugim okiem. Nie, nie pomogło.
- Sakurcia? Ścisz ten wodospad, bo śnieg mi kury zaleje… - wysapał z najwyższym trudem. – Aaaała, moja głowa…
- Oh, pokażże się, ty nieodpowiedzialny dzieciuchu! Miałeś uważać!
- Uważałem – mruknął, zezując nieco na dziewczynę, podczas gdy Nara ułożył go wygonie na trawie.
- Jasne – sarknęła i zabrała się za badania. – I co żeś zrobił Sasuke? To nie było zbyt rozważne, wiesz, że będzie wściekły.
„Okrutnie.”
„Daj mi w spokoju liczyć gwiazdy.”
„Przecież jest jeszcze jasno.”
„Tak? A więc co to jest to coś, co tak upierdliwie kręci mi się wokół głowy?”
- Ile palców widzisz? – zapytał Shikamaru, którego zdolności medyczne opierały się na wiedzy czysto przedszkolnej. Czyli były zerowe.
Naruto w skupieniu zmrużył oczy.
- A mogę podać w przybliżeniu?
- Nic ci nie będzie – zawyrokowała dziewczyna. – Tylko trochę odetchnij, a wszystko powinno być dla ciebie mniej rozmazane. Nieźle cię trzasną, ale na szczęście twoja głupia łepetyna jest przyzwyczajona do gorszych obrażeń.
- To był komplement?
- Jak najbardziej nie!
- Co robi Gobi? – Próbował zmienić temat. Udało się.
- Eee…
- Chcę wiedzieć co znaczy: eee? – zapytał pełen złych przeczuć.
- Stoi.
- Co?
- No… Stoi – powtórzył dość niepewnie Nara. – I się rozgląda.
Naruto zaryzykował podniesienie się z ziemi. Potwór faktycznie nie robił nic ciekawego.
„Mogę tymczasowo zająć twą nadpobudliwą osobowość?”
„A po co?”
„Gobi i ja mamy do zamienienia parę słów. Osobiście.”
„Zaraz… Ty chcesz z nim gadać?!”
„A to zbrodnia?”
„Hm… Jeżeli mnie rozgniecie, to mogę to uznać za rozmyślne spowodowanie mojej śmierci. A to chyba jak najbardziej podchodzi pod zbrodnie.”
„Nie przeginaj. Tak źle nie będzie.”
„Dobra, ale daj mi…”
W następnej chwili Naruto został zepchnięty w głąb swej świadomości, gdzie zwykle urzędował lis. . Cholerny zwierzak, nawet nie dał mu dokończyć zdania!
„Mi wyjaśnić Sakurze i Shikamaru, że perfidna kreatura wypożycza chwilowo moje ciało!”
„Oh, już mi tak nie schlebiaj, wcale nie jestem perfidny. No może troszeczkę...”
- Naruto? – W głosie Haruno pobrzmiewała lekka panika. Nic dziwnego, w końcu nie codziennie widzi się, jak przyjaciel na twoich oczach zmienia nieco wygląd. Oczy blondyna przybrały szkarłatną barwę, a lisie blizny na policzkach poszerzyły się.
- Naruto już tu nie ma – zarechotał złośliwie lis i z gracją wstał z ziemi.
„Zawsze chciałem to powiedzieć!”
„Kretyn…”
„Hej, to moja kwestia!”
- Co żeś mu zrobił? – Różowowłosa nie wydawała się być usatysfakcjonowana odpowiedzią Kyuubiego. I nic dziwnego. W ramach ukazania swojego niezadowolenia, chwyciła blondyna za poły jego kamizelki, a drugą rękę przygotowała do zadania ciosu. Tak na wszelki wypadek.
„Twoi znajomi są bezczelni.”
„Czyżby?”
„Mogliby okazać mi… No bo ja wiem, jakiś respekt?”
„Gdybyś jeszcze na niego zasłużył…”
Lis westchnął i delikatnie, aczkolwiek stanowczo, usunął dłoń Sakury ze swojej osoby.
- Słuchaj, skarbeczku – zaczął najdelikatniej jak potrafił. Brzmiało to niemalże, jak groźba mordu wypowiedziana przesłodzonym tonem szaleńca. – Twojemu blondasowi nic nie jest. Wysłałem go na tymczasowy urlop, gdyż chciałbym porozmawiać z tą pięknością, która właśnie się nam przygląda.
„Pięknością? Pięknością?!”
Dziewczyna zaryzykowała spojrzenie w stronę pięcioogoniastego. Bestia faktycznie się im przyglądała. A w jej spojrzeniu nie było ani krzty cieplejszych uczuć. Ha! Było od nich dalekie. Bardzo, ale to bardzo dalekie. Przełknęła ślinę, puszczając jednocześnie Kyuubiego.
- Obiecaj, że nic mu się nie stanie! – warknęła jedynie.
- Na moje futro, niechże wylenieje jak będzie inaczej – sarknął, unosząc dłoń w geście parodii przysięgi. – A teraz, pani pozwoli, że zajmę się naszym miłym gościem, który zapewne wręcz nie może się doczekać rozmowy ze mną.
„Czemu o mnie nikt się nie martwi?”
„Bo nikt cię nie lubi.”
„Jakiś ty niemiły. Ale pochlebiasz mi. W końcu długo pracowałem na swoją opinię.”
Niemalże tanecznym krokiem podszedł do Gobiego, wbrew pozorom nie tracąc czujności. Stanął przed ogoniastą bestią i ku ogólnemu zaskoczeniu skłonił się nisko.
- Może tak ukażesz światu swe cudne oblicze? – zwrócił się do potwora, patrząc na niego zadziornie. Wszyscy wstrzymali oddechy, łącznie z samym Naruto, który za cholerę nie mógł zrozumieć co kombinuje lis.
Bestia ryknęła donośnie w stronę blondyna.
- Oh, no proszę cię – westchnął. – Porozmawiajmy jak demon z demonem.
Delfinia głowa uniosła się dumnie. Potwór zmierzył stojącą przed nim postać pogardliwym spojrzeniem. Po chwili całe jego cielsko zniknęło w kłębach pary.
„Co on kombinuje?”
„Ona.”
„CO?”
Para opadła, a oczom zebranych ukazał się zadziwiający widok. W miejscu pięcioogoniastego stała ludzka postać, mająca długie białe włosy i błękitne oczy. Ubrana była w kuse, bladoniebieskie kimono obszyte srebrną nicią, która mieniła się przy każdym ruchu.
„Ona, Gobi to kobieta.”
wtorek, 3 sierpnia 2010
Rozdział IV
Mwahaha xD I oto ogłaszam, iż z przyjemnością mogą zamieścić tu czwarty rozdział mej opowieści! Ha! Szybko mi to poszło, nie powiem ^ ^ Może to ma coś wspólnego z przekroczeniem magicznej bariery dwóch komentarzy pod postem xD. W każdym razie... Serdecznie dziękuję za wasze opinie i zapraszam do przeczytania następnej części ^^.
*** *** *** *** *** *** ***
Uzumaki wolnym krokiem przemierzał Konohańskie drogi. Głowę miał spuszczoną, ramiona przygarbione, a wzrok wbity we własne buty.
„Naruto…”
„Nie!” Odwarknął błyskawicznie w myślach, przyśpieszając nieco kroku.
„Ale, Naru…”
„Powiedziałem: NIE! I odwal się ode mnie ty niedopieszczony futrzaku!”
„Czy ty mnie właśnie próbowałeś obrazić?”
„TAK!” Poderwał głowę i zmierzył okolicę złym spojrzeniem. Wszędzie było pusto. I bardzo dobrze. Szkoda tylko, że nie mógł pozbyć się z głowy pewnego bardzo marudnego głosu.
„Cóż… Nie wyszło ci.”
- Dajże ty mi spokój! – Nie miał nawet sił wymyśleć jakiejś kreatywnej obelgi. Chciał tylko… Chciał… No właśnie, nie za bardzo wiedział czego chciał.
„Buzi?”
„Co?!” Z wrażenia, aż przystanął.
„Nie ode mnie!”
„Boże…” Naruto odetchnął z wyraźną ulgą. W końcu nieczęsto słyszy od lisa takie uwagi.
„Od Uchihy…”
- Za co? – mruknął do siebie dzieciak. – Za co ktoś mnie tak nienawidzi, że zasłużyłem sobie na twoje wieczne towarzystwo?
„Uważaj, bo się wzruszę.”
Naruto westchnął przeciągle.
Od jego ostatniego pobytu w szpitalu minęło już kilka dni. I nic się poprawiło. Znaczy się, nie w sensie fizycznym. Według własnego mniemania, do treningów był gotów już po kilku minutach od uleczenia lisa. Ha! I w sumie wiele było w tym prawdy! W końcu i on, i Kyuubi byli na tyle uparci, iż mogli trenować dni i noce, aż do padnięcia na zbity pysk. Nawet jeżeli zagrażało to ich zdrowiu. Jednak psychicznie Naruto nie czuł się za dobrze. Pomnijmy docinki o jego wszechobecnym rozchwianiu emocjonalnym. Teraz… Wszystko tak się zagmatwało w jego głowie, że nie miał pojęcia co począć. Nie to co Sakura, czy Tsunade. Boże, każdy uważał, że jedyne co mu potrzebne do szczęścia to rozmowa z…
„Uchihą?”
„Bezczelny podsłuchiwacz…”
„A nie rozważałeś tego, iż one mogą mieć racje?”
„Rozważałem.” Przyznał z niechęcią. „Zresztą, bardzo dobrze wiesz, że rozważałem.”
„I? Jakieś wnioski?”
„Że wszyscy macie ostro naje…”
- Szefie! SZEFIE!
Naruto zamrugał. Był trochę zdezorientowany. I zdziwiony, że ktoś widząc go w tak ponurym nastroju ma czelność tarmosić go jak szmacianą lalkę. Wbił zły wzrok w skaczącą wokół niego postać.
- Konohamaru? A ty nie na misji? – zdołał zapytać, po rozeznaniu się w sytuacji. W sumie od początku mógł się domyślić, że tylko wnuk trzeciego miał na tyle odwagi by się do niego zbliżać.
- Misji? Jakiej misji?! Szefie, zwariowałeś?
„A i owszem.”
Brew Naruto drgnęła niczym w tiku nerwowym. Może jednak nie warto było tak usilnie ratować lisie życie…
- Kurde, szefie! Ogarnij się trochę! Stan alarmowy!
Uzumaki przechylił głowę na bok i przyjrzał się z zainteresowaniem Konohomaru. Hm… Dzieciak gadał nad wyraz dziwaczne rzeczy.
- Co ty pierdzielisz? – Zmrużył oczy. To niemożliwe, żeby w wiosce działo się coś istotnego i on by o tym nie wiedział! Chyba.
Od strony bramy północnej zaczęły docierać do nich odgłosy walki.
- ŻE ATAK! Wioska zagrożona! Wszyscy zostali wezwani pod mury…
- A ja? Czemu mi nikt nie powiedział? – oburzył się blondyn.
- Ja ci mówię! – Konohamaru zaczął znowu nim tarmosić. – Więc rusz dupsko, a nie stoisz jak kretyn na środku drogi!
„Jest bitka…”
„No, niby tak.”
„Tłumy wrogich ninja dobijają się do bramy wioski…”
„Zmierzasz do czegoś konkretnego?”
„A ja mogę ich bezkarnie skopać?”
Lis mruknął z aprobatą.
A Naruto z radością chwycił zaskoczonego dzieciaka i przetransportował ich do miejsca rozgrywającej się bitwy.
Sakura zmierzyła pochmurnym spojrzeniem wrogich shinobi. Że też dzisiaj musieli urządzić sobie małą jatkę pod bramami Konochy! Dzisiaj! Kiedy ona akurat miała mieć wolne!
- Ty szczylu niemyty! – warknęła i z demoniczną siłą pięści wbiła najbliższego wroga w ziemię. – Nie tak miałam spędzać dzisiejszy wieczór!
Z okrzykiem wściekłości rzuciła się na następnego przeciwnika, przy okazji powalając dwóch innych łokciami.
Oh, była zła! Zła, zła, złaaa… A chciała tylko zanurzyć się w gorącej wodzie i przez kilkanaście dobrych minut wylegiwać się w wannie przy jakiejś miłej lekturze. A potem… A potem coś by się wymyśliło.
- A masz! – Trzasnęła w lico ninji, którego szczęka przestawiła się z donośnym, nieprzyjemnym zgrzytem. Nieszczęśnik wylądował na ziemi i przeorał dobre kilka metrów, zanim zatrzymał się na murze, znacznie go uszkadzając.
Błysk wściekłości w jej oczach odstraszył kolejnych wrogów.
- Czymże ci nieszczęśnicy tak się narazili mojej wspaniałej przyjaciółce?
- Istnieniem – warknęła i spojrzała na Naruto, który przezornie czaił się na najbliższym drzewie. – A ty co tu robisz? Wara wypoczywać!
- Przestań, Sakurcia! – Blondyn lekceważąco machnął dłonią. – I daj mi coś z życia! Też chcę skopać kilka tyłków!
- Mało żeś się należał w szpitalu ostatnimi czasy? – Dziewczyna założyła ręce na ramiona i wbiła w niego pochmurne spojrzenie. – Bo…
- Och, proooszę! Chcesz po prostu, żebym spróchniał w domu? Wiesz, że nie wysiedzę! Zwłaszcza jak tania rozrywka wpycha mi się do wsi sama. A trochę ruchu na świeżym powietrzu na pewno mi nie zaszkodzi, nie?
Haruno zmierzyła go krytycznym spojrzeniem.
- Dobra – skapitulowała po chwili milczenia. – Ale jak się źle poczujesz, to masz natychmiast się do mnie stawić!
- Się rozumie, kierowniczko! – Zęby blondyna błysnęły w szerokim uśmiechu.
Naruto zdawał sobie sprawę, że jego konwersacja z Sakurą wywołała w szeregach wroga lekkie osłupienie. W końcu, spokojna rozmowa dwójki ludzi w samym środku ataku, była dość osobliwym widokiem. Gdy jednak udało im się w miarę ogarnąć sytuację, postanowili otoczyć shinobi Konohy, którzy w ich mniemaniu zapewne tego nie zauważą.
Błąd. Bardzo poważny i niedopuszczalny błąd.
„Dajesz, młody.”
Oczy blondyna błysnęły dziko, gdy z lisim wdziękiem zeskoczył z drzewa, kumulując w dłoniach chakrę. Błysnęło, huknęło i po chwili dało się słyszeć zbiorowy jęk wrogich ninja.
Z zadowoleniem przyjrzał się swojemu dziełu, którym było pole pełne poległych shinobi, bezwładnie walających się po trawce.
- Pf, cieniasy – sapnął, opierając się na rękojeści przywołanej katany. Broń była spowita przez pomarańczową chakre, która leniwie krążyła po narzędziu, niczym ogniste języki.
- Co to? – zapytała Sakura, z ciekawością patrząc na katanę.
- Nie: co! Kto się mówi! – zakrzyknął blondyn i czułym gestem przejechał palcem po ostrzu. – To Sune.
- Su…Ne? – Dziewczyna rozszerzyła komicznie oczy. – Masz zabójczą broń o imieniu Sune?
- Hej! Ona wcale nie jest zabójcza! No chyba, że w nieodpowiednich rękach…
- Czyli, że twoich?
- Moich? No coś ty! Sune jest niegroźna, zwłaszcza w moim posiadaniu! Żebyś wiedziała jak szalała z Kyu za jego starych złych czasów!
- To jest katana Kyuubi’ego?!
- Yhm, z jego własnej krwi i mocy. Niezła, nie?
