piątek, 7 października 2011

Rozdział II.VI

Okej, miałam drobny falstart xD Ale już, szybciurem to naprawiamy.
Witam wszystkich (: Przepraszam, że tak długo, no, ale według porad Deedwardy zwalę to bezczelnie na jesienną pogodę ^ ^. I brak dostępu do neta ostatnimi czasy. Lekkie bezwenie i chroniczne lenistwo również miało lekki wpływ…

Mecha: Ja właściwie nie wiem, w jakim kierunku chcę iść xD I może dlatego pisanie idzie mi tak opornie.

Maxii: Bez dostawania urazów ja tu proszę :) Wystarczy że autorka jeden uraz ma. Psychiczny najwyraźniej xD.

A projekt owszem, już dawno zaliczony, kolejna piąteczka do indeksu wpisana. W takich chwilach nawet nie żałuje tych nieprzespanych nocy xD. W każdym razie, dziękuję za komentarze i zapraszam na kolejny rozdział ^ ^.

*** *** *** *** *** *** ***

Uciekł.
Rzucił Tsunade zranione spojrzenie i zwiał.
Nie. To nie było dobre posunięcie. Dobrze zdawał sobie z tego sprawę. Ale tylko to przyszło mu do głowy, gdy ujrzał Itachi'ego.
Nie mógł zrozumieć, nie mieściło mu się to w głowie... Jak piąta mogła mu zaufać?! No jak?! I wcale nie poprawiało mu nastroju to, że gdyby został w szpitalu, to prawdopodobnie uzyskał by odpowiedź na te cholerne pytanie.
A tak został z niczym. Biegł ulicami Konohy, nie mając gdzie się za bardzo podziać. Nie chciał nikogo widzieć. Potrzebował za to jakiegoś spokojnego kąta, gdzie w ciszy mógłby wszystko przemyśleć.
Nie, żeby wiedział, co właściwie chciał przemyśleć.
Widok brata Sasuke wyprowadził go z równowagi. Ha! Żeby tylko...
Nie spodziewał się. Bo niby dlaczego miał się spodziewać, że jeden z członków Akatsuki pojawi się w wiosce liścia? I że będzie nim Itachi. To przecież absurdalne.
Zatrzymał się gwałtownie.
W głowie pojawiła mu się śmieszna myśl, że to może i lepiej, że akurat teraz Sasuke postanowił ponownie zwiać z wioski. Jeżu drogi... Toż to nie ostałby się kamień na kamieniu, gdyby doszło do spotkania braci.
Potrząsnął głową, usiłując pozbyć się natrętnych myśli i powrócił do bezmyślnego marszu.
Rodzina zawsze była u nich tematem tabu. Naruto również nie lubił rozczulać się w tym temacie. No ale jak nie patrzeć, on po prostu nie miał o czym rozmawiać w tych kategoriach. W końcu był sierotą od pierwszego roku życia i raczej nie posiadał zbyt wielu wspomnień z tego okresu. A jeszcze wiadomość, że jego ojcem jest Minato Namikaze! O nie, nie, o tym Naruto w szczególności nie chciał słyszeć. A tym bardziej rozmawiać. W każdym razie, w ich związku, o rodzinie nigdy się nie mówiło.
I poniekąd pasowało to zarówno Sasuke, jak i Naruto.
Poniekąd...
Blondyn wiedział, o wymordowaniu klanu Uchiha. A kto by nie wiedział? Raban na całą wiochę, przez lata nie mówiło się o niczym innym. Zdawał sobie również sprawę z tego, że Sasuke przez długi czas żył jedynie żądzą zemsty. Dlatego uciekł z wioski po raz pierwszy.
Wiedział też, że Sasuke coś odkrył.
Ale nie miał najmniejszego pojęcia co. W każdym razie, Sasuke odkrył owe coś jakoś niedługo przed ich rozstaniem. A przynajmniej mógł wysnuć taką teorię, biorąc pod uwagę wszystkie ostatnie wydarzenia.
Myśli wciąż szalały po jego głowie.
Może to był TO właśnie było powodem ich rozstania? Ale co? I dlaczego? I czemu, psia mać, cholerny Uchiha nie zaufał mu w tej kwestii?! O ile jakakolwiek kwestia istniała. Wielce prawdopodobny był w końcu fakt, że mógł to sobie zwyczajnie ubzdurać, próbując jakoś racjonalnie wytłumaczyć zachowanie czarnowłosego.
Blondyn westchnął smętnie, przygarbił się, przystanął w pierwszym lepszym zaułku i zaczął wgapiać się w przechodzących obok ludzi. Nikt nie zwracał na niego uwagi.
Nie wiedział co ze sobą zrobić. Najchętniej skopałby komuś tyłek. I byłby bardzo wdzięczny losowi, gdyby ten tyłek należał do Sasuke.
- Och, przestań już – warknął do samego siebie. – Miałeś o nim nie myśleć!
- Hmm? A cóż znów zaprząta tę twoją blond łepetynke?
- Eee… - zająknął się. I spróbował zwiać. Jednak zanim udało mu się zrobić chociażby jeden krok, czyjaś ręka chwyciła go za kołnierz bluzy, skutecznie powstrzymując go od ucieczki.
- Jesteś przewrażliwiony, wiesz? – zapytał go Kakashi, siłą ciągnąc go za sobą i niewiele robiąc sobie z tego, że Naruto nie wykazywał żadnej chęci współpracy.
- Puść mnie! – warknął blondyn, coraz bardziej się szamocząc. Wyrwał się w końcu i kopnął swojego nauczyciela w kostkę. Siwowłosa postać zniknęła w kłębie dymu. Niebieskooki zaklął szpetnie i zaraz kolejny klon chwycił Naruto pod pachę.
- Widzisz, gołąbeczku… Może i przerosłeś mistrza – zaczął, mrużąc wesoło widoczne oko. – Ale bez chakry niewiele zdziałasz. Stary Kakashi jeszcze nie jest taki stary, co nie?
- Odwal się! – Uzumaki był coraz bardziej zdenerwowany. Jeszcze raz spróbował się wyrwać, ale na niewiele się to zdało. – Czego ty znowu chcesz ode mnie?!
Kolejny Kakashi pacnął go w tył głowy i chwycił pod drugie ramię.
- Myślę, że jakbyś nie wiedział, to nie próbowałbyś tak namiętnie się ode mnie uwolnić – zagadał nowoprzybyły.
- Namiętnie?!
- Więc – zaczął pierwszy. – Zrelaksuj się, ciesz się moim podwójnym towarzystwem i daj porwać na małe spotkanie u Tsunade.
- Nie! – wrzasnął, zapierając się nogami. – Nie mam zamiaru jej słuchać! Ani tego dupka, który cholera wie, jakie ma z nią układy! Ciebie też nie, jeżeliby się głębiej zastanowić.
Trzeci Hekate pojawił się tuż przed nimi i zacmokał z dezaprobatą.
- Musisz zawsze wszystko utrudniać? – powiedział, kręcąc głową. – Daj spokój, może dowiesz się czegoś ciekawego. Chociaż raz zachowaj się odpowiednio jak na swój wiek, co ty na to?
- Spieprzaj.
Drugi klon ponownie trzepnął go w potylicę.
- Przestań mnie bić, jak jakiegoś cholernego szczeniaka! – Jeszcze bardziej zaparł się nogami.
- To przestań się tak zachowywać. – Pojawiła się kolejna siwowłosa postać. Naruto zmierzył ją ponurym wzrokiem i stwierdził, że był to zapewne już oryginalny Kakashi. Potwierdziło się to, gdy wszystkie klony zniknęły. Blondyn opadł na kolana i wbił ponure spojrzenie w ziemię.
- Nie chcę rozmawiać z Tsunade – odezwał się po dłuższej chwili.
- A z Uchihą?
- Też.
- Nie zrozumieliśmy się.
- Hm? – Uzumaki poniósł głowę i marszcząc czoło wbił zdezorientowane spojrzenie w nauczyciela.
- Chodziło mi o Sasuke.

Naruto wylądował w końcu u Hokage.
Nie, żeby był pewien, czy właściwie chce być w tym miejscu.
I nie, żeby był pewien, czy właściwie chce jeszcze roztrząsać sprawę Sasuke.
Parsknął pod nosem, zakładając ręce na ramiona.
„Kogo ty niby chcesz oszukać?” Pomyślał, zły na samego siebie.
To jasne, że los Sasuke nie był mu obojętny. I nieważne, czy byli parą czy też nie. Rywalami, kochankami, przyjaciółmi, czy też śmiertelnymi wrogami. W końcu od dziecka Uchiha odgrywał w życiu Uzumakiego ważną rolę. . A Naruto wiedział, że pomimo wszelkich starań, czarnowłosy drań zawsze będzie zajmował miejsce w jego sercu.
Kakashi również to wiedział.
I bezczelnie wykorzystał.
- Wiesz – zwrócił się do siwowłosego. – Właściwie, to cię chyba nienawidzę.
Siedział w gabinecie, na nieco rozwalającym się krześle, które było ulokowane tuż naprzeciwko biurka przywódczyni. A za jego plecami stał Kakashi, niby swobodnie opierający się o jego ramię. Naruto po raz któryś z kolei spróbował strząsnąć natrętną dłoń.
- Przestań – mruknął zrezygnowany. – No przecież nie zwieję.
- A cholera cię wie – rzucił Kakashi, wzruszając ramionami. – Zresztą, dałbyś nieco frajdy swojemu mistrzowi i dał się pomacać od czasu do czasu.
- Zboczeniec!
- Ej, ja tylko miałem na myśli, że miło jest mieć czasami do czynienia ze swoimi podopiecznymi – powiedział mężczyzna, wyjmując z tylniej kieszeni małą, pogiętą książeczkę, którą zaraz otworzył z największą nabożnością. – To smutne, że spędzam z moimi pociechami tak mało czasu.
- Jesteś nienormalny.
- A ty masz ADHD, ale jakoś nikt ci tego nie wypomina…
Naruto wywrócił oczami.
Najlepsze w tym wszystko było to, że Kakashi rzucił tylko małą sugestię, że może się dowiedzieć czegoś o Sasuke, a już leciał na złamanie karku do Tsunade. To trochę żałosne, jeżeliby się głębiej nad tą kwestią zastanowić. W rzeczywistości istniała strasznie mała szansa, że się dowie czegokolwiek o czarnowłosym. Strasznie, strasznie tycia.
No, ale kimże by był, gdyby się tej szansy nie chwycił?
- Oho, nasza pani i władczyni się zbliża. To ja uciekam – oznajmił Kakashi, po krótkiej chwili milczenia.
- Co?!
- To co słyszałeś. Misja wykonana, jakimś cudem cię tu dostarczyłem. No to, narka! – rzucił wesoło i zasalutował na pożegnanie.
Powoli zaczynał nabierać pewności, że jego mistrz wpakował go w coś, w co zapewnie nie chciałby być wpakowany.
- Nie zostawiaj mnie! Ty skur… - Zanim zdołał dokończyć przekleństwo, siwowłosy mężczyzna zniknął w kłębach szarej pary. A Naruto wciąż siedział na krześle, ze śmiesznie rozdziawionymi ustami i z szokiem wpatrującym się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał Kakashi.
I w takiej tez pozycji zastała go Tsunade.
Jednak blondyn szybko przywołał na twarz minę wyrażającą gigantyczne niezadowolenie.
- Wiedź, że jestem tu nie z własnej woli! – oznajmił na dobry początek.
- A niby na czyje inne polecenia miałby cię szukać Kakashi? – zapytała retorycznie, siadając za biurkiem i splatając dłonie pod brodą. – Tak się składa, że właściwie to tylko ja mam taką władzę.
- Do czasu aż cię zastąpię, zgrzybiała starucho – mruknął pod nosem, zaciskając dłonie na poręczach krzesła.
- Proszę? – Tsunade uprzejmie udała, iż nie usłyszała tej uwagi.
- Słuchaj – w głosie Naruto zabrzmiała stanowczość. Wbił w orzechowe oczy przeszywające spojrzenie. – Niewiele mnie interesuje, co Itachi robi w wiosce liścia. I również nie mam ochoty słuchać jaki masz ty masz w tym biznes. Mam tylko jedno, zasadnicze pytanie. I byłbym wdzięczny, gdybyś mi na nie odpowiedziała w miarę szczerze. Wtedy będę mógł tu siedzieć ile tylko chcesz.
Tsunade uniosła pytająco brew.
- Tak?
Naruto wyprostował się.
- Chcę wiedzieć, czy powrót Itachi’ego ma coś wspólnego z odejściem Sasuke.
Hokage spojrzała na niego z uwagą. Opuściła jedną dłoń i zabębniła palcami o blat biurka.
- Zasadniczo – odpowiedziała po chwili milczenia.
- To znaczy? – Blondyn nie ustępował.
Piąta wstała gwałtownie zza biurka i podeszła do okna, tak, że swobodnie mogła oglądać panoramę Kohohy. Po chwili wahania Naruto również do niej dołączył. Do jego uszu doszło ciche westchnięcie kobiety.
- Tak jak podejrzewałam, Madara znalazł sposób, aby odzyskać oko i zarazem zwiększyć swoją moc – powiedziała cichym głosem splatając dłonie za plecami. – On chce wykorzystać braterską więź Itachi’ego i Sasuke.
- Jaką więź? – zapytał z powątpieniem. – Przecież oni się nienawidzą.
Tsunade rzuciła mu dziwne spojrzenie, ale nie odpowiedziała.
- Wiesz, myślę, że powinieneś porozmawiać z Itachim.
- Nie.
- Naruto…
- Nie. – Wlepił oczy w widok za oknem. Właśnie banda dzieciaków goniła za wyjątkowo grubym, czarnym kotem. – Właściwie nie wiem, po co w ogóle tu jestem. Sasuke ze mną skończył, nie powinno mnie obchodzić, co się z nim dzieje.
- Ale cię obchodzi.
- Tak – przyznał po chwili. – Niestety.
- W każdym razie, Madara ma zamiar odebrać oczy Sasuke, zaraz po tym, jak ten zabije brata i zarazem uzyska Eternal Mangekyō Sharingan. A my nie możemy do tego dopuścić. Itachi będzie…
- Dlaczego mu ufasz? – W głosie blondyna pojawiła się nuta goryczy.
- Co?
- To co słyszysz – rzucił opryskliwie. – Dlaczego mu ufasz! Przecież on wybił cały klan i zwiał! Współpracował z Madarą! Razem czaili się na ogoniaste bestie! On skrzywdził… - zamilkł gwałtownie. Pokręcił z rezygnacją głową i obrócił się na pięcie. Widząc, że Tsunade nie śpieszy się z odpowiedzią ruszył w kierunku drzwi.
- To ród szpiegowski.
Blondyn zatrzymał się w pół kroku. Delikatnie postawił stopę na ziemi i spojrzał w kierunku brązowookiej.
- Co?
Kobieta spoglądała na niego zamyślonym wzrokiem. Wyglądało to nieco, jakby próbowała ocenić, czy faktycznie może mu zaufać. I najwyraźniej jej obserwacje wypadły pozytywnie.
- Ród Uchiha jest rodem szpiegowskim.
- Nie ma już rodu Uchiha, jest Sasuke i jego brat, uznany za zdrajce!
- Zamknij się i słuchaj – sapnęła, podchodząc do Naruto, łapiąc za ucho i, pomimo głośnych sprzeciwów, sadzając go na rozklekotanym krześle. – Ich rodzina zawsze wychowywała najlepszych szpiegów, każdy z Uchihów przechodzi szkolenie. Specjalne szkolenie, które przygotowuje ich do misji szpiegowskich. Taką właśnie rolę odgrywał Sasuke u Orochimaru, czy też Itachi w Akatsuki. Wszystko jest planowane latami, a członkowie rodu są przygotowywani do misji, czasami nawet nie mając o niej pojęcia, aż do czasu, gdy muszą zabrać się za jej wykonywanie. To ścisła tajemnica Konohy. Nikt, powtarzam, nikt, po za mną i starszyzną nie powinien o tym wiedzieć. I jeżeli szepniesz chociaż słóweczko komukolwiek, to osobiście pozbawię cię jelit!
Naruto otworzył usta. Poczym je zamknął. Wyglądał nieco jak ryba wyjęta z wody.
Już dawno Tsunade nie uraczyła go taką groźbą.
Czyli sprawa była naprawdę poważna.
- Ale – zająknął się. – Ale… No nie wmówisz mi, że śmieć niemalże całego klanu również należała do jakiegoś misternego planu!
Hokage przygryzła dolną wargę. Odetchnęła głęboko.
- Nie – odpowiedziała, odwracając wzrok. – To sprawa wewnętrzna rodziny. Tylko członkowie wiedzą, co się stało.
- Jak to co?! Itachi dostał szału i wszystkich wymordował!
- A gówno prawda – warknęła przywódczyni wioski. – Znaczy z szałem…
Naruto zamrugał. No, no, ładne słownictwo z ust kobiety.
- Co masz na myśli?
- Pogadaj z Itachim – powtórzyła. W jej głosie zabrzmiała twarda nuta. – To co ja ci powiem, to tylko zwykłe domysły. A on powie ci prawdę.
- A skąd masz taką pewność?! Boże, czemu mu tak ufasz?!
- Bo Itachi Uchiha nigdy…
- Tak! – wrzasnął Naruto, zrywając się z krzesła. – Powiedz mi jeszcze, że nigdy nikogo nie zabił! Że masakra ich rodu właściwie nie miała miejsca, tylko wszyscy to sobie wkręcili! Jasne!
- Nie. Tego nie powiedziałam.
- Co? – Uzumaki już całkiem zgłupiał.
- Nigdy nie powiedziałam, że Itachi nie wymordował klanu.
- Ha! Więc…
- Ale wiem – przerwała mu. – Że w rzeczywistości nigdy też nie zdradził Konohy.

