Dobszsz, w ramach podzięki ( i lekkiego szantażu) za MadaIr, ach, mój Madarrra:*
Tego MadaIr: http://kaszalotowa.livejournal.com/2275.html
MinaPico, dla Pico :D
(Dla niewtajemniczonych: może lepiej... Cóż, czytacie na własną odpowiedzialność xD)
*** *** *** *** *** *** ***
STADION LOVE STORY
Gliwicki stary stadion nie zachęcał do odwiedzin. A przynajmniej nie wydawał się odpowiedni na rodzinne, niedzielne spacery, do których tak ochoczo zachęcają gigantyczne bilbordy majaczące na niemalże każdym rogu ulicy. Nie. Na stadionie familia nie znalazłaby takich rozrywek jak w galeriach wypełnionych markowymi sklepami, czy też hipermarketach wyrastających na obrzeżach miasta.
Ciekawe zajęcie, prawda? Któż przecież nie lubi buszować po wyprzedażach wszelakich? Jednak do tego przydałaby się rzecz zwana pieniędzmi, a pieniądze, jak wiadomo, ulotne - wręcz nieuchwytne, zwłaszcza dla biednego, poczciwego studenta.
Dlatego, czyż nie lepiej wyściubić z portfela, z konta, czy od sąsiada, kilka złotych, pognać do sklepu po nie-aż-taką-tanią-flaszkę, ewentualnie zapitkę do niej i raczyć się widokiem cudownego gliwickiego nieba, siedząc na porośniętej trawą kiedyś-trybunie? Bo obecnie trybuną ciężko byłoby cokolwiek na stadionie nazwać. Może to z tego prostego względu, że po za wszechobecną trawą, tu i ówdzie wyrastały rozłożyste drzewa, widniały głębokie dziury, wręcz czekające na to, aby ktoś nieświadomy - bądź lekko wstawiony - zaginął w ich odmętach, a gdzieniegdzie pojawiały się wąskie strumyki, tworzące na środku dawnej murawy coś na kształt bajorka. Zamieszkiwanego przez gliwckie kaczki, które ochoczo korzystały z uroków miejsca.
Powracając jednak do tematu: gliwicki stary stadion nie zachęcał do odwiedzin. A przynajmniej nie pewne grupy społeczne. Wyróżniającą się w tym tłumie zgrają, która na stadionie chętnie przebywała, byli studenci. Ot, poczciwa grupa młodych dorosłych, żyjąca od stypendium do stypendium, czerpiąca przyjemność z uroków jak najtańszego życia. I alkoholu. Dużych ilości, często podejrzanego, nie zawsze legalnego alkoholu.
- Kisame - zajęczał przystojny blondyn, z wyraźną troską spoglądając na dzierżoną w dłoni butelkę. O litości, na pustą butelkę! - Skończyła się! - wystękał, nieco żałośnie, przenosząc spojrzenie z przedmiotu, na swojego przyjaciela i współlokatora jednocześnie.
A jego przyjaciel nie wyglądał dobrze. Znaczy... Na co dzień prezentował się lepiej, pomimo niebieskich włosów i dziwacznych szlaczków wyrysowanych na policzkach czarną kredką do oczu - a to tylko niektóre z jego charakterystycznych dziwactw. Należałoby tu również wymienić niezdrową obsesję na punkcie ryb i koloru niebieskiego. Cóż się dziwić, indywidualista po malarstwie musiał w jakiś sposób odreagowywać złośliwość losu, która skierowała go na Politechnikę Śląską w Gliwicach. A może nie tyle złośliwość losu, co złośliwi rodzice, którzy dosyć mieli syna leniwca bez porządnego wykształcenia. Ech, ci rodzice...
Tak więc Kisame, nieco dziwny facet, wylądował w Gliwicach, w których to dziana rodzinka wykupiła mu jedno z mieszkań w uroczej kamienicy. Kisame czuł się nieco samotny w swojej kwaterze, więc postanowił załatwić sobie współlokatora. I tak po tygodniu, w tej samej kamienicy wylądował Minato - ów chłopak, który obwieścił właśnie pustość butelki.
Blondyn westchnął smętnie. A Kisame mu nie odpowiedział. Cóż się dziwić, po kolejnej flaszce czterdziestoprocentowego trunku, był w stanie tylko leżeć i snem próbować pozbyć się spożytego alkoholu.
To ciężkie mieć najtwardszy łeb wśród znajomych. Teraz Minato będzie musiał albo zatargać kolegę do mieszkania, albo poczekać, aż ten otrzeźwieje na tyle, że będzie sam w stanie ustać i przejść te kilka ulic. Że też nie mogli schlać się w mieszkaniu...
Niebieskie oczęta spoczęły na jednej z kaczek, która właśnie z finezją wzleciała w powietrze, aby opaść na kałużę, która rozpościerała się kilka metrów przed powstałym bajorem.
Poczeka, postanowił po chwili wahania. Przecież nie będzie tachać niemalże nieprzytomnego ciała po głównych ulicach. To mogłoby być źle odebrane przez mieszkańców miasta. A po za tym, siedzenie na starym stadionie miało wiele plusów. Chociażby ten, że nie musiał ślęczeć nad zaległymi projektami, a siedzenie w domu jakoś niejednoznacznie mu się z tym kojarzyło.
A gdyby tak, natchnęła go myśl, coś w życiu zmienić?
Może to te procenty, które tak ochoczo spożył z Kisame, a może zaczynał dorastać, ale to zdanie pojawiło się między jego zwojami mózgowymi i za cholerę nie chciało ich opuścić. Bo ileż to można chlać, robić projekt, spać na wykładać, znowu chlać i tak w kółko, i w kółko... No właściwie to można, i to długo.
Wplątał palce w złote włosy tarmosząc je w roztargnieniu.
- Ale co? - zapytał sam siebie.
Kisame w odpowiedzi mlasnął, sapnął pod nosem i obrócił się do niego tyłkiem.
Ot, przyjaciel, pomyślał smętnie blondyn, schlać się to zawsze, ale doradzić to już nie ma kto.
Tak więc Minato został samotnie, z własnymi myślami, wiedząc, że coś trzeba zmienić, ale nie wiedząc co. Ciężkie życie studenta...
Rozejrzał się w rozterce po niszczejącym stadionie, poszukując inspiracji. Ale ani kaczki, ani drzewa nie dały mu odpowiedzi. Nie udzieliła też jej, znajdująca się kilkanaście metrów dalej, grupa pierwszaków, namiętnie próbująca doprowadzić się do stanu, w jakim aktualnie znajdował się Kisame. I już chciał się poddać, gdy w oddali, tuż nad głównym wejściem na murawę zamajaczyła mu sylwetka ludzka. Zmrużył oczęta, chcąc się przyjrzeć jej dokładniej.
Zamarł.
Bo oto wiedział, że to "ONA".
"ONA" - ta jedyna, ta na którą czekał. Miłość jego życia, matka jego dzieci.
I ciul, że nie widział jej twarzy.
- KISAME! - wrzasnął radośnie, tak głośno iż głos jego echem potoczył się po stadionie, powodując, że spokojne dotychczas kaczki poderwały się do lotu. A niebieskowłosy kolega się nie poderwał. Tylko zachrapał donośnie. - Kisame, schlana ściero! Wstawaj!
- Eee? - wystękał niedoszły artysta, po kilku sekundach, kiedy to Minato natarczywie potrząsał go za ramie. - Pszesztań...
- Co?
- Przesz...Tań. Bo szygne...
Blondyn czym prędzej odskoczył od kolegi, bardziej domyślając się, niż rozumiejąc, co ten chciał mu powiedzieć. Jednak nie było czasu nad roztkliwianiem się nad tą kwestią!
- Słucha, ty się ogarnij. A ja lecę. Zaraz wrócę. Dobra?
- Hee?