- Jesteś niemożliwy – mruknęła kręcąc głową. Jednak Naruto był zajęty już inną kwestią. Poniuchał w powietrzu. Niedaleko coś się święciło.
- Czujesz? - wyszeptał pytająco, wbijając wzrok gdzieś w przestrzeń.
Odpowiedziało mu prychnięcie.
- Nie zapominaj, że niektórzy nie mają takiego wyczulonego nosa jak ty.
- Coś wisi w powietrzu…
„Coś, co zaczyna mi się nie podobać. ”
Kątem oka dostrzegł, jak Sakura kręci głową z rozbawieniem.
- Co? – Zaczęła zaczepnym tonem. – Czekasz na moje pozwolenie?
Uśmiechnął się promiennie, pomachał i zniknął z zasięgu jej wzroku.
„Ninja dźwięku. Znowu.”
„Pilnuj się tym razem.”
„Wiem, ale powiedz mi…”
„Czemu te małe cholery ponowie zaatakowały Konohę? Najwyraźniej Orochimaru ma w tym jakiś większy cel.”
„Tego się sam domyśliłem.” Naruto skakał między drzewami, uważnie lustrując odtoczenie.
„Więc, musimy mu przeszkodzić.”
„No co ty?” Pomyślał ponuro blondyn. „ Nie sądzisz, że łatwiej by było, gdybyśmy wiedzieli, co ta gadzina planuje?”
„Zapewne, ale co to za frajda tak mieć wszystko podane na talerzu?”
„To by była miła odmiana…”
- Hopsa! – wrzasnął radośnie, wykonując salto i lądując buciorami na twarzy jakiegoś przypadkowego ninji. Biedak, już nie zdoła wstać o własnych siłach…
„Wcale nie jest ci go żal.”
„Fakt”
Sune błysnęła w jego dłoni, gdy rzucił się na następnego przeciwnika, torując sobie drogę w głąb lasu. Tam szykowała się lepsza zabawa.
Wpadł na środek rozgardiaszu, z kataną władczo uniesioną ku niebu i rzucając towarzystwu zniewalający uśmiech. Jednak jego widowisku nie poświęcono większej uwagi.
„Nikt nie widział mojego wielkiego wejścia!” Naburmuszył się i nadymał policzki. Lis mruknął coś nieprzyjemnego pod jego adresem. A Naruto stał na środku polanki, gdzie rozgrywała się prawdziwa rozwałka i strzelał focha.
„Pierdziele!” Usiadł po turecku na trawie. „Nie robię!”
„Naruto…”
„Ja się staram jakoś uatrakcyjnić im życie…”
„Kunai.”
„Co?”
„Kunai. Leci w twoim kierunku.”
Naruto uchylił się od ataku przylegając płasko do ziemi.
- KTÓRY KRETYN BEZCZELNIE PRZERYWA MOJE ROZMYŚLANIA? – wrzasnął podrywając się na nogi, wściekle wymachując kataną.
Grupka wrogich shinobi przerwała swoje działania wojenne i spojrzała na niego z dość głupimi minami. Wydawało się nawet, że zaraz wypchnął winowajcę przed siebie, jednak zanim spróbowali tego dokonać zostali unieruchomieni przez cieniowe jutsu Nary i znokautowani klanowymi ciosami Hinaty.
- Też się chciałem pobawić – mruknął, patrząc krzywo na swoich znajomych, którzy po wykonanej robocie stanęli koło blondyna.
- I będziesz miał okazję. – Shikamaru spojrzał wymownie gdzieś w głąb lasu. Za plecami blondyna czaiły się dziesiątki ninji dźwięku. Dużo dziesiątek. Cholera, były ich setki.
- Jeżu… - sapnął Nara. – To wszystko jest bardziej niż upierdliwe.
„O cholera!” Szybki unik, zamach, kolejny unik. „Cholera…” Skok za plecy przeciwnika, mocny cios.
- No jasna cholera! – Naruto przeturlał się po trawie, o włos mijając czyjąś pięść. Cała ta walka, o ile na początku stanowiła dość ciekawą rozrywkę, to teraz stawała się nad wyraz denerwująca. A na dodatek Sune zaczęła odmawiać mu posłuszeństwa, więc musiał ją już dawno odwołać. Cholerna, kapryśna lisia chakra…
Obok niego wylądował Shikamaru. Nie wyglądał na zadowolonego z życia.
- Ludziów jak mrówków – mruknął.
- Czego ten gad tak uparcie chce, że się co chwile do nas dopierdziela? – zapytał Naruto, tworząc kilka klonów. Ktoś musiał się w końcu zająć przeciwnikiem.
Nara westchnął. A coś w owym westchnięciu nie za bardzo spodobało się blondynowi.
- Ty wiesz. – Spojrzał krzywo na kolegę.
Ciemnowłosy chłopak podrapał się po karku, najwyraźniej starając się coś wymyślić. Niedobrze. Kombinujący Nara, to bardzo mądry Nara, więc im więcej czasu zyskiwał, tym bardziej malały szanse Naruto na uzyskanie odpowiedzi.
- I zastanawia mnie, dlaczego nie chcesz mi powiedzieć o co chodzi. – Blondyn zmrużył oczy i założył ręce na ramiona. Przez chwilę wyglądał nawet jakby miał zacząć tupać nerwowo nogą.
- Bo to nie twoja sprawa – mruknął ciemnowłosy chłopak, usilnie unikając kontaktu z oczami Naruto.
- Odnoszę inne wrażenie – warknął. Sytuacja zaczynała go coraz bardziej denerwować.
„Tak bardzo jest ci ta wiedza teraz potrzebna?”
„TAK”
„Więc nie zainteresuje cię to, że Orochimarowskie bubki przedarły się przez twoją ochronę?”
- Co? – zdążył zapytać, a zaraz potem oberwał w brzuch serią ciosów.
Zgiął się w pół.
„Tak to jest, jak zamiast walką zajmujesz się pogaduszkami.”
- Kur…wa – wykrztusił i uniósł głowę, akurat by zobaczyć, jak ninja dźwięku padają jeden po drugim, ogłuszeni Chidori Nagashi.
„Zabijcie mnie.” Pomyślał ponuro Naruto, kiedy czarnowłosa postać stanęła do niego plecami. „Że też ze wszystkich osób, akurat on musi ratować mi dupsko…”
„To prawie romantyczne, nie?”
„Twoje poczucie romantyzmu zaczyna mnie przerażać.”
Wbił rozeźlone spojrzenie w Sasuke. Wcale, a wcale nie podobało mu się to, że to właśnie Uchiha znowu mu pomaga. Wcale! No… Może trochę, bo aktualnie posiadał dobry widok na pewne kształtne partie jego ciała…
- Co on tu robi? – Naruto zamrugał, kiedy palec Sasuke wskazał jego nos. Czarnowłosy najwyraźniej zwracał się do Shikamaru, który w ramach odpowiedzi wymamrotał coś na tyle cicho, że blondyn tego nie usłyszał.
- Hej! – Wyprostował się. – Ja tu jestem!
- A nie powinieneś – cichy syk Uchihy mógłby pewnie spowodować, u kogoś o słabszych nerwach, zejście na zawał. Ale nie Uzumakiego. Może miało to coś wspólnego z brakiem talentu do postrzegania potencjalnego niebezpieczeństwa.
- Co to niby ma znaczyć? – warknął mrużąc oczy.
- To co słyszałeś!
- Dzieci, nie kłóćcie się. – Nara postanowił załagodzić konflikt. Cóż, nie wyszło mu.
- Ty zakompleksiony, neurotyczny buraku! O co ci chodzi?!
- O to, że nie powinno cię tu być!
- A niby dlaczego?!
- Bo nie!
„Zaraz coś mnie trafi!”
Naruto toczył z Uchihą iście epicką walkę na spojrzenia. Ha! Nie straszna mu była czerwień oczu przeciwnika! Wręcz przeciwnie, widok bardzo przypadł mu do gustu. Twarz Sasuke, zazwyczaj wyrażająca nic więcej niż znużenie, pełna była teraz nieskrywanych emocji. Ten błysk determinacji w źrenicach, usta wykrzywione w grymasie wściekłości, to…
„Dzieciaku, ogarnij się…”
- Kurdeee! – wrzasnął łapiąc się za głowę. – Daj mi po prostu spokój w ty momencie, okej? Ja chcę się tylko trochę rozluźnić, skopując kilka tyłków, czy za dużo wymagam od życia?
- Pójdziesz ze mną dobrowolnie, czy muszę cię unieruchamiać?
„Czyli nici z porozumienia?”
- A spróbuj szczęścia! – warknął, przyjmując pozycję bojową.
- Spokój! – Shikamaru nie wyglądał na zadowolonego z życia. – Nie macie kiedy się kłócić? Boże, macie po dwadzieścia lat! Byście dali sobie spokój z tą dziecinadą!
- To on zaczął! – Blondyn musiał wcisnąć swoje trzy grosze.
- Naruto, zamknij się. – Chłopak nawet nie zaszczycił go spojrzeniem. – A ty Sasuke, odpuść na razie. Jak będzie fest niebezpiecznie, to go pogonimy. A teraz możemy zająć się w końcu walką?
- Zaraz! Stop muzyka! – Naruto nagle coś załapał. – Ten bubek wie o co tu chodzi! Wie po co przylazł Orochimaru! A to coś ma wspólnego ze mną, tak?!
- Słuchaj…
- Nie będę słuchał! – Przerwał mu bezczelnie. – Chyba, że powiecie mi co tu się dzieje!
- Nikt nic nie musi ci tłumaczyć! – Nagle Sasuke znalazł się bardzo blisko niego. Stanowczo za blisko. Blondyn przełknął ciężko ślinę. Cholerny drań! Czy on zawsze musiał spoglądać na niego z góry? Och, żeby tak być wyższym o te kilka centymetrów!
„Ohoo…”
„Co, oho? Nie lubię jak mówisz oho! To zazwyczaj znaczy… ”
Potężna fala energii niemalże zbiła wszystkich z nóg.
„Że mamy przekichane.”
- Masakra – wykrztusił Naruto między prychnięciami. I nagle poczuł coś, czego z pewnością nie chciał poczuć. – Co to za chakra i dlaczego już wiem, że nie polubię jej właściciela?
Żaden z jego towarzyszy nie odpowiedział mu. Zaryzykował spojrzenie w ich stronę. I zaklną. Sasuke i Shikamaru wpatrywali się w coś, a owo coś najwyraźniej ich szokowało. Dlatego Naruto wcale nie był pewien, czy chce podążać za ich wzrokiem . Ale raczej nie mógł tego uniknąć.
- Wy chyba jaja sobie robicie – wyszeptał wbijając oczęta w stwora, który przysłaniał im większość widoku.
„Gobi.”
- Pięcioogoniasty – jęknął blondyn, marząc aby zaraz się obudzić. – Pieprzony gad dorwał pięcioogoniastą bestie!
*** *** *** *** *** *** ***
Uzumaki wolnym krokiem przemierzał Konohańskie drogi. Głowę miał spuszczoną, ramiona przygarbione, a wzrok wbity we własne buty.
„Naruto…”
„Nie!” Odwarknął błyskawicznie w myślach, przyśpieszając nieco kroku.
„Ale, Naru…”
„Powiedziałem: NIE! I odwal się ode mnie ty niedopieszczony futrzaku!”
„Czy ty mnie właśnie próbowałeś obrazić?”
„TAK!” Poderwał głowę i zmierzył okolicę złym spojrzeniem. Wszędzie było pusto. I bardzo dobrze. Szkoda tylko, że nie mógł pozbyć się z głowy pewnego bardzo marudnego głosu.
„Cóż… Nie wyszło ci.”
- Dajże ty mi spokój! – Nie miał nawet sił wymyśleć jakiejś kreatywnej obelgi. Chciał tylko… Chciał… No właśnie, nie za bardzo wiedział czego chciał.
„Buzi?”
„Co?!” Z wrażenia, aż przystanął.
„Nie ode mnie!”
„Boże…” Naruto odetchnął z wyraźną ulgą. W końcu nieczęsto słyszy od lisa takie uwagi.
„Od Uchihy…”
- Za co? – mruknął do siebie dzieciak. – Za co ktoś mnie tak nienawidzi, że zasłużyłem sobie na twoje wieczne towarzystwo?
„Uważaj, bo się wzruszę.”
Naruto westchnął przeciągle.
Od jego ostatniego pobytu w szpitalu minęło już kilka dni. I nic się poprawiło. Znaczy się, nie w sensie fizycznym. Według własnego mniemania, do treningów był gotów już po kilku minutach od uleczenia lisa. Ha! I w sumie wiele było w tym prawdy! W końcu i on, i Kyuubi byli na tyle uparci, iż mogli trenować dni i noce, aż do padnięcia na zbity pysk. Nawet jeżeli zagrażało to ich zdrowiu. Jednak psychicznie Naruto nie czuł się za dobrze. Pomnijmy docinki o jego wszechobecnym rozchwianiu emocjonalnym. Teraz… Wszystko tak się zagmatwało w jego głowie, że nie miał pojęcia co począć. Nie to co Sakura, czy Tsunade. Boże, każdy uważał, że jedyne co mu potrzebne do szczęścia to rozmowa z…
„Uchihą?”
„Bezczelny podsłuchiwacz…”
„A nie rozważałeś tego, iż one mogą mieć racje?”
„Rozważałem.” Przyznał z niechęcią. „Zresztą, bardzo dobrze wiesz, że rozważałem.”
„I? Jakieś wnioski?”
„Że wszyscy macie ostro naje…”
- Szefie! SZEFIE!
Naruto zamrugał. Był trochę zdezorientowany. I zdziwiony, że ktoś widząc go w tak ponurym nastroju ma czelność tarmosić go jak szmacianą lalkę. Wbił zły wzrok w skaczącą wokół niego postać.
- Konohamaru? A ty nie na misji? – zdołał zapytać, po rozeznaniu się w sytuacji. W sumie od początku mógł się domyślić, że tylko wnuk trzeciego miał na tyle odwagi by się do niego zbliżać.
- Misji? Jakiej misji?! Szefie, zwariowałeś?
„A i owszem.”
Brew Naruto drgnęła niczym w tiku nerwowym. Może jednak nie warto było tak usilnie ratować lisie życie…
- Kurde, szefie! Ogarnij się trochę! Stan alarmowy!
Uzumaki przechylił głowę na bok i przyjrzał się z zainteresowaniem Konohomaru. Hm… Dzieciak gadał nad wyraz dziwaczne rzeczy.
- Co ty pierdzielisz? – Zmrużył oczy. To niemożliwe, żeby w wiosce działo się coś istotnego i on by o tym nie wiedział! Chyba.
Od strony bramy północnej zaczęły docierać do nich odgłosy walki.
- ŻE ATAK! Wioska zagrożona! Wszyscy zostali wezwani pod mury…
- A ja? Czemu mi nikt nie powiedział? – oburzył się blondyn.
- Ja ci mówię! – Konohamaru zaczął znowu nim tarmosić. – Więc rusz dupsko, a nie stoisz jak kretyn na środku drogi!
„Jest bitka…”
„No, niby tak.”
„Tłumy wrogich ninja dobijają się do bramy wioski…”
„Zmierzasz do czegoś konkretnego?”
„A ja mogę ich bezkarnie skopać?”
Lis mruknął z aprobatą.
A Naruto z radością chwycił zaskoczonego dzieciaka i przetransportował ich do miejsca rozgrywającej się bitwy.
Sakura zmierzyła pochmurnym spojrzeniem wrogich shinobi. Że też dzisiaj musieli urządzić sobie małą jatkę pod bramami Konochy! Dzisiaj! Kiedy ona akurat miała mieć wolne!