Naruto miał mętlik w głowie.
W efekcie wyszedł z gabinetu Tsunade wciąż nie zgadzając się na rozmowę z Itachim i nie wiedząc, gdzie też starszy Uchiha przebywa. Nie zgadzał się z dziwacznymi teoriami kobiety. Jakoś nie mieściło mu się to wszystko w głowie.
Zmierzał właśnie do domu Sakury z zamiarem szybkiego ulokowania swoich czterech liter na kanapie, opatulenia się kocem i wyżarcia z lodówki przyjaciółki wszystkiego, co nadawało się do zjedzenie.
Powinien zająć się w końcu wynajmem nowej kawalerki. I wykombinowaniem planu, jak udobruchać Sakure.
Jęknął wewnętrznie.
Po prawdzie sprawdził tożsamość pacjenta. Ale sprawa wcale nie była taka prosta.
I co niby miał jej powiedzieć? O Itachim ani słowa, to pewnie. No ale nikt mu nie mówił, że nie może wspominać Gobi. Hm… Jeżeli dobrze to rozegra, to różowowłosa dopiecze Hokage i nikt mu nie zarzuci, że maczał w tym palce.
Myśl warta przemyślenia.
Wlazł do klatki schodowej i wspiął się po wąskich schodkach. Haruno prawdopodobnie jeszcze siedziała na dyżurze, ale w mieszkaniu powinien być Kyuubi. A Naruto miał małą nadzieję, że demon nie rozwalił dziewczynie mieszkania.
Z ciężkim westchnieniem wlazł do środka. Zdołał pomyśleć o tym, że Sakurze przydałby się w domu w końcu jakieś porządne zabezpieczenia, gdy czyjeś ręce oplotły go w pasie i cichy głos wdarł się do jego ucha.
- Mam cię.

czwartek, 25 sierpnia 2011

Rozdział II.V

Dobra, nie ma to tamto, wrzucam nowy rozdział i biorę się za projekt, bo serio się nie wyrobię, a to ostatni termin się zbliża.
Dziękuję za komentarze i życzenia. Woodstock a i owszem się udał, ale jakżeby mogło być inaczej :).
Zapraszam na kolejny rozdział.

(Ach, trza przyśpieszyć w końcu tą akcje, bo się ciągnie jak flaki z olejem...)
O, przy okazji, ku chwale Virusowatości: http://www.youtube.com/watch?v=mcCjoEbCHwU Bierzcie i zarażajcie się z tego wszyscy. Lof <3 Jakby ktoś miał namiary na fanficki charles/erik to poproszę :3

*** *** *** *** *** *** ***

Naruto krążył po szpitalu. Od dłuższego czasu szukał Tsunade. Podobno dorwała jakiegoś dziwnego pacjenta, którym postanowiła zająć się osobiście. Fakt, faktem, to Naruto zazwyczaj dostarczał jej takiej rozrywki... No ale, że też zebrało jej się wtedy, gdy miał z nią do poganiania!
- Słyszałaś?
Przystanął.
Czy mu się tylko zdawało, czy wszyscy w budynku wyglądali na nieco podenerwowanych?
- Nie, chyba sobie żartujesz?
Spojrzał podejrzliwie na stojące nieopodal pielęgniarki, które najwyraźniej wiedziały coś więcej od niego. Westchnął dyskretnie.
- I Hokage zgodziła się TO przyjąć?! Przecież...
- Sza! Jeszcze cię kto usłyszy.
- Ale skąd wiesz, o...
- Widziałam jak...
Dziewczyny oddaliły się, dalej rozmawiając przyciszonymi głosami.
I w tym samym momencie ktoś wciągnął Naruto do najbliższego pomieszczenia, którym okazał się być mały lekarski gabinecik. Blondyn sapnął, gdy jego tyłek odbył bliskie spotkanie z dość niewygodną kanapą.
- Możesz to sobie wyobrazić?! - Wyraźnie zirytowany głos rozległ się po drugiej stronie pokoju. Uzumaki z nie lada zdziwieniem odkrył, że ów głos należał do Sakury. Dziewczyna aktualnie szperała w szafce najwyraźniej czegoś szukając. - Tyram jak głupia w tym cholernym szpitalu i tak się mnie traktuje?!
- Ummm, ale...
- O nie, nie! Tsunade zasługuje na mój szacunek, fakt! Ale nie pozwolę, przysięgam, nawet jej nie pozwolę tak na mnie zlewać! A TY - warknęła, obracając się w stronę niebieskookiego i wskazując na niego palcem. - Mi w tym pomożesz!
Naruto przełknął nerwowo ślinę.
Jego przyjaciółka wyglądała... Przerażająco.
Szmaciana maseczka zwisała smętnie, zaczepiona o jedno ucho. Spod szpitalnego czepka wystawały potargane różowe włosy, a fartuch... W każdym razie kolor fartucha w niczym nie przypominał zwyczajowej bieli.
- Sakurcia, czy ty kogoś właśnie zabiłaś? - zapytał, dyskretnie wciskając się głębiej w kanapę.
- Co? - Dziewczyna z roztargnieniem wytarła odziane w rękawiczki dłonie o swój uniform, przez co jedna z plam przybrała jeszcze bardziej efektowny wygląd.
- Kreeew - wyjęczał słabo, wskazując na smugę, która akurat znaczyła policzek Haruno. Przy okazji starał się ignorować fakt, iż ów ciecz znaczyła niemalże całe ubranie Sakury.
Nie, żeby na widok krwi zwyczajowo reagował jakąś fobią. Po prostu przyjaciółka, która niemalże od stóp po głowę była umazana ową cieczą, była dosyć niecodziennym zjawiskiem,które mimowolnie przyprawiało go o drgawki.
- Och, to. - Dziewczyna machnęła ręką. - Smarkule miały praktyki. I jeżeli któraś czegoś widowiskowo nie spieprzy w ciągu dnia, to uważają go za stracony. Dzisiaj mi odwaliły taki numer...
- Bez szczegółów proszę.
- Przysięgam, jeżeli ja też byłam taką niezdarą... TY!
Naruto poderwał się gwałtownie, zasłaniając jednoczenie twarz dłońmi.
- Niewinien! - wrzasnął desperacko, jednocześnie szukając drogi ucieczki.
- Uspokój się, nie mam zamiaru cie bić!
- Nie? - W głosie Naruto czaiła się niepewność.
- Nie - warknęła, ściągając rękawiczki, rzucając je gdzieś na bok i odciągając jego ręce. Przyjrzała się uważnie jego twarzy, a po chwili położyła mu dłoń na czole. - Co z twoją chakrą?
- A. - Blondyn rozdziawił z wrażenia usta. Po chwili się otrząsnął. No tak, przecież Sakura ostatni raz widziała go, gdy nieprzytomny okupywał jej łóżko. I chyba nie byłoby mądrze, gdyby przyznał różowowłosej, że w tej chwili w jej domu rezyduje Kyuubi, którego był zmuszony pozostawić bez żadnej opieki. - Nic. Znaczy się. Nie ma jej. Znaczy się, no... Moja chakra aktualnie wyparowała, ale mamy mały plan, aby to naprawić.
- Ogólne samopoczucie?
Uzumaki przewrócił oczami. Uwielbiał te wywiady.
- Świetnie, czuję się wręcz wspaniale.
- Naruto...
- To w czym mam ci pomóc?
- Hm? O, no tak. - Sakura przetarła twarz dłonią, sprawiając, że plama na jej policzku jeszcze bardziej się rozmazała. - Słuchaj, coś mi tu nieładnie pachnie. Wszyscy od rana latają jak wariaci, z samą Tsunade na czele. A podejrzewam, że tylko Godaime wie o co chodzi, a reszta po prostu reaguje na jej podły humor.
- Nie, żeby babcia ostatnio radośnie podchodziła do życia, ale...
- Mniejsza z tym - przerwała mu dziewczyna. - Chodzi o to, że zwinęła mi pacjenta!
Naruto zamrugał zdziwiony. To tyle?
- Nie sądzisz, że... No wiesz... Trochę przeginasz?
Blondyn momentalnie pożałował swoich słów.
W zielonych oczach zapłonął ogień, a ręka dziewczyny uniosła się groźnie w górę i zacisnęła w pięść.
- Pacjenta, rozumiesz?! - wydarła się, dysząc ciężko.
Nie, Naruto nie rozumiał. Ale instynkt samozachowawczy podpowiadał mu, że lepiej się do tego nie przyznawać.
- Tak? A więc?
Chyba jednak coś w jego głosie go zdradziło.
- Nie ogarniasz - powiedziała z niedowierzaniem. - Słuchaj, po prostu tak się nie robi. Kurde, pracuję tu już cholera wie ile i właściwie, po za rzadkimi przypadkami, robię w kółko to samo. Czuję się, jakbym stała w miejscu, to chyba nic dziwnego, że miło mi od czasu zająć się pacjentem, który wymaga czegoś więcej, niż zmiany opatrunku. I nie jest tobą. A ten ktoś... Cholera no, po prostu chcę wiedzieć, co mu jest i spróbować pomóc, jasne?
- Eee... Ale, no wiesz... Mogłabyś sobie odpocząć przez jakiś czas, skoro babcia cię wyręcza...
- Taaak? To powiedź mi, dlaczego to tak maniakalnie ślęczałeś nad zwojem od Kakashi'ego? Przecież mogłeś odpoczywać! Dlaczego z jeszcze większa manią szlifowałeś swojego rasengana? I czemu wciąż katujesz się na polach treningowych? Przecież jesteś dobrym shinobi.
- No tak, ale do perfekcji...
- A no właśnie. Wyobraź sobie, że nie tylko ty byś chciał ów perfekcję osiągnąć.
- Dobra! - Blondyn uniósł ręce w geście poddania. - Rozumiem o co ci chodzi. Pomogę. Więc, co mam zrobić?
Na twarzy dziewczyny pojawił się uśmiech, który nie zapowiadał nic dobrego.