Jednak Minato nie zwracał już na niego uwagi, tylko pognał po trybunach, z gracją omijając wszelkie dziury, w "JEJ" kierunku. A "ONA" zeszła już z podwyższenia nad wejściem i najwyraźniej kierowała się ku wyjściu ze stadionu, bo jej sylwetka zniknęła mu właśnie z widoku. Blondyn więc biegł, na złamanie karku, niesiony na skrzydłach miłości, aby przyjrzeć się jej pięknej twarzy z bliska jednak...
Dziewczyna zniknęła.
Minato aż klapnął z wrażenia na tyłek, gdy tylko wyhamował na skraju schodów. Jego usta zwinęły się w podkówkę i pewnie by zapłakał, ale... W końcu był mężczyzną. Ba! Inżynierem!
Minato uniósł butelkę do ust i zaciągnął dużego łyka spienionego napoju. Smętnym spojrzeniem zmierzył stadion. Grupka studentów, z tego co się kapnął, z chemii, nieumiejętnie próbowała rozniecić ognisko na jednym z niższych rzędów trybuny.
- Daj spokój. Minęły już trzy dni.
Blondyn nie oderwał spojrzenia od studentów, którzy radośnie polewali wino do plastykowych kubeczków. Westchnął.
- Nie - odpowiedział beznamiętnie.
- Minato - zaczął Kisame pokojowym tonem. - Jesteś pewien, że to nie był jakiś facet?
Niebieskie oczęta wbiły się w Hoshigaki'ego z wyraźną rządzą mordu. O "NIEJ"? Że facetem mogłaby być?!
- Zamilcz.
- Skąd możesz mieć pewność?
- Serce mi to mówi! - zakrzyknął hardo, a oczy zalśniły mu wręcz fanatycznym blaskiem.
Kisame odchrząknął, a odchrząknięcie to zabrzmiało mniej więcej jak wypowiedzenie słowa "idiota".
- Sam jesteś idiotą, kmiotku niedomyty! - powiedział radośnie blondyn, dopijając resztkę piwa i rzucając butelką hen za siebie. - A ja ją znade, ot co! Nic mnie nie zatrzyma!
- Masz na jutro projekt z fizyki, debilu - zaznaczył delikatnie Kisame, stając na schodku, na którym siedział blondyn. Ponownie znaleźli się na stadionie. To był czwarty dzień, od kiedy to blondyn ujrzał miłość swojego życia. - Nie sądzisz, że powinieneś się zebrać na ostatni termin i... No bo ja wiem... Zrobić go?
- Zrobię.
- Mogę wiedzieć, jak?
- Sprawnie - przyznał Minato, z szerokim uśmiechem przylepionym do twarzy, sięgając po swoją torbę i wyciągając z niej laptopa.
- Będziesz robił projekt na stadionie? - zapytał dla pewności Kisame. - Tak? Bo masz nadzieję, że ta dziewczyna jeszcze tu przyjdzie? Wiesz, że zaraz może się rozpadać?
- Nie niszcz moich genialnych planów, rybi pomiocie.
Jak można było się spodziewać... Rozpadło się. Tak więc genialny plan Minato szlag jasny trafił.
Minato wgapiał się bezmyślnie w źdźbło trawy. Westchnął przy tym rozdzierająco. Los jest taki okrutny, stwierdził z niemałym smutkiem. On odnajduje sens życia, swoją miłość jedyną, swoje szczęście i... Klops. Dziewczyna zapada się pod ziemię.
Kisame patrzył na niego, jak na wyjątkowego kretyna, ma zaległe projekty i... O. Znowu kończy mu się alkohol. Życie jest do dupy. Studia są do dupy. I ten cholerny gliwicki stadion też jest do dupy! Przesiadywał na nim większość ostatniego tygodnia z nadzieją, że dziewczyna się zjawi, że znowu ją ujrzy, a tu... Nic. No naprawdę! Ile można...
- Piwo? - rozległ się głos gdzieś nad jego głową.
- Poproszę - mruknął niemrawo. I chwycił butelkę, nawet nie zaszczycając przyjaciela spojrzeniem. Kisame klapnął przy nim, wyciągając równocześnie z kieszeni zapalniczkę i odpalając wetkniętego do ust papierosa.
- Daj - sapnął blondyn, wyrywając mu ognia. Sprawnie otworzył nim butelkę i z lubością siorbnął z butelki.
- Długo masz zamiar jeszcze czekać? - zagaił niebieskowłosy, spoglądając na niego z wyraźną troską.
- Jak długo będzie trzeba! - powiedział zacięcie.
- Wiesz... Marna szansa, że jak będziesz kisił dzień w dzień na stadionie, to sama tu przyczłapie. Może jeszcze sama cię zagada? Nie lepiej, no bo ja wiem, poszukać jej na uczelni, na mieście? Nie każdy łazi na stadion z taką częstotliwością jak my. - Spojrzenie Kisame zmieniło się z zatroskanego, na nieco zirytowane.
- Przepraszam?
- Nikt ci nie każe siedzieć tu ze mną - warknął blondyn.
- Nie pozwolę...
- Przepraszam! - rozległo się ponownie, nieco głośniej.
- Cze... - zaczął Minato, niemiło spoglądając na natręta. Gdy tylko jego tęczówki namierzyły posiadaczkę głosu... Umarł ze szczęścia. Znaczy, niemalże.
Piękne brązowe oczęta spoglądały na niego z wyraźnym oczekiwaniem.
To... Była "ONA"! Nie miał żadnych wątpliwości! Piękną, wspaniała, idealna! Przyszła tu! Przyszła! Do niego!
- Otworzycie mi piwo? - zapytała. Perfekcyjna...
- Wyjdziesz za mnie? - wyrwało się blondynowi. I w tym momencie Kisame chyba załapał, że jego przyjaciel właśnie wgapia się w miłość swojego życia i postanowił interweniować, zanim Namikaze całkowicie się zbłaźni i straci jakiekolwiek szanse na rozkwit swojego uczucia.
- Koleżka chciał powiedzieć - zaczął tonem, w którym pobrzmiewały nutki tłumionego śmiechu. - Że oczywiście, iż pomoże w tej trudnej sytuacji. I pyta, czy nie chciałabyś może zaszczycić go swoim towarzystwem.
- Eee... No spoko - odpowiedziała niepewnie. Jednak ku blondynowi zerkała z uroczą ciekawością, która jasno wskazywała, że chłopak mógł wpaść jej w oko. Usiadła tuż obok niego.
A Minato, przytłoczony swoją miłością, nie był za bardzo w stanie wykrztusić żadnego słowa. I Kisame musiał znowu mu pomóc.
- Tak dla formalności, możesz mu podać numer buta, wzrost i ulubione danie - rzucił przyjaźnie, wstając z porośniętego trawą schodka. - Czasami potrzebuje trochę czasu na rozruszanie mózgu, biedaczek.
Tymczasem para już nie zwracała na niego zbytniej uwagi.
- Trzydzieści dziewięć - zaczęła, zalotnie mrugając oczami. - Metr siedemdziesiąt jeden. I zapiekanka makaronowa. A Ty?
- Zakochałem się - palnął niebieskooki.
Dziewczyna zachichotała.
- A, i najważniejsze chyba - powiedziała, wyciągając dłoń w jego kierunku. - Jestem Ola.
Niebieskooki niepewnie ujął jej dłoń.
- Minato.
I już jej nigdy nie puścił.
piątek, 21 września 2012
sobota, 1 września 2012
Wołowina i inne nieszczęścia
A, co mi tam xD
NejiSasu - Jak zawsze dla Mecha :)
*** *** *** *** *** *** ***
Bohaterowie poniższego opowiadania nie są w pełni odpowiedzialni za
swoje czyny, z racji stanu wskazującego, w jakim się znajdują. A tym bardziej
żadnej odpowiedzialności nie ponosi aŁtorka.
Wołowina i inne nieszczęścia
Mięso z iście epickim skwierkiem niemalże podskoczyło na rozgrzanym
ruszcie. O ile skwierk mógł być epicki. I o ile kawał, definitywnie martwej,
karkówki mógł jeszcze podskakiwać.