- Ty szczylu niemyty! – warknęła i z demoniczną siłą pięści wbiła najbliższego wroga w ziemię. – Nie tak miałam spędzać dzisiejszy wieczór!
Z okrzykiem wściekłości rzuciła się na następnego przeciwnika, przy okazji powalając dwóch innych łokciami.
Oh, była zła! Zła, zła, złaaa… A chciała tylko zanurzyć się w gorącej wodzie i przez kilkanaście dobrych minut wylegiwać się w wannie przy jakiejś miłej lekturze. A potem… A potem coś by się wymyśliło.
- A masz! – Trzasnęła w lico ninji, którego szczęka przestawiła się z donośnym, nieprzyjemnym zgrzytem. Nieszczęśnik wylądował na ziemi i przeorał dobre kilka metrów, zanim zatrzymał się na murze, znacznie go uszkadzając.
Błysk wściekłości w jej oczach odstraszył kolejnych wrogów.
- Czymże ci nieszczęśnicy tak się narazili mojej wspaniałej przyjaciółce?
- Istnieniem – warknęła i spojrzała na Naruto, który przezornie czaił się na najbliższym drzewie. – A ty co tu robisz? Wara wypoczywać!
- Przestań, Sakurcia! – Blondyn lekceważąco machnął dłonią. – I daj mi coś z życia! Też chcę skopać kilka tyłków!
- Mało żeś się należał w szpitalu ostatnimi czasy? – Dziewczyna założyła ręce na ramiona i wbiła w niego pochmurne spojrzenie. – Bo…
- Och, proooszę! Chcesz po prostu, żebym spróchniał w domu? Wiesz, że nie wysiedzę! Zwłaszcza jak tania rozrywka wpycha mi się do wsi sama. A trochę ruchu na świeżym powietrzu na pewno mi nie zaszkodzi, nie?
Haruno zmierzyła go krytycznym spojrzeniem.
- Dobra – skapitulowała po chwili milczenia. – Ale jak się źle poczujesz, to masz natychmiast się do mnie stawić!
- Się rozumie, kierowniczko! – Zęby blondyna błysnęły w szerokim uśmiechu.
Naruto zdawał sobie sprawę, że jego konwersacja z Sakurą wywołała w szeregach wroga lekkie osłupienie. W końcu, spokojna rozmowa dwójki ludzi w samym środku ataku, była dość osobliwym widokiem. Gdy jednak udało im się w miarę ogarnąć sytuację, postanowili otoczyć shinobi Konohy, którzy w ich mniemaniu zapewne tego nie zauważą.
Błąd. Bardzo poważny i niedopuszczalny błąd.
„Dajesz, młody.”
Oczy blondyna błysnęły dziko, gdy z lisim wdziękiem zeskoczył z drzewa, kumulując w dłoniach chakrę. Błysnęło, huknęło i po chwili dało się słyszeć zbiorowy jęk wrogich ninja.
Z zadowoleniem przyjrzał się swojemu dziełu, którym było pole pełne poległych shinobi, bezwładnie walających się po trawce.
- Pf, cieniasy – sapnął, opierając się na rękojeści przywołanej katany. Broń była spowita przez pomarańczową chakre, która leniwie krążyła po narzędziu, niczym ogniste języki.
- Co to? – zapytała Sakura, z ciekawością patrząc na katanę.
- Nie: co! Kto się mówi! – zakrzyknął blondyn i czułym gestem przejechał palcem po ostrzu. – To Sune.
- Su…Ne? – Dziewczyna rozszerzyła komicznie oczy. – Masz zabójczą broń o imieniu Sune?
- Hej! Ona wcale nie jest zabójcza! No chyba, że w nieodpowiednich rękach…
- Czyli, że twoich?
- Moich? No coś ty! Sune jest niegroźna, zwłaszcza w moim posiadaniu! Żebyś wiedziała jak szalała z Kyu za jego starych złych czasów!
- To jest katana Kyuubi’ego?!
- Yhm, z jego własnej krwi i mocy. Niezła, nie?
- Jesteś niemożliwy – mruknęła kręcąc głową. Jednak Naruto był zajęty już inną kwestią. Poniuchał w powietrzu. Niedaleko coś się święciło.
- Czujesz? - wyszeptał pytająco, wbijając wzrok gdzieś w przestrzeń.
Odpowiedziało mu prychnięcie.
- Nie zapominaj, że niektórzy nie mają takiego wyczulonego nosa jak ty.
- Coś wisi w powietrzu…
„Coś, co zaczyna mi się nie podobać. ”
Kątem oka dostrzegł, jak Sakura kręci głową z rozbawieniem.
- Co? – Zaczęła zaczepnym tonem. – Czekasz na moje pozwolenie?
Uśmiechnął się promiennie, pomachał i zniknął z zasięgu jej wzroku.
„Ninja dźwięku. Znowu.”
„Pilnuj się tym razem.”
„Wiem, ale powiedz mi…”
„Czemu te małe cholery ponowie zaatakowały Konohę? Najwyraźniej Orochimaru ma w tym jakiś większy cel.”
„Tego się sam domyśliłem.” Naruto skakał między drzewami, uważnie lustrując odtoczenie.
„Więc, musimy mu przeszkodzić.”
„No co ty?” Pomyślał ponuro blondyn. „ Nie sądzisz, że łatwiej by było, gdybyśmy wiedzieli, co ta gadzina planuje?”
„Zapewne, ale co to za frajda tak mieć wszystko podane na talerzu?”
„To by była miła odmiana…”
- Hopsa! – wrzasnął radośnie, wykonując salto i lądując buciorami na twarzy jakiegoś przypadkowego ninji. Biedak, już nie zdoła wstać o własnych siłach…
„Wcale nie jest ci go żal.”
„Fakt”
Sune błysnęła w jego dłoni, gdy rzucił się na następnego przeciwnika, torując sobie drogę w głąb lasu. Tam szykowała się lepsza zabawa.
Wpadł na środek rozgardiaszu, z kataną władczo uniesioną ku niebu i rzucając towarzystwu zniewalający uśmiech. Jednak jego widowisku nie poświęcono większej uwagi.
„Nikt nie widział mojego wielkiego wejścia!” Naburmuszył się i nadymał policzki. Lis mruknął coś nieprzyjemnego pod jego adresem. A Naruto stał na środku polanki, gdzie rozgrywała się prawdziwa rozwałka i strzelał focha.
„Pierdziele!” Usiadł po turecku na trawie. „Nie robię!”
„Naruto…”
„Ja się staram jakoś uatrakcyjnić im życie…”
„Kunai.”
„Co?”
„Kunai. Leci w twoim kierunku.”
Naruto uchylił się od ataku przylegając płasko do ziemi.
- KTÓRY KRETYN BEZCZELNIE PRZERYWA MOJE ROZMYŚLANIA? – wrzasnął podrywając się na nogi, wściekle wymachując kataną.
Grupka wrogich shinobi przerwała swoje działania wojenne i spojrzała na niego z dość głupimi minami. Wydawało się nawet, że zaraz wypchnął winowajcę przed siebie, jednak zanim spróbowali tego dokonać zostali unieruchomieni przez cieniowe jutsu Nary i znokautowani klanowymi ciosami Hinaty.
- Też się chciałem pobawić – mruknął, patrząc krzywo na swoich znajomych, którzy po wykonanej robocie stanęli koło blondyna.
- I będziesz miał okazję. – Shikamaru spojrzał wymownie gdzieś w głąb lasu. Za plecami blondyna czaiły się dziesiątki ninji dźwięku. Dużo dziesiątek. Cholera, były ich setki.
- Jeżu… - sapnął Nara. – To wszystko jest bardziej niż upierdliwe.
„O cholera!” Szybki unik, zamach, kolejny unik. „Cholera…” Skok za plecy przeciwnika, mocny cios.
- No jasna cholera! – Naruto przeturlał się po trawie, o włos mijając czyjąś pięść. Cała ta walka, o ile na początku stanowiła dość ciekawą rozrywkę, to teraz stawała się nad wyraz denerwująca. A na dodatek Sune zaczęła odmawiać mu posłuszeństwa, więc musiał ją już dawno odwołać. Cholerna, kapryśna lisia chakra…
Obok niego wylądował Shikamaru. Nie wyglądał na zadowolonego z życia.
- Ludziów jak mrówków – mruknął.
- Czego ten gad tak uparcie chce, że się co chwile do nas dopierdziela? – zapytał Naruto, tworząc kilka klonów. Ktoś musiał się w końcu zająć przeciwnikiem.
Nara westchnął. A coś w owym westchnięciu nie za bardzo spodobało się blondynowi.
- Ty wiesz. – Spojrzał krzywo na kolegę.
Ciemnowłosy chłopak podrapał się po karku, najwyraźniej starając się coś wymyślić. Niedobrze. Kombinujący Nara, to bardzo mądry Nara, więc im więcej czasu zyskiwał, tym bardziej malały szanse Naruto na uzyskanie odpowiedzi.
- I zastanawia mnie, dlaczego nie chcesz mi powiedzieć o co chodzi. – Blondyn zmrużył oczy i założył ręce na ramiona. Przez chwilę wyglądał nawet jakby miał zacząć tupać nerwowo nogą.
- Bo to nie twoja sprawa – mruknął ciemnowłosy chłopak, usilnie unikając kontaktu z oczami Naruto.
- Odnoszę inne wrażenie – warknął. Sytuacja zaczynała go coraz bardziej denerwować.
„Tak bardzo jest ci ta wiedza teraz potrzebna?”
„TAK”
„Więc nie zainteresuje cię to, że Orochimarowskie bubki przedarły się przez twoją ochronę?”
- Co? – zdążył zapytać, a zaraz potem oberwał w brzuch serią ciosów.
Zgiął się w pół.
„Tak to jest, jak zamiast walką zajmujesz się pogaduszkami.”
- Kur…wa – wykrztusił i uniósł głowę, akurat by zobaczyć, jak ninja dźwięku padają jeden po drugim, ogłuszeni Chidori Nagashi.
„Zabijcie mnie.” Pomyślał ponuro Naruto, kiedy czarnowłosa postać stanęła do niego plecami. „Że też ze wszystkich osób, akurat on musi ratować mi dupsko…”
„To prawie romantyczne, nie?”
„Twoje poczucie romantyzmu zaczyna mnie przerażać.”
Wbił rozeźlone spojrzenie w Sasuke. Wcale, a wcale nie podobało mu się to, że to właśnie Uchiha znowu mu pomaga. Wcale! No… Może trochę, bo aktualnie posiadał dobry widok na pewne kształtne partie jego ciała…
- Co on tu robi? – Naruto zamrugał, kiedy palec Sasuke wskazał jego nos. Czarnowłosy najwyraźniej zwracał się do Shikamaru, który w ramach odpowiedzi wymamrotał coś na tyle cicho, że blondyn tego nie usłyszał.
- Hej! – Wyprostował się. – Ja tu jestem!
- A nie powinieneś – cichy syk Uchihy mógłby pewnie spowodować, u kogoś o słabszych nerwach, zejście na zawał. Ale nie Uzumakiego. Może miało to coś wspólnego z brakiem talentu do postrzegania potencjalnego niebezpieczeństwa.
- Co to niby ma znaczyć? – warknął mrużąc oczy.
- To co słyszałeś!
- Dzieci, nie kłóćcie się. – Nara postanowił załagodzić konflikt. Cóż, nie wyszło mu.
- Ty zakompleksiony, neurotyczny buraku! O co ci chodzi?!
- O to, że nie powinno cię tu być!
- A niby dlaczego?!
- Bo nie!
„Zaraz coś mnie trafi!”
Naruto toczył z Uchihą iście epicką walkę na spojrzenia. Ha! Nie straszna mu była czerwień oczu przeciwnika! Wręcz przeciwnie, widok bardzo przypadł mu do gustu. Twarz Sasuke, zazwyczaj wyrażająca nic więcej niż znużenie, pełna była teraz nieskrywanych emocji. Ten błysk determinacji w źrenicach, usta wykrzywione w grymasie wściekłości, to…
„Dzieciaku, ogarnij się…”
- Kurdeee! – wrzasnął łapiąc się za głowę. – Daj mi po prostu spokój w ty momencie, okej? Ja chcę się tylko trochę rozluźnić, skopując kilka tyłków, czy za dużo wymagam od życia?
- Pójdziesz ze mną dobrowolnie, czy muszę cię unieruchamiać?
„Czyli nici z porozumienia?”
- A spróbuj szczęścia! – warknął, przyjmując pozycję bojową.
- Spokój! – Shikamaru nie wyglądał na zadowolonego z życia. – Nie macie kiedy się kłócić? Boże, macie po dwadzieścia lat! Byście dali sobie spokój z tą dziecinadą!
- To on zaczął! – Blondyn musiał wcisnąć swoje trzy grosze.
- Naruto, zamknij się. – Chłopak nawet nie zaszczycił go spojrzeniem. – A ty Sasuke, odpuść na razie. Jak będzie fest niebezpiecznie, to go pogonimy. A teraz możemy zająć się w końcu walką?
- Zaraz! Stop muzyka! – Naruto nagle coś załapał. – Ten bubek wie o co tu chodzi! Wie po co przylazł Orochimaru! A to coś ma wspólnego ze mną, tak?!
- Słuchaj…
- Nie będę słuchał! – Przerwał mu bezczelnie. – Chyba, że powiecie mi co tu się dzieje!
- Nikt nic nie musi ci tłumaczyć! – Nagle Sasuke znalazł się bardzo blisko niego. Stanowczo za blisko. Blondyn przełknął ciężko ślinę. Cholerny drań! Czy on zawsze musiał spoglądać na niego z góry? Och, żeby tak być wyższym o te kilka centymetrów!
„Ohoo…”
„Co, oho? Nie lubię jak mówisz oho! To zazwyczaj znaczy… ”
Potężna fala energii niemalże zbiła wszystkich z nóg.
„Że mamy przekichane.”
- Masakra – wykrztusił Naruto między prychnięciami. I nagle poczuł coś, czego z pewnością nie chciał poczuć. – Co to za chakra i dlaczego już wiem, że nie polubię jej właściciela?
Żaden z jego towarzyszy nie odpowiedział mu. Zaryzykował spojrzenie w ich stronę. I zaklną. Sasuke i Shikamaru wpatrywali się w coś, a owo coś najwyraźniej ich szokowało. Dlatego Naruto wcale nie był pewien, czy chce podążać za ich wzrokiem . Ale raczej nie mógł tego uniknąć.
- Wy chyba jaja sobie robicie – wyszeptał wbijając oczęta w stwora, który przysłaniał im większość widoku.
„Gobi.”
- Pięcioogoniasty – jęknął blondyn, marząc aby zaraz się obudzić. – Pieprzony gad dorwał pięcioogoniastą bestie!
sobota, 24 lipca 2010
Rozdział III
Ha! Po wielu bardzo wkurzających przygodach, jakimi było trzykrotne usunięcie napisanego tekstu, udało mi się dobrnąć do końca rozdziału III! Tak, tak, jestem z siebie dumna niezmiernie ^ ^. Więc nie pozostaje mi nic innego jak ponownie podziękować za wasze komentarze (One naprawdę działają motywująco, zwłaszcza po moim wspaniałym ostatnim blogu, który okazał się totalnym niewypałem. Chociaż ja to wolę zwalać na niedostateczną umiejętność zastosowania autoreklamy...) no i zapraszam do przeczytania kolejnej części ^ ^.
*** *** *** *** *** *** ***
Naruto wyrwał się z uścisku, cofnął kilka kroków i efektownie wychrzanił się o drewniany próg.
„Piękny popis mych nieprzeciętnych umiejętności.” Pomyślał ironicznie. Jednak nie miał za dużo czasu, aby roztkliwiać się nad tą kwestią.