"Dlaczego? Dlaaaczegooo, się na to zgodziłem?"
Mógł sobie nawet wyobrazić rozlegający się w jego głowie głos Kyu: "Boś głupi, dzieciaku. A teraz zamknij się, muszę sobie uciąć popołudniową drzemkę."
W każdym razie...
Właśnie ekspresowym tempem przemierzał kolejne szpitalne korytarze, modląc się w duchu, żeby nikogo nie spotkać. Schował głowę za papierami, które trzymał. Nie, żeby rozumiał, co na nich jest nabazgrane i właściwie niewiele go to interesowało. Kartki służyły mu tylko do tego, aby się nieco zasłonić. I to była najlepsza część kamuflażu.
Chociaż w sumie szpitalny czepek również nie był najgorszy. Chodaki też dało się znieść. I nawet maseczka na twarzy nie była taka zła. A do noszenia łopoczącego przy każdym kroku kiltu nawet dawało się przyzwyczaić.
Gorzej, że pod ów kiltem miał tylko majtki.
- Zabiję cię, Sakura - warknął pod nosem, przygarbił ramiona i przyśpieszył kroku.
A jego stój był tak uroczo niekompletny z jednego, prostego względu. Sakura nie posiadała do niego spodni. Tylko spódnice. Nawet kilka, bladozielonych spódnic.
Pomimo jawnych gróźb, Naruto nie zgodził się wcisnąć na siebie tej części stroju. O nie, tak nisko jeszcze nie upadł.
"Och, czyżby?"
I na nic się zdało marudzenie, że mógłby po prostu narzucić kilt, na swój mundur. No przecież ciemne spodnie zdradziłby błyskawicznie, iż nie jest medykiem. No tak, oczywiście. Dobrze, że chociaż kilt był kradziony. Znaczy się, dobre w tym było to, że najwyraźniej należał do kogoś bardzo wysokiego. Bo na Naruto wisiał tak, że sięgał trochę poniżej połowy łydek. I na upartego nikt nie przyuważy, że w rzeczywistości nic pod spodem nie ma. Poprawka: ma przecież majtki.
- Zamorduję...
- Proszę?
- Pacjent spod piątki potrzebuje cewnikowania - rzucił i z mściwą satysfakcją obserwował, jak młoda pielęgniarka blednie i niechętnie rusza się z miejsca. Nie, żeby Naruto wiedział, co się dzieje u pacjenta spod piątki. I na czym dokładnie polega cewnikowanie. Ale miło było przelać na kogoś chociaż część swojego podłego nastroju. A zresztą, jakby się nie odezwała pierwsza, to by też siedział cicho.
- A doktorek nie pomylił rejonów?
Naruto zatrzymał się gwałtownie na dźwięk obcego głosu. Cholera...
Właśnie znajdował się w części szpitala, w której to najprawdopodobniej znajdował się tak upragniony przez Sakurę pacjent. I najwyraźniej zaczynał mieć poważne problemy.
Zerknął znad papierów, na osobnika, który go zagadał.
Na twarzy ów człowieka gościł arogancki wyraz, któremu towarzyszyło spojrzenie wyraźnie mówiące, że ma się do czynienia z osobą nie tyle nieuprzejmą, co po prostu wrogo nastawioną, do każdego mającego niższą rangę niż on sam. I najwyraźniej Naruto za takiego kogoś został uznany.
"A żebyś wiedział patałachu, że jestem joninem!"
Blondyn zmierzył go złym spojrzeniem.
Shinobi miał na sobie zwyczajowy mundur chunina, przy czym samą kamizelkę rozpiął niedbale, pokazując światu swoje mięśnie brzucha. Czarne włosy sterczały na wszystkie strony, a dwa dłuższe pasma były związane w kucyki i zarzucone przed ramiona. Pod szarymi oczami rozciągała się nierówna, szpecąca blizna.
- Czego wlepiasz ślepia? No już, zmykaj. Bo będę zmuszony własnoręcznie cię wyprowadzić, a to nie będzie przyjemne.
- Mam tu... - zaczął Naruto zaczepnym tonem, ale zaraz mu przerwano.
- Nie, nic tu nie masz do roboty - warknął ninja, chwytając niebieskookiego za kark.
Powieka Naruto zadrgała gwałtownie, a w następnej chwili wyrwał się z uścisku, wcisnął chuninowi palce w oczy i zwiał wzdłuż korytarza
Odetchnął i ciężko oparł się o drzwi.
O nie, nie. To, że nie miał chakry, nie oznaczało, że da sobą pomiatać takim pyskatym ścierwom! Och, niechże tylko odzyska pełną sprawność, a tak przetrzepie konohańskie szeregi, że się przez tydzień nie pozbierają!
A zresztą, niech się gówniarz nauczy, że nie warto niedoceniać przeciwnika!
Odepchnął od siebie myśl o denerwującym shinobi i, po stwierdzeniu, że z pewnością udało mu się zwiać, rozejrzał się po Sali. W pomieszczeniu stały dwa łóżka. A tak przynajmniej Naruto mógł podejrzewać, po ilości ustawionych parawanów. I najwyraźniej owe łóżka były zajęte. A przynajmniej tak mu coś podpowiadało.
Cóż, nie pozostało mu nic innego, jak tylko zwiewać dalej. Bo chyba trafił do nieodpowiedniej sali. Jednak zanim poczynił jakiekolwiek kroki, aby niepostrzeżenie się ulotnić, do jego uszu doszły niepokojące dźwięki.
- …rwa, dorwę szmatę, to powyrywam te blond kłaki!
- Trza było się nie pierdolić, zebrało ci się na pogaduszki to i medyk znalazł okazję, żeby ci przywalić.
- Morda!
- Już, już, Hitoshi. Taka z ciebie ciota, to teraz się nie buntuj, tylko znajdź cieniasa.
Naruto wzniósł oczy ku niebu. Okej, najwyraźniej chodziło o niego. I teraz zamiast jednego patałacha, miał na głowie dwóch.
- Gdzie ta mała kurewka się zmyła?
Niebieskooki zacisnął zęby. Miał straszną ochotę wybiec z sali, wygarnąć dwójce shinobi, kto tu jest małą kurewką i przemeblować im facjaty. No, tylko, że wtedy na pewno nic się nie dowie o tym dziwacznym pacjencie i w efekcie Sakura go zamorduje.
- Sza! Hokage się tu wierci. Jak usłyszy, że żeś przepuścił jakiegoś…
- Morda! – powtórzył mężczyzna, nazwany Hitoshim. Był to najwyraźniej ten, który próbował wcześniej zatrzymać Naruto. Jego głos stawał się coraz cichszy, aż w końcu blondyn nie był w stanie usłyszeć ani słowa.
Ciche jęknięcie oderwało go od ponurych rozmyślań.
Właściwie, to powinien skorzystać z okazji i zwiać.
Jednak, jednak…
Pewnym krokiem podszedł do parawanu i szarpnął za materiał.
Ledwo powstrzymał okrzyk zdziwienia. I pewnie stałby tak, wlepiając gały w leżącą postać, gdyby nie jeden drobny szczegół.
- Zaskoczony?
Blondyn drgnął, gdy ktoś położył mu dłoń na ramieniu.
- Babcia? Ja…
Cholera, nawet nie usłyszał, kiedy otworzyła drzwi.
- No już, nie wykręcaj się. Nie potrzebuje twoich tłumaczeń. Swoją drogą, ciekawe przebranie.
Naruto zignorował przytyk.
- Co jej jest? – Wskazał na postać leżącą na łóżku.
- Jest w śpiączce. To… Cóż… Uraz, po ataku…
Blondyn przyjrzał się pięknej, kobiecej twarzy, którą okalały białe włosy.
- Nie rozumiem – sapnął z niedowierzaniem. – Przecież to Gobi! Pięcioogoniasty demon do jasnej cholery! I, że co? Że niby ktoś tak ją urządził, że wylądowała w szpitalu? We łbie mi się to nie mieści!
- Właściwie, to sama się tak urządziła.
- Chyba kpisz.
- Nie. – Tsunade pokręciła głową. W jej glosie wyraźnie pojawiło się zmęczenie. – Broniła… Kogoś. I Madara, on użył czegoś.
- Trochę tu dużo niedopowiedzeń, nie sądzisz?
- Naruto…
- A Kyuubi zapewne nie będzie zadowolony z takiej relacji – dorzucił blondyn mściwie.
- Czy ty mi grozisz? I to w dodatku dziewięcioogoniastym?
- No… - powiedział z wyraźnym ociąganiem. – Może troszeczkę.
- Dobra! To sharingan ją tak sponiewierał. Zadowolony? – warknęła, mrużąc wściekle oczy.
- Jak to? Kto?!
- No mówię, że Madara!
Naruto przygryzł dolną wargę. No tak, akatsuki dawno się nie odzywało. Nie mogło być tak pięknie i po prostu nie odeszli w cholerę, tylko najwyraźniej szykowali się na większą akcję. I pewnie Madara zdołał się już pozbierać po tym, jak konohańskie oddziały przerzedziły znacznie jego popleczników.
- Jak? Przecież to bijuu. Standardowy Sharingan na nią nie działa, a przecież ten bubek stracił swoje wypasione patrzały!
- Stracił jedno oko.
- Jeden pies! I tak nie powinien móc zrobić jej cokolwiek!
- Masz racje – westchnęła Tsunade, przecierając twarz dłonią. - Masz cholerną rację, ale najwyraźniej nie doceniamy mocy tego kekkei genkai. I wcale mi się to niepodobna. Zwłaszcza, że Madara ma plan na odzyskanie tego swojego cholernego oka. A skoro z jednym tak szaleje, to co dopiero wymyśli, jak będzie w pełni sprawny?
- Zaraz! A skąd ty takie wiadomości niby masz? Wydajesz się nad wyraz pewna tego co mówisz – zapytał podejrzliwie niebieskooki, zakładają ręce na ramiona. Z niemałą satysfakcją zauważył, że twarz Tsunade tężeje w grymasie niezadowolenia. – No już, babciu – jęknął, po dłuższej chwili milczenia kobiety. – No przecież mi możesz zaufać! To twojego informatora broniła Gobi, co nie? No kimże on jest?
- Myślę. – Zza kolejnego parawanu znajdującego się przy łóżku pięcioogoniastej rozległ się czymś przytłumiony głos. – Że dzieciak ma racje.
Naruto wciągnął gwałtownie powietrze.
Znał ten głos.
Słyszał go chyba tylko raz w życiu, jednak głęboko zapadł mu w pamięć.
Rzucił Tsunade niedowierzające spojrzenie.
Szybkim krokiem okrążył łóżko i stanął, przed lekko powiewającym materiałem. Najwyraźniej ktoś z drugiej strony stał przy otwartym oknie.
Blondyn odetchnął i delikatnie odsunął kotarkę.
- Itachi Uchiha.

środa, 3 sierpnia 2011

Rozdział II.IV

Dobry wieczór, tym razem! Tudzież noc :D
Otóż... Zmobilizowałam się ambitnie, ażeby zdążyć przed kolejnym wyjazdem (Woodstock wita! Niach, niach :D) i może niekoniecznie będzie dzisiaj ciekawie, ale zapewne dużo teorii zostanie przedstawionej ^ ^. Kwestię zwoju, jego dokładniejszej treści i sposobu odpieczętowania zostawiam na kolejne części ;) Aczkolwiek przyznam, że raczej dobre teorie snujecie na temat tego, co moja psychika ma do wyrażenia :D.

Deedwara: Niestety moje studia polegają na ślęczeniu przed kompem ==' Nóż, widelce, gdybym posiadała jakiś większy talent plastyczny, bym mogła tego uniknąć, ale cóż... Nie jest mi to dane i projekty wszelakie wykonuję przy pomocy komputerowej myszki. A to zajmuje za dużo czasu. Plus, że w sumie lubię ślęczeć przed kompem. Dzień długi w końcu! Do wieczora przed monitorem, a w ciemnościach na imprezy! :D Znaczy się ten... Nauka oczywiście! :D

Mechalice: Uroczy związek, naprawdę ^ ^. Powiem Ci, że właściwie postąpiłabym tak samo. Ach te zUe nałogi xD. Cóż, zawsze wyznawałam, że w związku bierze się full pakiet, bez możliwości wprowadzania modyfikacji. A przynajmniej bez obopólnej zgody ^ ^. I może dlatego słyszę teksty, że powinnam w końcu znaleźć faceta... (Jeżu drogi, dlaczego komuś miałabym tak życie niszczyć? xD)
A komentuj, nawet, jeżeli ledwo trafiasz w klawiaturę, przynajmniej jest większa szansa, ze nie znajdziesz mi błędów, przy których łapię się za głowę z epickim zawołanie: "Oł maj gasz, ja ja byłam w stanie walnąć aż takiego byka?! I ludzie to widzieli..." Nie no, żartuje. W końcu może się nieco podszkolę i nie będzie mi siara oddawać esejów z błędami na stronie tytułowej i zwalczę moje zaświadczone papierami dysortografie i inne pierdoły. A muszę się nieskromnie przyznać, że od kiedy publikuje swoje arcydzieła i ludzie mnie poprawiają, to przyuważyłam, że pomimo niezliczonej liczby literówek/błędów ort./braków przecinków/powtórzeń itp. widzę i tak znaczną poprawę w swojej pisowni!
A te dwa kilogramy z chęcią ci oddam. Może nawet więcej niż dwa... Kolejne wakacje i z diety nici xD A to wszystko przez te cholerne projekty, które przeciągają mi się na kolejny miesiąc! Wcinaj, wcinaj i se nie żałuj, skoro chcesz... Zwiększyć masę xD.
Moje dialogi dziękują za komplement i postarają się nie stracić nic ze swojej dowcipności i w ogóle, ale Irduś to stworzenie marudne/niedowartościowane/nietrzeźwe/introwertyczno-neurotyczne i dalej czuje się niedopieszczone ^ ^.
Ło jeżu, dobra już nie smęcę, bo zaraz moje odpowiedzi na komentarze będą dłuższe niż cała notka...

Daimon: Ja proszę wyjść z mojej głowy, bo pani przypuszczenia są za bliskie fabuły, którą mój móżdżek chce wprowadzić! xD Ja tu próbuję czytelnika zaskoczyć, ale widzę, że przy takich jak Ty to się za bardzo nie da! :D
I tak przy okazji: Uwielbiam Twoje opowiadanie. Już nawet zaczynałam komentarz pod nim pisać, ale oczywiście ja to ja, więc zaraz naszły mnie myśli w stylu "No weź daj spokój, co ty za głupoty piszesz, skoro to są bardziej twoje własne rozkminy, a nie opinia na temat tego, co czytasz!" I w efekcie spasowałam. Eh, ten głupi charakter...

Cóż... Dziękuję za wszystkie komentarze (chyba się uzależniłam) i zapraszam na kolejną (już IV!) cześć ^ ^. Aa i z powiadomieniami: Wybaczcie, musiałam chwilowo zmienić kompa i nie mam za bardzo czasu na instalację gadu-gadu i operacje z tym ścisło związane, więc jeżeli zajdzie taka potrzeba to upomnę się o zaglądnięcie na bloga w niedzielę ;D (To już ostatni raz taki numer, obiecuję!)

*** *** *** *** *** *** ***

- Saaasuke, no zrób coś!
- Yhm…
- Sasukeee, weeeeeź…
- Przymknij się w końcu, jestem zajęty.
- Ale…
- Och, no dobra, chodź tu marudo!
Z zadowolonym pomrukiem Naruto usadowił się między nogami czarnowłosego, pozwalając aby jego ręce spoczęły na jego ramionach. Przymknął z przyjemności oczy, kiedy dłonie Sasuke rozpoczęły powolny masaż. Spięte mięśnie zaczęły się powoli rozluźniać.
- Powinieneś zmienić profesję.
- Hm?
- Masażysta. Mówię ci, jesteś niesamowity.
- Taak? A wiesz, może masz rację.
- Ha, widzisz!
- Tyle kobiet i facetów, którzy sami pchają się, aby ich wymacać. Faktycznie…
Naruto milczał, a jego twarz przybrała wyraz szczerego oburzenia. On chyba nie mówił poważnie? Wcale nie o to mu chodziło!
- Głupek. – Szept Sasuke rozległ się tuż przy jego uchu, a jego ręce oplotły go w pasie. – Ale jak na razie do macania wystarczysz mi ty.
- Jeżeli to miał być komplement, to właściwie ci nie wyszedł.
- Mówisz?
Dłoń Uchihy chwyciła podbródek blondyna i nakierowała jego twarz tak, że spoglądali sobie prosto w oczy.
- Więc, jakby cię przekonać?
Naruto zacisnął gwałtownie powieki w oczekiwaniu na pocałunek. Który właściwie nie nadchodził. Usłyszał łagodny śmiech i po chwili poczuł usta Sasuke na swoim czole.
Zdziwiony otworzył oczy.
- Wiesz… - Czarnowłosy znowu szeptał. – Tak jest idealnie.
- Co?
- Ty, ja. Idealnie.
- Um…
- Choć tu, mój głupku…


Naruto zmarszczył brwi. Czuł się… Dziwnie obolały. I wybrakowany. Uniósł dłoń, aby przetrzeć oczy. A raczej spróbował ją unieść. Jęknął rozdzierająco i otworzył oczy, mrugając nimi zawzięcie.
- Gdzie… - zaczął skrzekliwym głosem, jednak nie zdołał dokończyć pytania.
- Masz. – Ktoś wcisnął mu pod usta szklankę z wodą, a czyjaś dłoń, przytrzymała go za kark, tak aby zdołał zaczerpnąć kilka łyków.
- Co się stało? – zapytał, pomimo, że jego głos wciąż brzmiał jak skrzypnięcie zardzewiałego zawiasu.
- Hm… Jakby ci to…
Uzumaki uniósł w końcu wzrok na swojego towarzysza.
- Kyu? Pojebczyło cię? Co ty tu robisz?! – wydarł się próbując usiąść, co chyba nie było najlepszym posunięciem, gdyż po chwili rozkaszlał się i opadł bezwładnie na poduszki.
Rudowłosy mężczyzna westchnął teatralnie i podkulił pod siebie jedną z nóg, które dotychczas swobodnie zwisały z taboretu na którym siedział.
- Też chciałbym to wiedzieć.
- Eee?
- Zrób mi tę przyjemność i idź spać, dobra? Sam dokładnie nie wiem, co się dzieję. A jak ten różowy potwór przyjdzie i zobaczy, że nie odpoczywasz, to mi się oberwie.
- Ale…
- Pogadamy, jak będziesz w stanie usiąść o własnych siłach. A teraz…
- A Sasuke?
- Co?
- Czy on…
- Ale z ciebie kretyn – w głosie Kyuubi’ego zabrzmiała irytacja. – Coś ci wyraźnie pieprzło w organizmie, tak, że właściwie o mało cię nie zabiło. Ledwo leżysz, próbując zachować przytomność i jedyne o czym jesteś w stanie myśleć, jest to, czy twój były kochaś rzeczywiście wszystkich wykiwał i zwiał?
- Kyu, to bo…
- To cię boli? A to, że ten szczeniak znowu zagrał na twoich uczuciach już jakoś nie?!
- Ja…
- A zamknij się.
W pomieszczeniu zaległa niezręczna cisza.
Naruto przełknął ciężko ślinę. On wcale… Nie chciał, żeby… Kurwa mać…
- Kyu…
- Czego? – odwarknął lis po dłuższej chwili namysłu.
- Prze… Przepraszam…
Rudzielec rzucił mu podejrzliwe spojrzenie, po czym odetchnął głęboko.
- Ten siwy… Kakashi, tak? –zaczął, bawiąc się pasemkami swoich włosów. – Miał racje. Uchiha zniknął.
- Och…
- Nie myśl o tym. Teraz mamy nieco poważniejszy problem. Musimy jakoś cię wykurować.