Sasuke westchnął dyskretnie, a jego westchnięciu towarzyszył syk wody,
która właśnie zetknęła się z rozżarzonymi kawałkami węgla. Zmarszczył brwi. I z
nie lada satysfakcją ugasił kolejny płomień, który nieśmiało wychylał się z dna
grilla.
- SA-SU-KE! - zawył mu tuż nad uchem irytujący głos. A głos ten do
osoby trzeźwej nie należał.
- Nie drzyj się, kretynie - powiedział, bez krzty emocji, wciąż
wpatrując się w karkówkę. - Śmierdzisz. Piwem.
- Naprawdę? - Blond czupryna pojawiła się w zasięgu jego wzroku. A zaraz
potem ukazały mu się rozbiegane, niebieskie oczęta przyjaciela. - Może to ma
coś wspólnego z faktem, że piłem ów zacny napój. Powinieneś też spróbować.
- Śmierdzieć?
- Napić się, Sasuke. Napić! - zawył Naruto radośnie, niemalże wieszając
się na czarnowłosym.
- Odsuń. Się.
- Byś chociaż w swoje urodziny był bardziej...
- Pijany?
- Ludzki, tępa strzało. - Głos Uzumakiego nie stracił ani odrobiny
radości. Ale się odsunął. I wlepił oczęta w Uchihe, najwyraźniej prowadząc
jakiejś bardzo istotne dla istnienia wszechświata rozważania. A przynajmniej na
to wskazywała lekka mgiełka przysłaniająca błękit jego oczu. Albo był to też
efekt przegięcia z ilością spożytego trunku.
Sasuke skłaniał się ku drugiej opcji.
- Rozważę twoją propozycję - obiecał solennie, dla świętego spokoju.
- Jestem pewien, że by był tu, gdyby mógł - zaczął ni stąd, ni z owąd
Naruto. - Wiesz, może też z racji tego, że mieszkacie razem, byłoby mu trudno
się wykręcić. Ale wiesz... No... To nie jego wina, że babcia dowaliła mu
zadanie. No i nie babci wina, że zadanie się przeciąga. Jestem pewien, że
właściwie stara się jak może, żeby jeszcze zdążyć. I wcale się nie zdziwię, jak
zaraz bohatersko stanie w bramie i...
Uchiha spojrzał z lekkim wahaniem na karkówkę. Chyba była już gotowa.
Przeniósł wzrok na paplającego przyjaciela, słuchając go jednym uchem i
ponownie zerknął na grillujące się mięso. Sięgnął po widelec, nabił na niego
pokaźny kawałek mięsa. Przyjrzał mu się uważnie. I znowu spojrzał na Naruto. I
wepchnął mu ją do gardła.
Po incydencie z gorącym kawałkiem mięcha postanowiono odizolować Sasuke
od grilla. Właściwie, to niewiele go to obeszło. Zwłaszcza, że już pokaźny
talerz karkówki wylądował na stole. Tak więc Uchiha siedział teraz i wpatrywał
się w usmażone mięcho. I miał nadzieję, że skoro już pozbył się Uzumakiego, to
nikt nie będzie mu przeszkadzać w marnowaniu czasu na smętne rozmyślania.
- Tyyy... PATAŁACHU!
Brew Sasuke drgnęła w tiku nerwowym. Ta... Pozbył się Uzumakiego. Jasne.
- Boże, Naruto! - warknął, nie odrywając spojrzenia od karkówki. -
Odwal się.
- Nie-e!
- Dlaczego?
- Bo... - Blondyn zrobił dramatyczną pauzę. - Bo nie.
- Za co? - Uchiha wzniósł oczy ku niebu, w błagalnych modlitwach
prosząc o zbawienie.
- Znalazłoby się kilka przewinień - odrzekł dyplomatycznie Naruto. - To
co? - kontynuował, stawiając na stole dwie butelki. - Skusisz się?
- Doszukujesz się niepotrzebnych problemów - stwierdził poważnie
Uzumaki, otwierając kolejne piwo. Łyżeczką. Co było lepszym posunięciem, niż
to, kiedy próbował zrobić to kunaiem. Jednak, na szczęście jego i wszystkich
zgromadzonych ludzi, Kakashi, niczym dobry duch, odebrał mu sprzęt ostry, zanim
doszło do czegoś bardziej krwawego, niż
wbicie sztyletu niemalże w czoło Sasuke. Ochraniacz dobra rzecz, musiał
przyznać Uchiha, gdy z wyraźnym zamyśleniem skinął głową na słowa przyjaciela.
I sięgnął po butelkę. Trzecią... Albo czwartą. Czy tam szóstą, kto by tam
liczył.
- No - dorzucił, po chwili rozważań. - I nie lubię Hinaty.
- Co?
- Nie lubię jej.
- Dlaczego? - Naruto zerknął na obiekt ich rozmowy, o której wspomniał
Sasuke. Właśnie stała przy Ino, razem z innymi dziewczynami, gdzie toczyła się
najwyraźniej żywa dyskusja. Hinata chyba jednak tylko się przysłuchiwała, a
przynajmniej tak to wyglądało po krótkiej obserwacji.
- Bo to Hyuuga.
Uzumaki zgłupiał. Na chwilę.
- Wiesz - zaczął z lekkim ociąganiem blondyn. - Bo Neji...
- No właśnie! - sapnął Uchiha. - To Hyuuga! A jest taka...
Nienejiowata!
Niebieskie oczęta spojrzały na niego z wyraźnym powątpieniem. Ale
nawet, jeżeli Naruto uznał jego wypowiedź za kretyńską, to nie dał po sobie
tego poznać. Wzruszył ramionami i uniósł butelkę w geście toastu.
- Zdrówko?
-Tak, jestem zły, że go tu nie ma - oświadczył zażarcie Sasuke, po
kolejnym łyku piwa.
- Noale...
- To, że to nie jego wina, wkurza mnie jeszcze bardziej - syknął. I
ponownie przechylił butelkę. - Bo widzisz... Bo widzisz... Tak to jest.
- Nie widzę - stwierdził dobitnie Naruto.
- I wkurza mnie, że jest taki... taki... No.
- Dokładnie. Z tym się zgodzę. - Uzumaki żywo przytaknął, przez co
jedna z butelek z głośnym stukotem potoczyła się pod plastikowy stół. Blondyn
zanurkował zaraz za nią.
- Ale bez tego nie byłby... No taki! - Dokończył. Sam nie wiedział, o
jakie konkretne słowo mu chodzi. Nejiowaty?
Uchiha, lekko zazując, zerknął na przyjaciela, który wciąż chyba
próbował wymacać zrzuconą butelkę.
- Mam wrażenie, że mnie nie słuchasz.
- Słucham! - krzyknął blondyn, równocześnie próbując energicznie
poderwać się do pionu. Dzięki czemu efektownie przywalił łbem w blat. -
Ałaaa...
- Lubię patrzeć, jak trenuje - przyznał Sasuke z lekkim zażenowaniem.
Naruto westchnął, z niejakim rozmarzeniem. Oczęta miał wbite w postać
Kakashiego.
- No - przyznał, przytłumionym głosem.
- Wiesz, to jak się rusza. Jego gesty - zgłębiał się dalej Uchiha. -
Jak walczy jest taki... No, wiesz o co mi chodzi.
- No - powtórzył Uzumaki. Ręka na której opierał głowę, zjechała po
blacie, tak, że teraz jego głowa swobodnie spoczęła na. Jednak wciąż nie
spuszczał wzroku z Hatake.
- A wiesz, co lubię najbardziej? Tak jeżeli chodzi o wygląd.
- No.
- Jego włosy. Takie... Miękkie, takie długie...
- I sterczące - westchnął ponownie Naruto.
- No... Chwila, że co?