- Co ty tu robisz? Ba, jak ty tu robisz?! Znaczy się… JAKŻEŚ SIĘ TU DOSTAŁ?! – wykrzyczał piskliwie, wskazując na czarnowłosego palcem.
Sasuke posłał mu jedynie wyniosłe spojrzenie i rzucił coś w stronę blondyna. Chłopak złapał sprawnie przedmiot i przyjrzał mu się z uwagą.
Ampułka. Pieprzona szpitalna ampułka.
„Zabiję cię, Sakura.” Pomyślał wściekle. Dziewczyna dała czarnowłosemu krew, którą pobrała mu przed walką z Orochimaru!
Wstał, nie spuszczając wzroku z Sasuke, czujnie obserwując jego ruchy i modląc się w duchu, że czarnowłosy nie wie nic o jego tymczasowej chakrowej niedyspozycji. Zdawał sobie sprawę z tego, że jego sytuacja nie wygląda za ciekawie. Nie mógł się bronić, bynajmniej nie przy użyciu chakry. Czyli nie miał szans wyjść z opresji. No, ale zawsze pozostał mu blef…
- Słyszałem, że jesteś uziemiony.
„No to tyle z blefu.”
- Przyszedłeś się ponabijać? – warknął w jego stronę. – To już możesz sobie iść, bo ja…
W kolejnej sekundzie został przygnieciony do ściany, a jego nadgarstki znalazły się w żelaznym uścisku. Chciał się wyrwać, chciał krzyknąć, chciał zrobić cokolwiek, ale… Ale nie zdążył. Utonął w głębi górujących nad nim oczu. Sasuke był tak blisko. Zaledwie centymetry dzieliły ich usta, a ciepło ciała drugiego chłopaka nie działało dobrze na umysł Uzumakiego.
Widział jak twarz bruneta zbliża się. Przymknął oczy, a po chwili poczuł jak język Uchihy objeżdża kontury jego ust, aby po chwili zagłębić się brutalnie w ich wnętrzu. Blondyn jękną przeciągle i rękoma, które Sasuke uwolnił widząc uległość Naruto, objął delikatnie kark chłopaka.
A po chwili rozpłaszczał się na podłodze, oglądając popękany sufit swojego mieszkania.
„Co jest?” Zdezorientowany usiadł i spojrzał na oddalające się plecy czarnowłosego.
- Hej! – Podniósł się i podbiegł do drzwi, które Sasuke już zdążył przekroczyć. – Zwariowałeś?! Co to miało być?!
Brunet nawet się nie obejrzał.
- AGHRRR! To bujaj się, frajerze! – wrzasnął i trzasnął drzwiami.
Oparł się o nie i zsunął się na podłogę chowając twarz w dłoniach.
„Kyu, ty wyleniała, zapchlona kupo futra, pomóż mi. Cholera jasna, czemu teraz nie rzucasz tych swoich wkurzających uwag? Kyu… Odezwij się.”
Naruto był zagubiony. Powinien pobiec za brunetem, trzasnąć go w twarz i wywrzeszczeć wszystko co mu leży na sercu. Powinien. To by bardziej pasowało do jego osobowości. Ale jeżeli chodzi o Sasuke… Przy nim jakoś nie potrafił zachować swojej popieprzonej normy.
Zagłębił się w swojej podświadomości.
Znalazł się przed bramami lisiej klatki.
- Kyu? – zwołał niepewnie.
Uchylił stalowe pręty i postąpił naprzód.
Nie było tu już pieczęci. Od dłuższego czasu lisa wiązała z nim przysięga. Obaj więc mogli swobodnie poruszać się po dwóch swych światach, nie narażając siebie, ani nikogo innego, na niebezpieczeństwo. Fakt, faktem lis nigdy nie korzystał ze swej wolności, ku ogólnej uldze osób postronnych, wiedzących coś niecoś o tym połączeniu.
- Kyu, gdzie jesteś?
Powoli zaczął panikować.
- Kyuubi! – wrzasnął i przebiegł na drugą stronę klatki.
Tam, w ciemnościach, dostrzegł delikatny ruch. Odetchnął z ulgą i podbiegł bliżej. Jednak w miarę zbliżania się do lisa zwalniał. Coś było nie tak.
- Kyu? Kyu… Odezwij się.
Dotknął z wahaniem lisiego futra. Opadł na kolana i wtulił się w puchową powłokę.
- Kyu, błagam…
- Na…Naru? – chropowaty głos rozległ się nieco dalej. Naruto na klęczkach przemieścił się w jego stronę, cały czas starając się rękoma utrzymać kontakt z lisem, jakby bojąc się, iż może on w każdej chwili zniknąć. Futro było gdzieniegdzie jakby przypalone, w niektórych miejscach nawet do mięśni. Poczuł mdłości. Monumentalne zwierzęce ciało wyglądało, jakby ktoś potraktował je ogniem, albo kwasem…
„Boże, preparat Sakury!”
- Kyu, co… Powiedz coś!
- Naru… Już do…brze…
- Ale…
- Już… się nie… nie będziesz… ze…mną mę…czył…
- Kyuubi? – głos blondyna załamał się. Nie był w stanie wydobyć z siebie czegoś więcej niż zduszony szept. – Co masz na myśli?
- Ja… Umieram.
Uzumaki biegł przez wąskie uliczki kurczowo trzymając się za brzuch, jakby to w jakiś magiczny sposób miało pomóc lisowi. Po jego policzkach ciekły łzy bezradności. Wiedział, że to wszystko jego wina! Gdyby chociaż raz pomyślał, a nie rzucał się w wir wydarzeń, to Kyu by… By nie umierał. Boże, co on zrobił? Pieprzony egoista, mógł chociaż przez chwilę się zastanowić, czy ktoś przy tym nie ucierpi! A teraz… A teraz…
- Sakura! – krzyknął od progu szpitala. – Sakura…
Nikt nie chciał mu pomóc. Pacjenci szpitala wpatrywali się w niego złowrogo, personel omijał go wzrokiem.
„Co jest z tymi ludźmi?”
Stał na środku korytarza, co chwilę potrącany przez kogoś i niebędący w stanie wykrztusić słowa. Wszyscy unikali jego błagalnego spojrzenia.
„Kyu… Wytrzymaj.”
Ruszył korytarzem, zdesperowany, aby znaleźć kogokolwiek, kto może mu pomóc. Gdy z jednej z sal wyszła pielęgniarka chwycił ją za ramiona.
- Gdzie jest Haruno?
Zanim kobieta odpowiedziała, czyjaś delikatna dłoń chwyciła go za rękaw bluzy.
Blondyn zamrugał i nieco zdezorientowany spojrzał w orzechowe oczy Hokage.
- Babciu… - wykrztusił z ledwością i wtulił się gwałtownie w jej ramiona. – Babciu, on umiera. Pomóż mu.
Chwilę później znalazł się w lekarskim gabinecie, do którego po pewnym czasie wparowała zaspana Sakura. I po wstępnych oględzinach stwierdziła prosto:
- Ale przecież nic ci nie jest.
- Kyu…
- Lis? Co z nim?
Naruto naprawdę chciał powiedzieć co się dzieję. Jednak nie potrafił. Głos całkowicie uwiązł mu już w gardle. Potrząsnął głową, a na twarz pociekła mu nowa fala łez. Ktoś ponownie położył mu dłoń na ramieniu.
- Lis umiera – rozległ się gdzieś nad nim głos Tsunade.
- Twó… Twój eksperyment – udało się wyszeptać blondynowi. Reszty nie musiał mówić.
Sakura zasłoniła usta dłonią, a jej oczy rozszerzyły się do nienaturalnych rozmiarów.
- On składa się z chakry. Boże, to go dobitnie i powoli zabija.
- Można go uratować. – Donośny głos Tsunade w ogólnej ciszy brzmiał niczym trzask pioruna. Blondynka w zamyśleniu wpatrywała się w przestrzeń. Było widać, że intensywnie myśli, nad pomocą dla lisa. I najwyraźniej miała jakiś pomysł. – Wystarczyłoby przesłać chociażby odrobinę zdrowej chakry, a Kyuubi powinien być już w stanie sam się zregenerować.
- Ale? – Naruto zdawał sobie sprawę z tego, że uratowanie lisa nie może być aż tak łatwe. Nie przy jego życiowym szczęściu. I nie pomylił się.
- Ale to trzeba zrobić w twojej podświadomości.
- To co za problem? – W blondynie zaiskrzyła nadzieja. – Ja mogę…
- Właśnie o to chodzi, że ty nie możesz! Twoja chakra może go zabić, jeżeli chociaż odrobina tej cholernej substancji krąży w twoim organizmie!
- To co mam zrobić?! Przecież musimy mu jakoś pomóc!
W pomieszczeniu zaległa cisza.
„Musi być sposób… To nie może się tak skończyć!”
- Trzeba znaleźć jakąś metodę… - wyszeptał gorączkowo, podnosząc się ze swojego miejsca. Zaczął nerwowo krążyć po pomieszczeniu. – Musi być jakieś rozwiązanie. I pewnie mam je pod nosem.
Odetchnął głęboko. Po prostu potrzebował chwili zastanowienia. Czuł, że odpowiedz jest bardzo blisko. Że krąży pomiędzy szarymi komórkami jego mózgu, czekając, aż ją uchwyci chociażby końcówkami palców.
I nagle złapał ją. Albo też wręcz wygrzmocił w nią nosem.
- Sharingan – powiedział cicho wbijając wzrok w Tsunade.
Kobieta spojrzała na niego z zaskoczeniem wypisanym w orzechowych oczach. Jednak chwilowy szok po chwili zamienił się w zrozumienie.
Dzięki temu kekeygenkay ktoś mógł udać się z Uzumakim w głąb jego świadomości. I mógł przesłać lisowi część swojej chakry. To takie proste, takie banalne… Do uratowania Kyu potrzebowali tylko pełnoprawnego posiadacza Sharingana.
Naruto złapał się za głowę.
- AHGGGRRRR, tylko nie SASUKE!
- Kyu?
Naruto klęczał przy głowie lisa, niepewnie głaszcząc futrzaną łepetynę.
- Nie dasz mi zdechnąć w spokoju? – warknął słabo lis.
Dzieciak uśmiechnął się przez łzy.
- Nie… Ty też byś mi nie dał.
Oparł się o zwierzaka plecami i przymknął oczy.
Skrzywił się.
Cholera, jeżeli się nie uda to naprawdę się wścieknie. Nie po to naraża się na towarzystwo Uchihy, ażeby wszystko poszło na marne! Swoją drogą, czarnowłosy bubek powinien już się zjawić… Oh, o ile arcyksiążę łaskawie zgodzi się mu pomóc.
- Dlaczego?
- Co, dlaczego?
- Dla…czego sam mnie nie dobijesz? Nienawidziłeś mnie…
- Prawda.
- Więc?
- Wiesz, jeżeli ktoś ratuje mi tyłek w dość kryzysowej sytuacji, to moja apatia ma zwyczaj zanikać.
- Aha…
Naruto prychnął.
- Coś się małomówny zrobiłeś. Jakież to do ciebie niepodobne.
Lis nie odpowiedział. Co jeszcze bardziej zmartwiło blondyna.
- Kyu?
Dalej cisza.
- Kyuubi!
- Daj se siana, jeszcze nie zdechłem.
- Nie mów tak. – Naruto potrząsnął głową, próbując odegnać czarne myśli. – Nie mów tak, jakby wszystko było przesądzone.
- Dzieciaku… Nie rób sobie złudnej nadziei.
Blondyn ciężko przełknął ślinę.
- Zawsze trzeba mieć nadzieję – zaczął cicho, jednak z każdym słowem jego głos nabierał mocy. – Zwłaszcza, jeżeli już nic innego nie zostało. Słyszysz, ty głupi futrzaku?! Przestań mi pieprzyć takie głupoty i weźże się w garść!
Obrócił się gwałtownie wyczuwając czyjąś obecność. Czerwień sharingana wpatrywała się w niego intensywnie, jednak z postawy czarnowłosego nie dało się nic wyczytać.
„Och, czyli szanowny Uchiha postanowił zaszczycić nas swą obecnością?”
„Powiedz to głośno.”
„Coś ty, chcę żyć…”
- To teraz wypad.
- Że ty to do mnie mówisz? – Blondyn zerknął podejrzliwie na lisa. – Chyba zwariowałeś, że zostawię cię tu samego z tym…
- Naruto, póki ładnie proszę.
- Zapomnij – warknął dzieciak, jednocześnie oskarżycielsko wskazując palcem Sasuke. – Czy ty wiesz, co on…
- AGHRRR…
Zanim blondyn zdołał zareagować, został wydalony ze swej podświadomości. Zamrugał zdezorientowany.
- Ta zapchlona, ryża sterta kłaków… - postanowił wygłosić swoją nieprzychylną opinię Sakurze, która rozsiadła się na jednym ze szpitalnych łóżek.
- Czy Sasuke…
- Nie Sasukuj mi teraz! Ten niedopieszczony, zapchlony futrzak…
- Ale czy on…
- Nie wiem czy on, czy nie on! – zirytował się blondyn. – Ten wyleniały pasożyt wywalił mnie z mojej własnej głowy! Z MOJEJ GŁOWY! I jeszcze siedzi tam z mrocznym bubkiem, któremu nie wiadomo co chodzi po głowie!
Sam mroczny bubek również znajdował się w szpitalnej sali. Jakżeby inaczej. W końcu musiał jakoś się dostać do lisiej klatki. Czarnowłosy stał w zaciemnionym rogu i być może nawet nie dałoby się go zauważyć, gdyby nie jarząca się czerwień sharingana. Uchitowe oczęta wpatrywały się w sobie tylko znany punkt i Naruto podejrzewał, że chłopak aktualnie nie ma obecnie żadnego większego kontaktu z rzeczywistością.
„Może dorysować mu wąsy?” Zastanowił się przez chwilę i powrócił do swojej rozmowy z Sakurą. No… Monologu.
- A ty… JAK MOGŁAŚ? – wydarł się, zrywając się z łóżka. – Ja se wracam, po wyjątkowo upierdliwym pobycie w szpitalu, do mojego przytulnego domku i kogo tam zastaje? Czarnowłosego dupka! Tak, wiedziałem, że chce mnie dorwać od dłuższego czasu. Tak, zdaje sobie z tego sprawę, że sam to spowodowałem. Boże, nie jestem aż tak tępy! Ale czego ciekawego się jeszcze dowiaduje w ten jakże cudny dzień? Że to moja przyjaciółka, NAJLEPSZA, o ile mi wiadomo, podała mu na dłoni odpowiedni klucz do mojego mieszkania? Za co, się pytam? ZA CO?
- Bo on… On miał… Tobie… - Dziewczyna motała się w swoich wyjaśnieniach.
- Mniejsza z tym – mruknął blondyn, wbijając wzrok w swoje buty. Tak właściwie… To niewiele go teraz obchodziły powody zachowania dziewczyny. Bynajmniej nie w tym momencie. Och, chciałby wiedzieć co tam się dzieje! A jeżeli ten burak coś zrobił lisowi? Co jeśli… No… Coś mógł mu zrobić i tyle!
„Albo po prostu jesteś zazdrosny, że spędzam czas sam na sam z twoim kochasiem.”
- Zamknij się.
„Trafiłem?”
- Nie!
- Eee… Naruto?
„To czemu się tak podniecasz?”
- Co?! Zwariowałeś! Padło ci na ten rudy łeb!
- Naruto! – W głosie Sakury było słychać rozbawienie. Naruto spojrzał na nią naburmuszony. Jak ona może się śmiać, kiedy on użera się z tym… z tym… Nagle spłynęło na niego zrozumienie.
- Eee… - zaczął niepewnie. – Czy ja…
Dziewczyna entuzjastycznie pokiwała głową.