Naruto nie był zdatny do użytku przez jakieś dwa dni. W ciągu których to na przemian jadł i spał. Nie miał energii do wykonywania ambitniejszych czynności. Nie, żeby po owym czasie, nabrał jej specjalnie więcej, jednak stawało się to już nieco niepokojące. Zwłaszcza, że dziwny ból całego ciała wciąż go nie opuszczał.
Tak więc, bo dwóch dniach właściwie wyrwanych z życia, blondyn został zatargany przed oblicze Hokage, która nie wyglądała niewiele lepiej od Uzumakiego. Najwyraźniej miała ostatnio kilka nieprzespanych nocek.
- Co właściwie wiecie o chakrze? – zapytała, bez żadnych większych wstępów.
- No… Do tworzenia technik Ninjutsu się ją wykorzystuje, nie? – palnął Naruto, siadając na najbliższe krzesło. Miał dziwne wrażenie, że dłuższe stanie o własnych siłach nie wchodziło w grę.
- Ja jestem praktycznie zbudowany z samej chakry – dorzucił lis, w swoim mniemaniu, przydatnie.
Tsunade złapała się za głowę.
- Czego oni was uczą w tej akademii – mruknęła bardziej do siebie. Zmierzyła swoich gości, czyli Naruto i Kyuubi'ego, ponurym spojrzeniem i przeszła do wyjaśnień. – Jak dobrze oboje powinniście wiedzieć, charka powstaje na skutek połączenia dwóch rodzajów energii, w jaki wyposażony jest nasz organizm. Mianowicie: duchowej i fizycznej. Aby wykonać jakąkolwiek technikę shinobi musi doprowadzić do harmonii między duchem i ciałem. Dopiero wtedy możemy mówić o jakiejkolwiek produkcji chakry.
- No dobra. – Naruto potrząsnął głową, w nadziei, że to pomoże odzyskać mu ostrość widzenia. – Coś tam kiedyś Iruka marudził na ten temat. Ale na cholerę mi to teraz potrzebne? Przecież z czasem tworzenie chakry staje się tak naturalne, że właściwie robi się to automatycznie.
- Tego właśnie uczą ćwiczenia w akademii. Jako dzieciak, jest ci łatwiej przyswoić sobie tę umiejętność. Dlatego też bachory lądują w szkole już w tak młodym wieku.
- Jakaś ty urocza…
- W każdym razie – kontynuowała blondynka, nie reagując na przytyk. – Jest wielce prawdopodobne, że osobę dorosłą, a przynajmniej taka, która przeszła już przez okres dojrzewania…
- Hej, co to miało…
- Nie byłaby w stanie nauczyć się łączenia tych dwóch elementów.
- Dalej nie rozumiem…
- Byłaby to głównie wina organizmu, który samoistnie częściowo odrzucałby jedną z energii. Inaczej mówiąc, jedna z sił zawsze by dominowała, co spowodowałoby brak możliwości tworzenia chakry, a wręcz możliwe by było, że zostałaby ona kompletnie odrzucona.
- Chcesz powiedzieć, że dzieciakowi to się właśnie stało? Jego organizm odrzuca chakre? – zapytał lis, z cieniem powątpienia w głosie.
Przywódczyni wioski skinęła głową.
- To śmieszne! – warknął Naruto. Ta rozmowa wcale mu się nie podobała. – Niby jak to możliwe? Przecież ja używałem chary! Od gówniarza umiałem ją stworzyć, nie powiem, że nauka obyła się bez problemów, ale umiałem!
- Wiem! – sapnięcie Tsunade skutecznie go uciszyło. – Ale są jeszcze inne opcje. Najbardziej prawdopodobne wydaje się, że po prostu zaburzyłeś równowagę swoich energii.
- To niemożliwe!
- A jak wyjaśnisz to, że nie mogę wrócić do twojego ciała? – Cichy głos lisa wybił niebieskookiego z rytmu.
- To… Po prostu…
-Albo to, że ledwo chodzisz? O ile się orientuje organizm, tak jakby, uzależnia się od chakry. Używałeś jej, jak sam mówisz, od gówniarza, więc teraz twoje ciało nie potrafi się pogodzić z jej brakiem. I dlatego też boli cię niemalże każda cząsteczka ciała. W końcu siatka chakry oplata cały organizm.
- Skąd wiesz, że…
- Nie jestem głupi, Naruto. I pomimo, że w tej formie nie jestem w stanie czytać ci w myślach, to w marę łatwo potrafię odgadnąć co się dzieje w tym czymś, co nazywasz swoim mózgiem. I najwyraźniej nie dzieje się dobrze, skoro nikomu nie chciałeś się przyznać do tego, że ledwo wytrzymujesz z bólu.
- To prawda? – zapytała ostro Tsunade, wbijając w blondyna przeszywające spojrzenie.
Niebieskooki westchnął dyskretnie.
- Nie jest tak źle…
- Debil! Normalnie debil!
- Podejrzewam, że wystarczy nieco zredukować energię fizyczną, a powinno być lepiej – kontynuował lis. – Zdaje się, że to z siłą duchową masz problemy. Nic dziwnego, zawsze wiedziałem, że masz coś nie tak z psychom.
- Co? Ale dlaczego tak się stało! Nosz kuźwa…
- Twój kochaś…
- Co?
- Twoja reakcja, na ucieczkę twojego kochasia. To złamało twojego ducha.
- Co?! Nie prawda!
- Słuchaj, możesz się wypierać, ale twój organizm zareagował tak, a nie inaczej.
Naruto zagryzł wargi. Nie podobało mu się to. Nic, a nic.
- Ale – zaczął po chwili wahania. – To co teraz? Ja… Co, nie mogę używać chakry, tak?
- Poprawka: ty nie masz chakry. Ani krzty.
- Dobra, ale?
- Co, ale?
- No chyba można to jakoś naprawić? – warknął blondyn, zaciskając kurczowo dłonie. – No przecież nie będę zawsze taki…
- Jaki?
- Kalekowaty… - dokończył kulawo, wpatrując się we własne kolana.
- Naruto…
- I co ja niby mam teraz robić? Na dobrą sprawę jestem bezbronny i bezużyteczny! Jeżeli nie odzyskam chakry to równie dobrze mogę owinąć się w papier i wysłać do Akatsuki, aby tam mnie wykończyli, bo oni również pożytku ze mnie nie będą mieli żadnego!
Naruto podczas przemowy zerwał się z krzesła i nie było o najlepsze posunięcie. Świat na chwilę stał się nieco bardziej rozmazany, kończyny omówiły mu posłuszeństwa, a przed oczami pojawiły się dziwne, czarne kropki. Och, a gdyby nie błyskawiczna reakcja Kyuubi’ego, który przytrzymał go za ramiona, to doznałby bliskiego spotkania z podłogą.
Warknął do siebie, odtrącając ręce rudowłosego.
Nie chciał się tak czuć. Nie chciał być słaby.

Naruto padł na trawę, próbując złapać oddech. Już dawno się tak nie wymęczył.
- I?
- Miałeś racje – przyznał niechętnie. – Już mi lepiej.
- A jak z…
- Tak, tak, już nic mnie nie boli. Nie sądzisz, że to trochę śmieszne, że jeszcze niedawno ledwo trzymałem się na nogach, a żeby to zmienić pomogły mi twoje katorżnicze ćwiczenia? To tak jakby… Trochę nielogiczne, nie?
- A żeby w twoim przypadku logika działała poprawnie…
- Hej! Ja mówię poważnie!
- Ja też – sapną lis, siadając obok blondyna. – Mylisz pojęcia. Straciłeś chakre i przez to twój organizm nie domagał. Ale z drugiej strony posiadałeś za dużo energii fizycznej, co dodatkowo cię obciążało. Trzeba było jakoś pozbyć się tej siły.
- Jakie to cwane…
- To, że ty nie wpadłbyś na tak oczywiste rozwiązanie, nie znaczy, że wymagało ono specjalnego wysiłku myślowego.
- A zamknij się.
Na polu treningowym znowu zaległa cisza. Naruto pogrążył się we własnych myślach. Fakt, fizycznie czuł się lepiej. O wiele lepiej, bo teraz wstając nie miał wrażenia, że jego ciało jest zrobione z ołowiu. Ale psychicznie... Starał się w ogóle nie myśleć o wydarzeniach, które miały miejsce kilka dni wcześniej. Już i tak za bardzo przejął się tym wszystkim.
- Myślisz, że mi przejdzie? - zapytał po dłuższej chwili milczenia.
- Zależy, co masz na myśli.
- No... Ta chakrowa niedyspozycja.
Lis zastanowił się nad odpowiedzią.
- W teorii.
Naruto zamyślił się. Jakoś nie mógł sobie wyobrazić, aby było inaczej.
- Masz jakiś pomysł?
- Hm...
Blondyn spojrzał na niego z nadzieją. Tsunade w tej kwestii dawała marne szansę. Jednak zawsze jakieś. Ale jeżeli Kyu wpadłby na jakieś rozwiązanie, to z chęcią by z niego skorzystał.
- Mam pewną teorię.
- Więc?- ponaglił go niebieskooki.
- Emocjonalna konfrontacja.Czy jak to tam nazwiesz...
- Hę?
Lis odetchnął głęboko.
- Widzisz - zaczął, utkwiwszy wzrok gdzieś w dalekiej przestrzeni. - Chakre straciłeś, zaraz po tym, jak ten jonin powiedział ci o Sasuke, co wstrząsnęło tobą na tyle, że zachwiałeś równowagę między swoimi energiami.
- To już wiemy.
- Więc, myślę, że trzeba by było podnieść nieco poziom twojej siły duchowej, a dobrym sposobem na to, byłoby,gdybyś zmierzył się ze swoim kochasiem.
Naruto zmarszczył brwi. Nie spodobało mu się to, co powiedział rudowłosy.
- Zmierzył?
- Nie chodzi mi o walkę, dzieciaku. Przynajmniej nie w tym sensie...
- Masz rację - powiedział Uzumaki, zrywając się na nogi. Jakoś nagle załapał, co lis miał na myśli. W jego oczach zagościł błysk determinacji. - Masz cholerną rację! Znajdę tego dziadowskiego drania i nawtykam mu za to odpierdzielanie dziwnych rzeczy! O nie, tak się bawić nie będziemy! Jestem Naruto Uzumaki i nie pozwolę frajerowi nabijać się w butelkę!

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Rozdział II.III

Dzień dobry! :D
Między kolejnymi wyjazdami, melanżami, a robieniem projektu znalazłam nawet trochę czasu na napisanie czegokolwiek ^ ^. Część wstawiłabym już nawet wczoraj... Ale jakoś nie miałam siły go wrzucić i przejrzeć jeszcze raz. Eh, jeszcze zmarnowałam dobrą godzinę na odzyskanie wszystkich numerów gadulcowych, bo jakimś dziwnym sposobem mój wspaniały program przestał reagować na dostęp do internetu, co trzeba było naprawić przeinstalowując go po raz cholera wie który. Cóż, bywa. Tylko, że w końcu mogłabym zapamiętać te wszystkie badziewne hasła xD.

Machalice: Mało mi, o! I nie straszaj mnie żelastwem wszelakim bo się zamknę w sobie i... No... Jeszcze wymyśle jakaś krwawą i bolesną zemstę xD.
Właśnie mi przypomniałaś, ze mój wspaniały Stefan potrzebuje długiego, odstresowującego, oczyszczającego formata. Albo chociaż gruntownych porządków. Kurde, odkąd dorwałam kamerę, mój-częściowo-wynajęty komputer jest zapchany przez rzeczy co najmniej dziwne.
Pisz, pisz, nie ma opierdzielania się! Byle dużo i śmiesznie i dla mnie, niach niach niach xD. A nuż widelec, znów uda mi się napisać komentarz!
Choliera... Ja nie chciałam tak skrzywić Naruciaka, naprawdę! On tak sam jakoś... No dobra, przyznaje się bez bicia. Boru jedyny, zrobiłam z blondasa rozchwianą emocjonalnie nastolatkę, która usidliła faceta na ewer forewer i onli łi tugeder. Nie chciałam, naprawdę! Tak jakoś samo wyszło... Na swoje usprawiedliwienie mogę jedynie napisać, że to pewnie przez moich znajomych, którzy czasami zachowują się w ten sposób. Oni zawsze mieli na mnie zUy wpływ...

Deedwarda: Ja proszę uprzejmie o nieprzywiązywanie do krzeseł, i tak za dużo czasy spędzam przed kompem xD.

Dziękować za wszystkie komentarze ^ ^ I zapraszam na kolejną część :D

*** *** *** *** *** *** ***

- Sakura… Posuń tyłek…
- Spadaj, już zająłeś większość łóżka!
- Tylko kawałek…
- Odwal się.
- No proszszsz…
- Nie, weź... Ała! Naruto!
- Nooo…
- Ała, ała, lecę! AŁ!
- O jak miło.
- Zabiję cię, Naruto!
Uzumaki uchylił jedną powiekę i parsknął śmiechem.
Jego przyjaciółka posyłała mu właśnie jedno ze swoich morderczych spojrzeń i warczała. Z poziomu podłogi.
- Nie moja wina, że masz takie małe łóżko.
- Nie bądź bezczelny – mruknęła, podnosząc się i siadając na łóżku. – Żeś mnie całą noc spychał. I zabierał kocyk.
-Nie masz na to dowodów!
- Nie? A moje siniaki się nie liczą?
„Zamknijcie się, szczyle! Normalni ludzie jeszcze śpią o tej porze!”
„A spadaj.”
„Irytujące bachory.”
„Pyskaty sierściuch!”
Naruto uśmiechnął się w duchu.
I tak od tygodnia, budzili się wszyscy razem, wrzeszcząc na siebie niemiłosiernie i kłócąc się o byle pierdołę. To było takie… Normalne. I w gruncie rzeczy nawet przyjemne. Miło było wiedzieć, że kolejnego dnia, gdy się obudzi, Sakura spróbuje go oklepać, a Kyuubi obrzuci kolejnymi wyzwiskami.
Ostatnio potrzebował każdej formy stabilności.
- Jak się czujesz?
Coś ścisnęło serce Naruto, kiedy spojrzał w zielone oczy Sakury. Błyskawicznie odwrócił wzrok.
- W porządku.
- Naru…
- Nie, naprawdę. Jest już… Okej. Shika wspominał, że znalazł w centrum kawalerke i…
- Wiesz, że możesz ze mną mieszkać ile chcesz!
- Wiem, tylko… Ja chyba tego potrzebuje.
- Naruto…
- Wiesz – zaczął, siadając na łóżku. – Bo to chyba trochę za szybko się potoczyło. Wspólne mieszkanie i w ogóle. Chyba za dużo sobie wyobrażałem. I ja… nie chciałem…
Głos mu się lekko załamał, a Sakura już była przy nim, ciasno przytulając się do niego.
- Boli?
- Jak cholera – odpowiedział zduszonym szeptem. – Gdybym wiedział, że to tak boli… Nigdy w życiu nie pakowałbym się w ten związek.
- Nie mów tak, sam wiesz, że to nie jest prawda.
- Wiem, jednak… Sakurcia, gdybym nie był tak uparty, och no wiesz o co mi chodzi!
- Szczerze? – W głosie różowowłosej pojawiło się rozbawienie. – Nie mam najmniejszego pojęcia. Ale powinieneś wiedzieć, że zawsze będę przy tobie. Nie załamuj się, Naruto. Może to i puste słowa, ale wszystko jakoś w końcu się ułoży. Jeszcze będziemy się z tego śmiać.
- Oby, Sakurcia, oby…
Bo niespełna tydzień temu nie było im wcale do śmiechu.