- Chcę żeby tu był - powiedział żałośnie Sasuke. Zaraz potem
odchrząknął, nieco zakłopotany. Wcale nie chciał tego powiedzieć. A już na
pewno, nie chciał tego powiedzieć takim mizernym głosem. Już i tak powinien
czuć się niekomfortowo, bo siedział na skleconej z desek ławce, razem z
blondynem, który niemalże spał na nim, uwieszony w dziwacznym, pijackim
uścisku.
Jednak Naruto go nie wyśmiał. Właściwie to w ogóle nie zareagował.
Uchiha zerknął na niego podejrzliwie.
Uzumaki zachrapał.
- Do cholery z takimi przyjaciółmi - warknął. Po sekundzie
namysłu, z czystą premedytacją ,
zepchnął blondyna z ławki.
Sasuke z wręcz krwiożerczym błyskiem w oku wbił widelec w pokaźny
kawałek karkówki. Naruto odsunął się od niego nieznacznie.
- Daj spokój - sapnął czarnowłosy. - Nie mam zamiaru cię atakować.
- Nie? - pisnął Uzumaki, ponownie się przesuwając kawałek dalej.
- Nie, jestem głodny.
- O! - Najwyraźniej to zdanie przypadło blondynowi bardzo do gustu. Tak
więc, momentalnie znowu znalazł się strasznie blisko przyjaciela. - To sobie
też wezmę. Ha, trzeba się dobrze odżywiać, co nie, Sasuke? W końcu jesteśmy
shinobi i musimy... Ups!
Uchiha zamarł.
Zamarł też Naruto.
I zamarła także karkówka, którą Uzumaki nieopatrznie zrzucił na głowę
Sasuke, podczas swojej przemowy.
Zamarli także wszyscy inni, gdy w czarnych oczach uaktywnił się
Sharingan.
I wtedy mięso zaczęło latać.
- Rozumiem, że jesteście pijani - powiedział Kakashi, jakiś czas
później, uważnie spoglądając na swoich byłych uczniów. Siłą przytargał ich z
podwórka do domu, w nadziei, że tu już nikomu nie zaszkodzą. Rzucając mięsem.
Dosłownie. Jak można za pomocą kilku kawałków wołowiny zrobić takie
pobojowisko?! - I rozumiem, że z pewnych powodów, możesz być rozdrażniony,
Sasuke...
- Dupa - warknął dojrzale czarnowłosy. - Jestem trzeźwy.
Kakashi spojrzał na niego z wyraźnym powątpieniem.
- Ja też! - dorzucił radośnie Naruto. Jednak zaraz jego mina stała się
mniej radosna, a bardziej zielonkawa. Błyskawicznie przysłonił usta dłonią. -
Ale chyba nie czuję się najlepiej...
Hatake westchnął.
- Słuchaj, Sasuke - zaczął pojednawczo, zerkając przelotnie na
Uzumakiego, który dla odmiany postanowił legnąć się na kanapie. - To, w
Neji'ego tu nie ma...
- Wiem, że nie zrobił tego specjalnie! Zresztą, mniejsza z tym, że go
dzisiaj tu nie ma. Nie jestem babą. Po prostu, nie ma go już za długo! -
warknął. - Mógłby się już łaskawie pojawić, nie będę na niego czekać cholera
wie ile.
- Nie? - zapytał Kakashi, w swoim domniemaniu dosyć niewinnie. Jednak odpowiedzi nie zdążył uzyskać.
- Ka...Kashi... - rozległo się gdzieś, z okolicy kanapy. - Będę...
Rzy...
Sasuke stanął w wejściu do ogrodu. Z niejaką ulgą oparł się o framugę
drzwi. I wcale nie chodziło o to, że miał drobne problemy z utrzymaniem
równowagi!
Zgromił podwórze ponurym spojrzeniem.
Po karkówkowej wojnie, którą stoczył z Naruto, wszyscy chyba
postanowili zdezerterować. Po za kilkoma wyjątkami, które nie były w stanie o
własnych siłach przemieścić się do swoich domów. Nie, żeby w jego domu można
było zobaczyć lepsze rzeczy. Sam Uchiha wyszedł, zaczerpnąć świeżego powietrza,
bo jakoś nie miał ochoty oglądać Uzumakiego w komplecie z miską i
podtrzymującym go Kakashim.
Sasuke zgrzytnął zębami. To nie fair! Też chciał, żeby Neji trzymał mu
miskę!
Sasuke kopniakiem posłał kawałek niedojedzonej karkówki w bliżej
nieokreśloną przestrzeń. Zaczynał chyba powoli trzeźwieć. I strasznie mu to nie
odpowiadało. Wbił ręce w kieszenie, a spojrzenie w jeszcze gwieździste niebo.
Gdyby nie promile we krwi, to z pewnością by był świadomy tego, że niedługo
zacznie się robić jasno.
Nagle czyjeś ramiona owinęły się wokół jego pasa.
Uchiha spiął się nieznacznie. I obiecał sobie solennie, że jeżeli to
jakimś cudem Naruto, to weźmie i go zabije.
- Odwal się - powiedział i po chwili ciszy dorzucił z dumą. - Mam chłopaka.
Osobnik, a jakże, puścił go.
- Naprawdę? - zapytał głos, w którym pobrzmiewała nuta zadowolenia.
Oczy Sasuke rozszerzyły się gwałtownie, obrócił się błyskawicznie.
- Neji - powiedział i zaraz zganił się za głupkowaty uśmiech, który
wykwitł na jego twarzy. - Neji - powtórzył, już nieco mniej radośnie.
- Miałem wrócić wcze...
- Neji - sapnął po raz trzeci jego imię. Przed rzuceniem się na
chłopaka powstrzymywał go jeden tyci, malutki, szczególik. Z ociąganiem przełknął ślinę. Oj, to nie był
dobry pomysł. - Mi... Ska...
poniedziałek, 27 sierpnia 2012
Rozdział II.XVII
Dobry wieczór! :) Długo zajęło, ale cóż... Zwalmy na to, że miałam w końcu porządne wakacje, bez komputera ;) Dziękuję bardzo za wszystkie komentarze i zapraszam na część kolejną, o ile wzrok mnie nie myli, już siedemnastą! :D
*** *** *** *** *** *** ***
- Ojojoooj, popsiułem ci chłopaćka?
Słowa wypowiedziane z dziecięcym naigrywaniem się, wolno
obijały się po głowie Naruto. Nie rozumiał, co się stało. Nie chciał zrozumieć.
Ktoś... Krzyczał. Inny ktoś znalazł się tuż przy nim, wyrwał
mu z ramion nieprzytomne ciało.
Nie zważając za nic, zamknął na chwilę oczy.
I zobaczył to. To jak Sasuke, własnym ciałem zasłania go
przed śmiertelnym ciosem Madary.
"Ty idioto..."
- Czy... - zaczął łamiącym się głosem, gwałtownie
rozwierając powieki.
Sakura rzuciła mu przelotne spojrzenie i ponownie nachyliła
się nad Uchihą, przykładając do jego klatki piersiowej dłonie owinięte zieloną
chakrą.
- Żyje - wysapała z trudem. - Jeszcze.
Czerwień błysnęła w niebieskich tenczówkach, gdy zostały
skierowane na postać lidera Akatsuki.
- No no, doprowadźcie mi go do ładu - krzyknął radośnie
Madara w pouczającym geście machając palcem wskazującym. - Jego oczęta mi się
przydadzą jak nie patrzeć. Ot, zakochani - dodał rozmarzonym tonem. - Tylko
takich stać na takie głupie poświęcenia. Własna rodzina mi plany psuje, co to
się porobiło na świecie...
Czerwona macka lisiej mocy zaatakowała go nagle, zmuszając
do zamilknięcia. Przynajmniej chwilowego.
- Oj, czyżbyś się zdenerwował? Toż to nie ma o co się
gnie...