„Kyu?”
„Tak, tandetny kontenerze na mą wspaniałą osobowość?”
Naruto nawet nie miał siły odpowiedzieć na tę jawną obrazę.
„Wszystko w porządku? Nic ci nie jest?”
„Taaa, jak najbardziej.”
Blondyn kłapnął na łóżko.
- Naruto? Wszystko gra?
Dzieciak nie reagował. Myślał intensywnie. Jakoś nie mógł uwierzyć, że wszystko jest już w porządku. Boże… Czy to możliwe?
- Może go walnąć? – zaproponował Sasuke i nawet ochoczo uniósł rękę do wykonania owego czynu.
- Nawet się nie waż! – krzyknął blondyn, wybudzając się z transu i odskakując od niego na bezpieczną odległość. Czyli za plecy Sakury.
W następnej chwili pomieszczenie wypełnił wesoły śmiech chłopaka i przerażony pisk różowowłosej, która została porwana przez Naruto do tańca radości.
- Udało się! – wrzasnął, obracając się wraz z Haruno wokół własnej osi. – UDAŁO SIĘ!
Wyrzucił ramiona ku górze i zaniósł się szczęśliwym rechotem.
„Kretyn…” Podsumował jego zachowanie lis.
- Pf – prychnął czarnowłosy i wyszedł bez żadnego słowa.
A Naruto dalej upajał się swoim szczęściem.
Tsunade spoglądała badawczo na blondyna.
- Git majonez się czuję! Mogę już iść? – odpowiedział entuzjastycznie, zanim Hokage zdążyła o cokolwiek zapytać.
- Nie po to cię wezwałam. – Kobieta obróciła się do okna i spojrzała Konohę. Cholera, nie była dobra w tego typu rozmowach. Ponownie zwróciła się w stronę Naruto.
- Nie podoba mi się twoje zachowanie.
- Ale… - Dzieciak zmarszczył brwi. – Że o co chodzi?
- Nie udawaj kretyna! – warknęła. – Masz natychmiast dogadać się z Uchitą, a nie za wiele mnie obchodzi to, jak tego dokonasz.
- Szanowna wybaczy, ale to raczej moja prywatna sprawa – Widoczna niechęć w jego głosie jeszcze bardziej wybiła ją z równowagi.
- Dlatego też, nie wnikam o co wam poszło. Ale… - Uniosła dłoń, widząc, że dzieciak chce jej przerwać. – Ale to nie zmienia faktu, że przez te wasze śmieszne utarczki prawie żeś zginął. A jako Hokage nie mogę sobie pozwolić na utratę ludzi z takiego błahego powodu!
- Błahego – prychnął dzieciak. – Może dla ciebie jest błahy! Ja jednak…
- Naruto, proszę się. Martwię się o ciebie.
- Niepotrzebnie! Babciu, poradzę sobie! Tylko…
- Tylko co? – Tsunade złapała się za nasadę nosa. – Powiedz mi, co?
- Ja… - zająknął się chłopak. Zaczerwienił się intensywnie i spuścił głowę, aby to ukryć. – Ja…
Hokage wpatrywała się w niego z wyraźnym oczekiwaniem. Coś jej po woli zaczęło świtać pod czaszką. Naruto wyglądał jakby… jakby…
Kobieta parsknęła.
- Nie – powiedziała po chwili dosyć rozbawionym tonem. – To niemożliwe…
Dzieciak spojrzał na nią zrozpaczonym wzrokiem. W jego oczach można było czytać niemalże jak z książki.
- A jednak – mruknął po chwili.
*** *** *** *** *** *** ***
Naruto wyrwał się z uścisku, cofnął kilka kroków i efektownie wychrzanił się o drewniany próg.
„Piękny popis mych nieprzeciętnych umiejętności.” Pomyślał ironicznie. Jednak nie miał za dużo czasu, aby roztkliwiać się nad tą kwestią.
- Co ty tu robisz? Ba, jak ty tu robisz?! Znaczy się… JAKŻEŚ SIĘ TU DOSTAŁ?! – wykrzyczał piskliwie, wskazując na czarnowłosego palcem.
Sasuke posłał mu jedynie wyniosłe spojrzenie i rzucił coś w stronę blondyna. Chłopak złapał sprawnie przedmiot i przyjrzał mu się z uwagą.
Ampułka. Pieprzona szpitalna ampułka.
„Zabiję cię, Sakura.” Pomyślał wściekle. Dziewczyna dała czarnowłosemu krew, którą pobrała mu przed walką z Orochimaru!
Wstał, nie spuszczając wzroku z Sasuke, czujnie obserwując jego ruchy i modląc się w duchu, że czarnowłosy nie wie nic o jego tymczasowej chakrowej niedyspozycji. Zdawał sobie sprawę z tego, że jego sytuacja nie wygląda za ciekawie. Nie mógł się bronić, bynajmniej nie przy użyciu chakry. Czyli nie miał szans wyjść z opresji. No, ale zawsze pozostał mu blef…
- Słyszałem, że jesteś uziemiony.
„No to tyle z blefu.”
- Przyszedłeś się ponabijać? – warknął w jego stronę. – To już możesz sobie iść, bo ja…
W kolejnej sekundzie został przygnieciony do ściany, a jego nadgarstki znalazły się w żelaznym uścisku. Chciał się wyrwać, chciał krzyknąć, chciał zrobić cokolwiek, ale… Ale nie zdążył. Utonął w głębi górujących nad nim oczu. Sasuke był tak blisko. Zaledwie centymetry dzieliły ich usta, a ciepło ciała drugiego chłopaka nie działało dobrze na umysł Uzumakiego.
Widział jak twarz bruneta zbliża się. Przymknął oczy, a po chwili poczuł jak język Uchihy objeżdża kontury jego ust, aby po chwili zagłębić się brutalnie w ich wnętrzu. Blondyn jękną przeciągle i rękoma, które Sasuke uwolnił widząc uległość Naruto, objął delikatnie kark chłopaka.
A po chwili rozpłaszczał się na podłodze, oglądając popękany sufit swojego mieszkania.
„Co jest?” Zdezorientowany usiadł i spojrzał na oddalające się plecy czarnowłosego.
- Hej! – Podniósł się i podbiegł do drzwi, które Sasuke już zdążył przekroczyć. – Zwariowałeś?! Co to miało być?!
Brunet nawet się nie obejrzał.
- AGHRRR! To bujaj się, frajerze! – wrzasnął i trzasnął drzwiami.
Oparł się o nie i zsunął się na podłogę chowając twarz w dłoniach.
„Kyu, ty wyleniała, zapchlona kupo futra, pomóż mi. Cholera jasna, czemu teraz nie rzucasz tych swoich wkurzających uwag? Kyu… Odezwij się.”
Naruto był zagubiony. Powinien pobiec za brunetem, trzasnąć go w twarz i wywrzeszczeć wszystko co mu leży na sercu. Powinien. To by bardziej pasowało do jego osobowości. Ale jeżeli chodzi o Sasuke… Przy nim jakoś nie potrafił zachować swojej popieprzonej normy.
Zagłębił się w swojej podświadomości.
Znalazł się przed bramami lisiej klatki.
- Kyu? – zwołał niepewnie.
Uchylił stalowe pręty i postąpił naprzód.
Nie było tu już pieczęci. Od dłuższego czasu lisa wiązała z nim przysięga. Obaj więc mogli swobodnie poruszać się po dwóch swych światach, nie narażając siebie, ani nikogo innego, na niebezpieczeństwo. Fakt, faktem lis nigdy nie korzystał ze swej wolności, ku ogólnej uldze osób postronnych, wiedzących coś niecoś o tym połączeniu.
- Kyu, gdzie jesteś?
Powoli zaczął panikować.
- Kyuubi! – wrzasnął i przebiegł na drugą stronę klatki.
Tam, w ciemnościach, dostrzegł delikatny ruch. Odetchnął z ulgą i podbiegł bliżej. Jednak w miarę zbliżania się do lisa zwalniał. Coś było nie tak.
- Kyu? Kyu… Odezwij się.
Dotknął z wahaniem lisiego futra. Opadł na kolana i wtulił się w puchową powłokę.
- Kyu, błagam…
- Na…Naru? – chropowaty głos rozległ się nieco dalej. Naruto na klęczkach przemieścił się w jego stronę, cały czas starając się rękoma utrzymać kontakt z lisem, jakby bojąc się, iż może on w każdej chwili zniknąć. Futro było gdzieniegdzie jakby przypalone, w niektórych miejscach nawet do mięśni. Poczuł mdłości. Monumentalne zwierzęce ciało wyglądało, jakby ktoś potraktował je ogniem, albo kwasem…
„Boże, preparat Sakury!”
- Kyu, co… Powiedz coś!
- Naru… Już do…brze…
- Ale…
- Już… się nie… nie będziesz… ze…mną mę…czył…
- Kyuubi? – głos blondyna załamał się. Nie był w stanie wydobyć z siebie czegoś więcej niż zduszony szept. – Co masz na myśli?
- Ja… Umieram.
Uzumaki biegł przez wąskie uliczki kurczowo trzymając się za brzuch, jakby to w jakiś magiczny sposób miało pomóc lisowi. Po jego policzkach ciekły łzy bezradności. Wiedział, że to wszystko jego wina! Gdyby chociaż raz pomyślał, a nie rzucał się w wir wydarzeń, to Kyu by… By nie umierał. Boże, co on zrobił? Pieprzony egoista, mógł chociaż przez chwilę się zastanowić, czy ktoś przy tym nie ucierpi! A teraz… A teraz…
- Sakura! – krzyknął od progu szpitala. – Sakura…
Nikt nie chciał mu pomóc. Pacjenci szpitala wpatrywali się w niego złowrogo, personel omijał go wzrokiem.
„Co jest z tymi ludźmi?”
Stał na środku korytarza, co chwilę potrącany przez kogoś i niebędący w stanie wykrztusić słowa. Wszyscy unikali jego błagalnego spojrzenia.
„Kyu… Wytrzymaj.”
Ruszył korytarzem, zdesperowany, aby znaleźć kogokolwiek, kto może mu pomóc. Gdy z jednej z sal wyszła pielęgniarka chwycił ją za ramiona.
- Gdzie jest Haruno?
Zanim kobieta odpowiedziała, czyjaś delikatna dłoń chwyciła go za rękaw bluzy.
Blondyn zamrugał i nieco zdezorientowany spojrzał w orzechowe oczy Hokage.
- Babciu… - wykrztusił z ledwością i wtulił się gwałtownie w jej ramiona. – Babciu, on umiera. Pomóż mu.
Chwilę później znalazł się w lekarskim gabinecie, do którego po pewnym czasie wparowała zaspana Sakura. I po wstępnych oględzinach stwierdziła prosto:
- Ale przecież nic ci nie jest.
- Kyu…
- Lis? Co z nim?
Naruto naprawdę chciał powiedzieć co się dzieję. Jednak nie potrafił. Głos całkowicie uwiązł mu już w gardle. Potrząsnął głową, a na twarz pociekła mu nowa fala łez. Ktoś ponownie położył mu dłoń na ramieniu.
- Lis umiera – rozległ się gdzieś nad nim głos Tsunade.
- Twó… Twój eksperyment – udało się wyszeptać blondynowi. Reszty nie musiał mówić.
Sakura zasłoniła usta dłonią, a jej oczy rozszerzyły się do nienaturalnych rozmiarów.
- On składa się z chakry. Boże, to go dobitnie i powoli zabija.
- Można go uratować. – Donośny głos Tsunade w ogólnej ciszy brzmiał niczym trzask pioruna. Blondynka w zamyśleniu wpatrywała się w przestrzeń. Było widać, że intensywnie myśli, nad pomocą dla lisa. I najwyraźniej miała jakiś pomysł. – Wystarczyłoby przesłać chociażby odrobinę zdrowej chakry, a Kyuubi powinien być już w stanie sam się zregenerować.
- Ale? – Naruto zdawał sobie sprawę z tego, że uratowanie lisa nie może być aż tak łatwe. Nie przy jego życiowym szczęściu. I nie pomylił się.
- Ale to trzeba zrobić w twojej podświadomości.
- To co za problem? – W blondynie zaiskrzyła nadzieja. – Ja mogę…
- Właśnie o to chodzi, że ty nie możesz! Twoja chakra może go zabić, jeżeli chociaż odrobina tej cholernej substancji krąży w twoim organizmie!
- To co mam zrobić?! Przecież musimy mu jakoś pomóc!
W pomieszczeniu zaległa cisza.
„Musi być sposób… To nie może się tak skończyć!”
- Trzeba znaleźć jakąś metodę… - wyszeptał gorączkowo, podnosząc się ze swojego miejsca. Zaczął nerwowo krążyć po pomieszczeniu. – Musi być jakieś rozwiązanie. I pewnie mam je pod nosem.
Odetchnął głęboko. Po prostu potrzebował chwili zastanowienia. Czuł, że odpowiedz jest bardzo blisko. Że krąży pomiędzy szarymi komórkami jego mózgu, czekając, aż ją uchwyci chociażby końcówkami palców.
I nagle złapał ją. Albo też wręcz wygrzmocił w nią nosem.
- Sharingan – powiedział cicho wbijając wzrok w Tsunade.
Kobieta spojrzała na niego z zaskoczeniem wypisanym w orzechowych oczach. Jednak chwilowy szok po chwili zamienił się w zrozumienie.
Dzięki temu kekeygenkay ktoś mógł udać się z Uzumakim w głąb jego świadomości. I mógł przesłać lisowi część swojej chakry. To takie proste, takie banalne… Do uratowania Kyu potrzebowali tylko pełnoprawnego posiadacza Sharingana.
Naruto złapał się za głowę.
- AHGGGRRRR, tylko nie SASUKE!
- Kyu?
Naruto klęczał przy głowie lisa, niepewnie głaszcząc futrzaną łepetynę.
- Nie dasz mi zdechnąć w spokoju? – warknął słabo lis.
Dzieciak uśmiechnął się przez łzy.
- Nie… Ty też byś mi nie dał.
Oparł się o zwierzaka plecami i przymknął oczy.
Skrzywił się.
Cholera, jeżeli się nie uda to naprawdę się wścieknie. Nie po to naraża się na towarzystwo Uchihy, ażeby wszystko poszło na marne! Swoją drogą, czarnowłosy bubek powinien już się zjawić… Oh, o ile arcyksiążę łaskawie zgodzi się mu pomóc.
- Dlaczego?
- Co, dlaczego?
- Dla…czego sam mnie nie dobijesz? Nienawidziłeś mnie…
- Prawda.
- Więc?
- Wiesz, jeżeli ktoś ratuje mi tyłek w dość kryzysowej sytuacji, to moja apatia ma zwyczaj zanikać.
- Aha…
Naruto prychnął.
- Coś się małomówny zrobiłeś. Jakież to do ciebie niepodobne.
Lis nie odpowiedział. Co jeszcze bardziej zmartwiło blondyna.
- Kyu?
Dalej cisza.
- Kyuubi!
- Daj se siana, jeszcze nie zdechłem.
- Nie mów tak. – Naruto potrząsnął głową, próbując odegnać czarne myśli. – Nie mów tak, jakby wszystko było przesądzone.
- Dzieciaku… Nie rób sobie złudnej nadziei.
Blondyn ciężko przełknął ślinę.
- Zawsze trzeba mieć nadzieję – zaczął cicho, jednak z każdym słowem jego głos nabierał mocy. – Zwłaszcza, jeżeli już nic innego nie zostało. Słyszysz, ty głupi futrzaku?! Przestań mi pieprzyć takie głupoty i weźże się w garść!