- Naruto? Naruto, boże drogi, to ty?
Blondyn siedział pod ogrodzeniem, nie reagując na zawołania.
- Naruto?
Ktoś chwycił go na twarz, zmuszając go, aby spojrzał przed siebie. Ujrzał zielone tęczówki.
- Dlaczego tu siedzisz? Coś się stało? Coś z Sasuke?
Coś drgnęło w piersi blondyna, na dźwięk tego imienia.
- Ja… - zaczął, a głos nagle uwiąż mu w gardle.
Łzy zaszkliły się w kącikach jego oczu.
- Ja… On…
- Naru, proszę, wyduś to z siebie.
- Sasu… Sasuke – wydyszał z trudem. – On… On mnie… Nienawidzi…


- Koniec tego dobrego, śmierdzielu. Lecisz na trening, czy tego chcesz, czy nie!
Oh, no tak. Jakieś trzy dni temu Kakashi złożył mu propozycje nie do odrzucenia. W tym sensie, że powiedział, że ma pewną interesującą sprawę do obgadania, a jako, że Naruto zapewne będzie nią zainteresowany, to ma się stawić w określonym miejscu w narzuconym terminie bez szemrania. I tyle miał do gadania.
- Saaakura, proszę!
- Nie, nie, nie, mój drogi – krzyknęła dziarsko dziewczyna, wstając z łóżka. – Musisz się zacząć ruszać, bo ci kości zardzewieją!
- Saaakuu…
Różowa obróciła się błyskawicznie w jego stronę, przyszpilając go wzrokiem.
- Wstawaj – wysyczała – bo jak ja cię wstanę, to będzie boleć.
- Jesteś złem w najczystszej postaci – mruknął, ale zwlekł się z łóżka. Dobrze pamiętał, jak ostatnio potraktowała go dziewczyna, gdy za długo się wylegiwał. Metoda zawierała w sobie dużo przemocy fizycznej. – Idziesz ze mną?
- Pff, a co? Dopingu potrzebujesz? O nie, mam dyżur. No już, rusz się, bo się spóźnisz.
Chcąc nie chcąc, Uzumaki po jakiś dziesięciu minutach był gotowy do wyjścia, a po pięciu następnych siedział już na placu treningowym. I jak się można było spodziewać Kakashi się nie pojawiał.
- Zabije dziadygę – mrukną, po jakiś piętnastu minutach oczekiwania.
- Za cóż, me drogie dziecię? – odezwał się głos, tuż za jego plecami.
- Za całokształt. – Obrócił się, aby spojrzeć na swojego mistrza. – Spóźniłeś się.
- No popatrz, nie zauważyłem. – Jonin przewrócił oczami.
Naruto uniósł brew. Przyznał się? Tak bez dziwnych wykrętów?
- Ale popatrz lepiej, co twój wspaniały mentor ci przytachał! – zakrzyknął radośnie siwowłosy, mrużąc widoczne oko. Złożył dłonie w pieczęć, huknęło i z kłębów białego dymu wynurzył się zwój, który to Kakashi zręcznie złapał.
Brew Naruto powędrowała jeszcze wyżej.
- Co to?
- Zwój, mój wspaniały, aczkolwiek nieogarnięty uczniu.
- To widzę.
- Zwój, który będziesz musiał sobie przyswoić. Do następnego treningu, powiedzmy.
- Czekaj, że co? To dzisiaj…
- Tak, tak – przerwał mu siwowłosy. – Dzisiaj utniemy sobie małą pogawędkę i będziesz mógł iść do domu, aby zagłębić się w nauce.
- Zwariowałeś? – warkną blondyn. – Pomijając tą kwestię, że każesz mi czytać jakieś badziewia, to jeszcze kazałeś mi tu przyłazić z samego rana, tylko po jeden cholerny zwój? Nie mogłeś mi go podrzucić?!
- Hm… Nie.
- Ty… Och, dawaj to!
- E, nie tak prędko. – Kakashi błyskawicznie schował zwój za siebie. – Słuchaj, ta rzecz jest niezwykle ważna. I muszę ją zwrócić szybko i w nienaruszonym stanie. Inaczej obaj będziemy mieli przechlapane. I to porządnie.
- Szybko?
- Masz jakieś dwa dni.
- Boże drogi, Kakashi, przecież umiem czytać. I to nawet składnie i ze zrozumieniem…
- Hm… No tak. – Pomimo maski, dało się dostrzec, że mina jonina wyraźnie zmarkotniała. – Jest jednak małe „ale”…
- Dupa, nie ma małych „ale”. Zwłaszcza jak mówisz to słowo, to już wiadomo, że nie będzie małe. Gadajże o co chodzi, bo już i tak spierdzieliłeś mi cały dzień.
- Widzisz. – Kakashi z zamyślonym spojrzeniem obracał zwój w dłoniach. – To jest rzecz, która stanowi, że tak powiem, jeden z zabytków Konohy, chociaż nie ma więcej niż trzydzieści lat. Aczkolwiek, jakby to powiedzieć, nikt nie poznał treści, którą zawiera…
- Chyba sobie żartujesz – prychnął Naruto. – Niby skąd macie wiedzieć , że to ma jakąkolwiek wiek wartość? Pewnie to powieść miłosna jakiejś napalonej nastolatki.
- To zapiski czwartego hokage. Prawdopodobnie dotyczą Hiraishin no Jutsu.
- Chyba sobie żartujesz – powtórzył Naruto i z niemalże nabożną czcią odebrał zwój od swojego mistrza. Jego technika teleportacyjna była wzorowana na jutsu Yondaime. Jednak, tak szczerze powiedziawszy, blondyn ani o krok nie zbliżył się to perfekcji.
Bo jutsu Namikaze było… No cóż, właściwie nikt do końca nie wiedział jak działało. Było w końcu ścisłą tajemnicą jego twórcy. Polegało na szybkim przemieszczeniu się z miejsca na miejsce, ale nikt nie miał pojęcia, na jakiej zasadzie się to działo. Błysk i puf, jesteś na całkiem innym miejscu… A Uzumaki jedynie stworzył coś, co powierzchownie mogło przypominać ta technikę i przy okazji zżerało mnóstwo chakry.
- Sam widzisz, że…
- Zaraz – przerwał Kakashiemu – Skąd to masz?
- Hm… Powiedzmy, że pożyczyłem.
- Zwinąłeś to – powiedział z niedowierzaniem. – Zwinąłeś zwój z działów konohańskiej biblioteki, do których właściwie nikt nie ma wstępu!
- Być może – przyznał Jonin po chwili wahania. – Cóż, jeżeli to uraża twoje poczucie sprawiedliwości. To zawsze mogę odnieść to i zapomnimy o całej sprawie.
- Zwariowałeś? – Naruto przycisnął zwój do swojej klatki piersiowej. – W życiu! A przynajmniej nie dopóki go nie przeczytam. Dobra, skoro to wszystko, to ja już sobie pójdę, aby w jakimś uroczym zaciszu przyswoić sobie jego treść, dobrze?
- Myślę, że to nie będzie jednak takie łatwe.
- Jeżeli chodzi ci o moją umiejętność czytania, to…
- Chodzi o pieczęć – przerwał mu siwowłosy. – Na zwoju znajduje się jakaś cholernie upierdliwa pieczęć, której nikt nie zdołał przełamać. Dlatego jest zamknięty w bibliotece. W zasadzie nie ma z niego żadnego pożytku, bo przecież nikt nie zdołał go odczytać. Jednak nie można pozwolić, aby wpadł w niepowołane ręce.
- A co cię skłania do wysnucia tezy, że to moje ręce są odpowiednie? – warknął Naruto. Cała sytuacja zaczęła powoli działać mu na nerwy. – Słuchaj, dajesz mi jakiś dziwaczny świstek papieru, chociaż sam nie jesteś pewien, co się w nim znajduje i jeszcze mówisz mi, że na dobrą sprawę i tak go nie odczytam, bo jest zapieczętowany. I co ja mam niby z nim zrobić? Przerobić na papier toaletowy mogę, w najlepszym wypadku, ale chyba nie o to ci chodzi.
- Jako syn…
- Zamknij się – warknął blondyn, nawet nie siląc się na podniesienie głosu.
- Naruto…
- Nie, słuchaj… Nie zaakceptuje go jako swojego ojca, okej? Zostaw tą kwestię w spokoju.
Naruto zagryzł dolną wargę.
Nie wierzył w to.
Nie wierzył, że jego ojcem jest sam Minato Namikaze, chociaż inni uparcie tak twierdzili. Oczywiście dopiero wtedy, gdy postanowili wyjawić mu tą tajemnice. Co nie zmienia faktu, że ten temat starał się omijać szerokim łukiem.
- Dobra. – Kakashi uniósł dłonie w geście poddania. – Już nic na ten temat nie mówię. W każdym razie, chodzi o to, że właściwie to jesteś prawdopodobnie jedyną osobą na świecie, która jest w stanie to rozgryźć. To co?
Naruto zastanowił się przez chwilę. No cóż, ciekawość zwyciężyła nad niechęcią.
- Jasne. Zadajesz kretyńskie pytania. Myślę, że Kyu…
„Od Kyu to ja proszę wara.”
- … Mi z chęcią pomoże. W końcu jest obeznany w tych tematach.
„Już się tak nie podlizuj.”
„No prosz…”
Nauczyciel przyglądał mu się podejrzliwie, jakby dokładnie słyszał rozmowę, którą toczyli ze sobą Naruto i lisa.
- No to spierdzielaj mi z oczu, dzieciaku. Za dwa dni widzę cię tu, z odczytanym, zapamiętanym i naumianym zwojem, muszę zdążyć go oddać przed zmianą zabezpieczeń.
- Się robi, mistrzuniu! Raz, dwa to rozgryzę, nie bój nic!

- Nie, za cholerę tego nie rozgryzę – jęknął blondyn, waląc głową w blat biurka.
Już dobre kilka godzin siedział nad zwojem, który w dalszym ciągu pozostawał zapieczętowany. Źle, albo i jeszcze gorzej.
„Siedemnaście.”
„Hm?”
„Siedzisz siedemnaście godzin. I dwadzieścia dwie minuty, jeżeli cię to interesuje. Zdążyłem się dwa razy zdrzemnąć. A ty dalej siedzisz w ciemnej dupie.”
Wedle gustu Naruto głos lisa brzmiał zbyt radośnie.
„Bo miałeś mi pomóc, ty wyleniały pasożycie!”
„Przecież próbowałem.”
Uzumaki warknął mentalnie.
No tak, jeżeli wymacanie zwoju smużką pomarańczowej chakry i stwierdzenie, że nie wie się co to za cholerstwo go pieczętuje jest pomocą, to tak, lis pomógł mu niewyobrażalnie.
Blondyn miał nieprzyjemne wrażenie, że stoi cały czas w miejscu i marnuje czas.
„Popatrz na pozytywy, przynajmniej nie myślisz o swoim kochasiu.”
Naruto złapał się za nasadę nosa, przeklinając głupotę Kyuubi’ego.
„Dzięki, takiego kopa było mi trzeba.” Pomyślał sarkastycznie.
Zerwał się z krzesła wyrzucając w górę ręce, aby się trochę rozciągnąć. Nie był typem osoby mogącej usiedzieć dłuższy czas bez ruchu. Jednak teraz nie miał większego wyboru. I powili zaczynał się denerwować. Cholera, miał około trzydziestu godzin na to, aby odczytać ten pieprzony papier. I go zapamiętać.
Z pewnością nie potrzebował przypomnienia, iż od niedawna został singlem. Bez udzielenia swojej zgody.
- Nie spałeś całą noc? – zaspany głos wyrwał go z zamyślenia.
- Nie – odpowiedział i opadł na krzesło. – I nie mam pojęcia, co robić.
- Hm… - Sakura podeszła do biurka, chwyciła zwój w dłonie i przyjrzała mu się badawczo. – Wygląda normalnie. Jakby…
- Jakby żadnej pieczęci nie było, nie? – dopowiedział blondyn. – I właśnie to jest najgłupsze. Niby jak mam rozbroić blokadę, jak jej właściwie nie ma?
- Więc jak to w ogóle ma prawo działać?
- Nie mam najmniejszego pojęcia. Przynajmniej na razie.
- Cóż – zaczęła różowowłosa z wahaniem. – Muszę iść do pracy, ale jak wrócę, to z chęcią ci pomogę. Okej?
- Dzięki, Sakurcia.
- Spoko. W sumie, może urwę się szybciej. Dzisiaj dzieciaki z akademii przychodzą na badania krwi i właściwie to tyle do roboty. To się zbieram, a ty właściwie byś mógł się trochę kimnąć. Wyglądasz jak strach na wróble.
„Łatwo jej mówić.” Pomyślał Naruto, wiele minut po wyjściu dziewczyny. Nawet jeżeli bardzo by chciał zasnąć, to wiedział, że mu się to nie uda. Myśl o zapieczętowanym zwoju za bardzo by go męczyła i w efekcie ani by nie posunął się do przodu, ani też by nie wypoczął.
„Marudzisz.”
„Taka prawda! Sto razy bardziej wolałbym znęcać się nad dzieciakami w szpitalu, niż kisić na swoim miejscu! Ba! Nawet wolałbym, aby to mnie dźgali igłami, w celu pozbawienia krwi i… i…”
Zmarszczył brwi.
„I chyba właśnie wpadłem na rozwiązanie, Kyu.”

- Mam! Kakashi! Odczytałem to cholerstwo! Ogarniasz?! Jeżu, ty wiesz co tam jest?! Toż to skarb, przenajświętszy i wspaniały! I…
- Naruto…
- I właściwie wiesz, że moja technika w dobrym kierunku podążała? Brakuje mi tylko jednego elementu, ale słuchaj…
- Naruto…
- Wiesz w ogóle, jak rozgryzłem pieczęć? To taki banał, że też od początku o tym nie pomyślałem, a pieprzyłem się z tym dobra dobę. Słuchaj…
- Naruto!
- NO CO?! Kakashi, ja mam wrażenie, że ty mnie w ogóle nie słuchasz…
- Dzieciaku… - Jonin westchnął z rezygnacją. – Stało się coś, o czym właściwie…
- A tam – przerwał mu blondyn – zawracasz mi głowę pierdołami, a ja właśnie miałem ci mówić coś ważnego.
- Chodzi o Sasuke.
Młodszy mężczyzna momentalnie zamarł.
- Czy… Coś… Stało mu się coś?
- Z technicznego punktu widzenia? Jeszcze nie.
- Że co?
- On…
- Wyduś to z siebie – warknął, już wyraźnie zirytowany blondyn.
- Sasuke opuścił Konohe.
Narutowa brew powędrowała ku górze.
- Okeeej – powiedział Uzumaki, zachowując się tak , jakby wiadomość jonina w ogóle do niego nie dotarła. – Wracając do tematu…
- Czy ty rozumiesz, co się do ciebie mówi?
- Hm?
- Naruto, Sasuke uciekł.
- Znowu misja?
- Nie?
- Och, tak to się kroi. Nie chcecie mi znów powiedzieć, że to misja szpiegowska, czy coś w tym stylu? Spoko-loko, teraz…
- Naruto, nie tym razem.
- Dobra, mniejsza z tym. Wracając do tematu…
- Naruto! – w głosie siwowłosego zabrzmiała nuta irytacji. Mężczyzna złapał niebieskookiego za ramiona i potrząsnął nim gwałtownie. – Przestań pieprzyć o tym cholernym zwoju! Sasuke uciekł, rozumiesz?!
Blondyn spuścił głowę, wyrwał się z uścisku i cofnął kilka kroków, chwiejąc się nieznacznie. Między nimi zaległa cisza, którą po chwili przerwał Uzumaki.
- Nie wierzę ci – powiedział cichym głosem, wpatrując się w swoje buty.
- Naru…
- Nie wierzę ci! – wrzasnął, unosząc gwałtownie głowę, a w jego głosie pojawił się cień histerii. – NIE WIERZĘ!
Nagle, z dość głośnym trzaskiem obok niebieskookiego pojawiła się rudowłosa postać i w tym samym momencie Naruto… Zemdlał.

środa, 6 lipca 2011

Rozdział II.II

Uh, boli mnie kręgosłup ==
Dobra, zanim mykne na wieś, aby znowu rozpocząć swoją kurację alkoholową (oczywiście to wszystko w ramach tego, że zaczęłam mieć wakacje, nooo przynajmniej częściowo...) uda mi się chyba wrzucić kolejną część. A więc krótko i treściwie: dziękuję za komentarze i zapraszam do czytania kolejnej części :)

Deedwarda: Jeszcze się kuruje = = Masakra, już drugi tydzień chyrlam. Ale co w tym dziwnego, skoro leczę się zimnym browarem xD. A z sesją to ja się męczyć będę do końca lipca niestety (i wbrew pozorom nie jest to sesja poprawkowa!). Jeden cholerny wpis mi został...