Kolejne pasmo pomarańczowej chakry owinęło się wokół jego
kostki i swobodnym ruchem uniosło go do góry, a następnie trzasnęło nim o
ziemię.
- Naru... - zaczęła Hokage, z wyraźną obawą w głosie.
Niedobrze. Uzumaki najprawdopodobniej znowu stracił nad sobą panowanie, przez
co nieokiełznana lisia moc przejęła inicjatywę nad jego zachowaniem. Musiała to
powstrzymać i to jak najszybciej.
- Interesujące.
- Co? - Kobieta z poirytowaniem zerknęła na... Kyuubi'ego? -
Co ty tu robisz?
- Patrzę.
- Coś ty? Patrzysz? Jakoś
nie spodziewałam się ujrzeć twoje obliczę tak szybko, po tym, jak pokłóciłeś
się z Uzumakim. Zwłaszcza po twoim widowiskowym odejściu.
Demon, nawet jeżeli nie pasowało mu zuchwałe zachowanie
kobiety, ograniczył się jedynie do rzucenia jej pogardliwego spojrzenia i prychnięcia.
- Niecodziennie
można zobaczyć takie widowisko. - Kyu w końcu wzruszył ramionami i wskazał
na Naruto. Właściwie... Na owiniętego
pomarańczową chmurą chakry, nieruszającego się Naruto.
Tsunade nie zrozumiała jednak zainteresowania lisa.
- Mało żeś się napatrzył, jak demoluje wszystko co napotka,
gdy twoja chakra zaczyna dawać mu się we znaki? Szczerze powiedziawszy, to
twoja wina, że tak się dzieję...
- Ja nie kazałem
jakiemuś patałachowi pieczętować się w nadpobudliwym dzieciaku -
stwierdził, z nutą rozdrażnienia w głosie. - W dodatku: nieumiejętnie pieczętować.
- Ty...
- Sza, nie mam ochoty
wysłuchiwać pieśni pochwalnych o Czwartym. Lepiej spójrz na Naruto.
Tsunade spojrzała.
- I?
- Ach, ślepota ludzka
- sapnął demon. - On to kontroluje.
- Co?
Lis w geście irytacji wzniósł oczy ku niebu.
- Moją chakre, kobieto. Dzieciak jakimś cudem
potrafi nią kierować. Przynajmniej chwilowo.
- Chwilowo...
- No... - Kyu
podrapał się w rudą łepetynę. - Nie
wydaje mi się, żeby umiał długo się kontrolować. A przynajmniej nie teraz,
bez odpowiedniego treningu. A skoro już nieźle mu idzie, to jakąś szansę na
przyszłość widzę.
- Pani Tsunade...
Umęczony, lekko drżący głos odwrócił ich uwagę od poczynań
Naruto.
- Ja... - Sakura zbladła znacznie. Pojedyncze kropelki potu
pojawiły się na jej skroni, a ruchy dłoni straciły wyraźnie swoją płynność.
Musiała zdrowo nadszarpnąć swoje zapasy siłowe. - Nie mogę powstrzymać
krwawienia. Nie wiem, co jest grane...
- To może ty zajmij
się leczeniem - powiedział Kyuubi, zwracając się do Hokage. - A ja zrobię coś, żeby dzieciak przypadkiem
nie rozwalił połowy twojej wspaniałej wsi. Chociaż nie powiem, Gobi i tak już odwaliła
niezłą rozróbę...
A Naruto bez jakiegokolwiek zainteresowania obserwował jak
kolejna macka lisiej mocy krępuje ruchy Madary. Mężczyzna wyślizgnął się, tylko
po to, aby zahaczyć o wijącą się po ziemi cieńką nić chakry, która
błyskawicznie owinęła się wokół jego nadgarstków.
To było nawet zabawne. Patrzeć, jak ktoś z marnym skutkiem
próbuje wydostać się z pajęczej sieci pomarańczowej mocy. Jak mucha. I jakże
satysfakcjonujące byłoby to, że ów muchą jest Madara. Byłoby. Gdyby w jakimś
stopniu go to właściwie obchodziło.
Tymczasem Uzumakiego ogarniał spokój. Spokój, który nie
towarzyszył mu od wielu, wielu lat. Niemalże bezgraniczny. Mógłby się w nim
zatopić, zanurzyć już na zawszę. Czuł, jakby odnalazł swój azyl, z którego
spokojnie mógł obserwować, jak główny prowodyr jego zmartwień zostaje zniszczony.
Och, doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co się wokół niego dzieje. Tylko, że
jego myśli nie były zmącone żadnymi emocjami. Miał przed sobą wytyczony jasny
cel, polegający na unicestwieniu Uchihy i nic innego się w tym momencie nie
liczyło.
I właśnie dlatego...
Zmarszczył brwi.
Właśnie dlatego...
Jakieś wyjątkowo drażniące "coś" próbowało przebić
się przez jego kokon bezpieczeństwa. Zignorował to.
Ponownie swój wzrok skierował na szarpiącego się w
chakrowych więzach lidera Akatsuki. O, ponownie udało mu się wyrwać. I ponownie
został spętany.
Naruto przymknął oczy. Odetchnął spokojnie. Wszystko szło
jak najlepszym torem. Jak najlepszym... A czyjaś dłoń chwyciła go za ramię i
szarpnęła nim gwałtownie, przez co zachwiał się i z pewnością zaliczyłby
nieprzyjemny upadek z podłożem, gdyby nie to, że wpadł w czyjeś ramiona.
Z niejakim zdziwieniem obserwował, jak skupisko pomarańczowej mocy, w której się
przed chwilą znajdował, rozsypuje się niczym kupka piasku. I to samo dzieje się
z nićmi, w które wplątał się Madara. Jednak czarnowłosy mężczyzna był już na
tyle poobijany, że po prostu legną na ziemi, z twarzą wciśniętą w trawę.
Blondyn był nieco otumaniony. Zamrugał zawzięcie oczami i
postanowił rozeznać się w sytuacji. Cóż... Ktoś go trzymał. Na rękach, znaczy
się. Niczym cholerną panienkę! Spojrzał poirytowany na tego kogoś, z zamiarem stanowczego
wyrażenia nieprzychylnej opinii, na temat trzymania go jak dziewczyny. I zgłupiał.
- Kyu?
- A niby kto inny mógł cię wyciągnąć z tego kokonu, którym
żeś się otoczył? To moja chakra, nie zapominaj, mnie nie zaatakuje.
- No - potwierdził głupio. - Ale wiesz. Mógłbyś już mnie
postawić na ziemi, czy coś. Czuję się nieco niekomfortowo.
Jednak zanim lisi demon zdążył spełnić jego prośbę, to wszystkie
stłumione emocje wróciły do niebieskookiego, chyba nawet z podwójną siłą.
Wyrwał się z jego uścisku, stając błyskawicznie o własnych siłach.
- Sasuke! - wrzasnął niemalże opętańczo, rzucając się w
kierunku, gdzie dwie kobiety próbowały nie dopuścić do śmierci czarnowłosego. - Co z nim?
- Cholera - warknęła Tsunade. Chwyciła dłoń Naruto i
przycisnęła ją mocno do wciąż krwawiącej rany Sasuke. - Tamuj!
Hokage wyszperała z kabury strzykawkę wypełnioną jakąś
lśniącą substancją i wbiła ją pewnie w ciało Uchihy. Zdezorientowany blondyn
starał się nie zwracać uwagi na to, że krew, która przesiąka jego rękawice
należy do Sasuke. Przełknął ślinę.
- Sakurcia - zaczął powoli.
- Nie... Nie rozumiem - wysapała zmęczona dziewczyna. Chakra
wokół jej dłoni migała niespokojnie, jakby miała zaraz zniknąć. - Nie mogę tego
zatamować. Ja... Próbuję, ale ta rana cały czas... Jakby coś blokowało przepływ
mojej mocy.
- Jak mam pomóc?
Zielone oczy spojrzały na niego z wyraźnym smutkiem.
- Nie wiem...