Obrócił się gwałtownie wyczuwając czyjąś obecność. Czerwień sharingana wpatrywała się w niego intensywnie, jednak z postawy czarnowłosego nie dało się nic wyczytać.
„Och, czyli szanowny Uchiha postanowił zaszczycić nas swą obecnością?”
„Powiedz to głośno.”
„Coś ty, chcę żyć…”
- To teraz wypad.
- Że ty to do mnie mówisz? – Blondyn zerknął podejrzliwie na lisa. – Chyba zwariowałeś, że zostawię cię tu samego z tym…
- Naruto, póki ładnie proszę.
- Zapomnij – warknął dzieciak, jednocześnie oskarżycielsko wskazując palcem Sasuke. – Czy ty wiesz, co on…
- AGHRRR…
Zanim blondyn zdołał zareagować, został wydalony ze swej podświadomości. Zamrugał zdezorientowany.
- Ta zapchlona, ryża sterta kłaków… - postanowił wygłosić swoją nieprzychylną opinię Sakurze, która rozsiadła się na jednym ze szpitalnych łóżek.
- Czy Sasuke…
- Nie Sasukuj mi teraz! Ten niedopieszczony, zapchlony futrzak…
- Ale czy on…
- Nie wiem czy on, czy nie on! – zirytował się blondyn. – Ten wyleniały pasożyt wywalił mnie z mojej własnej głowy! Z MOJEJ GŁOWY! I jeszcze siedzi tam z mrocznym bubkiem, któremu nie wiadomo co chodzi po głowie!
Sam mroczny bubek również znajdował się w szpitalnej sali. Jakżeby inaczej. W końcu musiał jakoś się dostać do lisiej klatki. Czarnowłosy stał w zaciemnionym rogu i być może nawet nie dałoby się go zauważyć, gdyby nie jarząca się czerwień sharingana. Uchitowe oczęta wpatrywały się w sobie tylko znany punkt i Naruto podejrzewał, że chłopak aktualnie nie ma obecnie żadnego większego kontaktu z rzeczywistością.
„Może dorysować mu wąsy?” Zastanowił się przez chwilę i powrócił do swojej rozmowy z Sakurą. No… Monologu.
- A ty… JAK MOGŁAŚ? – wydarł się, zrywając się z łóżka. – Ja se wracam, po wyjątkowo upierdliwym pobycie w szpitalu, do mojego przytulnego domku i kogo tam zastaje? Czarnowłosego dupka! Tak, wiedziałem, że chce mnie dorwać od dłuższego czasu. Tak, zdaje sobie z tego sprawę, że sam to spowodowałem. Boże, nie jestem aż tak tępy! Ale czego ciekawego się jeszcze dowiaduje w ten jakże cudny dzień? Że to moja przyjaciółka, NAJLEPSZA, o ile mi wiadomo, podała mu na dłoni odpowiedni klucz do mojego mieszkania? Za co, się pytam? ZA CO?
- Bo on… On miał… Tobie… - Dziewczyna motała się w swoich wyjaśnieniach.
- Mniejsza z tym – mruknął blondyn, wbijając wzrok w swoje buty. Tak właściwie… To niewiele go teraz obchodziły powody zachowania dziewczyny. Bynajmniej nie w tym momencie. Och, chciałby wiedzieć co tam się dzieje! A jeżeli ten burak coś zrobił lisowi? Co jeśli… No… Coś mógł mu zrobić i tyle!
„Albo po prostu jesteś zazdrosny, że spędzam czas sam na sam z twoim kochasiem.”
- Zamknij się.
„Trafiłem?”
- Nie!
- Eee… Naruto?
„To czemu się tak podniecasz?”
- Co?! Zwariowałeś! Padło ci na ten rudy łeb!
- Naruto! – W głosie Sakury było słychać rozbawienie. Naruto spojrzał na nią naburmuszony. Jak ona może się śmiać, kiedy on użera się z tym… z tym… Nagle spłynęło na niego zrozumienie.
- Eee… - zaczął niepewnie. – Czy ja…
Dziewczyna entuzjastycznie pokiwała głową.
„Kyu?”
„Tak, tandetny kontenerze na mą wspaniałą osobowość?”
Naruto nawet nie miał siły odpowiedzieć na tę jawną obrazę.
„Wszystko w porządku? Nic ci nie jest?”
„Taaa, jak najbardziej.”
Blondyn kłapnął na łóżko.
- Naruto? Wszystko gra?
Dzieciak nie reagował. Myślał intensywnie. Jakoś nie mógł uwierzyć, że wszystko jest już w porządku. Boże… Czy to możliwe?
- Może go walnąć? – zaproponował Sasuke i nawet ochoczo uniósł rękę do wykonania owego czynu.
- Nawet się nie waż! – krzyknął blondyn, wybudzając się z transu i odskakując od niego na bezpieczną odległość. Czyli za plecy Sakury.
W następnej chwili pomieszczenie wypełnił wesoły śmiech chłopaka i przerażony pisk różowowłosej, która została porwana przez Naruto do tańca radości.
- Udało się! – wrzasnął, obracając się wraz z Haruno wokół własnej osi. – UDAŁO SIĘ!
Wyrzucił ramiona ku górze i zaniósł się szczęśliwym rechotem.
„Kretyn…” Podsumował jego zachowanie lis.
- Pf – prychnął czarnowłosy i wyszedł bez żadnego słowa.
A Naruto dalej upajał się swoim szczęściem.
Tsunade spoglądała badawczo na blondyna.
- Git majonez się czuję! Mogę już iść? – odpowiedział entuzjastycznie, zanim Hokage zdążyła o cokolwiek zapytać.
- Nie po to cię wezwałam. – Kobieta obróciła się do okna i spojrzała Konohę. Cholera, nie była dobra w tego typu rozmowach. Ponownie zwróciła się w stronę Naruto.
- Nie podoba mi się twoje zachowanie.
- Ale… - Dzieciak zmarszczył brwi. – Że o co chodzi?
- Nie udawaj kretyna! – warknęła. – Masz natychmiast dogadać się z Uchitą, a nie za wiele mnie obchodzi to, jak tego dokonasz.
- Szanowna wybaczy, ale to raczej moja prywatna sprawa – Widoczna niechęć w jego głosie jeszcze bardziej wybiła ją z równowagi.
- Dlatego też, nie wnikam o co wam poszło. Ale… - Uniosła dłoń, widząc, że dzieciak chce jej przerwać. – Ale to nie zmienia faktu, że przez te wasze śmieszne utarczki prawie żeś zginął. A jako Hokage nie mogę sobie pozwolić na utratę ludzi z takiego błahego powodu!
- Błahego – prychnął dzieciak. – Może dla ciebie jest błahy! Ja jednak…
- Naruto, proszę się. Martwię się o ciebie.
- Niepotrzebnie! Babciu, poradzę sobie! Tylko…
- Tylko co? – Tsunade złapała się za nasadę nosa. – Powiedz mi, co?
- Ja… - zająknął się chłopak. Zaczerwienił się intensywnie i spuścił głowę, aby to ukryć. – Ja…
Hokage wpatrywała się w niego z wyraźnym oczekiwaniem. Coś jej po woli zaczęło świtać pod czaszką. Naruto wyglądał jakby… jakby…
Kobieta parsknęła.
- Nie – powiedziała po chwili dosyć rozbawionym tonem. – To niemożliwe…
Dzieciak spojrzał na nią zrozpaczonym wzrokiem. W jego oczach można było czytać niemalże jak z książki.
- A jednak – mruknął po chwili.
poniedziałek, 5 lipca 2010
Rozdział II
Dziękować za pierwsze komentarze ^^
*** *** *** *** *** *** ***
- Ałaaaaaaa – jęknął przeciągle.
- Jak to jest, że bez mrugnięcia okiem dajesz się przebić na wylot, a marudzisz przy takiej małej igiełce?
Naruto wolno wypuścił powietrze.
Czuł się… Nad wyraz normalnie.
„Podziałało?”
„Mnie nie pytaj.”
Uchylił jedno oko. A następnie drugie.
- Naruto?
- Hm?
- I co? – Sakura wyglądała na zaniepokojoną.
- Nic. Tak powinno być?
- Eee…
- Dobra! Nie ma czasu się nad tym zastanawiać. Lecimy!
Pędem ruszyli ku północnej bramie i znaleźli się przy niej zaledwie po kilku sekundach. Jednak to, co tam zastali, wcale im się nie spodobało.
Jak powiedział Nara, znaleźli tam Tsunade. Jednak, ku ich ogólnemu zaskoczeniu, w jej towarzystwie znajdował się Orochimaru, który z krzywym uśmiechem spoglądał na wszystkich z łba wielkiego węża.
W Momocie, gdy wparowali na plac przed północną bramą, wielkie cielsko gada szykowało się właśnie, by opaść na bezbronną Hokage i wgnieść ją w ziemię. Jednak w niemalże ostatnim momencie blondyn znalazł się między zwierzakiem, a Tsunade, chwycił półprzytomną kobietę w pasie i susem przetransportował ją w ciut bezpieczniejsze miejsce. Szybkim spojrzeniem zbadał okolicę. Shikamaru walczył niedaleko z Kabuto. Nieźle sobie radził, pomimo tego, iż praktycznie nie ruszał się z miejsca. Naruto skupił się na Orochimaru.
- Może byś się zajął kimś, kto z przyjemnością skopie te twoje kościste cztery litery, co?! – wydarł się, zaraz po tym, jak przekazał piątą w ręce Sakury.
- Masz na myśśśli siebie, Naruto-kun? – wysyczał mężczyzna, a z jego twarzy zniknął uśmiech. – Nie wydaję mi się, abyś był do tego zdolny.
- Jeszcze się zdziwisz. – Dzieciak przybrał pozycje bojową i całym sobą skoncentrował się na czekającej go walce.
- Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że cię spotkałem, lisi chłopcze.
Odwołał węża i stanął naprzeciw blondyna.
- Doprawdy? – Uzumaki zmierzył go wrogim spojrzeniem. Kiedy to ostatni raz się widzieli? A tak…
- Mamy coś niecoś do wyrównania, czyż nie?
Ostatnia kryjówka Orochimaru była prawdziwym labiryntem. Na dobrą sprawę, nawet jakby chcieli, to nie potrafiliby z niej wyjść. A nie chcieli. Z iście wariackim podejściem Naruto biegał od drzwi do drzwi, wywrzaskując histerycznie imię swojego przyjaciela. Co jak uroczo skwitował lis „Zachowujesz się jak kretyn, baranie”. Nie, żeby go to chociażby w najmniejszym stopniu uspokoiło. Jego towarzysze już dawno zostali w tyle, ale to też nie przykuło jego uwagi.
Kiedy już powoli tracił nadzieję, jako iż znajdzie bruneta w tej plątaninie korytarzy, natrafił na wielką salę. A pośrodku niej stał wyszczerzony obleśnie Orochimaru.
- Ty… - wywarczał blondyn, z zamiarem rzucenia się na wężowego mistrza. Co raczej, przy jego obecnej sile, nie byłoby dobrym pomysłem.
„Siad!” Warknął lis, a dzieciak o dziwo posłuchał i tylko spod byka spoglądał na domniemanego przeciwnika.
- Miło się widzieć, Naruto-kun – niemalże wymruczał.
- Bez wzajemności! – odkrzyknął mu chyżo, ani o jotę nie zmieniając spojrzenia. Och, był wściekły. I to jakże cholernie wściekły. Gdyby tak dorwać tego gada i wyrywać kończynę, po kończynie…
- Czyżbyś przyszedł odwiedzić swojego przyjaciela? – wysyczał Orochimaru i, co tu dużo mówić, przegiął w tym momencie.
Czerwona mgiełka przysłoniła oczy Naruto, który ze wściekłym okrzykiem rzucił się na niego i… I na dobrą sprawę urwał mu się film.
W tamtym czasie, czyli jakieś trzy lata temu, niestety nie do końca rozumiał swoje połączenie z lisem, co też owocowało wybuchami gniewu, niekontrolowanymi ani przez niego, ani przez siedzącego w nim demona. Takie akcje z reguły musiał przerywać Yamato, jednak tym razem rozwałka skończyła się dopiero wraz z lisią chakrą.
Z plusów tej sytuacji można wymienić to, że rozpiździł całą kryjówkę gada, wraz z jej wszystkimi obecnymi mieszkańcami, a samemu Orochimaru też się nieźle oberwało.
Co się tyczy minusów… No cóż sanin uciekł. A, no i lis się nie odzywał do niego przez dobry tydzień za, jak to określił „Debilne zużycie jego chakry”.
Naruto prychnął. Co tu niby było do wyrównywania? Nie trzeba było go denerwować, to może coś niecoś z kryjówki Sanina by się uratowało. W mniemaniu blondyna nic z tamtej sytuacji nie było jego winą.
„Jasne.”
„Bujaj się.”
Odwarknął w myślach i nie tracąc więcej czasu rzucił się w stronę wroga, z rasenganem w dłoni. Przeciwnik z łatwością ominął cios.
„Skoncentruj się!”
„Jak, jeżeli co chwilę mi marudzisz?!”
Zwarli się w walce w ręcz. Uzumaki bez trudu blokował wszystkie ataki, czego nie można było powiedzieć o Orochimaru. Kopniakiem posłał mężczyznę w stronę najbliższego drzewa.
„Ha!”
„Nie ciesz się jeszcze.”
Saninin ciężko stanął na nogach, z twarzą skierowaną ku ziemi. Po chwili uniósł wzrok na blondyna, któremu wcale się nie spodobało to, że na wężowaty wyglądał na zadowolonego.
- Stałeś się silny, Naruto-kun.
Uzumaki nie odpowiedział. Wpatrywał się w niego złym spojrzeniem i czekał na dalszą wypowiedz.
- Nawet nie wiesz, jak mnie to cieszy…
- O cholerę ci chodzi, padalcu? – warknął. – Nawet nie myśl…
I nagle głos uwiązł mu w gardle. Przeszył go niemiłosierny ból, przez który, po raz kolejny tego dnia, znalazł się na kolanach. Czuł, jakby ktoś spalał go żywcem od środka. Łzy zaszkliły się w kończykach jego oczu, a ręce mimowolnie zacisnęły się na ramionach.
„Dzieciaku?! Co ci?”
„Ja…”
Obraz rozmazał mu się przed oczyma. Ledwo powstrzymywał się od krzyku. Przez zamroczenie słyszał jak ktoś wykrzykuje jego imię, jednak nie był w stanie rozpoznać kto. Gdy w zasięgu jego wzroku pojawił się cień, zdał sobie sprawę, jak blisko niego znajduje się w tym momencie Orochimaru.
„Naruto, do kurwy nędzy, CO CI?!”
„Bo..li.”
„Ale co?”
„Wszy…wszystko…”
Gwałtownie otworzył oczy i niemalże natychmiast je zamknął. Jękną przeciągle.
„O Boże… Wszystko mnie napierdziela…”
Uchylił niepewnie jedno oko i rozejrzał niepewnie dookoła.
- Cholera jasna – warknął zirytowany. Pomimo wszechogarniającego bólu zerwał się z łóżka. Był w szpitalu. I jak najbardziej mu to nie odpowiadało. Postanowił to zmienić, zwiewając z tego przerażającego miejsca.
„Kyu?” Zapytał w myślach. Jednak zwierzak nie odpowiedział.
„Może śpi.” Postanowił nie roztrząsać się nad tą kwestią, przynajmniej do momentu, gdy nie znajdzie się w swoim prywatnym pokoiku, w którym nie ma przyprawiających o dreszcze białych ścian, cholernych za wąskich łóżeczek, i tego mdlącego wręcz zapachu.
Być może jego błyskotliwy plan by wypalił, gdyby nie to, że w drzwiach niemalże kogoś staranował.