Mechalice: Ej, ej, a co to za przytyki?! xD Się wyspałam w końcu, to i za pisanie się zabrałam, a co ^ ^. I ja poproszę komentarz długo treściwy, wysmażony, z lekką nutą pochwały, o! :D
Ciesze się, że się ucieszyłaś, tudzież, że ucieszyła się Twoja grypa. Chyba, że Twoja grypa nie lubi moich opowiadań i dawała Ci po prostu znaki, żebyś odlazła od komputera i znalazła niewolnika do zrobienie herbaty. Ot, w ramach kuracji.
Ja się truje grYpeksem, bo to jedyne coś antygorączkowe, co mam w domu. Znaczy, trułam się. Teraz, pomimo kichańska, kaszlańska i ogólnego nieczucia się inwestuje w alkohol. W końcu mam namiastkę wakacji, więc trzeba z nich korzystać! :D
Zdrowiej szybciorem :)


*** *** *** *** *** *** ***

- AGHHHRRR – warknięcie Naruto przerwało nocną ciszę. Od dobrych kilku minut krążył po salonie, nie mogąc znaleźć sobie żadnego sensownego zajęcia. W końcu opadł na kanapę, przyciskaj dłonie do twarzy i próbując się uspokoić.
- Dosyć tego!
Zerwał się z kanapy i, chwytając po drodze kurtkę, wybiegł z mieszkania.
„I niby gdzie lecisz?”
„Nie wiem. Ja muszę go znaleźć, nie wytrzymam psychicznie, jeżeli Sasuke zaraz się nie pojawi.”
„Okej, ale gdzie go znajdziesz?”
Blondyn zatrzymał się gwałtownie.
„Ja… Nie mam pojęcia.”
Był w kropce.
Nie widział Sasuke, od kiedy ten zostawił go pod prysznicem. I wcale mu się to nie podobało. Fakt, miewali kłótnie. Jak każda normalna para w końcu! No może nie tak całkiem normalna… Ale, do cholery, co też sobie Uchiha wyobrażał zostawiając Uzumakiego samego na kilka godzin! Jeżu drogi, czy to był taki problem porozmawiać i chociażby spróbować wyjaśnić sobie wszystko?
I może to niebieskookiemu odbiło, że próbował się wcisnąć w misje Sasuke. Może nie powinien tego chcieć. Ale od dłuższego czasu Naruto miał dziwne wrażenie, że jego partner się od niego izoluje. W tej sytuacji to chyba normalne, że próbował to zmienić. W końcu Uchiha był pierwszą w życiu osobą, która tak naprawdę zagościła w jego życiu. Nie chodzi tu o osoby typu Umino, Sakura czy Tsunade. Traktował ich jak rodzinę, to prawda, ale to właśnie Sasuke zagościł w jego sercu na tyle, że… Że ciężko to wyrazić słowami.
Ha! A teraz zostawił go z nie lada problemem i najwyraźniej nie miał zamiaru niczego wyjaśniać w tej kwestii. Naruto dobrze zdawał sobie z tego sprawę, że zachował się szczeniacko. Może i nie powinien próbować zwrócić na siebie uwagę takimi niebezpiecznymi zagraniami, no ale co miał robić?
„Kyu, co teraz?”
Lis milczał jak zaklęty.
No tak, cholerna ryża kita nigdy nie potrafiła odezwać się, gdy to było potrzebne. Co innego, gdy chodziło o to, ażeby komuś dogryźć…
- No proszę, proszę, a któż to postanowił wynurzyć się z domu?
- Kakashi – mruknął Naruto, obracając się ku głosowi. – Nie bądź bezczelny, to ty zazwyczaj jesteś na tyle leniwy, że dniami potrafisz gnić we własnym łóżku.
- Może i tak. – Wzruszył lekko ramionami. – Co nie zmienia faktu, że ostatnimi czasy przejąłeś moją rolę.
„Dobrze prawi!”
„A zamknij się.”
- Czyżby problemy w raju? – zapytał Kakashi, mrużąc radośnie widoczne oko.
Naruto skrzywił się wyraźnie.
- Nie rozumiem, co masz na myśli.
- Nie udawaj – prychnął wyraźnie rozbawiony jonin. – Zawsze, kiedy wraca Sasuke, to po was obojgu nie ma śladu życia, przez co najmniej trzy dni.
- Ja… - Blondyn zaczerwienił się intensywnie. Jasna cholera, jak niby miał zaprzeczyć najprawdziwszej prawdzie?
- Naruto, przecież nikt cię nie obwinia. Pomyśl sobie tak, że część tych singli-nie-z-wyboru czuje się cholernie zazdrosna, bo nie miała w życiu tyle szczęścia by mieć z kim przetestować wytrzymałość swojego łóżka, wanny, kuchennego stołu, czy też prysznica…
„Mwahaha!”
O ile to było możliwe Naruto zaczerwienił się jeszcze bardziej.
Cholerna wzmianka o cholernym prysznicu!
- Możemy zmienić temat? – wysapał przez zaciśnięte zęby.
- A co, trafiłem to o…
- Zamknij się, Kakashi, bo za siebie nie ręczę!
- Dobra, dobra! – Siwowłosy zaśmiał się. – Już się tak nie gorączkuj. Powiedź lepiej, gdzie tak pędziłeś jeszcze przed chwilą.
- Eee… Szukam…
- Szczęścia?
„Bigosu?”
„Co?”
„Głodny jestem…”
„Jesteś demonem, Kyu, nie odczuwasz głodu.”
„Co nie zmienia faktu, że coś bym zjadł.”
- Sasuke – powiedział po chwili wahania. Nie było sensu ściemniać przed Kakashim, że wszystko jest w porządku. – Szukam Sasuke.
- O?
- Pokłóciliśmy się – przyznał niechętnie. – Chociaż w sumie tego nawet kłótnią nazwać nie można. Wściekł się dziad, nawrzeszczał na mnie i poszedł w piździec.
- O, tak kompletnie bez twojej winy?
- Nooo… Słuchaj, może tak niekoniecznie bez mojej winy, ale Sasuke też nie jest święty w tej kwestii! Jestem niemalże pewien, że coś go dręczy i to coś…
- Niemalże? A po czym to niby wnioskujesz?
- Zachowuje się inaczej! – warknął blondyn, mrużąc wściekle oczy.
Siwowłosy nie odpowiedział od razu. Zamiast tego, z wyraźnie zamyśloną miną podrapał się po czuprynie.
- Mówisz?
- Nie, kurwa, tak sobie podśpiewuje! Skoro twierdzę, że jest jakiś dziwny, to jest!
- Nie, żeby kiedykolwiek był normalny…
„Nie, żebyś i ty był do końca normalny. Och, no chyba właśnie dlatego tworzycie taką uroczą parę.”
- Widzisz, Naruto, być może po prostu nie znałeś Sasuke w tej scenerii?
- Jakiej znowu pierdzielonej scenerii?! I, że co? Że niby ty znasz go lepiej?!
- Hej, spokojnie! – Kakashi uniósł dłonie, aby mu przerwać. – Nie o to mi chodziło. Słuchaj, po prostu zarówno ty, jak i Sasuke wpakowaliście się w pierwszy w swoim życiu poważny związek. Skąd wiesz, że taki nie jest jego charakter po prostu?
- Nie wierze w to!
- Jeżu, to takie straszne, że Uchiha jest trochę mniej idealny, niż to sobie wyobrażałeś?
- Nie wierze w to – zaczął Naruto, a coś w jego wzroku wyraźnie stwardniało. – Że nie byłby w stanie mi zaufać.

„I to nawet bardzo. Kocham cię, kretynie.
Ja ciebie też, draniu.”

„Dzieciaku…”
Naruto siedział zwinięty w kłębek, opierając się ciężko o drewniany pal.
Znajdował się właśnie na polach treningowych i w najbliższym czasie najwyraźniej nie miał zamiaru się stamtąd ruszyć. Rozmowa z Kakashim… Zdołowała go.
„Powinno padać.”
Westchnął, wciskając nos w rękawy swojej kurtki.
„Do kurwy nędzy, powinno padać…”
„Dzieciaku…”
„Kyu, ja nie rozumiem. Dlaczego to wszystko jest takie posrane?”
„A gdybym to ja wiedział.”
„Czy miłość nie wiąże się z zaufaniem? Przecież… Kyu, nie można kłamać w takich kwestiach. Przecież… Sasuke nie mógł kłamać, nie potrafiłby, aż tak udawać, nie? A zresztą, po co?”
„Wiesz…”
„Nie, nie wiem. I to mnie najbardziej wkurwia. Ja… Nie ma sensu tu siedzieć.”
„Nie ma. Zresztą, zaczynasz mówić dziwne rzeczy.”
„Więc…” Westchnął ponownie, wstając. „Czas iść.”
„Gdzie?”
„Do domu, Kyu.”
„A Sasuke?”
Blondyn zacisnął zęby i nie odpowiedział. Nie miał pojęcia, co powinien zrobić. Ale uganianie się po całej wsi też nie miało większego sensu.
„Miejmy nadzieje, że już wrócił.”
Wolnym krokiem ruszył w kierunku swojego… Tak, domu. Już dawno ustalili z Sasuke, że zamieszkają razem w posiadłości Uchihy. A blondyn dosyć szybko przyzwyczaił się do tej myśli. I być może wszystko potoczyło się za szybko. Ale co miał na to teraz poradzić?
„Może niepotrzebnie się tym przejmuję.”
„To przestań smęcić.”
„Wcale nie smęcę!”
„Jasne. O, a spojrzałbyś w lewo, to może i coś ciekawego byś ujrzał.”

„Co…”
Naruto obrócił głowę i niemalże w tym samym momencie zastygł w bezruchu.
Bo właśnie z baru wynurzyła się postać czarnowłosego drania. I to najwyraźniej bardzo wstawiona postać.
- Sasuke! – wrzasnął blondyn, niemalże piskliwym głosem.
W jednej chwili zalała go fala niesamowitej ulgi, jednak… Coś w spojrzeniu Uchihy powstrzymało go przed rzuceniem się w ramiona czarnowłosego i wygarnięciu mu tego, że musiał się zamartwiać.
Obojętność.
Naruto przeszły dreszcze.
Kiedy był dzieckiem, nienawidził, gdy ludzie spoglądali na niego z widoczną wzgardą. Nie do końca rozumiał, dlaczego wzbudzał wśród mieszkańców przerażenie i niechęć. Jednak pośród tych wszystkich odczuć, najbardziej nie mógł znieść, gdy go ignorowano. Kiedy przeżywał chwile smutków, rozpaczy, czy też wściekłości, a jedyną reakcją otoczenia była chłodna obojętność.
Może i dlatego jako dzieciak wyprawiał dziwaczne rzeczy, aby zwrócić na siebie uwagę. Co chyba zostało mu do dziś.
- Sasu, gdzieś ty się szwendał? – powiedział łagodnym tonem, podchodząc do niego. – Wiesz jak się martwiłem? Choć – wyciągnął dłoń w jego kierunku. – Idziemy do domu.
Przez chwile miał wrażenie, że mężczyzna odtrąci go. Jednak po kilku sekundach wahania palce czarnowłosego splotły się niepewnie z jego własnymi.
W nozdrza uderzył go delikatny zapach alkoholu.
„Coś jest nie tak…”
- Słuchaj, ja…
- Pogadamy w domu.
„Ja… Kyu…”
„Zabrzmiało groźnie.”
„Boję się.”
„Nie pękaj, dzieciaku.”
Do posiadłości dotarli w kompletnej ciszy. Blondyn wszedł pierwszy przez drzwi i stanął w ciemnym korytarzu.
Miał wrażenie, że jego serce przestało bić.
Bał się. Okrutnie bał się, chociaż sam do końca nie wiedział czego.
- Sasuke… - zaczął, obracając się ku swojemu partnerowi. I zamarł.
Uchiha stał dwa kroki za nim i wpatrywał się w niego tym chłodnym, obojętnym spojrzeniem, jakie Uzumaki ujrzał już pod barem.
- Czy… Coś się stało? – zapytał niepewnie, podchodząc bliżej.
- Nie.
Głos czarnowłosego nie zdradzał żadnych emocji.
- Sasuke, ja przepraszam – powiedział, wtulając się w jego sylwetkę. Poczuł się raźniej, pomimo tego, że Uchiha nie odwzajemnił gestu. – Słuchaj, wiem, że się wściekłeś, ale zapomnijmy o sprawie, okej? To… Już się nie powtórzy. Tylko proszę…

„Kocham cię, kretynie.”

Usta Sasuke miażdżą jego własne w brutalnym pocałunku.
Oczy blondyna rozszerzają się z zaskoczenia.
„Coś jest nie tak...”
Myśli półprzytomnie, mimowolnie rozchylając usta.
Pocałunek jest… Inny niż wszystkie.
Przesycony zapachem alkoholu i zwyczajowym smakiem Sasuke. Coś w tym połączeniu niezmiernie podniecało Naruto, jednak z drugiej strony…
„Coś jest…”
Kiedy w końcu się od siebie odrywają, ledwo mogą złapać oddech. Naruto zamglonym wzrokiem wpatruje się w twarz kochanka.
- To ostatni – mruczy Sasuke, zagłębiając ręce w przydługich blond kosmykach, a Uzumaki nie ma najmniejszego pojęcia o co mu chodzi. – Ostatni raz.
Ich usta ponownie łączą się w pocałunku, jednak tym razem łagodniej, jakby spokojniej i pewniej.
- Ja, Sasuke… - Oddech Naruto jest krótki i urwany.
- Ostatni…
- O co…
Słowa giną w kolejnych pocałunkach.
- Kocham cię, Sasuke.

„Kretynie.”

Ciało Naruto boleśnie uderzyło o ścianę, gdy został gwałtownie odepchnięty przez Uchihe.
- Sasuke? – zapytał się blondyn, a w jego głosie czaiła się niepewność. – Sasuke, o co chodzi?
- Wynoś się.
- Co?
- To co słyszysz, masz się wynosić.
- Ale…
Uzumaki oderwał się od ściany i stanął naprzeciwko czarnowłosego.
- Sasuke, co się dzieje?
Uchiha westchnął z widoczną, wręcz pokazową irytacją.
- Nie rozumiesz co do ciebie mówię? Masz się wynosić z mojego domu. Teraz.
- Sasuke…
Naruto wyciągnął dłoń w kierunki czarnowłosego, jednak ten odtrącił ją, wbijając w jego oczy pogardliwe spojrzenie.
- Kurwa, wynoś się! Nie chcę cię więcej widzieć, nie rozumiesz?
- Ale, Sasu…
- Nienawidzę cię, Naruto.

„Kretynie.”


W następnej chwili, nawet nie wiedząc kiedy, Naruto ląduje za drzwiami.
„Kyu… On…”
Chwiejnym krokiem wychodzi na ulicę, ledwo zdając sobie sprawę z tego, gdzie się znajduje.
„Kyu…”
Oparł się o najbliższy płot, chowając twarz w dłoniach.
„To się nie stało.”
„Naruto…”
„To się nie dzieje naprawdę.”
„Naruto!”
- Nie, proszę, kurwa… To nie jest prawda! – krzyczy, kuląc się pod ogrodzeniem.

„Nienawidzę cię, kretynie.”

Z nieba nie spadła ani jedna kropla deszczu.

sobota, 2 lipca 2011

Rozdział II.I

Doberek ^ ^
Kurde, właśnie robię coś głupiego. I będę tego zapewne żałować w niedalekiej przyszłości. A mianowicie: Wrzucam rozdział kolejnego twora, który niekoniecznie zostanie zakończony. Pożyjemy, zobaczymy! Aczkolwiek mam nadzieję, że uda mi się zmobilizować, nawet jeżeli potrwa to lata, a co! xD
Cóż, kolejna historia, wbrew wcześniejszym zapowiedzią, nie jest, aż tak oderwana od poprzednich. Ponieważ jest to swoista kontynuacja mojego pierwszego opowiadania ^ ^. Miałam tego nie robić. Nie kontynuować opowiadania na taką skalę jak zamierzam w tym momencie... No ale, do jasnej ciasne, brakuje mi tego. Brakuje mi pisania i czytania komentarzy i zaczynam za tym tęsknić jak cholera xD.
W ramach wyjaśnień: Ten rozdział początkowo zapowiadał się jako miniaturka nawiązująca do wcześniejszej historii, ale po przeczytaniu wczorajszego rozdziału mangi jakoś mi wpadł do głowy inny pomysł i wyszło jak wyszło xD. Wiec... Podejrzewam, że ta część będzie nieco oderwana od innych, ale przy odrobinie szczęścia w kolejnych wrócę na właściwy tor ^ ^. Ok, nie marudzę więcej, zapraszam do czytania ;)

*** *** *** *** *** *** ***

„Czy ty jesteś psychiczny?!”
„Oj, przymknij się! Nie widzisz, że próbuję…”
„Przeżyć?”
- Cho…lera! - warknął, przylegając płasko do drzewa.
Było źle, było bardzo, bardzo źle.
I wcale nie chodziło o to, że kręciło mu się we łbie i ledwo stał na nogach. To akurat był najmniejszy problem. Gorzej, że zaraz go dorwą, a wtedy… Wtedy jego życie nie będzie już takie kolorowe. O ile w ogóle będzie można mówić o jakimkolwiek życiu.
Naruto westchnął wewnętrznie. Boże, przecież zabiją go, jak nie uda mu się ukryć.
„Bo jakbyś siedział spokojnie na dupie, to by nie było żadnego problemu! Ty głupi dzieciaku, dlaczego nie mogłeś po prostu…”
„Bo nie, a teraz przymknij się i daj mi spróbować nie dać się złapać, okej?”
„Głupi, irytujący bachor! Jesteś niepoważny! Słuchaj dzieciaku, ja rozumiem, że…”
„Zamkniesz się w końcu? Nie...”
- Naruto… - Złowrogie warknięcie rozległo się tuż koło ucha blondyna.
Uzumaki wrzasnął, odskoczył od pnia, coś najwyraźniej przeskoczyło mu w organizmie i… Zemdlał.