- Wasze lecznicze
zdolności tu nie pomogą. - Głos lisa rozległ się gdzieś nad jego głową. - A przynajmniej tak mi się wydaje, jeżeli
dobrze wnioskuję.
- Czyli? - Tsunade
pociągnęła go za rude kłaki, zmuszając go, do zniżenia się do ich poziomu. - Co
masz na myśli?
- To, że ta rana
została zadana przy pomocy demonicznej chakry. Znaczy się, esencji z
demonicznej chakry.
- Co?
- No przestań. -
Demon ponownie rzucił kobiecie poirytowane spojrzenie. - Nie udawaj, że nie słyszałaś. Przecież każda wioska prowadziła nad tym
eksperymenty. Jeden z głównych powodów, dla których trzymano w nich ogoniaste
bestie.
- Nie mam bladego pojęcia o co ci chodzi.
Lis uniósł wdzięcznie brew.
- Nie?
- Nie! Ty cholerny...
- Kyu... - Głos Naruto był dziwnie cichy i spokojny. -
Proszę.
- No dobra. -
Dziewięcioogoniasty uniósł dłonie w geście poddania. - Mniejsza z tym, że każda wioska chciała mieć bron idealną. Esencja z
chakry demona to właśnie taka broń. Czy raczej, trucizna. Odpowiednia dawka
zabija niemalże natychmiast, bez żadnych śladów.
- Przecież on go potrzebował - wtrącił Uzumaki. - Madara.
Chciał żywego Sasuke.
- A odpowiednia
paraliżuje.
- Więc... - zaczęła Tsunade.
- Więc dzieciak
oberwał ni w ząb, ni w oko. Gdzieś pomiędzy. Teraz jego organizm męczy się z
substancją, ale jest raczej na straconej pozycji.
- I? - zapytał Naruto, wpatrując się uważnie w czerwone
oczyska. - Co my możemy zrobić?
- My? Nic...
- Kto?
Zaległa cisza, w której Uzumaki ani myślał spuścić wzroku z lisa.
- Nie rozumiem
pytania.
- Nie bądź tępy, pchlarzu. Kto może mu pomóc?
- W tym momencie?
Nikt.
- KTO?!
Kyuubi przyjrzał mu się uważnie. Wyraźnie się zawahał przed
udzieleniem odpowiedzi.
- Demon znający techniki uleczające.
Naruto przeniósł wzrok na twarz Sasuke. Tak spokojną.
Niewyrażającą żadnych emocji.
Jakimś trafem wiedział, co należało zrobić. Albo raczej, z
kim musiał się skonsultować.
"Nanabi."
wtorek, 7 sierpnia 2012
Garstka zbędnych odczuć - NejiSasu
Coś oderwanego od poprzednich moich tworów NejiSasusowskich. Cóż, pisząc to... Miałam pewien zamierzony efekt xD. Nie jestem pewna, czy mi wyszło, ale cóż, poczekam na reakcję ^ ^. Będzie.., Normalnie, o! To dobre słowo :) Serdecznie zapraszam do czytania i oczywiście dziękuję za wasze komentarze :)
(MECHA! NejiSasu! Nie chcę nic mówić, ale ktoś tu obiecywał jakieś Kakanaru xD)
Garstka zbędnych odczuć
"Troska"
Kuchenny zegar tykał cichutko odliczając upływające sekundy. Westchnął,
niemalże bezgłośnie. Ogarniało go niechciane uczucie strachu. Lekkie ukłucia
zdradzieckiej niepewności.
Ścisnął, nieco mocniej, kubek ze świeżo zaparzoną kawą.
A wskazówki zegara wciąż płynęły lekko po tarczy, nieubłagalnie
przypominając o mijającym czasie. Czarne oczy, wbite w panujący za oknem
półmrok, nie zdradzały żadnych emocji. Przynajmniej tak można było sądzić w
pierwszej chwili.
Przymrużył podejrzliwie powieki, niemalże instynktownie nadstawiając
uszy i spinając się nieznaczne.
I zaraz potem się rozluźnił.
Ciepłe ramiona owinęły się wokoło jego szyi. Długie pasemko brązowych
włosów połaskotało go w nos. Odetchnął, a wraz z wypuszczanym powietrzem opuściło
go całe napięcie towarzyszące mu tego wieczora.
- Czekałeś. - Cichy szept wdarł się do jego ucha.
- Nie. - Oczywiste kłamstwo wypłynęło z pomiędzy zaciśniętych zębów.
Zaraz potem wbił czarne oczy w białe tęczówki swojego towarzysza, a ręce
samoistnie zacisnęły się na nadgarstkach szatyna. - Spóźniłeś się, Hyuuga.
"Zazdrość"
Obserwował. Czujnie wpatrywał się w każdy ruch mężczyzny.
- Co tak wlepiasz patrzały w tego swoje cud chłopaka? No przecież ci
nie ucieknie. Daj mu poćwiczyć w spokoju!
Przemilczał uwagę, wciąż wbijając wzrok w walczące postacie.
- Sasuke! - zawył śpiewnie blondyn. - Mieliśmy trenować!
- Zamknij się, kretynie - powiedział, bez krzty emocji.
Wtedy Naruto przystanął przy nim, zakładając swobodnie ręce na kark i
podążył za spojrzeniem kolegi. Po chwili gwizdnął cicho, a na jego twarzy
pojawił się głupkowaty uśmiech.
- Oho, czy mi się wydaję, czy to swoje słynne mordercze spojrzenie
posyłasz ku Lee, a nie Neji'emu?
- Powiedziałem: zamknij się - powtórzył.
- Jesteś zazdrosny?
Po tym pytaniu Uzumaki oberwał silny cios w szczękę.
"Lęk"
Opierał się o wybieloną ścianę, a jego twarz nie wyrażała żadnych
emocji. Przynajmniej tak mógł uznać nieuważny obserwator.
Na czole pojawiła się pojedyncza zmarszczka, oczy utkwił w jednym
punkcie. Nozdrza rozszerzały się nieznacznie, przy każdym oddechu. Zaciśnięte
na ramionach dłonie pobielały w kostkach.
Uniósł nieznacznie głowę, gdy drzwi do sali operacyjnej otworzyły się
gwałtownie i stanęła w nich wyraźnie zmęczona różowowłosa kobieta.
Sakura przetarła twarz dłonią i z delikatnym uśmiechem spojrzała na
mężczyznę.
- Wyjdzie z tego - powiedziała, a jej głos załamał się nieznacznie przy
pierwszym słowie.
- Jak? - zapytał, ponownie wracając do obserwacji wcześniej obranego
punktu.
Zmarszczka wygładziła się. Mięśnie wyraźnie rozluźniły.
- Zasadzka. Wpędzono ich wprost w pułapkę, mieli znaczną przewagę
liczebną.
Oderwał się od ściany, równocześnie odwracając się do niej plecami.
- Sasuke, chcesz... - zaczęła niepewnie Haruno. Przełknęła ciężko
ślinę. - Możesz wejść do sali. Zobaczyć go.
- Nie - opowiedział po sekundzie
ciszy.
Ruszył w kierunku domu.
"Samotność"
Obudził się, gwałtownie otwierając oczy. Przetarł dłonią spoconą twarz.
Koszmary. Przeklęte koszmary z przeszłości.
Wściekłym kopnięciem zrzucił z siebie skotłowane prześcieradło,
podkulił nogi i przewrócił się na drugi bok.
Wyćwiczony wzrok szybko przyzwyczaił się do ciemności. Ciemności, w
której znowu był sam. Po drugiej stronie łóżka nie majaczył zarys znajomej
postaci.
Z wściekłym warknięciem znowu się obrócił, zaciskając mocno powieki.
"Tęsknota"
Z dziwnym uczuciem pustki podniósł się z miękkiego materaca.