- Sakura? – zapytał ochrypłym tonem.
„Cholera, jakbym zdarł sobie gardło wrzeszcząc przez całą noc. Albo i dwie.”
Różowowłosa złapała równowagę i spojrzała na niego zaczerwionymi oczyma.
- Naruto. Naruto? NARUTO! – dziewczyna rzuciła mu się na szyję, niemalże go przewracaj. – Naruto, obudziłeś się! Tak się bałam! Myślałam, że cię zabiję! Nie strasz mnie tak więcej. Ale przepraszam, to moja wina. Nie chciałam. Przepraszaaam…
- Eee… - Blondyn stał trochę zdezorientowany, przytulając niepewnie przyjaciółkę do siebie. Nie za bardzo wiedział o co chodzi. Być może dlatego, że jego wspomnienia z walki z Orochimaru nie bardzo chciały ułożyć się w spójną całość. Pomińmy kwestię, iż te wspomnienia aktualnie przypominały wielką zamazaną plamę. – Ale…
- Naprawdę, naprawdę, naprawdę przepraszam! – Zanim chłopak zdążył zareagować, Sakura zaniosła się potężnym szlochem i za nic nie chciała dać się uspokoić.
- Heej, uspokój się – Naruto zaśmiał się nerwowo i poklepał niepewnie przyjaciółkę po plechach. – Przecież nic się nie stało!
Dziewczyna odsunęła się od niego, rzucając mu jednocześnie spojrzenie jasno mówiące, iż uważa go za kretyna.
- Nic się nie stało? Zwariowałeś? – zapytała szczerze zdumiona. – Jak… Co… Cholera jasna, czy ty aby na pewno jesteś normalny? Nic! Coś ci się naprawdę w mózgu poprzestawiało!
- Eee…
„Kyu, ratuj!”
Naruto zmarszczył brwi. Lis dalej się nie odzywał.
„Co jest z tym głupim futrzakiem? Trzaba będzie wybrnąć samemu.”
- Słuchaj, Sakura. – Postanowił podejść do tego dyplomatycznie. – Na dobrą sprawę to ja nie za wiele pamiętam. Noo, znaczy się zemdlałem, nie? Coś mi chyba siadło w organizmie, bo napierdzielało mnie wszystko jak sam sku… Eee, Sakura?
Różowowłosa wpatrywała się w niego jak w totalnego kretyna.
„Miło.”
- Chcesz mi powiedzieć, że nie pamiętasz nic, a nic? Od momentu, gdy walczyłeś z Orochimaru?
„Hm… Sama walka w sumie również wydaje się jakaś rozmazana.”
- No taak?
- Oh…
Blondyn przyjrzał jej się podejrzliwie. Dziewczyna przygryzła wargę i wbiła spojrzenie w podłogę. Co się nie spodobało Naruto. I to bardzo.
- Co?
Sakura rzuciła mu szybkie spojrzenie, jednak zaraz ponownie skierowała je na szpitalną posadzkę.
- Co się stało? – zapytał ponownie.
Haruno odetchnęła głęboko i dopiero po chwili zwróciła na niego oczy.
- Serio nic ci nie świta? – w jej głosie pobrzmiała nadzieja.
Uzumaki zmarszczył brwi w zamyśleniu, jednak zaraz pokręcił przecząco głową
- Nic, a nic.
- Więc… Hm… Jakby to powiedzieć. Mój specyfik… Nie działa na ciebie najlepiej.
- W sensie?
- W sensie, że koliduje z twoją drugą chakrą. Tak jak podejrzewałam, że może się stać.
- Koliduje – powtórzył w zastanowieniu. Miał dziwne wrażenie, że za tym słowem nie kryją się przyjemnie rzeczy. I nie pomylił się.
- Zaczął ją wyżerać – wyrzuciła z siebie dziewczyna. – Dosłownie. Przez co straciłeś przytomność. W sumie sama nie jestem pewna o co w tym wszystkim chodzi. Jednak to jest najbardziej prawdopodobna wersja.
„Ach, to dlatego czułem się, jakbym zamiast krwi miał kwas?”
- A co się stało później? Skoro żyję…
- Sasuke przybył w niemalże ostatniej chwili. Żebyś widział jaki był wściekły! Rzucił się…
Sakurze najwyraźniej ta część opowieści podobała się najbardziej, gdyż przy jej przedstawianiu ukazała olbrzymi entuzjazm, który nijak nie udzielił się Naruto.
„Sasuke. No jasne!” Pomyślał zgryźliwie. „Bo któż inny. Grrr… Co za burak! Dlaczego to zawsze musi być on? No? Dlaczego? I Co teraz? Będzie miał kolejny powód, żeby się ze mnie nabijać? Zapizialec znowu został bohaterem! Ha! Może jeszcze będzie oczekiwał jakiś podziękowań, czy coś! Niedoczekanie! Dobrze, że przynajmniej byłem nieprzytomny…”
- … No, ale gadzinie udało się zwiać – zakończyła swój wywód, którego w sumie Naruto nawet nie słuchał.
- A co z Tsunade? I Shiką?
- Oprócz ciebie nikt nie ucierpiał.
- To dobrze.
Zapadła cisza. Złowroga.
Naruto przełknął ślinę.
A Sakura dostała szału.
- Dobrze? – zaczęła złowrogo. – Mówisz, że to niby dobrze? Naruto, ty…TY KRETYNIE! Jak w ogóle możesz… Jak… Ty POPAPRAŃCU! Co ty chcesz z siebie zrobić? Jakiegoś pieprzonego bohatera od siedmiu boleści? O mało nie zginąłeś, przez tą swoją popapraną brawurę! Oh, ale ze mnie idiotka! Od razu powinnam wpakować cię do szpitala, a nie jeszcze cię dopingować! Myślisz, że wszystko musi być na twoim pustym łbie?! To przyjmij do wiadomości, że Konoha da sobie radę bez twoich pieprzonych poświęceń!
- Ale wtedy Tsunade…
- Ktoś inny by jej pomógł. Kakashi, Sasuke, jasna cholera! Chociażby JA! Też jestem shinobi, jakbyś nie zauważył.
- No ale ninja… - zaczął znowu, jednak Sakura ponownie przerwała mu piskliwym głosem. Oj, była zła.
- ROZUMIEM, że ninja istnieją po to, aby walczyć! Ale to nie znaczy, że musisz bezsensownie nadstawiać łba przy każdej nadarzającej się okazji! Nie możesz przyjąć do wiadomości, że nawet ty, nie jesteś czasami zdolny do dalszej walki?
- Ale…
- Ale co?! Myślisz, że nie widzę co się z tobą dzieje odkąd wrócił Sasuke? Odbija ci i to równo! Co było tydzień temu? Każdy normalny posłałby po posiłki, ale nie ty! Kto się w pojedynkę rzuca na trzydziestu wrogich joninów? No kto? Tylko TY! Nie wiem, czy robisz to by zwrócić na siebie uwagę Sasuke, czy po prostu masz nadzieje, że ktoś cię zabije, zanim będziesz zmuszony z nim normalnie porozmawiać! Naruto, dwie noce zdzierałeś sobie gardło, wrzeszcząc z bólu, a my musieliśmy tego słuchać, nic nie mogąc poradzić!
Dziewczyna umilkła, tak więc w pomieszczeniu można było teraz usłyszeć tylko jej urwany oddech. Naruto nie patrzał na nią. Wbił wzrok w okno. Miał zbyt duże wyrzuty sumienia. Sakura miała racje. Wszystko stawiał na jedną kartę, byle tylko nie myśleć o czarnowłosym. Ale nie sądził, że to jest aż tak widoczne.
„Cholera…”
- Zależy mi na tobie. Mi i innym.
Blondyn poderwał głowę słysząc cichy głos Sakury.
- Wszystkim nam zależy na twoim szczęściu, więc daj sobie szansę.
„Daj se szansę, daj szansę! Ja pierdziele… Dlaczego ona tak się tym przejęła?” Blondyn maszerował przez miasto, z nisko pochyloną głową i rękoma wbitymi w kieszenie uniformu. Był zły. Nie, nie na Sakure. Na siebie. Na to, że jest powodem jej zmartwień. I na to wychodzi, że również wielu innych osób.
Tsunade też nie oszczędziła mu kazań. Wredne, stare babsko mogło chociaż podziękować za uratowanie jej żywota. W zamian jednak, otrzymał tylko porządny opierdziel za narażanie się na niebezpieczeństwo. A przecież on nie może się narażać. Przynajmniej nie za mocno. Bo co by było, gdyby Akatsuki go dorwało? Albo Orochimaru? Cholera przecież wie, co chcą z nim zrobić… A…
Dobra, przyjął do wiadomości, że ludzie się o niego martwią.
No ale on musi, przecież jest wojownikiem! To jego misja walczyć do ostatniej kropli krwi i… Jako jonin, potrafić kalkulować swoje siły na zamiary. A ostatnio na tym polu kompletnie nie dawał sobie rady. Nadstawiał karku przy każdej nadarzającej się okazji, byleby tylko pokazać jak najwięcej, zmęczyć się niemiłosiernie, nawet sprawić sobie ból, a wszystko po to, by… By nie myśleć o tym czarnowłosym draniu! Ej, ale fakt faktem jeszcze żył, a to można zapisać jako spory sukces.
„Sakura ma racje.” Pomyślał smętnie. „Musze w końcu mu powiedzieć. Porozmawiać z nim poważnie. Boże, cokolwiek, żeby tylko przestać zachowywać się jak kretyn!”
Ale nie dzisiaj.
Dzisiaj miał zamiar legnąć się w wyro i opierdzielać się przez cały tydzień. W końcu Tsunade wmusiła mu siedmiodniowy urlop. W ciągu tego czasu powinien jakoś składnie ułożyć sobie wszystko w głowie, tak aby móc stawić czoło czarnowłosemu.
Tak, to dobry plan.
Wszedł do klatki schodowej swojego ciasnego mieszkanka. Rozejrzał się dyskretnie na boki, jednakże nikogo nie zauważył. Wyciągnął z kabury kunai i przeciął lekko swojego kciuka.
Dobrze, że zabezpieczenia do domu nie bazowały na pieczęciach. Byłby tak trochę udupiony. Tsunade, wraz z Sakurą przetrzymywały go w szpitalu jeszcze z dobre dwie godziny, robiąc jakieś cholerne badania i nieustannie przypominając, że ma się nie nadwyrężać, pozwolić organizmowi się zregenerować, nie używać chakry, nie wyściubiać nosa za bramy wioski, przybiec do którejś z nich, gdyby działo się coś niedobrego, nie używać chakry, prosić, jeżeli będzie mu coś potrzebne, przyjść na kolejne badania w ciągu tego tygodnia, no i oczywiście nie używać chakry.
Zakrwawionym palcem przejechał w odpowiednich punktach i otworzył drzwi. W sumie te zabezpieczenie miało o wiele więcej plusów, niż pieczęcie. Po pierwsze było oryginalne, mało kto wpadał na pomysł, że może istnieć takie zabezpieczenie. Po drugie… No cóż, jedynym czynnikiem działającym jak klucz, była jego krew. A jej raczej nikt nie sprzedaje na pobliskim bazarku. Dlatego też, nic dziwnego, że mógł się czuć niezwykle bezpiecznie. Z błogim poczuciem, iż ten cholerny dzień już i tak nie może być gorszy, wszedł do mieszkania.
- Mam cię.
Naruto wrzasnął dziko, kiedy czyjeś ręce złapały go w pasie, a cichy szept wdarł się do ucha. Zdołał się obrócić i stanął twarzą twarz z Sasuke.
„O jasna cholera, ja pierdole mać.”
*** *** *** *** *** *** ***
- Ałaaaaaaa – jęknął przeciągle.
- Jak to jest, że bez mrugnięcia okiem dajesz się przebić na wylot, a marudzisz przy takiej małej igiełce?
Naruto wolno wypuścił powietrze.
Czuł się… Nad wyraz normalnie.
„Podziałało?”
„Mnie nie pytaj.”
Uchylił jedno oko. A następnie drugie.
- Naruto?
- Hm?
- I co? – Sakura wyglądała na zaniepokojoną.
- Nic. Tak powinno być?
- Eee…
- Dobra! Nie ma czasu się nad tym zastanawiać. Lecimy!
Pędem ruszyli ku północnej bramie i znaleźli się przy niej zaledwie po kilku sekundach. Jednak to, co tam zastali, wcale im się nie spodobało.
Jak powiedział Nara, znaleźli tam Tsunade. Jednak, ku ich ogólnemu zaskoczeniu, w jej towarzystwie znajdował się Orochimaru, który z krzywym uśmiechem spoglądał na wszystkich z łba wielkiego węża.
W Momocie, gdy wparowali na plac przed północną bramą, wielkie cielsko gada szykowało się właśnie, by opaść na bezbronną Hokage i wgnieść ją w ziemię. Jednak w niemalże ostatnim momencie blondyn znalazł się między zwierzakiem, a Tsunade, chwycił półprzytomną kobietę w pasie i susem przetransportował ją w ciut bezpieczniejsze miejsce. Szybkim spojrzeniem zbadał okolicę. Shikamaru walczył niedaleko z Kabuto. Nieźle sobie radził, pomimo tego, iż praktycznie nie ruszał się z miejsca. Naruto skupił się na Orochimaru.
- Może byś się zajął kimś, kto z przyjemnością skopie te twoje kościste cztery litery, co?! – wydarł się, zaraz po tym, jak przekazał piątą w ręce Sakury.
- Masz na myśśśli siebie, Naruto-kun? – wysyczał mężczyzna, a z jego twarzy zniknął uśmiech. – Nie wydaję mi się, abyś był do tego zdolny.
- Jeszcze się zdziwisz. – Dzieciak przybrał pozycje bojową i całym sobą skoncentrował się na czekającej go walce.
- Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że cię spotkałem, lisi chłopcze.
Odwołał węża i stanął naprzeciw blondyna.
- Doprawdy? – Uzumaki zmierzył go wrogim spojrzeniem. Kiedy to ostatni raz się widzieli? A tak…
- Mamy coś niecoś do wyrównania, czyż nie?
Ostatnia kryjówka Orochimaru była prawdziwym labiryntem. Na dobrą sprawę, nawet jakby chcieli, to nie potrafiliby z niej wyjść. A nie chcieli. Z iście wariackim podejściem Naruto biegał od drzwi do drzwi, wywrzaskując histerycznie imię swojego przyjaciela. Co jak uroczo skwitował lis „Zachowujesz się jak kretyn, baranie”. Nie, żeby go to chociażby w najmniejszym stopniu uspokoiło. Jego towarzysze już dawno zostali w tyle, ale to też nie przykuło jego uwagi.
Kiedy już powoli tracił nadzieję, jako iż znajdzie bruneta w tej plątaninie korytarzy, natrafił na wielką salę. A pośrodku niej stał wyszczerzony obleśnie Orochimaru.
- Ty… - wywarczał blondyn, z zamiarem rzucenia się na wężowego mistrza. Co raczej, przy jego obecnej sile, nie byłoby dobrym pomysłem.
„Siad!” Warknął lis, a dzieciak o dziwo posłuchał i tylko spod byka spoglądał na domniemanego przeciwnika.
- Miło się widzieć, Naruto-kun – niemalże wymruczał.
- Bez wzajemności! – odkrzyknął mu chyżo, ani o jotę nie zmieniając spojrzenia. Och, był wściekły. I to jakże cholernie wściekły. Gdyby tak dorwać tego gada i wyrywać kończynę, po kończynie…
- Czyżbyś przyszedł odwiedzić swojego przyjaciela? – wysyczał Orochimaru i, co tu dużo mówić, przegiął w tym momencie.