- Ał, ał, aaaaał! Jeżu, Sakuuura, trochę kobiecej delikatności!
Różowowłosa zacisnęła usta w wąską kreskę, spojrzała na niebieskookiego z rządzą mordu w oczach i powróciła do przerwanej czynności.
Nie odzywała się do niego. Calusieńki dzień przeprowadzała na Uzumakim wszelkiego rodzaju badania, testy i cholera wie jakie jeszcze dziwaczne rzeczy, a nie wypowiedziała w kierunku blondyna ani jednego słowa. I używała igieł. Brutalnie i bez ostrzeżenia. Co niebieskookiemu w żadnym stopniu nie odpowiadało i osobiście czuł się zraniony.
Oh, lis też się na niego obraził, Tsunade również, a także Kakashi krzywił się patrząc na niego. I niby o co im wszystkim chodzi?!
- AŁA! TO ZROBIŁAŚ SPECJALNIE! – wrzasnął, zrywając się ze szpitalnej kozetki, kiedy zranienie na plecach zapiekło dotkliwie. Posłał dziewczynie wściekłe spojrzenie. To, że się do niego nie odzywa, wcale nie znaczyło, że może się nad nim znęcać!
- Siadaj na dupie i się tak nie podniecaj – warknęła. – Może, jeżeli byś chociaż raz zastosował się do moich zaleceń, nie musiałabym się babrać w twojej krwi, bo wdało ci się jakieś pieprzone zakażenie. Wiec, z łaski swojej, przymknij jadaczkę i nie denerwuj mnie, bo przez zupełny przypadek mogę pousuwać ci co ważniejsze organy.
- Ale… - pod wpływem karcącego spojrzenie dziewczyny, Naruto pokręcił tylko głowa i ponownie usadowił się na szpitalnym łóżku. Przygarbił się i wbił posępne spojrzenie w swoje własne dłonie.
Co właściwie zrobił nie tak? Przecież… Nie naraził nikogo na niebezpieczeństwo, po prostu wykonywał swoją misję, a to, że wszystko się skomplikowało, to przecież nie jego wina!
„Nie?”
„Oh, wszechmocny Kyuubi postanowił się do mnie odezwać, czymże zasłużyłem na taką łaskę?”
- AŁA! – wydarł się, kiedy kolejna igła ponownie wbiła się w jego ciało. - Zwariowałaś?!
- A zamknij się – sapnęła dziewczyna. – Skończyłam, ale…
- No w końcu – warknął, zrywając się z łóżka. – Nie mam zamiaru siedzieć tu ani chwili dłużej!
Zrobił krok do przodu i… Wypieprzył się, gdyż nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Spojrzał na nie z przerażeniem, a następnie jego wzrok przeniósł się na Sakurę.
- Coś ty mi zrobiła? – wysapał z wysiłkiem.
- Ale posiedzisz sobie spokojnie w szpitalu, aż w końcu twoje rany się zagoją. Mam dość tego, że w kółko leczę te same zranienia, bo nie dajesz im się w spokoju zasklepić. Nie widzisz, że nawet lis już nie daje rady cię łatać?
- Nie masz prawa mnie tak traktować!
- I tu się mylisz, mój drogi – warknęła, kierując się ku wyjściu. – Jestem medykiem, pieprzonym medykiem, który dla dobra pacjenta może przetrzymywać go wbrew jego woli! Zażalenia kieruj do Tsunade. Żegnam tym czasem, mam ciekawsze rzeczy do roboty, niż użeranie się z takim niedojrzałym bachorem jak TY!
I wyszła. Trzaskając donośnie drzwiami i nie oglądając się na rozpłaszczonego na podłodze Naruto.
Blondyn westchnął przeciągle, opierając czoło o chłodną posadzkę.
- Byś mi chociaż pomogła wwlec się na łóżko – mruknął, z powątpieniem spoglądając na swoje stopy. Nie, wciąż za cholerę nie mógł nimi poruszać.

Jakiś czas później Naruto leżał, wciskając głowę pod poduchę, starając z całych sił ignorować szpitalny zapach. Było mu źle. No, ale przynajmniej już nie musiał rozkładać się na podłodze, tylko zajmował nieco wygodniejsze od niej wyrko.
Szelest przewracanych kartek odwrócił jego uwagę od ponurych rozmyślań.
- Kakashi – jęknął blondyn, obracając głowę w stronę mężczyzny, który siedział nieopodal jego łóżka. – Nie musisz mnie pilnować.
- Yhm.
- No i właściwie, to mógłbyś pogadać z Sakurą. Już się naprawdę lepiej czuję. A jakbym ładnie obiecał, że nie ruszę się z domu, to…
- To pewnie byś nie dotrzymał słowa – wtrącił siwowłosy przewracając kolejną stronę. - Nie, żeby mnie to w jakimkolwiek stopniu zdziwiło.
- Hej! A to co niby miało znaczyć?! – oburzył się Uzumaki, podciągając się na łokciach.
- To co słyszysz. – Kakashi z westchnieniem zamknął książkę i spojrzał z powagą na swojego byłego ucznia. – Dzieciaku…
- Nie jestem dzieckiem! I nie rozumiem, dlaczego wszyscy tak mnie traktujecie!
- Nie? No to rzeczywiście jesteś tępakiem. Słuchaj, myślałem, że jeżeli już między tobą, a Sasuke wszystko się ułoży, to skończy się z tymi ryzykownymi akcjami, a chyba zacząłeś odpieprzać jeszcze bardziej.
- Nie moja wina…
- Jakoś zawsze to nie twoja wina, że misje się komplikują. To już jest męczące, Naruto. Jeżeli nie jesteś w stanie pomyśleć o sobie, to zastanów się nad tym, jak inni przeżywają twoje cotygodniowe wypady do szpitala.
- Ale… - Uzumaki zamilkł, nie wiedząc co dalej powiedzieć. Nie chciał, żeby inni się o niego martwili. Jednak… Sam nie wiedział, co miał odpowiedzieć na takie zarzuty.
- Ale co, Naruto? Widzisz, sam nie potrafisz się odszczekać, co zazwyczaj jednak przychodziło ci z łatwością. Psia mać, Uzumaki, odwala ci i to równo. I nikt nie ma pojęcia o co ci znowu chodzi.
- No bo… - zaczął blondyn, poczym zacisnął usta w wąską kreskę i ponownie wcisnął głowę w poduszkę. A żeby on sam wiedział, czemu to zawsze pakuje się w kłopoty. No dobra, może miał o tym małe pojęcie, ale za cholerę się do tego nie przyzna.
- Jestem ciekaw, czy sam Sasuke będzie zadowolony po raz kolejny odbierając cię ze szpitala – mruknął Jonin, ponownie otwierając swoją książkę.
- Zaraz, ale… Że co? – Naruto spojrzał na niego ze zdziwieniem. – Przecież ma misję, wróci dopiero za tydzień. Nie będę tu przecież gnił tyle czasu!
- Nie, nie będziesz. – Siwowłosy spokojnie przerzucił kolejną kartkę. – Z tego co się orientuję, to wrócił wcześniej.
- Wrócił? Ale, że jak to tak wrócił?! JUŻ? – Niebieskie oczy spojrzały na niego z przerażeniem. – Przecież on nie może zastać mnie w szpitalu!
- Mówisz? No to trzeba było pomyśleć o tym wcześniej.
- Kakashi – jęknął blondyn. - Ty nie rozumiesz! Ja naprawdę nie mogę tu zostać. Boże drogi, przecież ten drań mnie zabije, jeżeli mnie tu znajdzie. Proszę, proszę, pomóż mi! Już nigdy więcej nie wyląduję w szpitalu, ale błagam, zabierz mnie stąd teraz!
- Myślę, że mógłbym nawet – zaczął Jonin, spoglądając na Uzumakiego. W jego oczach błysnęły złośliwe iskierki. – Ale chyba nie za wiele ci by to dało w tym momencie.
- Co? Czemu? No dajże spokój…
- Naruto, ty młocie…
Blondyn, z lekką obawą zerknął w kierunku zrezygnowanego głosu. Poczym, po raz kolejny, wcisnął nos w poduchę.
No to miał przekichane.
W drzwiach stał Sasuke.

Naruto czuł się co najmniej jak kretyn.
Nie, żeby to była jakaś nowość.
Ale w ten jakże uroczy słoneczny poranek, poczuwał się do wyglądania jak kretyn, z jednej zasadniczej i ważnej przyczyny.
Mianowicie takiej, iż był niesiony głównymi ulicami wioski. Niósł go Sasuke.
I wszystko może by i było w porządku, gdyby czarnowłosy się nad nim zlitował i po prostu wziął go na plecy. Ale nie, tak łatwo to w życiu przecież mieć nie mógł.
W ramach jakiejś dziwacznej zemsty Uchiha przerzucił go sobie przez ramię niczym worek kartofli. Tak więc Naruto miał wspaniałą okazję popatrzeć, jak za plecami Sasuke, chmara dzieciaków wytyka go palcami, nabijając się przy tym bezczelnie.
Żyć, nie umierać po prostu…
- Sasukeee – jęknął po chwili. – No weź już daj spokój! Narobiłeś mi siary, możesz już… No bo ja wiem… Ponieść mnie jakoś normalniej? Skoro już musisz to robić, to przynajmniej nie tak widowiskowo, co?
Czarnowłosy nie odpowiedział.
A Naruto, z braku możliwości wykonywania większych ruchów, nadął policzki i sapnął z irytacją.
„Ten też się nie odzywa. No ja pierdziele…”
„Sam jesteś sobie winien.”
„Kyu…”
„Tak, wiem, zamknij się. Już to mówiłeś.”
„Nie, po prostu cieszę się, że chociaż ty się zacząłeś normalnie odzywać.” Blondyn westchnął dyskretnie. „Już mnie męczy to wszystko.”
„Jak już wspomniałem: sam jesteś sobie winien, czyż nie?”
„Może troszeczkę.”
„Dzieciaku…”
„No rozumiem no, ale nie widzisz, że muszę sporo…”
„Nic nie musisz. Wkręcasz ze dziwne rzeczy, a potem lądujesz po swoich ryzykownych akcjach w szpitalu.”
„Bo ja chcę…”
„Doskonale zdaję sobie co chcesz osiągnąć. Co nie zmienia faktu, że źle się do tego zabierasz.”
„A spadaj. Nie będę słuchał rad od sierściucha, który nigdy nie miał swojego życia osobistego!”
„No to mnie zabolało…”
„Serio?”
„Nie, pomyślałem, że milej ci się zrobi na sercu, jeżeli tak powiem.”
„A spadaj, ty…”
- AŁA! Ludzie, delikatniej z kaleką! – wrzasnął, gdy został niekulturalnie umieszczony na kanapie. Mianowicie, Sasuke zrzucił go na nią.
Podczas rozmowy z lisem dotarli już do posiadłości Uchihy.
-Chyba umysłową – syknął przez zaciśnięte zęby czarnowłosy, obrócił się na pięcie i zniknął w głębi domu. Po kilku sekundach do uszu Naruto dotarł szmer prysznica.
Niebieskooki westchnął cierpiętniczo, z pozycji półleżącej podciągnął się do siadu i spuścił nogi na podłogę. Cóż, musiał jakoś przebłagać drania, aby przestał się na niego wkurzać. A to pewnie nie będzie łatwe.
Spróbował poruszyć palcami u stóp. I udało mu się.
„Hm… Czyli to dziwne coś, co zastosowała na mnie Sakura, przestało działać.”
Czym prędzej zerwał się z kanapy i potruchtał do łazienki. A tam, zanim Sasuke zdążył się zorientować, wskoczył pod prysznic, wtulając się w plecy czarnowłosego.
- Co ty…
- Cicho – przerwał mu blondyn, wzmacniając uścisk. – Siedź cicho i nie obracaj się.
- Zamoczysz sobie ubranie.
- I co z tego – mruknął. – Słuchaj, ja… Naprawdę przepraszam.
Niebieskooki oparł czoło o mokre plecy Uchihy.
- Nie miałem pojęcia, że to się tak skończy. Widzisz, bo tamte buraki mnie zaskoczyły. Nie spodziewałem się, że jeden z tych rzezimieszków był członkiem ANBU, bo skąd miałem wiedzieć? A nawet jeśli, to gdyby nie te jego głupie pomagiery, to dałbym sobie radę, przecież dobrze o tym wiesz. I tylko dlatego mnie poobijali, ale i tak w końcu ich rozwaliłem, nie? Ha, dzięki mnie kolejne oprychy trafiły tam, gdzie ich miejsce.
- Dlaczego nie poprosiłeś lisa o pomoc?
„Bom jest niegodzien jego wspaniałości.”
„Jasne.”
„Istnieje też druga opcja, że po prostu jesteś kretynem. Oh, zgadłem?”
- Bo… - zaczął, usilnie ignorując lisa. – Ym… Widzisz, ja chciałem sam. No bo… No, kurde, Sasuke! Bez jego pomocy też potrafię sobie poradzić. Przyznaj racje, że potrafię! Jestem dobrym shinobi, byś mógł… Ja chciałbym… A zresztą nieważne.
Blondyn oderwał się od jego pleców i już chwytał za kotarkę, kiedy Uchiha pociągnął go za kołnierz uniformu, przycisnął do ściany i nachylił się nad nim, wbijając w niebieskie tęczówki zirytowane spojrzenie.
- Coś ty znowu sobie wymyślił? – warknął czarnowłosy.
- Eee… Wiesz – wyjąkał Uzumaki, oblewając się rumieńcem. – Jakbyś nie zauważył, jesteś nagi. To trochę… Krępujące prowadzić rozmowy, kiedy jedna ze stron nie ma na sobie majtek.
- Och, tak?
- Hej! Zaraz, nie to…
Blondyn sapnął, kiedy mokra dłoń wsunęła się pod jego koszulkę, a druga, zabrała się za rozpinanie kamizelki. Przymknął oczy i wydal z siebie przeciągłe westchnięcie. Nie wiedzieć kiedy, część jego ubrań zniknęła, tak, że teraz stał pod prysznicem w samych spodniach.
- Sasuuu, ja…
Znowu nie zdołał dokończyć myśli, gdyż czarnowłosy zabrał się za obsypywanie jego brzucha drobnymi pocałunkami.
W magiczny sposób został również pozbawiony ów spodni. I majtek.
- To chyba wyrównuje szanse, hm? – cichy szept wdarł się do ucha blondyna.
- Ty dra… - Naruto otworzył gwałtownie oczy. Twarz Sasuke znajdowała się zaledwie kilka centymetrów od jego własnej. Te cholerne usta były tak blisko. W głowie Uzumakiego zakołatała tylko myśl o upragnionym pocałunku.
- Naruto?
- Hm? – mruknął półprzytomnie, w dalszym ciągu przekazując Sasuke telepatyczną wiadomość. Czarnowłosy chwycił go za podbródek i oparł głowę o czoło Uzumakiego, tak, że ich nosy lekko się stykały.
- Co żeś znowu wbił sobie do tego pustego łba?!
„No i romantyczny nastrój szlag jasny trafił.” Pomyślał mało radośnie, próbując odepchnąć czarnowłosego. Skubany drań się jednak nie dawał i skończyło się tylko tym, że zdołał obrócić twarz tak, iż nie wlepiał oczu w jego usta, co dawało mu chociażby minimalną możliwość koncentracji na skleceniu zdania.
- A weźże daj mi spokój. Jesteś durniem i tyle.
- Naruto – w głosie Sasuke pojawiło się zrezygnowanie. – Wybacz, nie umiem czytać ci w myślach. Sam tego też żałuje, bo naprawdę chciałbym poznać motywy twoich dziwacznych działań.
- Bo ja nie rozumiem – jęknął Uzumaki, zakładając ręce na ramiona. Na jego twarzy pojawił się wyraz buntu.
- Czego?
- Dlaczego nie możemy wykonywać wspólnych misji? – zapytał w końcu blondyn, wgapiając się bezmyślnie w słuchawkę od prysznica. Zabawne, teraz woda była zakręcona, a on nawet nie zdawał sobie sprawy od kiedy. – Przecież jestem jednym z lepszych shinobi! Nie zawadzałbym ci, więc dlaczego?
- Zaraz, ale co to ma wspólnego z twoim lądowaniem w… - Uchiha zamilkł gwałtownie.
„Ups.”
„Ojej, czyżby twój kochaś się zdołał połapać w twojej dziwnej psychice?”
„Kyu, wiedz, że jeżeli zaraz zginę, to obarczam winą za to tylko i wyłącznie ciebie.”
- Uzumaki. – Gdyby można było zabijać głosem, to blondyn właśnie zaliczyłby zgon. – Wyjaśnij.
- Bo ja… - zaciął się. Po chwili postanowił postawić wszystko na jedną kartę. – Bo chciałem ci pokazać, że sam również potrafię wykonywać niebezpieczne misje! I co z tego, że od czasu do czasu ląduje w szpitalu? Wielkie mi halo, każdemu się zdarza! A sam musisz przyznać, że jestem dobry! Dlaczego akurat ty tego nie widzisz?! Czy to taki problem, żebyśmy razem wykonywali zadania? Przecież byłbym użyteczny!
Najwyraźniej przemowa niebieskookiego nie zrobiła na czarnowłosym większego wrażenia i spowodowała skutek całkiem odwrotny, niż spodziewał się Uzumaki.
- Ty kretynie. Ty totalny kretynie!
Wrzask Sasuke pozostał w uszach Naruto, nawet, kiedy Uchiha opuścił łazienkę, pośpiesznie owijając się ręcznikiem.
„Dziaciaku?”
„Hm?” Blondyn bezmyślnie wlepiał wzrok w drzwi pomieszczenia. Wciąż stojąc pod prysznicem.
„Przegiąłeś tym razem.”
„Najwyraźniej Kyu. Najwyraźniej.”