Wzrok znowu mimowolnie powędrował na drugą połowę łóżka. Zaklął
szpetnie, wychodząc czym prędzej z pomieszczenia. Na korytarzu przystanął,
mrużąc podejrzliwie oczy i nasłuchując.
Zaraz jednak, bez chwili wahania wszedł do kuchni. Nie wypowiadając ani słowa przylgnął do
pleców stojącej tam postaci.
Obejmowali się. W niezmąconej ciszy stali tam, nie zwracając uwagi na mijające sekundy.
- Tęskniłeś.
W pomieszczeniu rozległo się poirytowane prychnięcie.
A jednak... Tamto dziwne uczucie zniknęło jak przy dotyku czarodziejskiej różdżki.
środa, 1 sierpnia 2012
Rozdział II.XVI
Taram ta ram tra ram tratatatam. I... Oto przed państwem nowy rozdział! :D
Wybaczcie, jestem po sporej dawce alkoholu, a więc będą błędy, będzie nielogicznie, będzie krótko, no ale w końcu, po chyba dwóch miesiącach marnych prób, BĘDZIE ROZDZIAŁ! xD
A więc, za wszelkie niedogodności wynikające z mojego obecnego stanu przepraszam i zapraszam na nową cześć ^ ^.
I oczywiście dziękuję za wszystkie komentarze <3 (duzio! :)
*** *** *** *** *** *** ***
Wybaczcie, jestem po sporej dawce alkoholu, a więc będą błędy, będzie nielogicznie, będzie krótko, no ale w końcu, po chyba dwóch miesiącach marnych prób, BĘDZIE ROZDZIAŁ! xD
A więc, za wszelkie niedogodności wynikające z mojego obecnego stanu przepraszam i zapraszam na nową cześć ^ ^.
I oczywiście dziękuję za wszystkie komentarze <3 (duzio! :)
*** *** *** *** *** *** ***
- Nanabi! Nanabi, cholero, gdzie jesteś!
Natuto ponownie zagłębił się w swojej podświadomości. No...
Znaczy się w czym, co do niedawna uważał za swoją podświadomość, a co okazało
się lęgowiskiem zgrai demonów. Czy jakoś tak. W każdym razie, było to nieco
skomplikowane.
- NANABI! No żesz...
Przebiegł przez kilka korytarzy, bezskutecznie nawołując
siedmioogoniastą. W końcu przystanął, nieco zrezygnowany.
- Jak to jest, że jak nie chcę, to zawsze się jakiś demon
napatoczy... - mruknął do siebie, z wyraźną rezygnacją rozglądając się po
skalistych ścianach. Kurde! Nie miał czasu na podziwianie architektury
otoczenia, a jakoś Nanabi nie była łaskawa się odezwać! Jak zawsze wszystko
przeciwko niemu...
- Przekąseczka...
- Gdzie? - zapytał głupio. - CO?!
Uchylił się intuicyjnie i tuż nad jego głową przeleciała
jakaś postać.
Cóż... Chyba jednak jeden z demonów postanowił wysłuchać
jego marudzenia i się napatoczył.
- Zwariowałeś ciulu?! - wrzasnął, obserwując czujnie, jak istota,
teraz skryta w mroku, spoglądała na niego jak na... No tak, przekąseczkę. - Ja
ci tu pomoc niosę, a ty na mnie z pazurami?!
- Przekąseczka
służąca pomocą? Fascynujące...
- NIE JESTEM PRZEKĄSKĄ!
- Apetycznie
pachniesz.
Naruto zbaraniał. Ale nie na długo.
Postać wysunęła się z cienia. Wyglądała jak Kyu... Tylko
kolor włosów i oczu się nie zgadzał, gdyż miał jasny, piaskowy odcień. Jednak
Uzumaki nie miał za dużo czasu na przyglądanie się. Po sekundzie demon rzucił
się na niego z wyraźną chęcią znokautowania.
Blondyn ponownie wykonał unik, jednocześnie składając dłonie
w pieczęć i przywołując kilka klonów.
I oberwał cios w plecy.
Boleśnie obił się o skalną ścianę, a w międzyczasie klony
zniknęły z cichymi pyknięciami.
Starając się nie myśleć o bólu, obrócił się gwałtownie,
równocześnie kierując cios pięścią na przeciwnika. Cios, który z łatwością
został zablokowany.
Naruto rozdziawił usta, bezradnie wpatrując się we własną
dłoń, która właśnie w tym momencie znajdowała się w stalowym uścisku bestii.
Wyprowadził kolejny cios.
Który również został zablokowany, w ten sam sposób.
- Eee... - Niebieskooki stwierdził, że jego położenie
jest... Do dupy. Uniósł wzrok na demona, na którego obliczu pojawił się
złowrogi uśmiech.
- Giniesz,
przekąseczko.
Naruto odruchowo przymknął oczy, oczekując na cios.
A czas oczekiwania, jakoś dziwnie się przeciągał.
Niepewnie uchylił powieki.
Hm... Nawet nie zauważył, kiedy jego ręce ponownie były
wolne od stalowego ucisku.
A przed nim Nanabi właśnie próbowała obić facjatę jego
oprawcy. Nie, to nie brzmiało wcale żałośnie...
Boże drogi, baba ratuje mu tyłek...
- Uciekaj stąd.
- Co?!
- Uciekaj. Shukaku wam nie pomoże.
Spokojny głos Siedmioogoniastej wyraźnie kontrastował z
widokiem, który rozpościerał się przed Uzumakim. Widokiem, nad którym Uzumaki
nie miał czasu się zastanawiać, bo został wykopany ze swojej podświadomości.
Naruto zamrugał.
- I?
Z wyraźnym oczekiwaniem wpatrywały się w niego czerwone
oczyska Kyu.
- Eee?
Naruto zamrugał ponownie. Jednak uciążliwe mroczki nie chciały zniknąć sprzed oczu. Potrząsnął gwałtownie głową, lekko się zataczając.
Jednak kiedy Kyuubi próbował pomóc utrzymać mu równowagę, stanowczo odtrącił
jego ręce.
Okej... To co się właściwie działo?
- Co żeś zdziałał
głupi bachorze, bo jakoś efektów nie widzę.
- Nie wiem - warknął w odpowiedzi. Wbił złe spojrzenie w
postać jednoogoniastej bestii, którą aktualnie unieruchomiła jedna z pieczęci
Tsunade. Ha. Ale co da unieruchomienie, skoro Shukaku wytworzył barierę, przez
którą nie dało się go zranić.
- Jak to nie wiesz?
- No, KURWA, wyobraź sobie, że nie wiem - wysyczał wściekle.
To było strasznie frustrujące. Naprawdę nie miał pojęcia, co się teraz wyrabia
między siedmioogoniastą bestią, a piaskowym potworem. I średnio miał jak się
dowiedzieć, bo coś najwyraźniej blokowało jego dostęp do świątyni ogoniastych
bestii. Ha, a jeszcze w międzyczasie musiał się pilnować, żeby
dziwięcioogoniasty nie dowiedział się niczego o Nanabi. - Gdzie Sasuke?
- Pewnie asystuje
Tsunade przy utrzymaniu pieczęci. - Lis wzruszył ramionami. Poczym rzucił
Uzumakiemu podejrzliwe spojrzenie. - Co
się stało? - zapytał, mrużąc oczy.
- A gdzie twój siostrzeniec?
- Roznosi w pył armie
Madary. Pytam jeszcze raz: co się stało?
- Nic.
- Dzieciaku...
- Nie mamy cza... - Naruto sapnął, gdy dłoń
dziewięcioogoniastego zacisnęła się na jego kamizelce od munduru Jonina.
- Nie podoba mi się
to, że coś usilnie starasz się ukryć.
Naruto ponownie odtrącił ręce demona, wbijając zły wzrok w
swoje stopy.
Nożesz cholera jasna. Co miał powiedzieć, skoro wiedział
niedużo, a informacje, które posiadał musiał ukryć przed Kyu na wyraźne
życzenie siedmioogoniastej.