Czerwona mgiełka przysłoniła oczy Naruto, który ze wściekłym okrzykiem rzucił się na niego i… I na dobrą sprawę urwał mu się film.
W tamtym czasie, czyli jakieś trzy lata temu, niestety nie do końca rozumiał swoje połączenie z lisem, co też owocowało wybuchami gniewu, niekontrolowanymi ani przez niego, ani przez siedzącego w nim demona. Takie akcje z reguły musiał przerywać Yamato, jednak tym razem rozwałka skończyła się dopiero wraz z lisią chakrą.
Z plusów tej sytuacji można wymienić to, że rozpiździł całą kryjówkę gada, wraz z jej wszystkimi obecnymi mieszkańcami, a samemu Orochimaru też się nieźle oberwało.
Co się tyczy minusów… No cóż sanin uciekł. A, no i lis się nie odzywał do niego przez dobry tydzień za, jak to określił „Debilne zużycie jego chakry”.
Naruto prychnął. Co tu niby było do wyrównywania? Nie trzeba było go denerwować, to może coś niecoś z kryjówki Sanina by się uratowało. W mniemaniu blondyna nic z tamtej sytuacji nie było jego winą.
„Jasne.”
„Bujaj się.”
Odwarknął w myślach i nie tracąc więcej czasu rzucił się w stronę wroga, z rasenganem w dłoni. Przeciwnik z łatwością ominął cios.
„Skoncentruj się!”
„Jak, jeżeli co chwilę mi marudzisz?!”
Zwarli się w walce w ręcz. Uzumaki bez trudu blokował wszystkie ataki, czego nie można było powiedzieć o Orochimaru. Kopniakiem posłał mężczyznę w stronę najbliższego drzewa.
„Ha!”
„Nie ciesz się jeszcze.”
Saninin ciężko stanął na nogach, z twarzą skierowaną ku ziemi. Po chwili uniósł wzrok na blondyna, któremu wcale się nie spodobało to, że na wężowaty wyglądał na zadowolonego.
- Stałeś się silny, Naruto-kun.
Uzumaki nie odpowiedział. Wpatrywał się w niego złym spojrzeniem i czekał na dalszą wypowiedz.
- Nawet nie wiesz, jak mnie to cieszy…
- O cholerę ci chodzi, padalcu? – warknął. – Nawet nie myśl…
I nagle głos uwiązł mu w gardle. Przeszył go niemiłosierny ból, przez który, po raz kolejny tego dnia, znalazł się na kolanach. Czuł, jakby ktoś spalał go żywcem od środka. Łzy zaszkliły się w kończykach jego oczu, a ręce mimowolnie zacisnęły się na ramionach.
„Dzieciaku?! Co ci?”
„Ja…”
Obraz rozmazał mu się przed oczyma. Ledwo powstrzymywał się od krzyku. Przez zamroczenie słyszał jak ktoś wykrzykuje jego imię, jednak nie był w stanie rozpoznać kto. Gdy w zasięgu jego wzroku pojawił się cień, zdał sobie sprawę, jak blisko niego znajduje się w tym momencie Orochimaru.
„Naruto, do kurwy nędzy, CO CI?!”
„Bo..li.”
„Ale co?”
„Wszy…wszystko…”
Gwałtownie otworzył oczy i niemalże natychmiast je zamknął. Jękną przeciągle.
„O Boże… Wszystko mnie napierdziela…”
Uchylił niepewnie jedno oko i rozejrzał niepewnie dookoła.
- Cholera jasna – warknął zirytowany. Pomimo wszechogarniającego bólu zerwał się z łóżka. Był w szpitalu. I jak najbardziej mu to nie odpowiadało. Postanowił to zmienić, zwiewając z tego przerażającego miejsca.
„Kyu?” Zapytał w myślach. Jednak zwierzak nie odpowiedział.
„Może śpi.” Postanowił nie roztrząsać się nad tą kwestią, przynajmniej do momentu, gdy nie znajdzie się w swoim prywatnym pokoiku, w którym nie ma przyprawiających o dreszcze białych ścian, cholernych za wąskich łóżeczek, i tego mdlącego wręcz zapachu.
Być może jego błyskotliwy plan by wypalił, gdyby nie to, że w drzwiach niemalże kogoś staranował.
- Sakura? – zapytał ochrypłym tonem.
„Cholera, jakbym zdarł sobie gardło wrzeszcząc przez całą noc. Albo i dwie.”
Różowowłosa złapała równowagę i spojrzała na niego zaczerwionymi oczyma.
- Naruto. Naruto? NARUTO! – dziewczyna rzuciła mu się na szyję, niemalże go przewracaj. – Naruto, obudziłeś się! Tak się bałam! Myślałam, że cię zabiję! Nie strasz mnie tak więcej. Ale przepraszam, to moja wina. Nie chciałam. Przepraszaaam…
- Eee… - Blondyn stał trochę zdezorientowany, przytulając niepewnie przyjaciółkę do siebie. Nie za bardzo wiedział o co chodzi. Być może dlatego, że jego wspomnienia z walki z Orochimaru nie bardzo chciały ułożyć się w spójną całość. Pomińmy kwestię, iż te wspomnienia aktualnie przypominały wielką zamazaną plamę. – Ale…
- Naprawdę, naprawdę, naprawdę przepraszam! – Zanim chłopak zdążył zareagować, Sakura zaniosła się potężnym szlochem i za nic nie chciała dać się uspokoić.
- Heej, uspokój się – Naruto zaśmiał się nerwowo i poklepał niepewnie przyjaciółkę po plechach. – Przecież nic się nie stało!
Dziewczyna odsunęła się od niego, rzucając mu jednocześnie spojrzenie jasno mówiące, iż uważa go za kretyna.
- Nic się nie stało? Zwariowałeś? – zapytała szczerze zdumiona. – Jak… Co… Cholera jasna, czy ty aby na pewno jesteś normalny? Nic! Coś ci się naprawdę w mózgu poprzestawiało!
- Eee…
„Kyu, ratuj!”
Naruto zmarszczył brwi. Lis dalej się nie odzywał.
„Co jest z tym głupim futrzakiem? Trzaba będzie wybrnąć samemu.”
- Słuchaj, Sakura. – Postanowił podejść do tego dyplomatycznie. – Na dobrą sprawę to ja nie za wiele pamiętam. Noo, znaczy się zemdlałem, nie? Coś mi chyba siadło w organizmie, bo napierdzielało mnie wszystko jak sam sku… Eee, Sakura?
Różowowłosa wpatrywała się w niego jak w totalnego kretyna.
„Miło.”
- Chcesz mi powiedzieć, że nie pamiętasz nic, a nic? Od momentu, gdy walczyłeś z Orochimaru?
„Hm… Sama walka w sumie również wydaje się jakaś rozmazana.”
- No taak?
- Oh…
Blondyn przyjrzał jej się podejrzliwie. Dziewczyna przygryzła wargę i wbiła spojrzenie w podłogę. Co się nie spodobało Naruto. I to bardzo.
- Co?
Sakura rzuciła mu szybkie spojrzenie, jednak zaraz ponownie skierowała je na szpitalną posadzkę.
- Co się stało? – zapytał ponownie.
Haruno odetchnęła głęboko i dopiero po chwili zwróciła na niego oczy.
- Serio nic ci nie świta? – w jej głosie pobrzmiała nadzieja.
Uzumaki zmarszczył brwi w zamyśleniu, jednak zaraz pokręcił przecząco głową
- Nic, a nic.
- Więc… Hm… Jakby to powiedzieć. Mój specyfik… Nie działa na ciebie najlepiej.
- W sensie?
- W sensie, że koliduje z twoją drugą chakrą. Tak jak podejrzewałam, że może się stać.
- Koliduje – powtórzył w zastanowieniu. Miał dziwne wrażenie, że za tym słowem nie kryją się przyjemnie rzeczy. I nie pomylił się.
- Zaczął ją wyżerać – wyrzuciła z siebie dziewczyna. – Dosłownie. Przez co straciłeś przytomność. W sumie sama nie jestem pewna o co w tym wszystkim chodzi. Jednak to jest najbardziej prawdopodobna wersja.
„Ach, to dlatego czułem się, jakbym zamiast krwi miał kwas?”
- A co się stało później? Skoro żyję…
- Sasuke przybył w niemalże ostatniej chwili. Żebyś widział jaki był wściekły! Rzucił się…
Sakurze najwyraźniej ta część opowieści podobała się najbardziej, gdyż przy jej przedstawianiu ukazała olbrzymi entuzjazm, który nijak nie udzielił się Naruto.
„Sasuke. No jasne!” Pomyślał zgryźliwie. „Bo któż inny. Grrr… Co za burak! Dlaczego to zawsze musi być on? No? Dlaczego? I Co teraz? Będzie miał kolejny powód, żeby się ze mnie nabijać? Zapizialec znowu został bohaterem! Ha! Może jeszcze będzie oczekiwał jakiś podziękowań, czy coś! Niedoczekanie! Dobrze, że przynajmniej byłem nieprzytomny…”
- … No, ale gadzinie udało się zwiać – zakończyła swój wywód, którego w sumie Naruto nawet nie słuchał.
- A co z Tsunade? I Shiką?
- Oprócz ciebie nikt nie ucierpiał.
- To dobrze.
Zapadła cisza. Złowroga.
Naruto przełknął ślinę.
A Sakura dostała szału.
- Dobrze? – zaczęła złowrogo. – Mówisz, że to niby dobrze? Naruto, ty…TY KRETYNIE! Jak w ogóle możesz… Jak… Ty POPAPRAŃCU! Co ty chcesz z siebie zrobić? Jakiegoś pieprzonego bohatera od siedmiu boleści? O mało nie zginąłeś, przez tą swoją popapraną brawurę! Oh, ale ze mnie idiotka! Od razu powinnam wpakować cię do szpitala, a nie jeszcze cię dopingować! Myślisz, że wszystko musi być na twoim pustym łbie?! To przyjmij do wiadomości, że Konoha da sobie radę bez twoich pieprzonych poświęceń!
- Ale wtedy Tsunade…
- Ktoś inny by jej pomógł. Kakashi, Sasuke, jasna cholera! Chociażby JA! Też jestem shinobi, jakbyś nie zauważył.
- No ale ninja… - zaczął znowu, jednak Sakura ponownie przerwała mu piskliwym głosem. Oj, była zła.
- ROZUMIEM, że ninja istnieją po to, aby walczyć! Ale to nie znaczy, że musisz bezsensownie nadstawiać łba przy każdej nadarzającej się okazji! Nie możesz przyjąć do wiadomości, że nawet ty, nie jesteś czasami zdolny do dalszej walki?
- Ale…
- Ale co?! Myślisz, że nie widzę co się z tobą dzieje odkąd wrócił Sasuke? Odbija ci i to równo! Co było tydzień temu? Każdy normalny posłałby po posiłki, ale nie ty! Kto się w pojedynkę rzuca na trzydziestu wrogich joninów? No kto? Tylko TY! Nie wiem, czy robisz to by zwrócić na siebie uwagę Sasuke, czy po prostu masz nadzieje, że ktoś cię zabije, zanim będziesz zmuszony z nim normalnie porozmawiać! Naruto, dwie noce zdzierałeś sobie gardło, wrzeszcząc z bólu, a my musieliśmy tego słuchać, nic nie mogąc poradzić!
Dziewczyna umilkła, tak więc w pomieszczeniu można było teraz usłyszeć tylko jej urwany oddech. Naruto nie patrzał na nią. Wbił wzrok w okno. Miał zbyt duże wyrzuty sumienia. Sakura miała racje. Wszystko stawiał na jedną kartę, byle tylko nie myśleć o czarnowłosym. Ale nie sądził, że to jest aż tak widoczne.
„Cholera…”
- Zależy mi na tobie. Mi i innym.
Blondyn poderwał głowę słysząc cichy głos Sakury.
- Wszystkim nam zależy na twoim szczęściu, więc daj sobie szansę.
„Daj se szansę, daj szansę! Ja pierdziele… Dlaczego ona tak się tym przejęła?” Blondyn maszerował przez miasto, z nisko pochyloną głową i rękoma wbitymi w kieszenie uniformu. Był zły. Nie, nie na Sakure. Na siebie. Na to, że jest powodem jej zmartwień. I na to wychodzi, że również wielu innych osób.
Tsunade też nie oszczędziła mu kazań. Wredne, stare babsko mogło chociaż podziękować za uratowanie jej żywota. W zamian jednak, otrzymał tylko porządny opierdziel za narażanie się na niebezpieczeństwo. A przecież on nie może się narażać. Przynajmniej nie za mocno. Bo co by było, gdyby Akatsuki go dorwało? Albo Orochimaru? Cholera przecież wie, co chcą z nim zrobić… A…
Dobra, przyjął do wiadomości, że ludzie się o niego martwią.
No ale on musi, przecież jest wojownikiem! To jego misja walczyć do ostatniej kropli krwi i… Jako jonin, potrafić kalkulować swoje siły na zamiary. A ostatnio na tym polu kompletnie nie dawał sobie rady. Nadstawiał karku przy każdej nadarzającej się okazji, byleby tylko pokazać jak najwięcej, zmęczyć się niemiłosiernie, nawet sprawić sobie ból, a wszystko po to, by… By nie myśleć o tym czarnowłosym draniu! Ej, ale fakt faktem jeszcze żył, a to można zapisać jako spory sukces.
„Sakura ma racje.” Pomyślał smętnie. „Musze w końcu mu powiedzieć. Porozmawiać z nim poważnie. Boże, cokolwiek, żeby tylko przestać zachowywać się jak kretyn!”
Ale nie dzisiaj.
Dzisiaj miał zamiar legnąć się w wyro i opierdzielać się przez cały tydzień. W końcu Tsunade wmusiła mu siedmiodniowy urlop. W ciągu tego czasu powinien jakoś składnie ułożyć sobie wszystko w głowie, tak aby móc stawić czoło czarnowłosemu.
Tak, to dobry plan.
Wszedł do klatki schodowej swojego ciasnego mieszkanka. Rozejrzał się dyskretnie na boki, jednakże nikogo nie zauważył. Wyciągnął z kabury kunai i przeciął lekko swojego kciuka.
Dobrze, że zabezpieczenia do domu nie bazowały na pieczęciach. Byłby tak trochę udupiony. Tsunade, wraz z Sakurą przetrzymywały go w szpitalu jeszcze z dobre dwie godziny, robiąc jakieś cholerne badania i nieustannie przypominając, że ma się nie nadwyrężać, pozwolić organizmowi się zregenerować, nie używać chakry, nie wyściubiać nosa za bramy wioski, przybiec do którejś z nich, gdyby działo się coś niedobrego, nie używać chakry, prosić, jeżeli będzie mu coś potrzebne, przyjść na kolejne badania w ciągu tego tygodnia, no i oczywiście nie używać chakry.
Zakrwawionym palcem przejechał w odpowiednich punktach i otworzył drzwi. W sumie te zabezpieczenie miało o wiele więcej plusów, niż pieczęcie. Po pierwsze było oryginalne, mało kto wpadał na pomysł, że może istnieć takie zabezpieczenie. Po drugie… No cóż, jedynym czynnikiem działającym jak klucz, była jego krew. A jej raczej nikt nie sprzedaje na pobliskim bazarku. Dlatego też, nic dziwnego, że mógł się czuć niezwykle bezpiecznie. Z błogim poczuciem, iż ten cholerny dzień już i tak nie może być gorszy, wszedł do mieszkania.
- Mam cię.
Naruto wrzasnął dziko, kiedy czyjeś ręce złapały go w pasie, a cichy szept wdarł się do ucha. Zdołał się obrócić i stanął twarzą twarz z Sasuke.
„O jasna cholera, ja pierdole mać.”
Subskrybuj:
Posty (Atom)