niedziela, 24 kwietnia 2011

"Mój dzień" część IX

Jeżu drogi, już tak męczę ten rozdział, że naprawdę mogłabym go w końcu skończyć xD.

Więc, powiem tak: Studiowanie jest złe. Złe i niemoralne. A przynajmniej takich kierunków jak mój. Ostatnie trzy tygodnie spędziłam na ślęczeniu po nocach, które czasami kończyło się o 13 po południu po zakończonych zajęciach. Po tygodniu życia wyłącznie kawą i projektami mój organizm... zaczął się buntować xD. Muszę wymyślić nowy sposób na utrzymywanie się w stanie "nie-spania", który nie zawiera w sobie kofeiny...
A teraz próbuje wszystkie te nocne godziny odespać i w końcu przerzucić się na system dzienny. Co mi kompletnie nie wychodzi xD.
I piszę kolejną część. Co mi idzie lepiej ^ ^.

Mechalice: Kiciuuuś <3 Jakiż on pięęęękny! A taaaaa mordka! Idealnie ujęłaś w słowach to, co wyraża xD. Niach, niach, ustawie go sobie na tapetę <3.
Zostaw tą kawe! Kawa jest zUa! Po 5 kolejce kawy, o 7 rano, współlokatorka stwierdziła, że jestem wcięta... Nie moja wina, że zaatakowały mnie moje własne buty! I szafa... I łóżko... Oj tam, nie ważne. Kawa jest po porostu zUa, nie wnikaj dlaczego. I to wcale nie ma nic wspólnego z tym, że idąc na uczelnie prawdopodobnie mruczałam do siebie coś w stylu "Ładne kwiaaatki, ale ładne. Łoo, a jakie mam buciki śliczne i sukieneeeczke". A już na samej uczelni moje myśli zajęło wyliczanie najszybszej trasy do pierwszego lepszego WC, kiedy to nadmiar ów napoju chciał chyba samoistnie opuścić mój organizm.
Hm... FARTUCHszop, dla zdesperowanych, ze słit różowym szyldem reklamującym <3 Mrrr... Tak, to zapewne to magiczne miejsce zaopatruje naszych bohaterów w ich urocze wdzianka. Pewnie Uzumaki tam też znajduje swoje pomarańczowe dresy :D.


*** *** *** *** *** *** ***

"To twój dzień, Naruto. To twój dzień."

Ściskasz w dłoniach w dłoniach czerwony materiał togi, zapatrując się przed siebie.
Tak, to twój dzień.
Dzień, na który czekałeś całe swoje życie.
Będziesz Hokage. Nie...
Jesteś już Hokage. Jedyne, co jeszcze pozostało to oficjalna prezentacja, przed mieszkańcami Konohy. Już nic, nie jest w stanie odebrać ci twojego spełniającego się marzenia.


- Naruto? Wszystko gra?

- Hm? - Blondyn spojrzał z roztargnieniem na Tsunade, która właśnie pojawiła się w pomieszczeniu. - Ta... Myślę, że tak.

Kobieta podeszła do Uzumakiego i potarmosiła go po blond kosmykach.

- Ciesze się, że się zgodziłeś - powiedziała z uśmiechem.

- A czemu miałbym się nie zgadzać - mruknął pod nosem, próbując uratować jakoś swoją fryzurę. - No patrz, co żeś zrobiła.

Kobieta spojrzała na niego z uwagą.

- Lepszym pytaniem by było: dlaczego miałbyś się zgadzać?

Naruto westchnął.

- Widzisz... - zaczął po chwili wahania. Uśmiechnął się delikatnie. - Kto weźmie w garść tę wiochę, jak nie ja?

- Głupek. - Tsunade włożyła mu na głowę kapelusz. - I że też to ja będę prowadzić przysięgę takiemu...

- Zaraz, zaraz - przerwał jej niebieskooki. - Jak to, ty? Przecież według tradycji, przecież poprzedni Hokage powinien...

- Jak nie patrzeć, to kiedyś to była moja funkcja.

- Wiesz, że nie o to mi chodzi - prychnął. - Szanowny Uchiha nie ma na tyle godności, żeby spojrzeć mi prosto w oczy?

Naruto zacisnął dłonie w pięści.

To było takie... głupie z jego strony.

Nie widział Sasuke od pobytu w wiezieniu i właściwie z tego powodu było mu źle.

Powinien być zadowolony. Powinien... No właściwie sam nie wiedział, co powinien. W każdym razie oczekiwał, że po tym wszystkim Sasuke zrobi "coś".
Matko kochana, cokolwiek!

Sytuacja nie została wyjaśniona w żadnym stopniu, a Naruto ów wyjaśnień oczekiwał. Jedyne, czego zdołał się dowiedzieć, to to, że właśnie Uchiha wstawił się za nim, dzięki czemu został oczyszczony z zarzutów. I to, że czarnowłosy wytypował go na swojego zastępce na stanowisku.

No w takim wypadku chyba miał prawo oczekiwać szczerej rozmowy, czyż nie?!

Chociaż po dłuższym zastanowieniu Naruto chciał tylko... Chciał go zobaczyć.
Z jakiś irracjonalnych, nielogicznych dla niego powodów, chciał ujrzeć oblicze tego czarnowłosego drania i... Improwizować.

- Jeszcze mi powiedź, że nie pojawi się dziad na ceremonii to chyba padnę - mruknął pod nosem, ściągając kapelusz i niedbale rzucając go na krzesło.

Tsunade nie odpowiedziała.

Blondyn łypnął na nią podejrzliwie.

- No chyba se żartujesz?! - warknął. Sam nie wiedział czemu, ale zaczynał się denerwować. Chyba po prostu miał nadzieje, że chociaż dzisiaj zdoła go zobaczyć. - To już jest niepoważne!

- Dlaczego w ogóle tak bardzo ci na tym zależy? - W brązowych oczach dało się ujrzeć błyski irytacji. - Naruto, to przez niego wylądowałeś w więzieniu!

- To nie... - Blondyn zająknął się. - To wcale nie tak...

- A jak niby? No jak? Uchyl rąbka teks swojej cholernej tajemnicy, żebym chociaż mogła spróbować zrozumieć, dlaczego tak go zaciekle bronisz?!

"Dlaczego, Naruto? Dlaczego go bronisz?"

- Ja... - zaczął niepewnie. - To nieważne...

- Dla kogo to nie jest ważne? Wykańczasz się dzieciaku i jeżeli z czymś nie potrafisz sobie poradzić, to dlaczego nie poszukasz pomocy u innych? Nie mówię tu tylko o sobie, ale...

- Poradzę sobie - prychnął. - Nie dzieje się nic, z czym miałbym sobie nie poradzić!
- Mam taką nadzieję, bo jak niby masz sobie dać rade z problemami Kobohy, skoro ze swoimi średnio ci idzie?

Blondyn z wrażenia rozdziawił usta.

- To... To był chwyt poniżej pasa - sapnął, po dłużej chwili milczenia.

- Kto jak kto, Naruto, ale ja w ciebie wierzę. Więc nie pozwól się zmieniać jakimś pierdołom.

- Babciu... - Uzumaki przymknął oczy i pomasował dłonią skroń. - Ja po prostu... Kurwa mać, powiedz mi tylko, dlaczego Uchiha nie pojawi się na ceremonii.

Zadawał sobie sprawę, że w tym momencie kierowało nim pełne zaślepienie niewiadomo jak naiwnymi pobudkami, ale musiał to wiedzieć. Musiał!

- Naruto...

- Nie, nie każ mi tłumaczyć. Sam nie wiem, dlaczego w ogóle mnie obchodzi, co się dzieje z tym draniem. Ale po prostu muszę wiedzieć! Babciu, proszę...

- Dobrze.

- Hm? - Blondyn zmarszczył brwi.

- Dobrze, powiem. Ale co wtedy zrobisz? Co da ci ta wiedza? Jesteś o krok od spełniania swoich marzeń, czy znowu chcesz to wszystko zaprzepaścić?

- Co masz na myśli? Dlaczego niby miałbym...

- On opuszcza Konohe.

Naruto otworzył usta, tylko po to, aby je po chwili zamknąć. Jego brwi powędrowały ku górze, a niebieskie oczy wpatrywały się w była hokage z dozą niepewności i zdziwienia.

- Że co? - wydukał ze zdziwieniem.

- Sasuke złożył rezygnacje z funkcji i za porozumieniem ze starszyzną opuszcza wioskę.

- Co masz na myśli? - Naruto za nic nie chciał przyjąć do wiadomości tego, co jasno usiłowała mu przekazać Tsunade.

- To co mówię - warknęła kobieta, łapiąc go za ramiona. - Słuchaj, nic na to nie poradzisz, to jego decyzja, z którą w sumie nie powinieneś chcieć mieć nic wspólnego, więc daj sobie siana i zacznij porządnie przygotowywać się do tej cholernej przysięgi, dobra?!

- Babciu... - Niebieskooki odsunął delikatnie jej ręce i cofnął się o krok. Pokręcił głową, pozwalając, aby blond kosmyki zasłoniły mu oczy. - Ja... Chyba muszę zrobić coś, co spotka się z twoją dezaprobatą.

"Dlaczego, mój drogi? Dlaczego?"


Czarnowłosa postać wolnym krokiem zmierzała właśnie ku głównej bramie.

Widział ją.

Coraz wyraźniej.

Coraz bliżej.

- Nie! - wrzasnął niemalże histerycznie, ciasno przylegając do jej pleców. - Nie rób tego.

- Czego, Naruto? - zapytał Sasuke głosem wypranym z emocji. Nie obejrzał się na blondyna, nie odtrącił jego dłoni, ale też nie przyciągnął go bliżej do siebie. Nie zrobił niczego.

- Nie zostawiaj mnie.

Z ust Uchihy wydobyło się prychnięcie.

- Jesteś idiotą.

- Wiem.

- Kretynie, miałeś spełnić swoje marzenie.

- Wiem.

- Mogłeś mieć wszystko, czego kiedykolwiek pragnąłeś.

- Wie... A to akurat nie do końca prawda - mruknął, wciskając noc w szyje czarnowłosego, jednocześnie wieszając się na nim, ciasno oplatając ciało Sasuke rękoma i nogami.

- A czego ci niby brakowało do pełni szczęścia? - W głosie Sasuke pobrzmiewała irytacja.

- Ciebie.

- Mnie?

- Ciebie.

- Jesteś idiotą.

- Już to mówiłeś.

- Dlaczego, Naruto? - zapytał Sasuke, odczepiając kończyny Uzumakiego od swojego ciała, aby po chwili spojrzeć mu prosto w oczy.

Blondyn pokręcił głową, którą po chwili wahania oparł o klatkę piersiową Uchihy.
- Dlaczego, Sasuke? - wyszeptał po chwili milczenia. - Dlaczego znowu chcesz mnie opuścić? Na ile lat tym razem?

- Nie... Ja... - Czarnowłosy zaciął się. - Skrzywdziłem cię. Nie chciałem, żebyś musiał mnie oglądać. Ja... Chciałem, abyś...

- Kretyn. - Naruto chwycił dłoń drugiego mężczyzny, ciasno splatając na niej palce.

- Ja...

- Nie - przerwał mu. - My. Oboje jesteśmy kretynami. Oboje boimy się tego, co możemy do siebie czuć. Dlatego się krzywdzimy. Boimy się nieznanego, a który z nas kiedykolwiek zaznał miłości?

- Miłości?

- Obawiam się, że tak - odpowiedział, z delikatnym uśmiechem na ustach.

- I kiedy niby żeś to niby wymyślił?

- Dzisiaj. Widzisz, rozmowy z Tsunade bywają inspirujące.

- Kretyn - sapnął czarnowłosy, chwytając Uzumakiego za podbródek, tak, aby móc spojrzeć w niebieskie tęczówki.

- To już ustaliliśmy.

- Ale mój kretyn.

- Tak - wyszeptał Naruto, wplatając palce w ciemne kosmyki Sasuke. - Twój.

"Dlaczego, Naruto? Dlaczego?"

"Bo to mój dzień. Bo to w końcu jest mój dzień..."

*** *** *** *** *** *** ***

To ten... Koniec moi drodzy ^ ^. A przynajmniej tego opowiadania. Mam nadzieję, że się podobało.
Mam kilka pomysłów na następne historie, ale... Cóż, czas, czas i jeszcze raz czas :). Coraz ciężej jest mi znaleźć chwile, które mogę poświęcić na wklepywanie w worda kolejnych zdań. Nie powiem, że tego nie lubię. Bo lubię, jednak studia zaczynają dawać mi się we znaki, a muszę też znaleźć czas, na inne rzeczy, takie jak spokojne opierdzielania się przed telewizorem :D.
Dziękuje za Wasze komentarze. Naprawdę się cieszę, że moja radosna twórczość spotyka się z Waszą aprobatą i cóż... No to tyle, dziękuję jeszcze raz i zapraszam na przyszłe notki, które dotyczyć już będą całkiem innych historii i, które mam nadzieję, że w ogóle uda mi się jeszcze kiedykolwiek napisać :)
Wesołych Świąt Wam życzę,
Pozdrawiam serdecznie, do szybkiego usłyszenia,
Irdine.