- Shukaku nam nie pomoże - wyrzucił z siebie.
- To nie jest
odpowiedź na pytania, które mam ochotę ci zadać.
- Nawet nie wiesz, jakże mi przykro - powiedział bez cienia
entuzjazmu w głosie. - Choć, pomożemy...
Uchylił się, ledwo unikając ciosu. Jednak zrobił to tak
niezgrabnie, że stracił równowagę i wylądował na tyłku. Spojrzał na Kyuubi'ego
jak na debila.
- Odbiło ci? - zapytał z wyraźną irytacją.
- Nie - warknął
demon. Jego twarz nagle znalazła się strasznie blisko twarzy Uzumakiego. - Za to tobie najwyraźniej tak. Zapytam raz i
oczekuję normalnej odpowiedzi. Co się dzieje?
"Hm... Zastanówmy się... To co do niedawna uważaliśmy
za moją podświadomość, jest jakimś cholernym świętym miejscem, gdzie pasożytuje
zgraja cholernie pokręconych demonów, z czego jeden miał wyraźną chrapkę
skręcić mi szyję, a drugi, który właściwie uratował mi tyłek, z jakiś dziwnych
powodów nie chce zdradzać przed tobą swojej egzystencji. Satysfakcjonujące
informacje?"
- Co? Frustruje, że nie możesz czytać mi w myślach? -
zapytał z mściwą satysfakcją, tylko po to, aby odwrócić uwagę demona od tematu.
- Ty...
- Nic się nie dzieje - powiedział z wyraźną irytacją. - A
nawet jeśli, to nie sądzisz, że to mało odpowiedni czas roztrząsać twoje dziwaczne
podejrzenia?
- Nie, jeżeli te moje
"dziwaczne podejrzenia" nie pozwalają ci się odpowiednio skupić!
Słuchaj, durny bachorze, nie będę ratował twojej dupy, jeżeli Madara cię
dorwie. Nie mam najmniejszej ochoty...
- A KTO CI KAŻE TY WYLENIAŁY SZCZURZE?!
Głośny ryk Shukaku, który towarzyszył ich kłótni, urwał się
gwałtownie.
Kyu i Naruto odwrócili się ku demonowi, który zamarł. I
następnie zginął w chmurze piachu.
- Co się dzieje? - zapytał z konsternacją blondyn, po czym
jego twarz rozjaśnił głupkowaty uśmiech. - Pokonała go!
- Co?
- No chodźże wredny pasożycie. Zobaczymy co się tam stało.
Udało się. Uciekł od dalszej rozmowy. Miał tylko nadzieje,
że demon później się nie doczepi i nie będzie oczekiwał odpowiedzi na swoje
pytania.
- Co jest? - zapytał, gdy po chwili znaleźli się koło zasapanej
Tsunade.
- Po jednoogoniastym - odparła kobieta, gdy w końcu udało jej się zaczerpnąć
kilka głębszych oddechów. - Nie żyje. Została po nim tylko kupka piasku.
- Jak?
- Nie wiem. - Kobieta pokręciła bezradnie głową. - Wziął się
rozsypał w proch. Nie mam pojęcia dlaczego.
- To chyba dobrze, nie? - zapytał Uzumaki. Przełknął głośno
ślinę. Nie, nie było dobrze. Wcale nie ciał, aby którykolwiek z ogoniastych
musiał ginąć. Jednak najwyraźniej Shukaku był za bardzo zaślepiony, aby posłuchać
racjonalnych argumentów i wolał dać się unicestwić niż pomóc ludziom. - Jeden
problem z głowy mniej.
- Zabił go demon
- stwierdził Kyuubi, z niejakim zainteresowanie obserwując pozostałość po
Shukaku.
- Demon, nie demon - sapnął blondyn. - Już po nim. Nic nie
poradzimy.
- Demon? - podjęła temat Hokage. - Ale Gobi....
- To nie mogła być
Gobi.
- Więc... Kto?
Naruto wręcz czuł, jak ślepia Kyu wypalają mu dziurę w
plecach. Przezornie wlepił spojrzenie w piasek, który, jak twierdziła Tsunade,
stanowił pozostałość po jednoogoniastej bestii.
- Bachorze...
- A czy to ważne? - zapytał, z cieniem desperacji w głosie.
No kurde, no.
- Jeżeli coś wiesz...
- Nie no, babciu, nie powiesz mi, że jesteś po stronie tego
rudego buraka!
- Po jakiej stronie? - Tsunade również spoglądała na niego z
wyraźną irytacją. - Zdajesz sobie sprawę z tego, że zachowujesz się idiotycznie?
Niby co za wielką tajemnice musisz dochować? Nie rozśmieszaj mnie. Sam jesteś
cholernie wścibskim bachorem, wiec czego się gorączkujesz? A ja nawet bym się
tematem nie zainteresowała, gdybyś usilnie nie starał się wykręcić od
odpowiedzi Kyuubi'ego. Zastanawia mnie tylko, dlaczego na cholerę
coś ukrywać?
- Bo to nie wasza zakichana sprawa.
- Zabito mi brata.
Chciałbym wiedzieć, komu mogę za to podziękować - powiedział lis
przesłodzonym głosem.
Naruto uniósł wzrok, wbijając w rudowłosą postać zszokowane
spojrzenie.
- Brata? - rozdziawił z wrażenia usta. - To.. To był twój
brat?
- Ależ owszem. -
Demon nie zmienił tonu. - Chyba mam
prawo wiedzieć, kto tak okrutnie potraktował moją rodzinę.
- Ja... - Uzumaki ponownie przełknął ślinę. Okej, to nieco
komplikowało sytuację. Chyba. - Ja nie mogę powiedzieć. Przynajmniej na razie. -
przyznał po chwili wahania. Miał nadzieję, że uda mu się pogadać z Nanabi i
przekonać ją do tego, aby pozwoliła mu uchylić rąbka tajemnicy. Z tego co
widział, tolerancja Kyu, co do jego nagłej małomówności, była na wyczerpaniu.
- Nie możesz -
powtórzył Lis.
- Kyu...
- Jasne. Rozumiem.
- Tak?
- Ależ oczywiście
- potwierdził demon. - Dlatego też mam
nadzieję, że ty również zrozumiesz, że masz sobie radzić sam.
I wyparował w kłębowisku czerwonej mgiełki.
Naruto zamrugał. Otworzył usta, aby coś powiedzieć. I zaraz
je zamknął.
- Ty... - zaczął niepewnie. - Widziałaś to?
- Chodzi ci o to, że tak rozwścieczyłeś Bijuu, że postanowił
zlać na twoje i przy okazji swoje bezpieczeństwo, że zostawił cię samego w
bitwie? Ależ owszem, nie umknęło to mojej uwadze.
- Hej!
- Co hej, no co hej? Nie dziwię mu się. Kyuubi nie ma przed
tobą tajemnic. Wyszło na to, że mu nie ufasz. A sam dobrze wiesz, że zaufanie jest
bardzo istotną kwestią dla shinobi.
- Kyuubi nie jest shinobi.
- Formalnie nie. Jednak traktuje cię na równi. Jak partnera
w walce. Skaszaniłeś, mówiąc krótko, próbując chronić jakąś dziwaczną
tajemnice. - Tsunade pokręciła głową. - Ciesz się, że to już właściwie koniec
walki. Gdybyście odwalili takie przedstawienie na początku to...
- UWAŻAJ!
Naruto obrócił się gwałtownie.
Jego oczy rozszerzyły się w szoku.
Usta otworzyły w niemym krzyku.
Drobne czerwone kropelki obryzgały jego twarz.
Czyjeś ciało wpadło w jego ramiona.
Opadł na kolana, z rosnącym przerażeniem wpatrując się w
nieprzytomną postać.
- Sa...
W uszach słyszał tylko szum własnej krwi i jakby coraz
wolniejsze dudnienie własnego serca.
- Sasuke...
Subskrybuj:
Posty (Atom)